"Niespodzianka"

"Niespodzianka"

Wyglądałam przed okno, obserwując błyszczące gwiazdy na idealnie czystym niebie. W Los Angeles nigdy nie widziałam ich aż tylu i to tak wyraźnych.  
Dzisiejsza noc była wyjątkowa, nie tylko ze względu na cudowne widoki za oknem, choć skaliste wybrzeże zapierało dech w piersiach. Zerknęłam na wyświetlacz zegara tuż koło radia, z którego wydobywały się ciche dźwięki "Coming Home", tak zabawnie ironicznego - nie wybierałam się do domu. Jeszcze nie teraz.  
William patrzył na pustą drogę, trzymając jedną rękę na kierownicy, drugą na skrzyni biegów i wydawał się nie zwracać na mnie uwagi.  
-Nie śpisz - odezwał się, kiedy obserwowałam go, ukryta za kocem.
-Nie jestem zmęczona - naprawdę nie byłam. Ziewałam z braku zajęcia, a nie wycieńczenia.
-Spróbuj się zdrzemnąć - poradził. - Na miejscu będziemy za jakieś pięć godzin, do tego czasu możesz odpocząć.
-Jeszcze trzy minuty. Tylko trzy minuty i pójdę spać.
Will pokiwał głową i zjechał na pobocze. Uniosłam brwi, bo przystanek mieliśmy zaledwie półtorej godziny temu, a do najbliższej stacji zostało nam wiele kilometrów.
-Co robisz?
-Wyjdź z samochodu.
Z ociąganiem spełniłam jego życzenie, bo miałam na sobie tylko krótkie spodenki i wyjątkowo cienką bluzę, a noce były ostatnio przeraźliwie zimne jak na środek lata.  
Will już opierał się o maskę swojego audi i czekał aż do niego dołączę. Przytuliłam się do jego boku.
-Jeśli sterczenie na tym zimnie ma coś wspólnego z moimi urodzinami, to proszę, daruj sobie. Wiesz, że...
-Nie obchodzi mnie jak bardzo nie lubisz swoich urodzin - przerwał. - W tym roku postanowiliśmy je świętować, więc świętuję.
-Świętowanie mogło się ograniczyć do wyjazdu za miasto - zapewniłam.  
-Zamknij się i nie psuj nastroju - spojrzał na zegarek. - Jeszcze pół minuty.
Milczeliśmy.  
Wszystko wokół wydawało się czekać razem z nami - umilkły zwierzęta, ustał szum wiatru, nawet morze było podejrzanie ciche.W końcu Will złapał mnie za rękę i pocałował w sam czubek głowy. Zaskakiwał mnie - romantyzm nigdy nie szedł z nim w parze.
-Mam dla ciebie niewielki drobiazg. Zamknij oczy.  
Tym razem od razu wykonałam polecenie - zwykle nie lubiłam ani urodzin, ani jakichkolwiek prezentów, ale Will skutecznie pobudził moje zainteresowanie. Poczułam jak zagina mi wszystkie palce prócz serdecznego i niemal otwarłam oczy, kiedy wkładał na niego zimny jak lód pierścionek. Potem złożył na moich ustach zaskakująco delikatny pocałunek, który nie pasował do jego pragmatycznego charakteru.
-Już możesz spojrzeć - szepnął.
Uniosłam dłoń na wysokość twarzy, żeby lepiej widzieć. Najpiękniejszy pierścionek z błyszczącym kamieniem w kształcie serca uśmiechał się do mnie w ciemności.
-Czy my się właśnie zaręczyliśmy? - zapytałam, bo nic innego nie przychodziło mi do głowy. Śliczny podarunek zupełnie mnie zatkał.
-Chcesz, żebym ci się oświadczył?
-Nie masz nawet osiemnastu lat - parsknęłam. - Dzieciuchu.
-Jesteś pełnoletnia od minuty, a już się wywyższasz? Nie przeżyję tych pięciu miesięcy! - po jego twarzy przemknął cień, jakby mówił poważnie.
Zaśmiałam się i uderzyłam go w ramię.
-Jest naprawdę cudowny. Najlepszy prezent jaki dostałam.
Will wyglądał na dumnego. Pochylił się i pocałował mnie w usta dużo bardziej zachłannie niż wcześniej. Oddałam pocałunek z równie wielkim zapałem i pewnie kontynuowalibyśmy tę "rozmowę", gdybym nie zadrżała w nagłym przypływie zimna. Wróciliśmy do auta.
