Pilnik

Sala teatru była ciasna, jak na to zapyziałe miasto przystało. Czego jak czego, ale artystów tu brakowało, chyba że mówimy o artystycznych kombinacjach złamań i obrażeń dokonanych przez panów w dresach lub psycho-fanów Drugiej Wojny Światowej i swastyk. Ostatnio jednak odkryto tu pewien talent. I ten talent wrócił na stare śmieci, by za darmo, w akcie swej wspaniałości i dobroduszności, zagrać i zaśpiewać dla dawnych współmieszkańców i przyjaciół. Skoro było za darmo, to nawet ciasnota nie przeszkodziła tłumowi wielbicieli rapu wciskać się w fotele ustawione po obu stronach sali.

Panował tu gęsty półmrok. Scena była pokryta specjalnym dymem, który jednak słabo się roznosił. Wyglądał jak złowroga chmura spowijająca rapowych artystów. Jedynym oświetleniem sceny była naga żarówka wisząca z sufitu, a może z czegoś innego, co skrywał dym. Po scenie chodziły postacie, jak upiorne duchy w mglistym świcie. Ustawiali sprzęt, sprawdzali czy poprawnie działa. Czasem dobiegały stamtąd stłumione kurwy i tym podobne wyrazy niezadowolenia.

Na krawędzi desek wyścielających scenę, stanął jeden z raperów. Nie widziałam stąd jego rysów twarzy, bo zasłaniał ją dym. Rozpoznałam za to, że był w dresach i fullcap-ie. Przeprosił, bardzo kulturalnie, jak na pana w dresach, że impreza jeszcze się nie rozkręciła, ale nikt im nie pomógł ze sprzętem i sami właśnie go podłączali. Ostrzegł, że to chwilę potrwa. Kiedy mówił, jego znajome gęby witały się z nim. Tak więc stale musiał uściskać komuś dłoń.

Motłoch napierał co raz bardziej. Mrowie rozlazło się po sali, jak zaraza. Fotele błyskawicznie się wypełniły, a nowi goście wciąż się pchali napływając nie wiadomo skąd. Wypełnili przestrzeń między rzędami foteli. Wepchali się pod samą scenę i stali zasłaniając zupełnie widok pierwszemu szeregowi siedzeń.

Ja siedziałam blisko ściany. Po prawej miałam jakiegoś rosłego dresiarza w kurtce z żółtym wzorkiem na rękawie, który zacięcie dyskutował z niziutkim i wątłym kompanem. Zerkali na mnie od czasu do czasu. Po drugiej stronie siedziała moja siostra. Dalej jakichś dwóch chłopaczków i lita ściana. Moje i oczy dresa spotkały się na chwilę. Jego lepkie spojrzenie zeskanowało mnie i zatrzymało się tam, gdzie kultura od panów wymagała, by się nie zatrzymywało zbyt długo. Uśmiechnął się nawet do mnie i zadziwił mnie brakiem luk w uzębieniu. W jego postawie i zimnych oczach było coś, co mi powiedziało, że nie powinnam się nawet na niego patrzeć. Więc nie patrzyłam.

Koncert w końcu się zaczął. Niebieskie oświetlenie uwydatniło dym, który w końcu stał się rzadszy i popłynął tak jak powinien. Siostra uśmiechnęła się do mnie zadowolona brzmieniami muzyki i głosami artystów. Ten uśmiech sięgał oczu i mówił: „to jest to!" Panowie gwizdali i pokrzykiwali, wystrojone panie z nadmiarem makijażu żuły gumy i patrzyły z zainteresowaniem. Patrzyły jednak nie na scenę, a na otaczających ich samców.

W połowie koncertu coś wzbudziło mój niepokój. Rozejrzałam się, ale w przeludnionej sali nie było widać jego źródła. Pozornie nic się nie działo, ale czułam, że coś jest bardzo nie w porządku. Chciałam zignorować to uczucie. Nie dało się. Zastanawiałam się, czy nie przepchnąć się do wyjścia, ale coś mi mówiło, że tu jestem bezpieczniejsza niż tam. W tłumie mignęła mi sylwetka jednego z nowych kolegów brata i chyba sam brat też, ale nie miałam pewności.  

