Janek

Janeczku, wstałeś? Jesteś? Tak, poklep się po szarej, szorstkiej mordzie. Okulary na nos, od dwudziestu lat te same. Klapki na nogach i skrzypnięcie. Jęk bólu i pretensji. Jesteś jednak. Teraz wyprostuj się, łapy przed siebie i ruszasz, kierunek łazienka. Kilka kropel moczu, potem mydło, masujesz mordę, drapiesz jądra. Potem nakładasz pędzlem krem, ten sam od wielu lat i golisz się jednorazówką, starannie, jak zawsze co drugi dzień. Woda kolońska, mocny, brzozowy zapach. Chlast! Twoja szczoteczka już trochę stara, ale jeszcze myje. Nie lubisz tego, cholerny zapach mięty, na wymioty się zbiera, ale trzeba, tak mówili w telewizji. No, nareszcie koniec.

Teraz kuchnia. Lepi się trochę, nie przemyłeś blatu, naczynia w kolejce do mycia, zaczynają przemawiać. Chlebak z drewna, stary, dobry kompan, prezent od mamy na urodziny, nie pamiętasz które, czterdzieste albo pięćdziesiąte, któreś okrągłe. Chleb z przedwczoraj, jest w folii, będzie dobry. Kąsasz. Można zjeść. Margaryna, kawałek szynki, do tego pomidor i czarna kawa. Puść sobie radio, od samego rana warto wiedzieć co w świecie. Tylko nie  muzyka, jeszcze w dodatku jakieś szarpidruty, młodzieżowe wykolejeńce, wyją, ani gada ani śpiewa, a melodia kocia. Nienawidzisz, nie będziesz tak jadł. Chcesz spokoju, chcesz wiedzieć co w świecie. Idź do salonu, odpal telewizję. O, tak lepiej. Na twojej mordzie pojawia się coś, co można by nazwać uśmiechem, gdybyś tylko umiał się uśmiechać. To triumf, tak Janek, triumf nie uśmiech. Dokonałeś tego. Czerstwy chleb, szynka konserwowa, lichy pomidor i czarna lura, a w tle ustawa o ochronie danych osobowych, trzęsienie ziemi w Azji, pijani kierowcy i szkolenia dla wojska. Teraz wszystko wiesz, jesteś przygotowany, możesz startować. Zakładasz ciuchy, czeszesz się. Wychodzisz.

Janek i jego marsz. Dumny, rześki, pomiędzy drzewami, stopy stukają o chodnik, cwaniactwo miksowane z goryczą. Z góry patrzysz na wszystkich. Kim oni są, co robią? Czy ktoś chociaż się zbliżył do twojego poziomu? Ile to już służysz ojczyźnie i społeczeństwu? Pamiętasz, pamiętasz dokładnie. To już trzydzieści cztery lata i prawie dwa kwartały. Przeżyłeś zmianę ustroju, pamiętasz: wszyscy drżeli, co z nami będzie, jak nas podzielą, rozdysponują? Potem widziałeś tych wszystkich plugawych gnojków w dżinsach i skórze, gdy do Urzędu przychodzili, przekonani że nogi Boga chwytają, zakładali firmy, oto kapitalizm, myśleli, rok, dwa i Ameryką będziemy, królami życia zostaniemy, utoniemy w pieniądzach, sławie, powodzeniu. Niektórych zapamiętałeś dobrze. Och, jak słodki był widok, gdy za rok, dwa przychodzili w starych łachmanach, ze stresem na mordzie, bladzi, wystraszeni. Narzekali ci przy okienku. Wszyscy chcą łapówek, wiecznie haracze, wymuszenia, kłopoty, Sanepid i ZUS żyć nie daje. Tak, Janeczku, triumfowałeś wtedy, patrzyłeś na nich z pogardą, jak na naiwne dziecko, jakbyś chciał im powiedzieć prosto w twarz. I pewnie zrobiłbyś to, gdybyś mógł, ale naczelnik upomniałby, nie warto. Jednak patrzysz prosto w oczy delikwenta. Co on myślał? Że Urząd jest tu dla niego, że mu pomożesz? Po cholerę ci się zwierza? I upominasz jeszcze te dwie kretynki za nim, za głośno rozmawiają. To jest Urząd przecież, powagę należy zachować. Dobra pan już zamykaj tę swoją firemkę, leć po ksero, podskocz jeszcze do tamtego i tamtego pokoju, przynieś mi potem z powrotem pieczątkę i wypad! Biznesmen jego mać, od siedmiu boleści. Nie wiedział, że trzeba kogoś znać, wiedzieć gdzie pójść z pieniędzmi? Nie wiedział, że trzeba dobrze pluć i dobrze strzelać? Frajer!  

