
Kolejny wieczór, podczas którego czas mijał mi na redagowaniu wywiadu z nieobyczajną kobietą. Pracowałem niemal każdej nocy, ponieważ chciałem jak najlepiej wypaść przed nowym szefem. Tak więc pisanie pochłaniało mnie bez reszty. Blade, punktowe światło rozjaśniało gabinet, gdzie pogrążony w monotonii pracy twórczej próbowałem skupić się na zebraniu myśli i przełożeniu ich w logiczny ciąg znaków. Niestety, przyjemnie cierpkie w smaku wino nie ułatwiało mi zadania. Wręcz przeciwnie — z każdym kolejnym wychylonym kieliszkiem byłem coraz dalej od zamierzonego celu…
Chcąc jeszcze bliżej poznać bohaterkę mojego wywiadu, zrozumieć kim tak naprawdę jest, czym się kieruje w życiu, jakim zasadom hołduje, co tak pieczołowicie skrywa przed światem i czy na dnie jej duszy jest wciąż ta sama osoba, zacząłem przeglądać autorską stronę Ladacznicy.
— Hmm…, faktycznie nie lubi polskich swingersów — do takich wniosków doszedłem po lekturze jednego z jej wpisów…
„Byłam w klubie dla swingersów, żałuję wszystkiego. Gdzie są najlepsze miejsca dla zwolenników tego typu rozrywki? Na pewno nie w Polsce. W naszym kraju są najgorsze… Słowa mocne w wymowie, niestety, mające oparcie w faktach. Konkrety? Proszę bardzo… Cała infrastruktura swingerska znajduje się mocno w powijakach. Kluby są nijakie, można powiedzieć, są ubogą kalką swoich zachodnich odpowiedników. Swego czasu byłam w lokalu Trinity i, szczerze mówiąc, była to moja pierwsza i ostatnia wizyta w polskim klubie swingerskim. Nie powinno się chodzić do takich miejsc, jeśli bywało się w zachodnich przybytkach. Niestety, złamałam tę starą, mądrą zasadę… To, co zobaczyłam, przeszło moje najśmielsze oczekiwania… Najpierw rzuciła się w oczy zła aranżacja wnętrz, która przyprawia o klaustrofobię, następnie pojawiło się paru napalonych mężczyzn, którzy z góry, w rubaszny sposób oznajmili, że „zaklepują mnie”… Co to miało znaczyć, nie wiem i wiedzieć nie chcę.
Nie koncentrujmy się jednak na obsłudze, wszak ów klub to nie high class level tylko erotyczna remiza strażacka umiejscowiona w wielkim mieście. Plany i aspiracje są jednak niezwykle wyśrubowane — najlepszy klub swingerski w stolicy! Co proszę, dobrze słyszę? Nie wiem czy dobrze słyszę, widzę za to dobrze. Oto bowiem moim oczom ukazuje się obraz: małe dziecko wstaje z kolan i udaje dorosłego… Kochani, co to za kultowy klub, który nie ma nawet własnego banneru tylko kryje się za obcymi dla oka nazwami…?!? Czy jakości, poziomu, elegancji należy się wstydzić? Dziwne to, osobliwe i straszne zarazem… Idźmy jednak dalej. Plakaty, którymi klub zachęca miłośników swingu, nijak się mają do realiów. Byłam, widziałam owe damy, które czekają na gang bang… Na samo wspomnienie robi mi się niedobrze… Mocno nadgryzione duchem czasu panie, które są adorowane przez panów z brzuszkami piwnymi, czyli z tak zwanym podatkiem od luksusu. Nie powinnam tak mówić, każdy ma prawo być szczęśliwy? Owszem, zgadzam się, tylko dlaczego plakaty sobie a rzeczywistość sobie…?
— Nie musisz nic, możesz wszystko — głosi jedno z wielu haseł swingerskich.