Dopiero po koncercie, który skończył się dwie godziny wcześniej niż powinien był, opuściłam swój fotel. Siostra spotkała jakieś koleżanki, więc kazałam jej iść z nimi. Sama zaczekałam, aż sala się trochę przerzedzi, bo nie lubiłam być pchana przez tłum. Wychodziłam jako jedna z ostaniach osób. Po drugiej stronie zauważyłam kolegę. Dawid kucał nad ziemią i zbierał elementy połamanej figurki. To był dziwny dzwonek. Podłużny, trochę drewniany, trochę metalowy, trochę kamienny. Wyrzeźbiony w kształt ptaka, ale pod innym kontem przypominał widmowe miasto. Był pusty w środku.

- Cześć – ucieszył się na mój widok. - Wiesz co to jest? - zapytał.

Wiedziałam. Oczywiście, że wiedziałam. Dziś ta figurka i trzy jej sobowtóry zostały wystawione na sprzedaż. Jej niezwykła budowa zaintrygowała mnie do tego stopnia, że przekonałam brata, by kupił mi ją, gdy będę na koncercie. I albo on tu z nią przyszedł i ją zgubił, albo zrobił to ktoś inny. Popychałam butem jej fragmenty do Dawida. Nie chciałam kucać, bo niepokój nadal we mnie siedział.

- Słyszałaś co się działo? - zapytał nagle Dawid.

- Nie – przyznałam.

- A wiesz dlaczego koncert się już skończył?

- Nie. A ty wiesz? - zapytałam obojętnie.

Obstawiałam, że część z raperów się naćpała lub zalała w trupa. Nie sądziłam by nagła sława wyciągnęła z artystów stare nawyki. Zwłaszcza wśród starych kolegów.

- Ktoś pozabijał ludzi – wyjaśnił cicho.

- Jak pozabijał? - zapytałam z głupia i rozejrzałam się po owiniętej półmrokiem sali.

- Nożem. Wmieszali się w tłum i przebijali ludzi, jak baloniki. Kilkoro zmarło. Najlepsze jest to, że nikt nie widział, kiedy i jak to się stało. Nie złapali sprawców.

- Nie mówisz serio – powiedziałam cicho.

- Mówię serio. Tam wszystkich spisuje policja – wskazał na główne drzwi wyjściowe.

Zrobiło mi się słabo. Nie kłamał. Moje uczucie niepokoju potwierdziło, że po sali przespacerowała się kostucha. Pomogłam Dawidowi pozbierać puzzle z dzwonka.

- Cholera, muszę zdążyć na ostatni autobus, bo ojciec się wścieknie – przypomniałam sobie.

- Chodź, pomogę ci – oznajmił.

Wyprowadził mnie wyjściem w ścianie, o którego istnieniu nie miałam pojęcia. Przeszłam do marketu za ścianą, w którym miałam kiedyś staż. Podziękowałam i ruszyłam do wyjścia. Przy drzwiach wyjściowych stała moja dawna szefowa. Patrzyła zaciekawiona na mnie. Uśmiechała się.

- Chyba pamiętasz, że starym pracownikom, nie wolno wchodzić do sklepu? - zwróciła mi uwagę.

- Tak, przepraszam. Szukałam kogoś, ale już wychodzę.

- Nie spiesz się. Weź sobie co chciałaś kupić i idź dopiero, dziecko. Pięć minut nikomu nie zaszkodzi – uśmiechnęła się przyjaźnie. Widocznie dziś była w dobrym humorze.

Podziękowałam i odeszłam. Poszłam do kasy z pierwszym lepszym napojem. W końcu udało mi się wyjść na korytarz galerii. Ruszyłam dalej, aby jak najszybciej opuścić to miejsce. Przeszłam obok korytarza prowadzącego do teatru i tam na serio było mnóstwo funkcjonariuszy. Dawid nie kłamał. Przeszukiwali każdego mozolnie. Przyspieszyłam kroku, żeby nie wypatrzył mnie ktoś znajomy. Ruszyłam dalej. Zwolniłam na chwilę przy witrynie sklepu, za którym były wcześniej dziwne dzwonki, takie jak ten, którego fragmenty zbierał Dawid w sali teatralnej. Po dzwonkach nie został nawet ślad. Poszłam więc dalej swoją drogą. Miałam nadzieję, że jeden z nich czekał na mnie w domu.

