Złudzenia

…stoi w mroku u wezgłowia łóżka, nasłuchując odgłosów z sąsiedniego pomieszczenia. Za plecami ktoś bezszelestnie uchyla drzwi i wślizguje się do pokoju. Rusza w jego kierunku. Stuk obcasów zaskakuje mężczyznę, odwraca się gwałtownie i dostrzega ciemną, zbliżająca się plamę. Włącza nocną lampkę. Ciepłe światło, nasączone żółtą barwą abażura, wypełnia wnętrze.

Smukła postać zatrzymuje się w pół kroku. Zgrabne nogi, obleczone w przetykane zawiłym ornamentem pończochy, przyciągają wzrok. Hebanowe włosy dotykają bioder w miejscu, gdzie sedno kobiecości okrywa skrojona do granic przyzwoitości bielizna. Podchodzi wystudiowanym, kocim krokiem. Opiera o szeroką pierś uwięziony w satynowym staniku biust.
Śliczna buzia. Szare, zmrużone oczy skrywa zasłona długich, sztucznych rzęs. W uśmiechu ciemnoczerwonych warg zdaje się czaić wołanie: Na co czekasz? Całuj! Muska ustami policzek. Mężczyzna odsuwa się ze wstrętem.
– Po co przyszłaś? – Miękki baryton przepełnia pogarda.
Kobieta dotyka dłonią torsu, drugą obejmuje za szyję. Próbuje pocałować.
– Nie, nie chcę, daj mi święty spokój! – Nie kładzie na przeczenie żadnego nacisku, a mimo to brzmi ono wręcz obraźliwie.
Ona nie ustępuje. Zbliża się do ucha i szepcze zmysłowo:
– Kochaj się ze mną.
– Mówiłem, że nie chcę! Jesteś dziwką! – wyrzuca z siebie gniewne słowa, im głośniej, tym bardziej drży mu głos. – Jak mogłaś? – Marszczy brwi. W podniesionym tonie słychać nagle lodowatą nutę.
Wydaje się, że kobieta kompletnie ignoruje to, co do niej mówi. Przygryza małżowinę, a dłoń wsuwa pod koszulę. On chwyta dziewczynę za ręce i odpycha.
– Przecież lubiłeś się ze mną pieprzyć. – Z czerwonych ust pada niespodziewana riposta. Jest wulgarna, sztuczna. Nie pasuje do sceny.
Siadam na moment i z zaciekawieniem czekam, jak zareaguje.
Pozwala, by dziewczyna patrzyła na niego przez dłuższą chwilę, a potem bez słowa odwraca się do niej plecami i przechodzi na taras.
Co takiego zrobiła, że ją odtrąca? Za późno włączyłem.
Noc, pełnia lata, morze w oddali. Księżycowy blask pogłębia jeszcze panującą ciemność. Powiew bryzy lekko porusza zasłony. Bierze głęboki oddech, który zmienia się prawie w westchnienie.
Widok wydaje się tak znajomy. Przywołuje przeszłość. Coś, o czym chciałbym zapomnieć.
Wsparty o balustradę sprawia wrażenie, jakby nie miał odwagi spojrzeć kusicielce w oczy. W tle słychać powolny, charakterystyczny odgłos zbliżających się kroków. Podchodzi i opiera się o jego plecy, obejmuje. Mężczyzna odwraca się, wzrok zatrzymuje na twarzy dziewczyny, ujmuje za ramiona i delikatnie odsuwa.
– Dlaczego? Powiedz mi dlaczego? – W głosie daje się wyczuć żal.
Kobieta wzrusza ramionami i z wykrzywionymi w gorzkim grymasie wargami obojętnie odpowiada:
– Nie było cię trzy lata. – Szare oczy rozbłyskują skrywaną nadzieją. – Chcę jeszcze raz poczuć się kochaną. Ostatni raz, proszę. On jest pijany i śpi. Nigdy się nie dowie.
W milczeniu mierzą się wzrokiem. Przez jej twarz przemyka jakby lekki cień bólu.