-Czy teraz pójdziesz już spać?
-Nie wiem, czy uda mi się zasnąć teraz, kiedy mnie tak rozgrzałeś - rzuciłam żartobliwie.
-A ja odniosłem wrażenie, że zmarzłaś.
-W ogóle nie znasz się na żartach - jęknęłam i opatuliłam się mocniej kocem.
Odpowiedział mi śmiechem. Tuż przed tym jak zasnęłam, powiedział jeszcze:
-Wszystkiego najlepszego, Nora.
***
-Nora? - jakiś irytujący głos przerwał mi sen. - Nora, jesteśmy na miejscu.  
Otwarłam oczy. Will opierał się o drzwi samochodu i zaglądał do środka przez okno. Ciekawe, jak dawno je otworzył.
-W końcu się obudziła moja śpiąca królewna. Zdążyłem już zanieść torby do domku.
Podążyłam za jego wzrokiem. Na końcu podjazdu, na którym stało nasze audi mieścił się uroczy, biały, parterowy domek. Był jeszcze ładniejszy niż na zdjęciach. W dodatku wokół niego stało kilkanaście podobnych, tworzących Walk Street, chyba najbardziej malowniczą dzielnicę w całym stanie.
-Nie wierzę, że rodzice pozwolili ci mnie tu przywieźć - pokręciłam głową. - Przyznaj się: naćpałeś ich czymś i ukradłeś klucze.
-Twoi rodzice to tyrani. Moi mnie ubóstwiają - wiedziałam, że żartuje, ale i tak zabolało. Wszystko to było prawdą: właściwie przyjechałam tu tylko dlatego, że powiedziałam, że jeśli mnie nie puszczą to ucieknę i nie wrócę. Co mogli zrobić? Właśnie skończyłam 18 lat.
Kiedy Will zaprowadził mnie do środka, okazało się, że nie tylko zdążył wnieść nasze torby, ale też przygotował śniadanie. Od razu usiadłam do apetycznie zastawianego stołu. Jak długo spałam w samochodzie?
-Nie wiedziałam, że gotujesz.
-Kiedyś musiałem zacząć - ucieszył się, że mnie zaskoczył.
Już od pierwszego kęsa wiedziałam, że nie mogła to być jego pierwsza próba. Wszystko było tak dobre, że zjadłam więcej niż powinnam. Odnosiłam wrażenie, że Will zrobił wyłącznie moje ulubione dania - deser miętowy, tosty z masłem orzechowym, omlet serowy, a nawet naleśniki. Byłam zachwycona.
-Od dziś jesteś zmuszony gotować mi tak codziennie - oznajmiłam.
Znów śmiech.
-Na co masz ochotę teraz?
-Na Małą Syrenkę.
To była już tradycja. Najmniej lubiana przez Williama, ale grzecznie wypełniał ją co roku. Nie zdziwiło mnie więc, że płytę z najlepszą bajką pod słońcem miał już przygotowaną tuż obok wielkiego telewizora plazmowego. Jego babcia zaszalała urządzając to miejsce, jeszcze zanim zmarła.
-A potem pójdziemy na plażę? - upewnił się Will.
-I do tej knajpki, o której gadasz od tygodni - dorzuciłam. - Aż mi ślinka cieknie na samą myśl o tych wszystkich owocach morza. Chociaż chyba nie mam już miejsca.
Jakimś cudem znalazłam jednak miejsce. Choć nie powinno to nikogo dziwić, kto miał szansę pływać z Willem. Wymęczył mnie tak bardzo, a potem jeszcze kazał biec za sobą aż do samej Knajpy Pod Małżem, w której zalegały tłumy.
-Czym mogę służyć? - zapytał umięśniony blondyn, wyglądający raczej na surfera niż kelnera.
-To co zwykle, poproszę, tylko dwa razy - rzucił Will, mrugając do mnie.
Kelner wyjrzał zza notesika i spojrzał na mojego chłopaka. Potem przeniósł wzrok na mnie i z powrotem na niego.
-WILLI!
Chłopcy uścisnęli się, na chwilę zapominając zupełnie o mojej obecności.
-Co ty tu robisz? Nie widziałem cię ponad rok!
-Obchodzę urodziny - Will wskazał na mnie. - To Nora. Nora, to James.
