Rodzina, tak to się kiedyś nazywało..

-Rodzina, to tylko rodzina, nie rozumie pani? Z nią dobrze wychodzi się wyłącznie na zdjęciach a za kulisami dzieją się różne rzeczy - czuję się strasznie, bo kobieta, do której prawie krzyczę siedzi zupełnie niewzruszona na fotelu. Wgapia we mnie te swoje cholerne, brązowe oczy i zakłada nogę na nogę, jakby siedziała w jakieś przytulnej kawiarni.  
-Czy nie na tym polega różnorodność? Nie zawsze będzie dobrze. Zwykle to od nas samych zależy, jak ułożymy pewne relacje - jej spokojny, monotonny głos sprawia, że mam ochotę wziąć nóż i dźgnąć ją kilka razy. Nie jestem już małym chłopcem. Wiem, co jest dobre a co złe. Wiem, że rodzina pod żadnym względem nie powinna się tak zachowywać. Nieważne, co by się nie działo i w dupie mam jej różnorodność.  
-Nie rozumie pani. Niepotrzebnie tutaj przychodziłem. Miała mi pani pomóc a podniosła mi pani tylko niepotrzebnie ciśnienie - westchnąłem, bawiąc się nerwowo swoimi palcami.  
-Dania - rzuca.- Jesteśmy w podobnym wieku. Wiem, co mówię. To tyko kwestia nastawienia. Jasne, nie tylko jednej ze stron, ale czasami nieświadomie przyczyniamy się do pogorszenia rodzinnych relacji, nie zauważyłeś? Wystarczy jedno słowo, by potem druga osoba żywiła do nas urazę. To nie mija w kilka godzin, potrzeba czasu i cierpliwości - kontynuuje swój monolog a ja myślę tylko o ciepłej, dobrej kawie i chwili spokoju.  
-Dobrze, przemyślę to. Na dzisiaj koniec - w jej oczach widzę zaskoczenie i lekki przejaw rozczarowania, ale szybko spuszcza głowę i wstaje z fotela, poprawiając czarną spódnicę.
-Widzimy się w następny wtorek? - pyta, jak zawsze, choć wie, jakiej odpowiedzi udzielę.  
-Tak jest, Diana. Jeszcze kilka wizyt i znikam - na ostatnie słowa zmrużyła oczy, chyba zupełnie nieświadomie, ale nie zareagowałem, po prostu wyszedłem z jej gabinetu.  


Po drodze zastanawiam się czy na pewno powinienem pojawić się u niej w następnym tygodniu. Dotąd żaden psycholog mi nie pomógł, więc czemu właśnie ona? Słowa się powtarzały, déjà vu stanowiło chleb powszedni. Wciąż to samo, to samo a w dalszym ciągu po żadnym spotkaniu nie poczułem ulgi. Nic. Kompletnie. Problemy się nawarstwiały. Naiwny szukałem dalej, mając nadzieję, że tym razem się uda, że w końcu powrócę do normalności a złe myśli mnie opuszczą, dadzą normalnie żyć. Nadal nie czuję poprawy a obce spojrzenie kobiety za każdym razem sprawia, że zdaję sobie sprawę o totalnym nierozumieniu. Jest tyle ludzi. Dlaczego wszyscy mówią te same, oklepane zdania? Nikt nie może wybić się z tego chorego kółka. Biegam w tym całym świecie, który złożony jest wyłącznie z chaosu i wszystkich tych sztucznych, wymuszonych uśmiechów.  


-Wiesz, że ucieczka to nie rozwiązanie. To tylko wybór niedojrzałych ludzi, który nie wiedzą, co mają zrobić i zamiast naprawić po prostu uciekają, jak zwykli tchórze - wertuje kartki w swoim grubym notesie, nawet na mnie spoglądając. Może i lepiej, nie ma pojęcia, jak wszystko się we mnie gotuje na te słowa.  
-Uważasz mnie więc za tchórza? - pytam, obserwując jej reakcję. Przenosi na mnie wzrok i jak gdyby nigdy nic kiwa głową.  
-W każdym z nas rośnie te małe ziarenko. Tylko od człowiek zależy czy konsekwentnie je podlewa i pielęgnuje, czy wyrywa, jak chwasty - patrzy na mnie łagodnie, ale mam wrażenie, że to tylko przykrywka. Dobra mina do złej gry. Wkurwiają mnie jej metafory. Czy wyglądam na jakąś roślinę?  
-Hm, więc uważasz, że najlepszym wyjściem jest powrót do domu? Do ludzi, którzy mnie nie rozumieją i co najważniejsze - nie chcą zrozumieć, pomimo wszelkich starań? Nie ma dla nich ratunku, rozumiesz? Myślisz, że nie próbowałem? Że nie chciałem nawiązać kontaktu? Żyć, jak normalny człowiek w ciepłym, rodzinnym gronie? Nie masz pojęcia, jak cierpiałem, gdy widziałem te ich bezlitosne, zacięte twarze, jakbym co najmniej zgwałcił całą wieś, a przecież nie zrobiłem niczego, co mogłoby być powodem ich cholernie niesprawiedliwego zachowania - przez cały czas obserwuje każdy mój najmniejszy gest. Mruży oczy, gdy wzruszam ramionami, zaciskam szczękę, gestykuluje rękami, podnoszę głos. Rejestruje każdy najmniejszy szczegół. - Czy to takie trudne pokochać kogoś, kto jest odmienny? To wciąż ja, rozumiesz? Nic się nie zmieniło ani w moim wyglądzie, ani zachowaniu. Nie można tak po prostu przestać kochać. Jest tylko jedno wytłumaczenie, może nie kochali w ogóle, skoro tak łatwo przyszło im się ode mnie odsunąć, potraktować, jak powietrze. Nazywasz mnie tchórzem, nawet mnie nie znając. Ty też nie rozumiesz, nie widzę żadnych chęci. Twoje oklepane słowa nie robią na mnie wrażenia. Wykonujesz swoją pracę, ale efektu nie ma, jak u innych specjalistów, którzy próbowali mi pomóc, naprawić moje wewnętrzne ja. Może błędnie oceniłaś mnie i siebie, wiesz? W twoim sercu kiełkuje za to nasionko obojętności, które podlewasz nawet kilka razy dziennie. Nie rozwiązujesz problemów, po prostu jesteś, nie wczuwając się w moją sytuację. Teraz wiem, że od początku nie miało to sensu. Żaden z was mi nie pomoże, muszę dać sobie radę sam - mój monolog sprawia, że w pewnym momencie zamyka notatnik i przybliża się do mnie. Widzę sprzeczne uczucia wypełniające jej serce, które zdradzają oczy.  
-Uspokój się, chodźmy na kawę. Kawa to najlepsze rozwiązanie, a jeśli to nie pomoże, zastanowimy się nad innym wyjściem z tej sytuacji - uśmiecha się, gładząc lekko moją rękę.

Malolata1

opublikowała opowiadanie w kategorii inne, użyła 1024 słów i 5629 znaków, zaktualizowała 19 lut 2016.

1 komentarz

 
  • NataliaO

    Dobry tekst :)