Bezimienni Rozdział 1

Warszawa. Dom rodzinny Saniego  
6 czerwca 2008 roku godzina 7.00

     Kubek powoli napełniał się czarnym naparem, a echo nalewanego płynu rozbrzmiewał po pustym pomieszczeniu. Silne dłonie oparły się o kuchenny blat, a ramiona opadły, brązowe oczy wpatrywały się w kubek, ale tak jakby nic nie widziały. Chwila na uporanie się z własnymi myślami. Jednak wysoki brunet wiedział, że nic co by próbował robić nie upora się z jego demonami. Nawet ciche kroki nie zmusiły go do uniesienia wzroku. Nie miał już sił, ani chęci walczyć. Dopiero, gdy drobna dłoń chwyciła dzbanek z kawą, poruszył się. Obserwował jak jego żona powoli wlewa napój do filiżanki i dolewa mleka. Chciał coś powiedzieć, jednak żadne słowo skierowane do niej nie wydawały się właściwe. W tej chwili już nic nie mieli sobie do powiedzenia.  Po szesnastu latach małżeństwa dotarli do punktu w którym byli dla siebie jak obcy ludzie.  

- Obudzę Kacpra- w końcu zmusił się do wypowiedzenia dwóch słów. Brunetka kiwnęła głową, jednocześnie nastawiając garnek z wodą na gaz, aby ugotować mleko na płatki. Codzienny rytuał w panującej ciszy.

Nie mając wyjścia ruszył schodami do pokoju syna, z bólem próbując uniknąć spojrzenia na sąsiadujące drzwi i każdego dnia przegrywał walkę z samym sobą. Pomimo, że każdego dnia wpatrywał się w drewniane drzwi nie miał odwagi tam wejść. Ujrzenie pustego łóżka było by zbyt realistyczne. Nie mógł i nie chciał uwierzyć, że go nie ma. Pokręcił głową odganiając ponure myśli, zmusił się do uśmiechu nim wszedł do pokoju w którym wiedział, że jest jego mały synek. Sześciolatek leżał na łóżku mocno tuląc do piersi pluszowego misia. Kołdra leżała na ziemi i Bartek   z westchnieniem ją uniósł i ułożył na małym łóżku. Delikatnie dotknął policzka chłopca w zamian otrzymując niezrozumiałe mruknięcie.  

- Pobudka śpiochu czas do szkoły! - zawołał z udawaną radością. Bystre brązowe oczy spojrzały na niego. Pierwsze rozkojarzenie przez sen odeszło szybko. Chłopiec podniósł się na drobnych dłoniach i spojrzał na ojca z nadzieją.

- Wrócił?- Bartek zaklął w myślach. Codziennie od sześciu miesięcy słyszał to samo pytanie i nigdy nie był na to wystarczająco przygotowany. Pokręcił przecząco głową nie mogąc wydobyć z siebie słowa.

- Wróci tatusiu, obiecał. Nastek nigdy mnie nie okłamał.- Mężczyzna chciał mieć taką pewność. W jego gardle pojawiła się nie przyjemna gula. Z trudem przełknął ślinę i mocno przytulił do siebie drobne ciało. Tylko on mu został. Wdychał zapach małego ciałka starając się zapamiętać jak najwięcej szczegółów.

Głośne wołanie z dołu wyrwało go z zamyślenia. Pomógł chłopcu ubrać odpowiednie ciuchy i razem w milczeniu zeszli na dół. Nienawidził siebie, że nie potrafi rozmawiać z własnym synem. Jednak nic mądrego nie przychodziło mu do głowy, a już wystarczająco wiele padło bezsensownych słów. Będąc w kuchni znów unikał spojrzenia na żonę. Ubrał marynarkę i ucałował syna na pożegnanie, wyszedł z domu nie widząc łez w zielonym spojrzeniu, być może to by go zmusiło do pozostania. Nie chciał widzieć tego co jest oczywiste. Jego rodzina się rozpadła. To co było jego dumą i powodem do pobudki każdego dnia. Wszystko to o co walczył przez szesnaście lat rozpadło się w jedno popołudnie i nie wiedział jak na nowo to poskładać. Nie gdy brakowało puzzla, który wszystko łączył.