-Miło mi cię poznać, Will sporo o tobie opowiadał - dopiero teraz przypomniałam sobie miliony godzin wysłuchiwania o wygłupach tej dwójki. Tylko Will nigdy nie wspominał, że jego przyjaciel jest tak zabójczo przystojny.
-Serio? Jeśli mówił coś złego, to na pewno kłamał - zażartował James i usiadł obok mnie. - On ciągle kłamie.
Roześmiałam się. James wydawał się być w porządku. Chociaż pewnie nawet gdyby był seryjnym mordercą, uważałabym go za spoko gościa. Will opowiadał zawsze o nim w samych superlatywach.
-Więc obchodzisz urodziny?
-Osiemnaste - pochwaliłam się, chociaż nigdy tego nie robiłam. To w końcu tylko urodziny.
-Toż to prawdziwa okazja! Musimy to opić! Już pędzę po specjalność szefa kuchni razy dwa i najlepsze koktajle owocowe w całej Kalifornii - James mrugnął do mnie i wstał. - Na koszt firmy.
Kiedy odszedł, Will wyszczerzył się do mnie.
-I co?
-Okłamałeś mnie - mruknęłam, udając obrażenie. - Mówiłeś, że twój przyjaciel to zabawny, wyluzowany i najbardziej oddany kumpel na świecie.
Will patrzył na mnie zdezorientowany.
-Ani słowem nie napomknąłeś, że jest taki... boski.
-Zapraszam cię do najwspanialszego domku na całym świecie, wydaję ostatnie oszczędności i oddaję ci przysługę po raz kolejny oglądając ten chłam - zignorował moje zabójcze spojrzenie. - A ty zachwycasz się moim przyjacielem z dzieciństwa? Jesteś niewdzięczna.
Pochyliłam się nad stołem i próbowałam go pocałować, ale odsunął się, pokazując mi język.
-Jak wy się kochacie - rzucił James, sadowiąc się znów obok mnie ze śmiechem. - Oto koktajle. Krewetki będą za pięć minut. Powiedziałem Betty, że to sprawa życia i śmierci.
-Z reguły mówiłeś tak, kiedy zjawiała się tu Kelly Anderson - mina Willa wyrażała coś pomiędzy skrajnym rozbawieniem, a powagą lojalnego kumpla.
-Jesteś beznadziejny. Kelly wyjechała stąd zeszłego lata. Dostała się na Uniwersytet Nowojorski i tyle ją widziałem. Za to jej przyjaciółeczka Amber chyba na mnie leci.
-To ty jesteś beznadziejny - Will pokręcił głową. - Zastąpiłeś miłość swojego życia jej najlepszą przyjaciółką. W dodatku KUZYNKĄ. Kelly musi być załamana... a w każdym razie byłaby, gdyby wiedziała o twoim istnieniu.
-Nienawidzę cię. I zmieniłem zdanie. Nora ma wszystko na koszt firmy. Ty płać za siebie.
-Och, James, nie dasz mi chyba głodować? Nie mam ani grosza przy duszy, musisz mi pomóc, przyjacielu.
Wszyscy parsknęliśmy śmiechem, ja prosto w słomkę, rozlewając część koktajlu na stół i Jamesa.
-No pięknie! Betty mnie zabije, to już trzeci fartuch w tym tygodniu!
-Przepraszam!
-No cóż - James wzruszył ramionami. - Właściwie to od trzech latach jestem "na warunkowym", więc raczej przetrwam i to.
-Naprawdę nie wiem, czemu ona cię tu jeszcze trzyma.
Chwilę później Betty osobiście przyniosła nasze dania. Krewetki były przepyszne, a James okazał się świetnym towarzyszem (właściwie nie odchodził od naszego stolika mimo tłumów klientów), więc spędziliśmy w Knajpie Pod Małżem dwie godziny, zanim szefowa zagoniła go z powrotem do roboty.
Wróciliśmy na plażę, ale tym razem nie zapuszczaliśmy się do wody dalej niż po kolana. Spacerowaliśmy za ręce, aż nie zachciało mi się do toalety. W domku spojrzałam na zegarek - minęło już pół dnia moich osiemnastych urodzin. Właściwie pierwszych obchodzonych od... jakiś sześciu lat.
-Szachy czy monopoly?
-Monopoly! - miałam ochotę wreszcie skończyć rozgrywkę.
