Wewnętrzny Świat

Znów tu jestem, wychodzę z płynącego nurtu. W dłoni trzymam pustą jedną kartkę, a w drugiej pióro, ponownie stałem się obserwatorem. Ruszam w kierunku wioski, ciepłe słońce grzeje w plecy, ludzie się śmieją, w pięknej harmonii żyją codzienności. Wiem, że to nieprawda, czekam na prawdę. Ruszam dalej, mijają mnie kolejni mieszkańcy, kiwają tylko głową na powitanie, nie jestem uczestnikiem, ja tylko zapisuję, nie mam prawa interweniować. Moja dusza przykleja się do jednego z chłopców, jego wybrałem na moje kończyny, dzięki temu skupię się wyłącznie na pisaniu.
Wchodzi do jednej z pięknej chat, wszystko lśni, dom emanuje bogactwem. Zrzuca ciężką torbę z pleców i kieruje się do kuchni. Tam już krząta się kobieta z maską smutku na twarzy, na kolorowych ubraniach widnieją trzy słowa: słabość, uległość, upokorzenie.
— Jak planujesz dzisiejszy dzień, synku? — spytała, otwierając gorący piekarnik.
— Idę do szkoły, nauczyciel potrafi wspaniale opowiadać — odpowiedział, zanurzając łyżkę w zimnej zupie.
— Szkoła, szkoła, robotę byś znalazł.
Dopiero teraz zauważyłem bestię siedzącą naprzeciw chłopca, zupełnie nie zwróciłem na niego uwagi, jakby dziecko chciało wymazać go z życiorysu. Potwór miał sylwetkę człowieka, przekrwione ślepia oraz długi, wilczy pysk. Całe ciało obleczone było w gęstą, brudną sierść.
— Pieniądze byś przyniósł. Co nam przyjdzie z twojej wiedzy? — huknął, aż doleciał do nas smród gorzały. Tak, bestia lubiła sobie wypić. — Słuchaj synu, pieniądz jest wszystkim, wiedza niczym. Poczekaj chwilę, muszę porozmawiać o tym z twoją matką.
— Już idę mężu. — Maska na jej twarzy zmieniła się ze smutku w przerażenie. Gdy udali się do pokoju, zauważyłem kolejną z tyłu jej głowy. Wpatrywała się gniewnie w chłopca, jakby oskarżała go o swój los. Nagle drzwi od pokoju, w którym byli zniknęły, pojawiły się cienie na ścianie. Jeden krzyczał na drugiego, niestety dolatywał tylko przygłuszony dźwięk, niezdolny do rozpoznania. Męski cień zaczął bić drugi. Młodzieniec skulił się i zatkał uszy, a w jego duszy pojawiło się słowo: Wina. Jak szalona piłka uderzało w umysł. Miał dość, wyszedł, a dotychczas wspaniały dom zaczął gnić, roztaczając niemiłą woń.
Opuściłem duszę chłopaka i skierowałem się do grupki ludzi, wpatrujących się w sytuacje za oknem.
— Dlaczego jej nie pomożecie? — spytałem bardziej z ciekawości niż z litości.
— Pomożemy? Ale w czym? — odpowiedział zdumiony wieśniak. Wtargnąłem do jego wnętrza, obserwując świat nowymi oczyma. Spojrzałem na okno, nie zauważyłem bestii, czy kobiety z maską, widziałem tylko kochające się małżeństwo z czułością wpatrujące się w siebie. Z odrazą wyskoczyłem na zewnątrz, nie wiedząc, co o tym sądzić.
— Widziałeś to prawda? — spytał chłopak, nie przenosząc na mnie wzrok. — Tak działają soczewki w oknach, ojciec jest mistrzem aktorstwa.
Jego słowa nie przyniosły odpowiedzi, tylko nowe wątpliwości. Ruszyliśmy dalej, na ramieniu młodego pojawiła się pękata torba, pełna książek.
— Dokąd zmierzamy? — Ciekawość znów zapłonęła całą duszą.
— Do siedziby wiedzy i absurdu. — Tuż przed nami pojawił się wielki budynek z widocznymi, popękanym napisem: szkoła. Gdy pokonaliśmy jeden ze schodów, literka „K” niemalże przygniotła nas do ziemi. Chłopak tylko otrzepał ubranie i przekroczył wejście.
W środku wszystko wyglądało normalnie, stojące metalowe szafki, wejścia do klas. Jednak uczniowie mieli puste twarze, wyglądali, jakby ktoś wyciął ich z papieru i przyodział w ubrania. Na paskach kołysały się różne twarze, gotowe, by nałożyć je w odpowiedniej chwili.
— Co im się stało?
— A, mówisz o nich? — Machnął tylko dłonią. — Skopiowali dorosłych, stwierdzili, że nie potrzebna im twarz. Ściągnęli sobie własne i stworzyli maski. Zresztą zaraz zrozumiesz.