– A ja? Jak spojrzę mu w twarz? To był mój najlepszy przyjaciel. Ukradł mi ciebie; zabrał to, co miałem najcenniejszego. Dlaczego on? Mówiłaś, że kochasz. Wierzyłem. On zaprosił mnie tu na swój ślub. Po co? Żeby mnie upokorzyć? – Podniesiony ton głosu mężczyzny wygasa, by zabrzmieć żałosną nutą: – Wyjedź stąd ze mną. Zaraz, teraz, proszę. Możemy…
Perfidna dziwka, wszystkie są takie – szepczę do siebie.
Słucha z ustami wykrzywionymi w na pół skrywanym, słabym uśmiechu. Nie pozwala mu dokończyć:
– Nie mogę. Nie zrozumiesz. Nigdy z nim nie spałam. On mnie nigdy nie dotknie. Proszę cię o ten jeden, jedyny raz – milknie, po czym dodaje błagalnym tonem – kochaj się ze mną, jak wtedy, jak dawniej.
Gdzieś znika cała sztuczna atmosfera. To coś – ulotna, niewidzialna bariera między nimi – pęka. Obejmuje ją, zachłannie całuje. Podnosi na rękach, kilka kroków i składa słodki ciężar na łożu. Pieści piersi, ściska w dłoni, przygryza sutki. Ślizga się ustami po gładkiej skórze brzucha, bioder, ud. Zatraca się w smakowaniu jej ciała.
Gdzieś w głębi mojego umysłu pojawiają się obrazy, wspomnienia o tym, jaką miała pachnącą i ciepłą skórę. Kobiecość, płatki rozchylające się pod naciskiem języka, wnętrze roniące krople wilgoci, smak seksu…
Westchnienia, jęki, dla nich liczy się tylko ta chwila, nic więcej. Przerywa pieszczoty. Już bez czułości wbija się w nią i napiera niczym szaleniec. Kochanka nie protestuje, zamyka go w uścisku ramion, przytula. Na swój sposób obłąkany przygważdża kobietę do łóżka, nie zwracając uwagi i nie zastanawiając się, co czuje. W tej gwałtowności jest coś z zemsty, kary za odrzucenie. Krzyk bólu, gdy wdziera się… To nie uczucie, to coraz większa furia. Jest niczym samiec, zwierzę ogarnięte szałem rui. Brutalne uderzenia bioder w pośladki. Złość i frustracja zamieniają się w gwałt. Wszystko kończy się tak nagle, gdy zastyga niespodziewanie w bezruchu. Opada bez sił rozdygotany, spełniony. Ona nadal go obejmuje, przyciska do piersi – ekran ciemnieje.
Światło słońca wpada przez uchyloną zasłonę. Ktoś krzyczy i wali pięściami w drzwi. Szarpie za klamkę. Na łóżku leży skulona dziewczyna. Szlocha. W dłoni zaciska karteczkę z rozmazanymi przez łzy słowami: „Zawsze bę…”
Koniec filmu. Zatrzymany kadr przesłaniają płynące niespiesznie napisy, z głośników sączy się smutna muzyka. Jeszcze chwilę rozmyślam, przeżywam film, przyrównuję. Wyłączam telewizor i wstaję, a kanapa jęczy zmęczonymi sprężynami.
Za oknem mrok i cisza sporadycznie przerywana szumem przejeżdżającego samochodu. Stalowej barwy popiół zwisa z papierosa, a nad nim wije się siwą wstęgą dym. Szary pył rozbija się na stercie niedopałków przy pierwszym drgnięciu palców. Zaciągam się, czerwono krwisty żar rozbłyska przed oczami. Nie czuję smaku, tylko ciepło wypełniające krtań. Mgła z ust faluje, przesłania ekran i rozpływa się w nicość. Za plecami ściszone radio szeleści oszalałym dyskotekowym rytmem.
Na stole laptop wyświetla zdjęcie. Wspomnienie czegoś ulotnego, chwil cudzej radości. Ogród botaniczny, Frankfurt. Ławeczka otulona bluszczem. On z nią objęci, przytuleni, zatopieni w pocałunku.