Zanim zbankrutowałam z kretesem, słońce zaczęło chylić się ku zachodowi. W międzyczasie zjedliśmy kolejny posiłek, zdrzemnęliśmy się i obejrzeliśmy dwa odcinki Przyjaciół.
-To co teraz? - zapytałam.
-Jakieś życzenia?
-Od kiedy jesteś takim gentlemanem?
-Od kiedy skończyłaś 18 lat.
-I już nim zostaniesz?
-Spróbuję - nie pozwoliłam skrzyżować mu palców.
-Do końca życia? Obiecujesz?
Czekałam na jego odpowiedź z uśmiechem, nie zważając na minę męczennika, którą przyjął.
-No dobraaa..
Z zadowoleniem godnym pięciolatki, zażyczyłam sobie kolejną porcję lodów miętowych.
-Przechodzisz dziś samą siebie - mruknął z niedowierzaniem Will. - Dopiero jedliśmy kolację.
-Czas na podwieczorek - sama byłam zaszokowana swoim apetytem, ale skoro miałam okazję, to czemu by nie skorzystać?
Podczas kiedy ja zajadałam się resztą deseru, Will napisał sms'a do rodziców z wiadomością, że wszystko u nas w porządku.
-Która godzina?
-Blisko osiemnastej.
-Wychodzimy gdzieś? Mówiłeś, że Pod Małżem organizują dobre dyskoteki.
Will zamyślił się na chwilę.
-W sumie i tak chciałem jeszcze spotkać się z Jamesem przed wyjazdem.
-Czekaj... trzeba się wystroić?
-Zmieniałaś już ubrania trzy razy dzisiaj. Cztery, jeśli liczyć strój kąpielowy, Nora.
-No i co z tego? Mam gdzieś w torbie jakąś sukienkę...
-Naprawdę? - w oczach Willa zabłysnęły świetliki. - Do pięciu razy sztuka, co ni?
Zaśmiałam się.
-Zaraz wracam.
Sukienka nie była jakaś wymyślnie piękna - prosta, zwiewna w kwiaty niemalże przysłaniające granatowe tło. Ale Will i tak wyglądał jakby zobaczył ósmy cud świata.
-Mówiłem ci już jaka jesteś piękna?
-Dziś chyba nie.
-Więc muszę to nadrobić.
W efekcie podczas spaceru do Knajpy Pod Małżem powtarzał mi, że pięknie wyglądam mniej więcej co minutę. Naprawdę go nie poznawałam. Rozważałam już, że porwali go kosmici, ale wtedy pojawił się James i oboje gdzieś zniknęli. Kiedy ich znalazłam, przyglądali się jakiejś uroczej brunetce z bujnymi włosami ubranej w cukierkowo różową spódnicę i białą koszulkę z napisem "Sweet Dream". Ze sposobu w jaki James na nią patrzył, domyśliłam się kim jest owa ślicznotka.
-Amber?
-Ciiiiiii - James spiorunował mnie wzrokiem. - Oglądaj, nic nie mów.
-Mówiłeś, że na ciebie leci - zauważył Will.
-No tak... ale... wolałbym sprawdzić to w bardziej ustronnym miejscu.
-James! - oburzyłam się.
-No co? Nie mam żadnych niecnych zamiarów, obrończyni kobiet. Po prostu wolałbym dostać kosza bez świadków.
-James? - Will uniósł jedną brew. - Połowa lasek tutaj dała ci już kosza. Co za różnica więc jedna w tą czy w tą?
James rozważył jego słowa.
-Mam iść do niej?
-Z pewnością - przytaknęłam.
-Okay - blondyn wzruszył ramionami i oddalił się w kierunku swojej ofiary.
Will za to porwał mnie do tańca. Kręciliśmy się wśród innych par i grupek przyjaciół, wszędzie wokół paliły się lampiony, ludzie popijali koktajle i śmiali z niedosłyszanych przeze mnie żartów. A ja myślałam o tym, że właśnie przeżyłam najpiękniejszy dzień mojego życia.
-O czym myślisz? - zapytał William.
-O niczym szczególnym - skłamałam. - Piękne tutaj. Zazdroszczę dzieciństwa.
Will pokiwał głową.