Warszawa Wojewódzki Szpital Dziecięcy im. prof. dr. med. J. Bogdanowicza  
6 czerwca 2008 roku godzina 3.30

     Doktor Paweł Naklicki z trudem rozprostował ścierpnięte kości. Półprzytomnie kiwnął pielęgniarce na znak, że za chwilę przyjdzie na izbę. Jej zaniepokojony ton głosu zmusił go do szybkiego rozbudzenia. Szybkim krokiem przemierzał opustoszałe korytarze wsłuchując się w słowa pielęgniarki. Wchodząc na salę był przygotowany do rozpoczęcia badań.  

- Gdzie jest ten mężczyzna co go znalazł?- zapytał drugiej pielęgniarki, która nie pewnie rozejrzała się po pomieszczeniu. Wyszła na korytarz w poszukiwaniu mężczyzny jednak wróciła bezradnie machając rękami.

- Był tu przed chwilą! Nie wiem gdzie poszedł. Zajęłam się chłopcem.- Lekarz warkną z irytacją, ale nie mógł obwiniać dziewczyny.

- Wezwijcie policje i doktora Wrońskiego. Ma połamane żebra i zapalenie płuc. Nie podoba mi się to rozcięcie na głowie. Podajemy elektrolity i popierzemy krew na podstawowe badania. I przygotujcie tomograf.

Wyrzucał z siebie słowo za słowem ze zmarszczonym czołem obserwując za siniaczenia na ciele nastolatka. Już po powierzchownej analizie jego obrażeń mógł stwierdzić, że ktoś znęcał się nad tym chłopcem. A tego Paweł nigdy nie mógł znieść ze spokojem. Niespokojne jęknięcie zmusiło go do dotknięcia chudego rozgrzanego policzka.

- Już nic ci nie grozi. Jesteś bezpieczny.- mruknął do chłopca wątpiąc czy ten w ogóle był w stanie go zrozumieć. Oczyścił gardło nim ponownie zamienił się w poważnego lekarza, mrucząc do pielęgniarki wszystkie niezbędne badania i leki jakie uważał za stosowne podać chłopcu, aby ulżyć w jego cierpieniu.  

Dwie godziny później

Paweł Naklicki z kubkiem kawy podszedł do czekających policjantów. Przywitał ich kiwnięciem głowy rozsiadając się w fotelu.  

- Co macie?- zapytał jeden z funkcjonariuszy.

- Nastolatek bez dokumentów na oko 13-15 lat. Jakiś mężczyzna przywiózł go o 3 w nocy mówiąc, że znalazł go przy drodze wyjazdowej. Niestety opuścił szpital kiedy zajmowaliśmy się chłopcem. Ochrona już przegląda monitoring może uda się ustalić jego tożsamość.- Policjanci kiwnęli głową.

- W jakim jest stanie? Mówił coś?

- Nie. Nie ma z nim kontaktu. Stwierdziliśmy zapalenie płuc, złamanie czterech żeber, źle zrośnięte złamanie kości piszczelowej w lewej nodze, rozcięcie nad łukiem brwiowym i tylnej części głowy. Za siniaczenia na całym ciele, wychłodzenie.  

- Pobicie?- zapytał policjant na co Paweł pewnie pokręcił głową.

- Moim zdaniem nad chłopcem się znęcano.- Policjanci nie chętnie kiwnęli głowami robiąc krótkie notatki.

- Możemy go zobaczyć?

- Tak powinien być już na sali. Zaprowadzę Panów.

W ciszy poruszali się po powoli budzącym się oddziale. Lekarz rozsunął drzwi wpuszczając lekarzy. Kiwnął pielęgniarce głową na znak podziękowania, że zaopiekowała się chłopcem. Jeden z policjantów podszedł do łóżka chłopca, aby mu się lepiej przyjrzeć i opisać wgląd, ale długopis zamarł w jego dłoni, a z ust wydobyło się ciche „o kurwa”

- Heniek co jest?- zapytał drugi funkcjonariusz, a lekarz z zaciekawieniem przyglądał się mężczyznom.