Po co? – zastanawiam się. Minęły już… Coś nie pozwala zapomnieć, przyciąga. Ukryty folder… „Zdrada”… Ciągle go trzymam. Nie wiem, co mnie podkusiło, żeby zajrzeć… Nadal nie mogę się pogodzić… To tkwi tak głęboko, tyle wspólnych dobrych chwil. Zdjęcia zdzierają zasłonę kłamstw.
W zgranych sms-ach ciągłe wyznanie: ”ich liebe dich mein engel”¹. Na początku sama pokazywała ze śmiechem, by z czasem zacząć ukrywać. Najpierw mnie facet śmieszył, bagatelizowałem jego zauroczenie, a potem wkurwiał. Jej kpiny z adoracji uspokajały, uległem złudzeniu… Jeszcze uciekałem od oczywistej myśli. Potem gotów byłem jechać i sukinsyna… A może wcale nie… Dzisiaj już nie wiem tak naprawdę. Uspokajała, zapewniała, że nic dla niej nie znaczy. Wierzyłem, bo chciałem wierzyć. Wyjeżdżała. Zostawaliśmy sami we dwoje, mała i ja. Chyba wtedy, dopiero wtedy poznałem prawdziwy smak ojcostwa. Zrozumiałem, jak ważne jest nie zawieść zaufania tej małej istoty.
Spojrzenie ucieka od roześmianych twarzy. Bezmyślnie wpatruję się w ścianę. Kuchnię rozjaśnia samotny płomień świecy, skwierczy i chybocze, cienie drgają wokoło. Ułuda życia w pustym mieszkaniu. Ostatni ślad jesieni stoi na półce – słój pełen poskręcanych suszonych grzybów. Przywodzi na myśl gęsty, zasypany liśćmi i igliwiem las, przesiąknięty ciężkim aromatem żywicy. Nad nim obraz: przewrócony cynowy dzbanuszek z dzióbkiem, który zapadł się do połowy w ziarnach brązowej kawy. Obok zegar nieśpiesznie mruga parą kropek na wyświetlaczu. Kolorowy kalendarz z przekreślonymi datami grzęźnie w półmroku. U dołu kartki ostatni dzień miesiąca; nie zacienia go jeszcze gruba kreska flamastra. Jedyna miara upływających pustych, bezsensownych dni. Pozwala zrozumieć własną klęskę. Zaciągam się dymem. Niedopałek ląduje w popielniczce.
Wracam wzrokiem do zdjęć. To było zrobione w dniu moich urodzin. Bar, siedzą we trójkę: dziewczyny trzymają w dłoniach napoczęte piwo, on robi zdjęcie. Roześmiane twarze. Jego dłoń w kadrze wsunięta między jej uda. Obłudny sms przyszedł wtedy późno w nocy: „Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, kochanie. Tęsknię.” Skończyła się pieprzyć i przypomniała sobie o mnie? – zastanawiam się. Na nowo rośnie we mnie gorycz i złość. Wyobrażam sobie, jak leżeli w łóżku, zziajani, spoceni, a ona wysłała wiadomość. Śmieli się obydwoje – niech głupek się cieszy. A może wklepała tekst po kryjomu w łazience. Robiła tak przecież, pisząc do niego.
Te wyjazdy, żeby dorobić; żarliwe tłumaczenia, uzasadnienia – wszystko staje mi dzisiaj przed oczami. Czuję… niesmak… tyle obłudy.
Wstaję od stołu, przechodzę do pokoju i wyciągam po ciemku z barku butelkę. Wracam na miejsce. Kieliszek przeznaczony do szampana wypełnia krwista struga czerwonego martini. Wzburzony płyn nie ma czasu się ustać. Pospiesznie, jednym haustem wypijam wszystko. Przyjemne ciepło rozchodzi się po wnętrzu ciała.
Miało uspokoić, przywrócić dystans do przeszłości. Nic z tego. Nie da się zapić uczuć. Już to wiem. Próbowałem. Na cholerę znowu przeglądam fotki! – wpatrzony w zdjęcie wyrzucam sobie w myśli. Coś mnie ciągle powstrzymuje – irracjonalne zachowanie. Powinienem skasować wszystko bezpowrotnie. Wiedeń… kolejny folder. Nie, wystarczy, wystarczy… Czuję narastającą złość. Niczego już nie zmienię. Wszystko przepadło.
Za oknem z szumem przejeżdża samochód. Dźwięk jest wyciszony, miękki. Przez moment próbuję doszukać się przyczyny… Zastanawiam się, wreszcie zaintrygowany wstaję i odsuwam firanę. Pada śnieg. Biały, delikatny całun pokrywa szarą, bezbarwną rzeczywistość. Zerkam na zegarek – za pięć minut dwudziesta trzecia. Jeszcze nie mogę się zdecydować.
– A co mi tam – szepczę do siebie. – Przejdę się.
Siadam w przedpokoju na pufie i bez przekonania nakładam buty. Czy założyć sweter…? – waham się chwilę. – E… nie, niedługo wrócę. Z wieszaka ściągam kurtkę. Dopinam suwak i zarzucam kaptur na głowę. Otwieram drzwi na korytarz. U sąsiadów słychać głośną muzykę, rozbawione głosy. Zatrzymuję się na progu… czegoś nie zabrałem…? A, komórka. Wracam się do kuchni i ze stołu wkładam telefon wprost do kieszeni. Jeszcze tylko przekręcam klucz w zamku i cicho zbiegam po schodach. Nawet nie zapalam światła na klatce. Zmykam, by mnie sąsiedzi nie zauważyli. Zaproszą i niezręcznie uciekać będę w kłamstwo. Chcę być sam.
Na dworze aura powoli tka swój zimowy dywan. Wychodzę na ulicę. W długim szpalerze domów pojedyncze oczodoły okien wypełniają drgające, różnokolorowe światła. Śnieg przyjemnie dla ucha skrzypi pod butami. Powietrze jest rześkie, trzyma lekki przymrozek. Ulica, za dnia tętniąca gwarem ludzi i warkotem samochodów, teraz jest cicha, pusta. Tylko wirujący puch bezgłośnie zaściela wszystko wokół i muska twarz. Piękno zimowej nocy ukazuje się w pełnej krasie. Złe myśli, wspomnienia odchodzą gdzieś na bok, nikną. Świat wydaje się cudowny. Coś w powietrzu, w niebie, w blasku księżyca daje nadzieję. Blask ulicznych lamp pada na śnieżną, miejską pustynię, skrzy się czerwienią i fioletem.
Deski mostu dudnią głucho, odmierzając moje kroki. Zatrzymuję się. Woda, spadając ze śluzy, z hukiem uderza w powierzchnię zbiornika. W oddali mruga pylon stacji paliw. Zapalam papierosa i zaciągam się. Stoję oparty o poręcz. Co ona teraz robi? – myśl jest niespodziewana. Próbuję sobie wyobrazić. Może…
– Dobry wieczór. – Zaskakuje mnie zza pleców chór głosów.
Odwracam się zdziwiony. Koleżanki i koledzy córki. Nie usłyszałem, kiedy podeszli, śnieg stłumił kroki.
– Dobry wieczór – odpowiadam. Trudno się nie uśmiechać, patrząc na rozbawione twarze. W trzymanych reklamówkach pobrzękuje szkło. Dziewczyny, wtulone w ramiona partnerów, zerkają zakłopotane, niepewne, jakby obawiały się braku akceptacji. Głowy oprószone zimową siwizną.