-Pamiętam jak miałem sześć lat. Babcia zabrała mnie wtedy na tą dyskotekę po raz pierwszy. Tańczyłem z nią, aż zobaczyłem, że przygląda nam się starszy facet mieszkający kilka domów od nas. Zapytałem babci, czemu on na nas patrzy. Wiesz co mi powiedziała? "Właśnie patrzy na swojego wnuka". Wtedy nie zrozumiałem. Ale pół roku później się pobrali, a ja zacząłem mówić do niego "dziadku". Zmarł na raka rok przed babcią. Po jego śmierci często mówiła mi, że dziadek ją woła. Że oboje ją wołają. Myślałem, że to bredzenie starszej kobiety, której mąż zmarł po raz drugi i próbowałem wybić jej to gadanie z głowy. Ale kiedy umarła, dotarło do mnie, że nie mogę płakać, bo ona wreszcie jest szczęśliwa. Ona nie chciałaby, żebym był smutny. I zrozumiałem, że nie powinno się płakać po zmarłych. Oni spotykają w niebie swoich bliskich, a my docieramy do nich jakiś czas później... koło się toczy. Niekończąca się spirala szczęścia i rozpaczy.
Zatrzymałam się oniemiała jego opowieścią. Nigdy nie patrzyłam na śmierć pod takim kątem. Śmierć to śmierć. Ktoś bliski odchodzi, mamy żałobę, płaczemy, bo to niesprawiedliwe, bo to zbyt tragiczne. Will wyprzedził moje myślenie. Nadał mu jakiegoś nowego sensu.
-Will, Nora! - James dopadł do nas, rozpychając tłum łokciami. - Udało się! Amber zgodziła się ze mną zatańczyć i powiedziała, że z chęcią pójdzie ze mną do kina! Rozumiecie? Mam randkę!
-James, to świetnie! - naprawdę się cieszyłam.
-Brawa, stary! A gdzie ją zgubiłeś?
-Poszła po koktajl. Zaraz muszę do niej wracać..
-Ale najpierw musimy pogadać - Will wydawał mi się zbyt poważny. Czy to przez te wspomnienia o babci? - Nora...
-Poczekam.
Podświadomie czułam, że nie powinnam im przeszkadzać. Patrzyłam tylko jak odchodzą, a potem ktoś porwał mnie do tańca. Ledwie zakodowałam, że ma na imię Lars i jest starszy ode mnie o jakieś trzy lata. Myślami wciąż byłam przy poważnym Willu i jego opowieści.
Długo nie wracali, aż w końcu dostrzegłam głowę szukającego mnie chłopaka. Jako, że nie tańczyłam już od kilkunastu minut, pospieszyłam w jego kierunku. Na mój widok uśmiechnął się, ale w jego oczach było coś... jakiś niewytłumaczalny smutek.
-Coś się stało?
-Muszę ci o czymś powiedzieć - głos Williama był tak wyprany z emocji, że poczułam się jakby ktoś w serce wbił mi igłę z lodu.
-Wracamy do domku?
Pokiwał głową. Podeszłam i złapałam go za dłoń, czując że po prostu muszę go dotknąć. Że oboje tego potrzebujemy.
-Gdzie James?
-Wrócił do Amber.
-Nie pożegnałam się.
-Obiecał wpaść jutro przed naszym wyjazdem.
Już bez słowa podążyłam z nim w kierunku domku po jego babci, a skoczna muzyka przy Knajpie Pod Małżem powoli cichła w oddali. Milczenie między nami nie należało do tych miłych milczeń, kiedy człowiek leży koło ukochanej osoby i wsłuchuje się w bicie jej serca, po to tylko, żeby zaraz zostać zaatakowanym nieprzewidywalnym pocałunkiem albo łaskotkami. To było milczenie z serii tych przed burzą, kiedy każdy następny dźwięk może zepsuć spokój, jak lekki podmuch wiatru niszczy domek z kart. To Will był tym, który dmuchnął pierwszy.
-Mówiłaś, że pierścionek ci się podobał. I że Pod Małżem było pięknie. I chyba polubiłaś Jamesa. No i obejrzeliśmy Małą Syrenkę, dokończyliśmy wreszcie rozgrywkę w Monopoly, odwiedziłaś miejsce mojego dzieciństwa, zjedliśmy najpyszniejsze krewetki na całej planecie, zrobiliśmy miliardy zdjęć, które będziesz mogła wywołać na pamiątkę, zjedliśmy wszystko, co sobie zażyczyłaś...