Triumfowałeś Janeczku, wciąż triumfowałeś.  

Pełen wspomnień dochodzisz do przystanku. Przesuwają się punkciki ze statystami. Zatłoczony przystanek, zatłoczony tramwaj. Widzisz masy. Drwisz. Czy ktoś chociaż wie kim jesteś? Kim oni są, czy ktoś chociaż zbliżył się do twojego poziomu? Namaścili cię, wyrocznia z okienka, sumienie narodu, alfa, omega, Bóg, diabeł, sędzia. Oczy łzawią ci od przewiania, odbija ci się pomidorem. Znowu drapiesz się po mordzie.  
Obserwujesz te małe cizie. To już chyba trzeci dzień z rzędu, gdy palą, jednego na trzech, ekonomicznie. Gimnazjalistki, trzy młode, ale już wymalowane, w obcisłych spodniach, widać że chętne. Nienawidzisz. Są dokładnie naprzeciwko ciebie, po drugiej stronie wiaty przystankowej, tak jak wczoraj i przedwczoraj. Czas działać.  

Masz napisane, że pod wiatą nie palić? Co tu jeszcze robisz? Gaś i wypad, bo na policję zadzwonię, albo dyrektorkę szkoły poinformuję! No nie patrz się tak na mnie, a ty co tak stoisz, no gaś go powiedziałem. Nie widzisz, co napisane? Na przystankach nie palimy. Nie będę z tobą dyskutował, gówniaro, mleko masz pod nosem. Koniec dyskusji. Won stąd i nie wracać, jak chcecie palić, to nie na przystanku. Odchodzą. Jeszcze się czemuś dziwią, coś gadają po cichu do siebie. Ale odchodzą. Nienawidzisz.

Ale tak, Janku, znowu triumf. Triumfujesz. Kolejny raz dzisiaj, a dopiero wpół do ósmej.

Nadjeżdża siedemnastka. Znów ruszasz ratować świat. Od pcheł, robactwa, od planktonu, który myśli, że wszystko mu się należy, że ty jesteś w Urzędzie dla niego, że spełni marzenia, utonie w pieniądzach. Lubisz naiwniaków, zapamiętujesz ich mordy, potem gdy wracają przyglądasz się i analizujesz, widzisz różnicę, są nowe zmarszczki, zbledli, błysk w oku zniknął, wykończeni chcą odpocząć. Odsyłasz do następnych okienek, upominasz za brak ksera. Broń boże się uśmiechnąć, ale śmiejesz się w środku. Jeden za drugim przychodzą, proszą, nawołują, pomóż mi Panie, pociesz Panie! Tak jak wczoraj i przedwczoraj. Ten sam teatr, tylko statyści inni.  

Jak co dzień triumfujesz. Setki razy triumfujesz.

JackGrand

opublikował opowiadanie w kategorii dramat, użył 974 słów i 5930 znaków. Tagi: #janek #dramat #urząd

1 komentarz

 
  • agnes1709

    Bardzo ładnie napisane i niestety, prawdziwe.  
    Urzędowe, przerośnięte w samouwielbieniu pluskwy, jak widzę motłoch i ich krzywe mordy, rzygać mi się chce. Jeśli to miała być ironia, w stu procentach udana. Bravo:bravo: