Blizny Najemnika

Blizny NajemnikaSłońce powoli chyliło się ku zachodowi. Stojąc na dachu niewielkiego budynku przyglądał się rozmowie dilerów. Nie musiał być wysoko, wystarczyło mu być poza zasięgiem ich wzroku. Sam, mimo że nie było mu to potrzebne, doskonale wiedział o czym rozmawiają. Chwaląc się zarobionymi kwotami, wymachiwali plikami banknotów. Tylko niezliczone pokłady cierpliwości, powstrzymywały go przed powybijaniem im zębów i zabraniem forsy. Musiał się dowiedzieć gdzie jest ich siedziba. Miasto nie należało do największych ale nie uśmiechało mu się jednak szukanie na oślep. Zwłaszcza, iż najpewniej znalazł by co najmniej pięć takich samych gangów dilerskich. Jego celem było natomiast wybicie tego konkretnego bo tylko jego członkowie łamali zasady tego miasta. Powodów mogło być kilka, jeśli ktoś chciałby wierzyć, że nie jest to banda debili. Pozostało wierzyć, że tym powodem nie jest niewiedza. Jego jednak nie interesowały ich powody, miał po prostu wybić ich wszystkich co do jednego. Oficjalnie szef miał zostać przy życiu, nie było za to jednak dodatkowej opłaty. On natomiast nie miał najmniejszej ochoty użerać się z kimkolwiek za darmo. Lepszym zajęciem wydawało mu się już ciągnięcie martwych ciał. To jednak nie będzie konieczne, wszyscy mieli leżeć tak jak ich zostawi. Mocniejszy podmuch wiatru przywiał do niego zapach mocnej wody kolońskiej. Tani syf, jakież to klasyczne. Ku jego uciesze jego przewodnicy postanowili się ruszyć. Oczywiście nie śpiesznie i luźnym krokiem, postanowili jednak wrócić i oddać zarobek do szefa. On sam natomiast, przeskakując pomiędzy dachami starał się utrzymać ich w zasięgu wzroku. Cieszył go fakt, iż od kilku dni nie padało. Mokre dachówki czy kamienne wykończenia nie ułatwiłyby mu poruszania. Tak natomiast mógł spokojnie przemieszczać się nie patrząc pod nogi. Od zawsze bardziej preferował dachy od uliczek, jednym z powodów była konieczność unikania głównych ulic. Przemykanie się bocznymi zaułkami miało swoje plusy, ograniczało jednak mobilność a co ważniejsze szybkość. Nie można było mieć wszystkiego. Zatrzymując się zazgrzytał lekko zębami, przerwa na papierosa. Zupełnie jak by nie mogli palić w drodze. Przyglądając się tej trójce starał się jak najlepiej zapamiętać rysy ich twarzy. Upewniał się, że ich obrażenia pozwolą im umierać powoli. Trochę cierpienia w zamian za nadwyrężanie cierpliwości, uczciwy układ…

Kiedy poznał lokalizacje ich siedziby, na niebie już dawno zaczęły świecić gwiazdy. Na ulicy nie było lamp, tylko dzięki palącemu się wewnątrz światłu był w stanie rozeznać się w architekturze. Wcześniej był to najpewniej budynek mieszkalny. Cztery piętra wyróżniały się nieco na tle pozostałych mieszkań i domów, sięgały ona najczęściej dwóch w porywach do trzech pięter. Można by to uznać za głupotę, zakładać siedzibę w największym budynku w okolicy. W tym jednak wypadku można by się bronić powiedzeniem: "najciemniej pod latarnią”. Przez niewielką ilość światła nie był w stanie ocenić zewnętrznego stanu budowli. Śmiał jednak przypuszczać, że wygląda tak jak reszta budynków w tym miejscu. Kilkuletnia rudera być może odrestaurowana. Tylko na tyle by dało się tam mieszkać. Nie miał się nad czym zastanawiać, nie szukał dziwki. Nie obchodził go wygląd zewnętrzny, liczyło się wnętrze. Przysiadając na krawędzi dachu opuścił jedną nogę luźno wzdłuż ściany. Odrobina wygody nigdy nie szkodziła. Nie musiał martwić się, że go zobaczą. Czarny garnitur, wraz z granatową koszulą doskonale stapiał się z mrokiem. Odpinając miecz od pasa odłożył go za podwyższenie, na wewnętrzną część dachu. Potrzebował dwóch wolnych rąk a nie miał ochoty przytrzymywać broni nogami. Sięgając do kieszeni wyjął niewielki pomarańczowy pojemniczek. Otworzył i wysypał kilka dużych, białych i podłużnych tabletek na dłoń. Odliczył dziesięć a resztę wsypał z powrotem. Nie potrzebował aż tylu, nie tym razem…  

Rozgryzając lek poczuł gorzki smak wypełniający mu usta. Odchylił głowę to tyłu, przełykając głośno. Odłożył opakowanie na murek, i tak będzie musiał tu wrócić. Podnosząc miecz, wyciągnął go z drewnianej pochwy. Uwalniana klinga katany nie odbiła najmniejszego blasku gwiazdy. Matowe ostrze, dokładnie takie jakiego potrzebował. Nie musiało lśnić i cieszyć oka. Miało zabijać i ciąć przy najlżejszym zamachu. Odstawiając pochwę obok pojemniczka leków uśmiechnął się lekko. Jego węch zaczął słabnąć. Patrząc na ilość wziętych tabletek wiedział, że całość zacznie działać za około minutę. Nie miał zegarka, oznaczało to że musiał liczyć na swoje wyczucie czasu. Kiedy wskoczy do środka, będzie miał dokładnie pięć minut. Szybkim ruchem przeskoczył na drugą stronę ulicy. Mógł wskoczyć na wysokość dwóch pięter, wolał jednak nie ryzykować wykrycia. Zamiast tego więc skoczył na budynek stojący obok. Będąc na tej samej wysokości znajdował się tuż obok swojego celu. Trzecie piętro. Wątpił, że na czwartym znajduje się więcej niż trzech ludzi. Piętro niżej, będące najpewniej piętrem szefa miało nie co większą obstawę. Skoro gang liczył około dwadzieścia osób. Obstawiał, że straż szefa sięga maksymalnie siedmiu. Razem z trójką na dachu dawało to dziesięciu. Pozbawiając się tych dwóch pięter będzie miał więc połowę za sobą. Pozostawało więc przystąpić do działania. Napinając mięśnie wziął głęboki wdech - przeczuwał, że w najbliższym czasie będzie mu brakowało powietrza. Skacząc na wysokość trzeciego piętra skierował się wprost na zagłębienie okna. Chwytając się górnej krawędzi wykorzystał uzyskany impet wybijając nogami szybę. Podeszwa tanich mokasynów wytrzymała, przypuszczał jednak, że po wszystkim buty będą do wyrzucenia. Puszczając się krawędzi na moment zamknął oczy, wpadł do środka. Czując jak obiły się o niego wszystkie kawałki szkła, otworzył oczy. Rozglądając szybko rozeznał w sytuacji. Znajdował się w pokoju głowy gangu, wnioskował to po masie dziewczyn. Część odurzona, niektóre nieprzytomne, inne w pełni świadome. Zwrócił wzrok na prawą stronę pomieszczenia. Stało tam biurko i tyłem zwrócony do niego fotel. Z fotela podniósł się mężczyzna. Nie patrzył na jego twarz, to co rzuciło mu się w oczy to rozpięty rozporek jeansów. Półnaga dziewczyna, teraz leżąca na podłodze przed fotelem rozjaśniła mu sytuacje. Trzeba mu przyznać, że chociaż zapiął guzik. Kto chciałby umrzeć z ptakiem na wierzchu. Działał szybko, przeskakując nad blatem biurka grzmotnął mu porządnie rękojeścią miecza w skroń. Skuteczny cios posłał trafionego na podłogę z tanią wykładziną. Chciał go sobie zostawić na koniec, ucinanie głowy węża to przyjemność, którą uwielbiał kończyć zabawę. Nie sprawdzał czy trafiony był nieprzytomny, upewnił się jedynie mocnym kopniakiem w czaszkę. Na tyle mocnym by pozbawić go przytomności jeśli jeszcze ją miał, ale na tyle słaby by nie zmiażdżyć mu czaszki. Nie tracąc więcej czasu odszukał wzrokiem drzwi, znajdowały się po drugiej stronie pomieszczenia. Była to odległość którą był w stanie pokonać w ciągu trzech sekund. Patrząc na to, że dostał się tu oknem. Nie mając złudzeń, że pozostali go usłyszeli. Wiedział że trzy sekundy to naprawdę niewiele czasu. Nie chcąc więc tracić ani chwili dłużej ruszył w stronę wejścia. Dwoma susami, przy czym jednym z nich przeskoczył kanapę pełną nieprzytomnych dziewczyn. Dopadł do lewej strony drzwi. Umiejscowione tuż przy prawej ścianie otwierały się do wewnątrz. Zawiasy od lewej upewniały go, że kiedy tylko przejście się otworzy. Zyska chwilową osłonę. Drzwi były stare i z twardego drzewa. Kiedy się otworzą mógłby wbić w nie miecz. Ryzykował by wtedy, że straci przynajmniej kilka sekund na wyciągnięcie ostrza. Może nawet minutę jeśli klinga utknie. Postanowił więc zrobić coś innego. Nie musiał długo czekać nim drzwi się otworzyły. Wpadł przez nie czarnoskóry mężczyzna. Miał na sobie niebieski, dobrze dopasowany garnitur. Szkoda go będzie pobrudzić. Zamykając za nim drzwi poczuł jak uderza nimi drugiego zbira chcącego wejść. Wraz z zatrzaśnięciem się drzwi klinga miecza przeszyła powietrze. Czarnoskóry, przecięty pod kątem od lewej piersi po prawe biodro. Runął na ziemię. Trysnęła krew, poczuł ciepłą ciecz na twarzy. Zaciskając zęby uśmiechnął się szeroko, otwierając szeroko oczy czuł jak jego tętno przyśpiesza. Adrenalina przyśpieszyła, działanie tabletek - idealnie. Odwracając się szybko, tym razem sam otworzył drzwi. Lewą ręką ciągnąc za klamkę, prawą wykonał zamach. Tak jak przypuszczał, końcówka klingi rozcięła gardło mężczyzny, którego przed momentem uderzył drzwiami. Nie zwracając na dławiącego się własną krwią prawie trupa, który przed nim klękał. Rozejrzał się szybko. Korytarz biegł w obie trony. Ludzi po obu stronach nie wydawali mu się dużym zagrożeniem. Wypadając szybko na zewnątrz wykonał pchnięcie w prawą stronę korytarza, samemu zwracając się w lewą stronę. Kucając poczuł jak ostrze wchodzi w ciało. Czując silny opór uświadomił sobie, że przebił się przez mostek. Nie czekając ani chwili szarpnął mocno, wykorzystując jeden zamach, zaatakował również z przodu. Wypruwając kolejnemu flaki uniósł miecz nad głowę. Szybkim ruchem palców wraz z nadgarstkiem obrócił miecz w dłoni. Wolną ręką spychając stojącego jeszcze na nogach z drogi, ruszył na przód. Korytarz zaraz się kończył, po prawej stronie znajdowały się drzwi. Na końcu natomiast okno, od tegoż końca dzielił go jeszcze jeden facet. Stał tam trzymając wycelowana w niego broń. Nim zdążył pociągnąć za spust, jednym silnym kopniakiem posłał go w stronę okna. Kopniak wymierzony był w mostek, oznaczało to że musiał zbliżyć się na wyciągnięcie ręki. Następnie kucnął by nogą ominąć wyciągnięte ręce trzymające broń. Poczuł jak żebra kopniętego ustępują pod siłą kopniaka. Nawet jeśli mostek nie zmiażdżył serca, kopnięty z pewnością nie przeżyje upadku z trzeciego piętra. Mając pewność, że nie musi się już nim przejmować. Wciąż kucając, obrócił się w drugą stronę korytarza. Poczuł jak tuż nad głową przelatuje mu kula. Nie zaprzątał sobie głowy zastanawiając się czy trafi ona mężczyznę zmierzającego na spotkanie z oknem. Spojrzał przed siebie, dystans dzielący go od przeciwnika był zasadniczy. Wzrok, mocno przytłumiony przez lek nie pozwalał mu go dojrzeć. Widział jedynie zarys niewysokiej postaci. Skoro jednak wystrzelił, miał około dwie sekundy nim broń wypali ponownie. Gdyby miał do czynienia z wprawionym strzelcem, sytuacja wyglądałaby inaczej. Wiedział jednak czego się spodziewać. Zbir zebrany z ulicy nie mógł dobrze strzelać. Dwie sekundy były więc wystarczające. Nie zdążył zrobić pełnego płytkiego wdechu, a głowa gangstera była już oddzielona od tułowia. Ten był piąty, albo więc się pomylił albo pozostała dwójka bała się wyjść. Opuszczając miecz, uśmiechnął się szeroko. Uwielbiał kiedy się chowali zwłaszcza, że wiedział iż nikt się nie ukryje…

Mocne kopnięcie wyrwało ostatnie drzwi z zawiasów. Pierwszym co ujrzał była naga dziewczyna leżąca na kanapie. Ruszała się ale to co się działo nie robiło na niej wrażenia. Musiała być naprawdę nieźle naprana … Rozejrzał się po pomieszczeniu, w drugim rogu pokoju znajdował się ostatni przedstawiciel byłego już gangu handlarzy narkotyków. Wciskał się w kont jak żałosny robal, jego usta poruszały się szybko. Nie wiedział czy się modli, czy błaga o litość. I tak nie miało to znaczenia. Powoli, zostawiając za sobą krwawe ślady, podszedł do niego. Białoskóry, nie miał nawet trzydziestki. Smarkaczowi zachciało się bawić w dealera, a teraz nie miał nawet odwagi wymierzyć do niego broni. Żałosne. Kolejny mocny kopniak, wymierzony prosto w jego twarz. Tył głowy uderzający o ścianę pękł jak balon z wodą. Krew zostawiła szkarłatny obraz na taniej tapecie. Cztery minut. Byli żałośni jednak oznaczało to, że miał jeszcze trochę siły na zabawę z szefem. Odwracając się skierował z powrotem na górę. Był na parterze, ale to chwilę wspinaczki po schodach. Schody usłane pokrwawionymi i połamanymi ciałami. Podłoga zalana posoką zrobiła się śliska, co tylko wydłużyło mu drogę. W końcu jednak stanął przed jedynymi drzwiami, które były jeszcze w zawiasach. Zwrócił wzrok w stronę znajdującego się za nimi pomieszczenia. Trójka dziewczyn, które najwyraźniej były w pełni świadome co się wokół nich dzieje, kuliły się na jednej z kanap. Zachowywały się jak by chciały znaleźć się jak najdalej od tego wszystkiego. Spojrzał w miejsce gdzie zostawił nieprzytomnego szefa. To co zobaczył wydało mu się co najmniej, ciekawe. Czarnowłosa dziewczyna, w bieliźnie tego samego koloru. Trzymała za włosy głowę szefa, zawzięcie tłukąc nią o podłogę. Zdawał się nie przejmować tym, że miejsce o które nią uderzała jak i jego okolice były już pełne krwi wylewającej się z jego głowy. Nie powstrzymywał jej, stał w drzwiach przyglądając się temu przedstawieniu. Mógłby ją tutaj zostawić, był pewien, że nie zaprzestała by tej czynności póki policja nie oderwała by jej od ciała. Jego robota była skończona, mógł po prostu wyjść i pójść odebrać zapłatę. Ta naćpana czarnowłosa dziewczyna sprawiała, że miał ochotę zrobić coś zupełnie innego. Przecież nikt nie zabraniał mu mieć odrobiny zabawy po skończonej robocie….

2 komentarze

 
  • Siwa

    Czyżby to było inspirowane Gangstą?

  • Krystian244

    Bardzo fajne, podoba mi się