- To syn Wójcika!- Paweł z coraz większym zaciekawieniem przyglądał się zachowaniu policjantów. Już miał zaprotestować, gdy jeden z policjantów bezceremonialnie podniósł okrycie z chłopca analizując posiniaczoną nogę chłopca. Dłonie policjanta zamarły na małym tatuażu nad prawą kostką.

- To on!

- Panowie znacie tego chłopca?- Obaj natychmiast zbledli, ale kiwnęli głową. Jeden opuścił pokój z telefonem przy uchu, widocznie meldując centrali o odnalezionym chłopcu. Drugi policjant spojrzał na lekarza w wyraźnym szoku.

- Tak to syn nasze kolegi. Nazywa się Anastazy Wójcik ma 15 lat i pół roku temu został porwany przez mafię. Byliśmy pewni, że nie żyje….




24 styczeń 2016

     Jedna minuta tylko tyle potrzeba, aby zmienić całe życie. Jeden błąd, który zmusza nas do zmiany światopoglądu. Sześć miesięcy, aby zmienić się na zawsze. Osiem lat, aby zapomnieć, a jednocześnie cały czas pamiętać. Patrząc w przeszłość zastanawiam się czy to byłem ja? A może teraz ktoś obcy zastąpił moje ciało?

Jedna minuta, jeden nieprzemyślany krok, sześć miesięcy w piekle. Tylko tyle, a może aż tyle?

Mam wrażenie, że przeszedłem szybki kurs dojrzewania, a może dalej go przechodzę? Zdecydowanie w dalszym ciągu uczę się chodzić po tym obcym mi świecie. Samotnie, po omacku, bo tylko ja wiem o jego istnieniu. Wszystko co mnie otacza wydaje się takie odległe, beztroskie, irracjonalne. A to co jest prawdziwe paraliżuje każdy najmniejszy skrawek mojej duszy.  

Boje się tego co było, tego co jest i tego co będzie. Niewiedza, niepewność, strach i ból. To moje nowe życie.  

Jednak może powinienem zacząć od początku. Tylko tak będziecie mogli mnie zrozumieć. Przynajmniej mam taką nadzieje.  

Nazywam się Anastazy Wójcik, urodzony w jednym z Warszawskich szpitali 23 lipca 1992 roku. Jednak swoje prawdziwe narodziny mogę świętować 13 lipca 2008 roku. To wtedy nie mając jeszcze nawet szesnastu lat, wróciłem do świata. Jednak jako całkiem inna osoba. Obca dla siebie, bliskich i wszystkich którzy znali mnie wcześniej. Osobiście dla własnego zdrowia psychicznego wykreśliłem pierwsze lata życia. Jednak teraz, aby to wszystko uporządkować, postaram się sobie przypomnieć jak to było przed Nim.  

Cała historia zaczyna się na długo przed 13 lipca. Dokładnie sześć miesięcy wcześniej. Styczeń 2008 roku. Zima tego roku była niesamowicie sroga. Śnieg zasypywał ulice. Nie było mowy o poruszaniu się po mieście. Jednak ja jako beztroski piętnastolatek miałem w nosie ostrzeżenia. Wtedy wydawało mi się, że nic złego nie może mnie spotkać. Wspaniałemu Wójcikowi? Byłem głupi i musiałem za to zapłacić.  

Tamten dzień pamiętam jakby to było wczoraj. Niedziela, rodzice jak zwykle byli na komendzie, a ja miałem się opiekować młodszym bratem. Choć Kacperek był świetnym dzieciakiem, miałem ciekawsze plany. Spotkanie z kumplami było ważniejsze. Młodego zaprowadziłem do sąsiada, wiedziałem, że będzie się tam lepiej bawić niż ze mną, a sam wsiadłem w MPK i pojechałem na spotkanie z najlepszymi kolegami. Zakazane piwo, papierosy. Mroziło jak diabli, ale my się tym nie przejmowaliśmy. W tym wieku coś takiego jak zimno nie przeszkadza w dobrej zabawie. Spędziliśmy miłe popołudnie, niewielka ilość alkoholu zaszumiała w naszych gówniarzowatych głowach. Dopiero telefon od wkurzonej matki zmusił mnie do odzyskania tej odrobiny odpowiedzialności jaką może mieć nastolatek. Musiałem wrócić do domu. Na już! Matka była wkurwiona jak nigdy i mogłem się tylko domyślać dlaczego to ona zadzwoniła, a nie ojciec. Krótko mówiąc miałem przerąbane, a każda minuta spóźnienia pogarszała sytuacje. Mój ojciec często powtarzał, aby nie wsiadać do obcych aut. Jednak wtedy wydawało mi się kolejnym wymysłem rodziców. Bezsensownym i zbędnym. Ostrzeżenie dobre dla sześcioletniego brata, nie dla mnie. Podwózka przecież nie może być czym podejrzanym, a może ułatwić powrót przez zaśnieżone miasto. Zniszczona tapicerka forda jest ostatnią rzeczą jaką pamiętam z tego dnia. Ostatnie wspomnienie beztroskiego życia.  