Uff, cieszę się, że „nie muszę nic”. Co jednak gdybym musiała? Gdybym musiała, nie mogłabym nic… Co bowiem robić w tak szemranym towarzystwie? Mogłabym na przykład wziąć bat i wybatożyć napalonego dżentelmena, niestety, akcesoriów erotycznych tyle ile kot napłakał… Albo i jeszcze mniej… No to może napiję się czegoś przy barze? Odradzam, jest tak ubogo wyposażony, że aż łza ciśnie się do oka. Kochani, jeśli macie ochotę na chwilę relaksu przy kieliszku czegoś dobrego, zostańcie u siebie. Miło spędzicie czas i nie narazicie się na męczący powrót do domu. No właśnie, zatrzymajmy się na chwilę przy tym wątku. Klub Trinity znajduje się na Mokotowie, a dokładniej rzecz ujmując, jest schowany w lesie bloków niemal jak osiedlowy hydrant. Tymczasem klub Rouge to prowincja Warszawy, czyli Marki. Tak więc impreza łączona odpada z racji odległości. I nie mówię tego bez kozery, wszak oba lokale chwalą się tak zwaną gwarancją udanej zabawy. Co to dokładnie znaczy? Ano to, że jeśli nie spodoba się wam relaks w jednym miejscu, możecie tego samego wieczora udać się do drugiego. Hmm…, pomyślmy: jesteśmy w Markach, a tam… smród, bród i ubóstwo, myślimy, nic to, jedziemy pół Warszawy na Mokotów a tam… smród, bród i ubóstwo. To się nazywa z deszczu pod rynnę… I do tego nasz portfel mocno uszczuplony, wszak ceny jak na Zachodzie. Na Zachodzie jednak nie jesteśmy, dlaczego więc za jajko w majonezie mamy płacić jak za kawior? Dlaczego uczestniczenie w tak zwanej sex party, gdzie skazani jesteśmy na macanki stosowane przez obleśnych panów ze zmurszałym przyrodzeniem, musi tyle kosztować? Myślę, że za traumę, którą bez wątpienia dozna nasze poczucie estetyki, to nam się powinno zapłacić. I to sporo, wierzcie mi…
Reasumując, ceny z sufitu, elegancja z podłogi… właściciele zaś z Poznania lub Krakowa, o czym świadczy wężowe syczenie dobiegające z kieszeni. Niby wielcy właściciele, z zachowania jednak dusigrosze, przypominający typowego „szwagra”, który rzuca stówkę na stół i żąda… wszystkiego… A za stówkę, drodzy panowie, można mieć wielkie NIC, ZERO, NULL. NIC z interesu, ZERO elegancji i NULL klasy… Szkoda, że w Trinity i Rouge nie znają starych powiedzeń. Gdyby je zawczasu przyswoili, wiedzieliby, że chytry traci podwójnie… zaś skąpy swingers nie tylko dwa razy tyle dokłada do interesu, ale i po dwakroć żałuje… Cóż jednak począć, tak już jest skonstruowany nasz świat… Historia musi zatoczyć koło a do łask wrócić powiedzenie: „Czemuś głupi? Boś biedny. Czemuś biedny? Boś głupi”.
Skończywszy czytać relację Joanny Dark z wizyty w klubie dla swingersów, z całą pewnością mogłem o Ladacznicy powiedzieć, że jest nie tylko wyjątkowej urody, ale również jej opinie potrafią być ostre jak brzytwa.
— Ogień, nie kobieta — pomyślałem i poszukałem czegoś na zmianę nastroju; w oczy wpadła mi recenzja Secret Touching Finger Massagera.
“Kochani, na rynku erotycznych gadżetów wciąż coś się dzieje, czasem jednak warto przypomnieć sobie o już istniejących zabawkach. Wibrator na palec — bo o nim mowa — jest wart mojego opisu. Który z was, drodzy panowie, nie bawił się muszelką swojej kobiety, nie dotykał jej paluszkiem tam, gdzie jest najsłodsza? Która z was, kochane panie, nie doświadczyła namiętnych muśnięć kochanków, którzy z lubieżnym pietyzmem zanurzali palce w lepkim z podniecenia zakamarku? Każdy z nas tego zaznał, teraz jednak drzwi rozkoszy otwierają się szerzej, a tajemniczy głos skrytych pragnień szepce do ucha, abyśmy jeszcze mocniej popuścili wodze fantazji… Wibrator Secret Touching Finger Massager to… błogość na wyciągnięcie ręki. Wystarczy ozdobić nim palec, uruchomić rozkoszny pomruk i podzielić się nim z ukochaną osobą. Doznania są tak intensywne, że aż trudno je opisać. Muśnięcie paluszka w odpowiednim miejscu, a kobieta staje się namiętną kicią, która słodkim mruczeniem rozochoci niejednego kocura… Wierzcie mi, wiem co mówię, wszak miałam przyjemność przetestować ów rozkoszny gadżet. Za pierwszym razem wibrator gościł na palcu mego ukochanego, za drugim razem sama po niego sięgnęłam… Zrobiłam to powodowana głodem seksualnych wrażeń i uczynię to jeszcze niejeden raz. W końcu przyjemność jest na wyciągnięcie ręki…”.
— No proszę, z jednej strony potrafi być bezlitosna w ocenie, z drugiej słodka jak miód, typowa kobieta — uśmiechnąłem się pod nosem, dając upust radości, że są jeszcze na świecie osoby nieszablonowe.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
Dodaj komentarz