Korytarzem zmierzała grupa ludzi, ubrani elegancko z długą i szeroką linijką w dłoniach. Uczniowie ustawili się w rządku, przywdziewając oficjalną twarz poprawnego wychowanka. Jeden z nauczycieli podszedł do dziewczynki, która nie zdążyła się przygotować, uderzyła ją, przedmiotem trzymanym w twarz. Ofiara zatoczyła się na podłogę, a krew zrosiła nieskazitelną posadzkę. Dwóch z pedagogów podniosłą ją i wrzuciło do rozdrabniarki w ścianie. Usłyszałem zgniatane kości i mlaskanie krwi, po chwili wyskoczyła z niej, jak nowa. Dziewczynka błyszczała nowym mundurkiem, a maska należycie siedziała jej na twarzy. Nauczyciel uśmiechnął się i zaprowadził ją na miejsce, wprost w kałuże krwi.
Wszyscy wrócili do swych obowiązków, siadając w tych samych klasach. drewnianych, rozpadających się ławkach naprzeciwko ohydnej zielonej tablicy, która wpatrywała się w uczniów.
— Bla, bla, bla. — Tylko tyle udało mi się zrozumieć. Uderzenie w tablice, otwarcie książek. —Bla, bla. — Zabrzmiał dzwonek. Niczym opętana ferajna wychowankowie wyważyli drzwi, wylewając się na korytarz. Wraz z chłopcem opuściłem klasę, ze zdziwieniem odkryłem, że zniszczenia naprawiły się samoistnie. Młodzieńca otoczyły dzieci z maskami ironii i sarkazmu.
— Słyszałem, że twoja matka to worek do bicia.
— Twój ojciec to dziwkarz. — Śmiali się kolejni, puścił to mimo uszu, jedząc twardy chleb i popijając gorzką herbatą. Każda przerwa i lekcja wyglądały tak samo, aż dziw, że młody tyle wytrzymał. Opuściliśmy szkołę i udaliśmy się do domu. Mijaliśmy skąpo ubrane panie, wystawione w oknie sklepowym, każda nosiła cenę na piersiach. W alejce nie daleko dostrzegłem napis: Pragniesz śmierci? Twój portfel ci ciąży? Pozbędziemy się tych problemów, tylko wejdź. Nie daleko nas ktoś ważył różne pastylki, do niego ciągnęła się długa kolejka trzęsących się ludzi, którzy przypominali maszkary z horroru. Zapadnięte policzki, szalone oczy, brudne, potargane ubrania. Nie miałem odwagi pytać, kim są. Już prawie dobrnęliśmy, jeszcze tylko przeszliśmy przez plac, gdzie czekali wypięci wieśniacy, a garniaki kopali ich w wystawione pośladki.
Wreszcie nasz azyl, dom przypominał poprzedni stan, wszystko ponownie błyszczało i lśniło, a zapach drogich perfum roztaczał się dookoła.
— Zobacz synu, co dostałam! — krzyknęła matka z maską nieszczęśliwego uśmiechu, trzymając w dłoniach flakonik z drogą zawartością. Siedziała na kolanach bestii, która zacierała ukradkiem pięści i oblizywała paskudny pysk, udając zadowoloną. Młody tylko przytaknął i skierował kroki w stronę pokoju. Wiedział, że ta szopka zaraz się skończy, a cienie znów powrócą. Założył słuchawki i włączył muzykę. Tu również i moja rola się skończyła, zwinąłem zapisaną kartkę, a pióro wetknąłem za pazuchę. Opuściłem duszę chłopaka oraz wioskę. Przede mną majaczył szybko płynący, szumiący nurt. Strona zapisana, wskoczyłem w prąd rzeki, z niepokojem oczekując kolejnego skrawka papieru do zapisania.

336 czyt.
100%64
krajew34

opublikował opowiadanie w kategorii obyczajowe i dramaty, użył 1242 słów i 7242 znaków, zaktualizował 18 cze o 12:01. Tagi: #umysł #twierdza #świat #zapomnienie #alternatywa

4 komentarze

 
  • kaszmir

    kaszmir · 18 czerwca

    Rzeczywistość w zaplątanych meandrach istnienia. Problemy nawarstwiają problemy, jak daleko można sięgnąć wstecz i jak blisko jesteśmy jutra.

    Pozdrawiam  
    Gdy udali się do pokoju, zauważyłem kolejną na z tyłu jej głowy... ? nie bardzo wiem o co chodzi... zerknij

  • emeryt

    emeryt · 14 czerwca · 202091556

    W tym opowiadaniu stworzyłeś coś naprawdę dziwnego, jednocześnie coś co można podpasować do realu dnia dzisiejszego. Tak samo w zakątkach mieszkań bywają dramaty których nie widzą, lub starają się nie widzieć inni dookoła. przesyłam pozdrowienia i dziękuję.

  • Bordo

    Bordo · 14 czerwca

    Fajne

  • Almach99

    Almach99 · 14 czerwca

    Niezla obserwacja dzisiejszej rzeczywistosci