20 lipiec 2008 roku

Miało być łatwiej. Każdej nocy marzyłem o tym momencie. Dom, mój pokój, wygodne i ciepłe łóżko. To dlaczego wcale nie czuje się lepiej? Dlaczego ciągle mam wrażenie, że On wyskoczy z pierwszego lepszego cienia i z drwiącym uśmiechem powie, że to wcale nie koniec. I jak zawsze będzie mieć rację. Należę do niego. I nikt, ani nic tego nie zmieni.  

Nie chcę tych myśli, nie chcę, aby były prawdziwe. Raz jeden chcę, aby rodzice mieli rację. Tak bardzo chciałbym im uwierzyć.  

Rozglądam się po tak dobrze znanym pomieszczeniu. Minęło tyle czasu, ale nic się nie zmieniło. No może prawie nic. Łóżko jest zaścielone, co w moim wypadku nigdy się nie zdarzało. Mama musiała to zrobić. Ostrożnie kładę się i wtulam głowę w pachnącą pościel. Nigdy nie podejrzewałbym, że docenię świeżość pościeli. Nie śmierdzi stęchlizną, ani środkami odkażającymi. Pachnie domem. Podkulam ostrożnie nogi, oczy zaciskam i czuje tylko świeżość. Dom. Wróciłem do domu i dzisiaj niech już nic więcej nie ma znaczenia.  

23 lipiec 2008 roku

Budzi mnie wesołe "Sto lat” w wykonaniu mojego małego braciszka. Kacperek wpada do pokoju jakby nic z ostatnich miesięcy nie miało miejsca. Jego beztroskie okrzyki zmuszają mnie do ostrożnego uśmiechu, który on odwzajemnia.  

- Mama kupiła tort!- zawiadamia mnie, a ja kiwam głową zmuszając swoje wargi do uśmiechu. Siadam ostrożnie na łóżku, czekając aż mroczki przed oczami miną. Trwa to dłuższą chwilę. Nienawidzę słabości własnego ciała.

- Cały czekoladowy!- zawiadamia mnie dziecięcy głos, ale dopiero jego ciepła pulchna rączka zmusza mnie do uniesienia powiek. Kacperek przygląda mi się, a jego oczy przejawiają obcą wątpliwość. Dopiero teraz uświadamiam osobie, że młody udaje tak samo jak ja, rodzice i cała reszta. Jednak dzisiaj podoba mi się ta gra. Dziś może być jak "dawniej”.

- Z wiśniami?- pytam i choć mój głos jest chropowaty, mały uśmiecha się szeroko i energicznie kiwa głową.

- Mój ulubiony- dodaje sam nie wiem dlaczego, ale chyba właśnie takiej odpowiedzi oczekiwał mój mały sobowtór.

- Mówiłem mamusi, że się ucieszysz! Chodź może pozwoli nam zjeść zamiast śniadania.

Jego dłoń jest miękka i ciepła, moja koścista i zimna, ale młody ściska ją mocno co jest dobre. Dzięki temu dotykowi czuje, że naprawdę wróciłem. Schodzimy na dół, powoli jak wiele razy odkąd Kacperek się urodził. Jednak dzisiaj zwolnione tempo nie jest spowodowane jego małymi nóżkami. Jeszcze pół roku temu podniósłbym go i pozwoliłbym mu skakać po plecach. Sam pewnie bym podskakiwał, aby usłyszeć jego śmiech. Jednak dzisiaj idziemy powoli, krok po kroku tylko z mojego powodu. I jestem mu wdzięczny, że tego nie komentuje.  