-Do czego pniesz? - przerwałam mu zaniepokojona.
-Czy... jest coś, co jeszcze mógłbym dla ciebie zrobić?
-Will - zmusiłam go, żeby się zatrzymał i spojrzałam mu w oczy. - O czym powiedziałeś Jamesowi? Dlaczego pytasz mnie, co możesz jeszcze zrobić? Co jest tak ważnego, że musisz mi o tym powiedzieć teraz i jaki to ma związek z moimi urodzinami i tym, jak dziś je uczciliśmy?
William przełknął ślinę. Nie patrzył na mnie. Zaciskał i rozluźniał palce, znów przełknął ślinę. W końcu dotknął mojej twarzy i szepnął:
-Pamiętasz jak obiecałem ci, że będę gentlemanem do końca życia? - wiedziałam, co chce powiedzieć i on też wiedział, że wiem, bo przyglądał się uważnie przerażeniu odmalowanemu na mojej twarzy. Zaczęłam kręcić głową i miałam ochotę zakryć mu usta, ale za późno. - Mam raka... Białaczka limfoblastyczna. Ja... dowiedziałem się niedawno. Nie chciałem psuć ci urodzin, zaplanowałem wszystko, żebyś... żebyś przeżyła coś pięknego ze mną. MUSIAŁO być idealnie. Od przyszłego tygodnia zaczynam chemioterapię... szanse mam, pewnie że tak, podobno nawet nie jest ze mną najgorzej. Ale rak to rak. Przepraszam...
Widząc, że łzy spływają mi po twarzy, wytarł je pospiesznie i ukrył mnie w swoich ramionach. Płakałam bezgłośnie jakby to nadal do mnie nie docierało. Will ma raka. Białaczkę. Odsunęłam się trochę.
-Mówisz, że masz duże szanse. Że będziesz zdrowy.
Pokiwał głową.
-Wykryli to szybko.
-Czy nie powinni od razu zabrać cię do lekarza?
Will odwrócił wzrok.
-Williamie? - głos trząsł mi się od emocji.
-Odmówiłem. Chciałem być tutaj z tobą.
-Jesteś skończonym idiotą. Nie wiem, co sobie myślałeś, nie wiem, jak w ogóle mogłeś to tak długo ukrywać... Kto jeszcze wie? Poza twoją rodziną?
-James.. właśnie mu powiedziałem. I... twoi rodzice.
Oniemiałam. Moi rodzice wiedzieli? Jak długo? Dlaczego nic mi nie powiedzieli? Dlaczego NIKT mi nic nie powiedział?
-Dlatego zgodzili się, żebym pojechała. Nie dlatego, że groziłam ucieczką. Oni po prostu wiedzieli, że... że ty...
-Przykro mi. Przepraszam. Po prostu musiałem to zrobić.
-Nienawidzę cię. Nie ukrywa się takich rzeczy przed własną dziewczyną. Jesteśmy razem prawie cztery lata, Will! Cztery lata, rozumiesz?
-Myślałem, że jesteś moją narzeczoną - nie miałam ochoty na takie żarty, ale Will wydawał się być poważny.
-Nie przypominam sobie, żebym powiedziała TAK. A poza tym nadal jesteś gówniarzem.
-I tak miło mi będzie wyobrażać sobie na oddziale, że czeka na mnie narzeczona.
-Jesteś wariatem.
Przytuliłam go mocno, próbując się nie rozpłakać.
-Jesteś skończonym wariatem.
-Kocham Cię - szepnął mi do ucha. - Kocham cię, Noro Dinklage.
Uśmiechnęłam się w jego pierś.
-Nie chcę twojego nazwiska. Jest brzydkie.
-Przyzwyczajaj się - on też się uśmiechał, czułam to.
-Najpierw wyzdrowiej. Potem zacznę się przyzwyczajać.
-Wyzdrowieję. Jasne, że wyzdrowieję.
To była obietnica. Dużo lepsza od "TAK", od "Kocham cię" i wszystkich innych wyznań, jakie mógł mi złożyć.
A ja mu wierzyłam.

237 czyt.
100%21
ocmel

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat, użyła 3765 słów i 20982 znaków

Komentarze (1)

 
  • Ewelina31

    Ewelina31 8 czerwca

    Mi się podobało. Przypomniała mi się książka sparksa ,, Pamiętnik" łapka