Dopadają mnie wspomnienia… Las, gęsta knieja, przecięta wąskim duktem. Szpaler zamarłych w bezruchu białych jodeł, gałęzie uginające się pod ciężarem srebrzystej pierzyny. Bezkresna biel, lśniąca, migotliwa, usiana tysiącem jaskrawych błysków, kłuje w oczy. Cisza i tajemniczość panujące w powietrzu. Jesteśmy oczarowani groźnym pięknem otoczenia. Mróz wyciska swoje piętno, rumieni twarze. Tutaj pocałunki smakują inaczej… Sanki, ciągnięte na lince za samochodem, podskakują na wybojach. Krzyki podszyte lękiem, radość, śmiech, prawdziwe szczęście w oczach. Pies z wyciągniętym jęzorem w susach skaczący z zaspy w zaspę, w nieustającym pościgu za dziewczynami.
Sielski obrazek. Coś ściska w piersi… Żal za czasem, który nie wróci. Otoczenie sprzyja nostalgii, a umysł niestrudzenie podsuwa ukryte w pamięci dobre…
Wtuleni w siebie leżymy w łóżku, jedynie dłonie błądzą po ciałach. Budzi się w nas namiętność, rozpala zmysły; codzienna mowa zawodzi, gdy zastępuje ją pieszczota. Chichot i tłumiony śmiech, gdy ona łapie za mój interes. Pod palcami czuję wilgoć. Próbuje zaciskać uda, uciec mi w skręcie ciała. Natarczywie zabiegam o przyzwolenie. Pod dłonią nabrzmiały sutek przeczy odmowie.
– Ona jeszcze nie śpi… Cicho, nie teraz. – Jej głos mięknie. Staje się ociężały, zmysłowy. Przestaje się bronić.
Westchnięcie na tyle głośne, bym zrozumiał. Udaje, że ulega. Niczym nurek nabiera powietrza i znika pod kołdrą. Palcami obejmuje, zaciska i nieśpiesznie mierzy jego długość. Oplata wargami, muska językiem, zatraca się. Za sprawą pieszczoty penis nabrzmiewa, rośnie w ustach i dłoni.
– Mamo! – Dobiega mnie stłumione dziecinne wołanie z głębi mieszkania.
Pryska cały urok. Jeszcze się łudzę, ale już słyszę tuptanie bosych stópek, zmierzających do naszego pokoju. Ona nie słyszy, skryta pod kołdrą, zafascynowana budowaniem naszego pożądania.
– Przestań… mała… – uchylając nakrycie, szepczę przepełnionym żądzą, rwącym się głosem – wykrakałaś.
Wynurza się jak pływak zaskoczona, z wilgotnymi ustami, rozedrgana, zawstydzona. Zrywa się, gdy kruszyna staje przy łóżku. Promienna, z oczyma pełnymi dumy, miłości i szczęścia, wyciąga ręce, tuli do piersi, uspokaja, tłumaczy. Ociera wilgotne małe oczy, układa między…
Ktoś dzwoni, burzy myśli, przywraca do rzeczywistości. Kolega z pracy składa życzenia. Czas wracać. Rzucony niedopałek czerwoną linią kreśli drogę w ciemności. Samotność. Takie dni sprzyjają rozrachunkom z przeszłością. Sypią się sms-y od znajomych, współpracowników. Huk wody zamiera w oddali. Idę i nie rozglądam się, tylko odpisuję. Za piętnaście minut dwunasta. Przyspieszam kroku. Już niedaleko. Telefon znowu wibruje w kieszeni. Wyciągam i zastygam w bezruchu. Ten numer… znajomy do bólu. Coś chwyta za krtań, dusi w piersi bezgranicznym żalem.
Pełen obawy otwieram wiadomość: „Szkoda, że nie świętujemy go razem, ale mimo wszystko życzę Tobie miłego Sylwestra i szczęśliwego Nowego Roku.”
W milczeniu próbuję zrozumieć sens przesłania. Gniew ściska szczęki, budzi uśpione złe duchy. Kipi niewypowiedzianym przekleństwem. Znowu szydzi? Śnieg sypie coraz mocniej. A w głębi umysłu, na przekór logice, rozwija się nitka nadziei. Ulotna, krucha.
Wchodzę po schodach, przekręcam klucz w zamku, ściągam kurtkę, buty, wszystko bezmyślnie. Śnieg z ramion spada na podłogę. Wokół butów rośnie kałuża wody. Umysł opanowuje złudna myśl. Spoglądam w głąb kuchni.