Widok obojga rodziców w kuchni jest dziwny. Przez szesnaście lat, na palcach jednej ręki mogłem policzyć takie momenty. Zawsze któreś było w pracy, zawsze zajęci, zawsze było coś ważniejszego. Jednak dzisiaj są oboje, zresztą jak od trzech dni. To jest dziwne. Zresztą jak wszystko od powrotu. Jakbym trafił do alternatywnego świata.  

Udajemy, mały wesoło trajkocze wcinając z uwielbieniem wielki kawałek tortu. Ojciec przekomarza się z nim, a mama z bólem serca przełyka, że na śniadanie jemy coś tak kalorycznego i niezdrowego. Udajemy, że wszystko jest w porządku. Udajemy, że ostatnie miesiące nigdy się nie wydarzyły. Ja udaje, że mi się to podoba.  

Słodycz w ustach była dobra. Z lubością delektowałem się czekoladowym kremem. O wiele gorzej było później. Gdy żołądek zbuntował się przeciwko nawet takiej odrobinie ciężkostrawnego posiłku. Wisiałem nad muszlą i byłem pewien, że za którymś razem razem z zawartością żołądka wypluje własne wnętrzności.  

Nie wiem kiedy ojciec wszedł do łazienki, ale mokry ręcznik na karku w magiczny sposób przyniósł mi ulgę. Klęczał razem ze mną, nie mówiąc nic, po prostu był jak zawsze. Pomógł mi się pozbierać z podłogi i bez słowa zaprowadził do pachnącego łóżka. Nie wiem skąd wziął kolejny mokry ręcznik, ale gdy położył mi go na czole ocierając krople potu czułem wdzięczność. Kiedy położył się po drugiej stronie łóżka czułem dziwny dyskomfort, a kiedy zmusił mnie, abym oparł czoło o jego klatkę dziwny niepokój oblał mój umysł. Jednak nie odsunąłem się.  

- Nie jestem już dzieckiem.- wychrypiałem, aby choć tak zgłosić przeciw. Mam już szesnaście lat! Z całą pewnością nie jestem już dzieckiem.

- Dla mnie zawsze nim będziesz- odpowiedział spokojnie, a ja uśmiechnąłem się bo właśnie to chciałem usłyszeć.

ON nigdy mnie nie okłamywał. Wszystko co mówił, sprawdzało się. Miał tą zdolność wypowiadania moich wszystkich obaw. Jednak w jednym się mylił. Ojciec mnie kocha.  

25 lipiec 2008 roku

Większość czasu przesypiam. Mama jak zaczarowana powtarza, że to dobrze. Ja mam na ten temat inne zdanie jednak nie wdaje się z nią w dyskusje. Ciągła obecność rodziców jest dziwna. Nie przywykłem do tego i nie mogę doczekać się momentu, gdy wrócą do pracy. Ojciec każdego dnia wychodzi, a gdy wraca ma grobową minę. Zamykają się z matką w kuchni i rozpoczynają rozmowę tak abym nie słyszał. Co jest całkowitą brednią, bo bardzo dobrze wiem o czym dyskutują. Mój oprawca w dalszym ciągu nie został schwytany. Oczywiście, że nie. Dopóki On tego nie chce nikt nie trafi na jego ślad. Może gdybym coś powiedział… Może gdybym powiedział policji tych kilka informacji, które o Nim mam. Jednak nie mogę. Nie chcę ryzykować. On gdzieś tam jest i mogę się założyć, że obserwuje mnie. Nie chcę się przekonać co będzie gdy pisnę choć słówko, ponadto na co mi pozwolił.  

Ukrywanie prawdy jest jak zdrada. Widzę jak rodzice dwoją się i troją, aby schwytać "tego zwyrodnialca”, a ja go kryje. Jednak czy mam inne wyjście? A może robię to bo mu wierzę? Już sam nie wiem w co wierzyć, a w co nie. Jego argumenty zbyt często tłukły się po mojej głowie, aby uznać je za kłamliwe.  

26 lipiec 2008 rok

Słońce przyjemnie ogrzewa moje skostniałe dłonie. Przyglądam się jak ojciec siłuje się z żyłką, aż w końcu poddaje się i odcina splątany pęczek, podciąga i zakłada haczyk. Gdy wędka jest gotowa do zarzucenia podaje mi ją, ale kręcę głową. Dobrze mi w tej pozycji i nie chcę się ruszać. Bez słowa sam zarzuca i układa wędkę koło dwóch pozostałych, po czym z delikatnym uśmiechem siada koło mnie i przygląda się wodzie. Idealna pogoda na wędkowanie.  

-Kiedy wracacie do pracy?- zadaje nurtujące pytanie. Ojciec unosi jedną brew i wzrusza ramionami.  

- Tato…- zaczynam, a on spogląda na mnie szarymi oczami z czymś w rodzaju nagany. Ciężko mi zdefiniować ten wyraz twarzy.

- Nastek…- zawiesza głos jakby zastanawiał się nad kolejnymi słowami. Wolałbym, aby walną prosto z mostu, że boją się mnie zostawić. Tak jestem szesnastoletnią sierotą, która pozwoliła się uprowadzić! Przecież wiem jak ważna jest dla nich praca i jak wiele muszą ich kosztować te bezczynne dni w domu.

- Wiem co sobie myślisz młody. Wiem też, że pewnie mi nie uwierzysz, ale nie pracujemy tylko przez to co Cię spotkało… Znaczy się przez to, ale nie tylko dlatego. Musisz zrozumieć mały, że ostatnie miesiące były koszmarem dla nas wszystkich. Musimy to jakoś poukładać… Przez tyle dni… Tak bardzo się baliśmy…- jego głos załamuje się, a ja z dziwną fascynacją obserwuje jego twarz. Mój ojciec jest młody, nigdy nie zwracałem na to uwagi, ale w tym momencie widzę jak młody jest. Facet w jego wieku nie powinien mieć szesnastoletniego syna. A dzieciak w moim wieku nie powinien mieć tak młodych rodziców. Kacperek powinien być ich pierwszym dzieckiem.

- Jesteśmy chujowymi rodzicami…- kończy swój wywód. On też tak mówił. Milczymy, a ja zastanawiam się czy powinienem zaprzeczyć. Tak dla zasady, aby polepszyć jego humor. Rezygnuje z tej myśli. Zamiast tego zadaje pytanie, które nurtuje moją głowę odkąd On pojawił się w moim życiu.

- Jakby to było. Jakbyście nie wpadli, jakbym się nie urodził…- zaczynam niepewnie, a tata unosi ponownie brew.

- Nigdy o tym nie myślałem…- zaczyna, a ja przewracam oczami.

- Ściemniasz…- ojciec wybucha śmiechem. Śmiech mojego ojca zawsze działał na mnie kojąco.

- Owszem ściemniam, ale chyba to powinienem powiedzieć.- burczy kładąc się na trawie, a ja idę w jego ślady.

- Zastanawiałem się nad tym wiele razy. Najczęściej jak byłeś jeszcze malutki, ryczałeś po nocach, mama wkuwała do matury, a babcia nie chciała się tobą opiekować. "To twój syn Bartek!” było jej ulubionym powiedzeniem. Wiele razy zastanawiałem się co bym robił w tym momencie, gdybym ciebie nie miał. I może teraz w to nie uwierzysz, ale wszystko co mógłbym wtedy robić było by bezcelowym marnowaniem czasu.

- Mógłbym wymyślić wiele ciekawszych rzeczy które może robić dwudziestolatek zamiast niańczenia dziecka.

- Uwierz, że opiekowanie się tobą było bardzo ciekawym zajęciem. Musieliśmy mieć oczy dookoła głowy. Kacper nawet w połowie nie jest tak z wiercony jak Ty!

- Czy ty mnie obrażasz?