Przypominam sobie…
…siedząc na blacie kuchennych szafek, niezgrabnie trzyma papierosa w palcach. Zaciąga się i krztusi dymem. Zakłada nogę na nogę. Papieros i ten sztuczny gest ma dodać pewności siebie; dać złudne poczucie przewagi, gdy w milczeniu stoję i czekam na jej decyzję. W oczach dostrzegam pogardę i skrywany strach. Ucieka wzrokiem niepewna, jak zareaguję…
Otrząsam się, wracam do rzeczywistości – dostrzegam w lustrze wiszącym w przedpokoju grymas rozczarowania. Moja twarz… już wiem, uległem złudzeniu. Ważę telefon w dłoni i powoli wpisuję odpowiedź. Niezdecydowany zastanawiam się, czy coś dodać. Aparat zaczyna wibrować nowym połączeniem… Zdjęcie młodej, uśmiechniętej dziewczyny rozjaśnia ekran.
– Halo. – W jednej chwili wszystko inne przestaje mieć znaczenie.
– Cześć, tata. Pamiętasz, co mi obiecałeś? – W tle głośna muzyka. Z trudem wyławiam słowa. – Ja trzymam kieliszek w dłoni. – Pełen entuzjazmu dziewczęcy głos. – Pijemy obydwoje równo o północy.
Jak mógłbym zapomnieć! Podchodzę do stołu. Przytrzymuję ramieniem telefon przy uchu. Otwieram butelkę szampana. Korek strzela z hukiem i uderza w firany. Alkohol wypełnia kieliszek. Ręka mi drży ze szczęścia. Szampan rozlewa się na obrus, skapuje na podłogę. Szumi pęcherzykami i wypływa z butelki pianą, osiada na stole. Cichnie w słuchawce muzyka, słyszę odliczanie… dziewięć, osiem… Chór rozbawionych ludzi odmierza czas.
Północ. Krzyki radości zagłuszają słowa. Upijam łyk.
– Wszystkiego najlepszego, córeczko. Szczęśliwego Nowego Roku. Oby ten, którego masz przy boku, okazał się wart twoich uczuć. Przekaż mu moje życzenia. – Z trudem ukrywam wzruszenie w głosie.
– Tato, tato, ja słabo słyszę. Wypiłeś? Wszystkiego najlepszego. Daj słowo, że nie będziesz sam. Słyszysz? – Jej słowa nikną w głośnej muzyce. – Zabawa jest super. Do zobaczenia za tydzień. Pa, tato.
– Cześć, mała.
Znika zdjęcie najważniejszej osoby w życiu i odsłania niewysłaną wiadomość.
Zsuwam na bok firanę i otwieram okno. Śnieg przestał padać. Chłodne, mroźne powietrze wdziera się do wnętrza. Noc pojaśniała światłem gwiazd i księżycową poświatą. Strzelają fajerwerki setką jaskrawych, kolorowych błysków, a powietrze wypełnia huk petard, syczenie sztucznych ogni, ryk syren i bicie dzwonów.
– Wszystkiego najlepszego, córeczko. – Dopijam szampana i szepczę: – Ona nie wie, co straciła…
Zerkam na telefon, mrużę wilgotne oczy, smutny uśmiech wykrzywia mi usta. Wysyłam wiadomość. Jeszcze przez chwilę, nim ściemnieje ekran, tekst przykuwa wzrok.
„To Twój wybór”

batavia

opublikował opowiadanie w kategorii erotyka, użył 3165 słów i 19095 znaków.

2 komentarze

 
  • baba

    Jak normalnie to opisałeś! Delikatnie i z wyczuciem, jesteś wielki. Nie przejmuj się niedociągnięciami. Jesteś moim ulubionym tekściarzem. No i często wracam do Basi i Patryka-------dzięki!

  • Robert72

    Podoba mi się, bardzo dobrze utrzymane emocje. Tak cholernie jakoś wzięte z życia.