- Stwierdzam fakt Synu. Zawsze mnie intrygowało, skąd masz tyle energii… Nastek popełniliśmy z mamą wiele błędów. Wiele jest sytuacji, które chętnie bym naprawił, albo zmienił. Jednak Ty nigdy nie byłeś "błędem”. Zapamiętaj…

Tak szczerze to mu nie wierzę…

28 lipiec 2008 roku

Od piętnastu dni jestem wolny. Mama coraz częściej przypomina siebie. Kacperek też przestał sprawdzać po sto razy czy jestem. Ojciec wrócił do swoich codziennych treningów. A babcia dzwoni już tylko dwa razy dziennie. Rutyna wraca. Tylko ja nie mogę się odnaleźć w tym stabilnym życiu. Staram się tłumić lęk. Naprawdę się staram, ale nie mogę. Tak samo jak nie mogę zapomnieć Jego słów.  

Jestem nerwowy. Banalna wymiana zdań potrafi wyprowadzić mnie z równowagi. Sytuacji nie poprawia, że moje ciało dalej jest tak cholernie słabe. Wkurzają mnie "dobre rady” mamy. Wiem, że chce dobrze. Wiem, że nie umie ze mną rozmawiać. Może się boi? Nie… Ona nigdy tego nie umiała. To ojciec mnie wychowywał. A gdy ojciec wstąpił do policji zajmowała się mną babcia. Mama zawsze była, ale gdzieś na uboczu. Zawsze zajęta, nauka, szkolenie, praca… Wszyscy znajdowali dla niej wymówkę. I chyba tylko ja wiem, że nie była gotowa na dziecko w wieku siedemnastu lat. Trafiłem im się i musiała z tym żyć, ale nie byłem szczytem jej marzeń. Jest typem karierowiczki. Kocha swoją robotę i mogę dziękować dziadkom, że zajęli się mną, aby moi rodzice mogli spełnić swoje marzenia zawodowe.  

Ojciec próbuje łagodzić sytuację. Wiele razy słyszałem jak tłumaczy mamie, że potrzebuje czasu. Czasem mam wyrzuty sumienia. Czasem chcę się ugryźć w język. Tylko dlaczego to ja mam całe życie gryźć się w język? Między mną, a nią zawsze były i będą spiny.

Tak samo było w ten poniedziałkowy poranek. Z trudem zwlokłem się z łóżka. Z jeszcze większym trudem udawałem, że jajecznica zrobiona przez moją rodzicielkę mi smakuje.  

- Nastek jedź- jej głos był nasiąknięty przymuszoną uprzejmością. Jadłbym gdybym tylko wiedział, że kolejny kęs "papierowego” żarcia nie wyląduje w kiblu. Mam dość zmuszania się do jedzenia, bo ona tak chce. Czy tak ciężko zrozumieć, że nie jestem głodny?

- Specjalnie dla ciebie…- zaczyna swoją litanię, co działa na mnie jak płachta na byka.

- Nie prosiłem Cię o to!- odwarkuje, a Kacperek zamiera słysząc początki kolejnej kłótni.

- Nie możesz całe dnie przesypiać o szklance wody!

- A czy ja się o to prosiłem!? Nie mogę!- talerz z jajecznicą za którą jeszcze jakiś czas temu oddałbym wszystko, ląduje w koszu zanim pomyślę co robię. Krew buzuje w moich żyłach, a wściekłość na nią, na Niego i cały ten pieprzony świat zaczyna przysłaniać wszystko dookoła.

- A właśnie, że się prosiłeś! Ile razy Cię ostrzegaliśmy!? Gdybyś...

- Amela!- baryton ojca przerywa jej w pół słowa. Oddycham szybko, jak przez mgłę widzę jej bladą twarz, wkurzoną i spoconą twarz ojca, a do uszu dobiega szloch Kacperka.

Jednak On miał rację. Moja matka to suka.  

29 lipiec 2008 roku

Wszystko się popieprzyło. O ile w tej sytuacji cokolwiek może się jeszcze bardziej popieprzyć. Matka milczy, ojciec milczy, nawet Kacperek unika mnie jak ognia. Jak zawsze wszystko jest moją winą.  
Ja naprawdę wiem, że gdybym wtedy nie wyszedł do kumpli nic by się nie wydarzyło. Ja to wiem! Przez ostatnie miesiące wiele razy zastanawiałem się co mnie podkusiło. Jaki pieprzony diabeł kazał mi tam iść. Co mnie podkusiło łapać stopa, zamiast wrócić autobusem. Analizowałem ten dzień na tak wiele sposobów i nie wiem. Nie wiem dlaczego stało się tak, a nie inaczej.  

Choć oczy pieką nie płaczę, chociaż może to by jakoś pomogło. Dłonie trzęsą się, jak zresztą całe moje marne ciało. Jestem beznadziejny! Żołądek zwraca nawet odrobinę wody. Czuje się źle, bardzo źle. Ale na to zasłużyłem. Dostałem to na co zasłużyłem.  

30 lipiec 2008 roku

Stało się to czego bałem się najbardziej. On wrócił. Nie fizycznie, ale w koszmarach. Dziwne, że dopiero teraz. Jednak zapach stęchlizny, zimno, jego głos to było takie realne. Jakbym znowu tam był. Jakby on znowu chciał ode mnie tych dziwnych i niezrozumiałych rzeczy. Jego drwiący głos na nowo rozbrzmiał w moich uszach. Słowa, które przez te wszystkie lata głębiły się w mojej głowie, ale dopiero on wypowiedział je na głos.  

"Zniszczyłeś ich życie”

Zrobiłem to swoimi narodzinami. Teraz znowu to robię. Było by im lepiej beze mnie. Byłem mokry od potu, a kołdra nie dawała tyle ciepła ile potrzebowałem. Starałem się wyrzuć z głowy te słowa. Jego śmiech, okrutne słowa i jego kolejne słowa.  

" Tylko ja Cię rozumiem”

Wiem, że to nie prawda. Manipuluje mną, nawet we własnych myślach. Ale naprawdę tylko On wiedział co czuje, zna moje wszystkie obawy. Przeraża mnie jak wielką władzę ma nad moim umysłem.  

Tej nocy już nie odważyłem się zasnąć.  

Noc była zdecydowanie za długa. Wgapiałem się w okno modląc się o świt, później o poranek, a kiedy w końcu nastał ranek, a z nim ciężkie kroki ojca, dreptanie Kacperka, nie mogłem wyrwać się z tego dziwnego odrętwienia. Mój umysł odtwarzał jego słowa, a ciało było zmarznięte jakbym dalej był w tej cholernej piwnicy.  

- Nastek zejdź na śniadanie…- Tylko nie ona. Nie teraz. Ponownie zadrżałem i mocniej przytuliłem kolana, aby zachować odrobinę ciepła. Jest tak cholernie zimno…

- Nastek powiedziałam za dużo. Nie powinnam. Przepraszam.- czuje jak materac ugina się pod jej ciężarem.

- Wstań musisz zacząć normalnie jeść.- wydaje mi się czy jej głos drży? Unoszę spojrzenie, a ona kładzie dłoń na moim czole. Jej ręka jest przyjemnie chłodna. Przecież jest mi zimno!

Przegrywam walkę z własnym ciałem, umysłem i zaczynam płakać. Jej dłoń nie znika. A do zamroczonego gorączką umysłu dochodzi jej szloch i cicha melodia. Kołysanka, którą przecież znam. Znam bo mi ją śpiewała tak wiele razy, gdy byłem młodszy. Zapomniałem, a on to wykorzystał.  

Dlaczego On mi to robi? Czego chce?

2 232 czyt.
100%158
AJM

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat, użyła 4821 słów i 26695 znaków, zaktualizowała 23 wrz 2017

Komentarze (8)

 
  • lel2131

    lel2131 18 sty 2017 ip:37470

    jedno z najlepszych opowiadań jakie czytałam świetne naprawde

  • IzS

    IzS 24 sie 2016

    Oo, ciekawe opowiadanie. I fajny styl pisania. Mam nadzieję, że następne rozdziały też będą takie fascynujące

  • dgrant

    dgrant 31 maj 2016

    Fajne

  • Naciulka❤

    Naciulka❤ 21 maj 2016 ip:8319157

    Kiedy kolejne?!?

  • Cymba

    Cymba 20 maj 2016

    Pisz proszę bo ta powieść jest najlepszą jaką czytałam, myślę że jako książka sprzedałaby się na pniu