Na autobus zdążyłam. Zostawiłam torbę w ciasnym pokoju. W kuchni znalazłam zwiniętego w kłębek i śpiącego kota. Cały się trząsł. Wyglądał na chorego, a może nawet umierał. Zasmucił mnie ten widok, ale nie było mnie stać na weterynarza. Miałam dopiero czternaście lat, ale czułam się winna, że nie umiem mu pomóc. To moi rodzice powinni się nim zająć, ale wiedziałam, że kot jest zdany tylko na siebie i łaskę i niełaskę losu.

Poszłam na podwórko szukać brata. Robił coś w szopie, którą ojciec ochrzcił garażem i tak już zostało. Obcinał akurat końcówki kabli zakrzywionymi obcęgami i montował na nich jakieś skuwki. Nie miałam pojęcia' jak się fachowo nazywały.

- Kupiłeś mi? - zapytałam.

- Kupiłem – odparł. - Ale zgubiłem gdzieś na mieście. Przepraszam – wyjaśnił nie odrywając się od pracy.

- Dzięki – burknęłam niezadowolona.

- Naprawdę, sorry – westchnął patrząc na mnie.

Przeprosiny były szczere. Wiedziałam o tym. Była między nami więź, podobna do tej, jaka jest między bliźniakami, chociaż był o dwa lata straszy. Przynajmniej ja to tak czułam, bo wstydziłam się zapytać, czy on tez to czuje. Bronił mnie jednak zawsze, rozmawialiśmy o bardzo osobistych sprawach, mieliśmy wspólne tajemnice i ufaliśmy sobie. Cokolwiek robił, chciałam być taka, jak on.

Przypomniał mi się rozbity dzwonek w teatrze. Czy to był ten sam, który kupił mi brat? Czy zgubił go właśnie tam? A jeśli tak, to co on tam robił? Wpatrzyłam się w czarne smugi pod paznokciami brata. Czy to na pewno był smar? Sam też na nie popatrzył, a potem znów na mnie. Jego oczy były zimne i odległe. Znikła gdzieś z nich cała empatia i życzliwość, które cechowały jego zwykle łagodny charakter. Zwykle, bo tak samo jak ja, miewał napady gniewu. Uświadomiłam sobie, że coś w bracie się zmieniło, może pękło, jakaś niewidzialna granica została przerwana, jakaś tama zmyta. Stało się z nim coś nieodwracalnie złego. Czułam to, patrząc teraz w jego oczy. Przeraziłam się tego.

- Coś się stało rudemu kotu – powiedziałam, żeby przerwać ciszę.

- Tak? Co takiego? - zapytał.

Popatrzył na stół. Zrobiłam odruchowo to samo. Wśród gratów, tuż obok imadła, leżały kombinerki z czerwonymi rączkami rozrzuconymi na boki, jak nogi przejechanej żaby. Rączki były trochę poczerniałe od smaru, który wpił się głęboko w powstałe na nich rysy od wieloletniego używania. W ich stalowych zębach tkwił kłak rudego futra. Przełknęłam ślinę i cofnęłam się o krok.

Brat się uśmiechnął, ale to nie był dobry uśmiech. To był zły uśmiech człowieka pozbawionego uczuć. Człowieka, który się poddał w grze zwanej życiem. Uśmiech szaleńca, który nie miał już nic do stracenia. Psychopaty, który zamierzał wypełniać pustkę krwią.

- Możemy pomóc temu kotu – zaproponował.

- Jak? - zapytałam.

Znów spojrzał na kombinerki.

Odwróciłam się i wyszłam. A później pędem pościłam się do ojca. Zatrzymałam się przed drzwiami pokoju. Uspokoiłam oddech i powoli pchnęłam drzwi. Siedział na tapczanie i naprawiał kołowrotek. Obok niego leżał bat wędki, a stolik przed nim był zasłany narzędziami, zębatkami i fragmentami kołowrotka. Przeniósł na mnie skupione spojrzenie i uniósł brwi pytająco. Uśmiechnął się tym swoim miłym uśmiechem, który zawsze oznaczał: „cokolwiek chcesz, mam to w chuju, zrób sobie sama."

Cofnęłam się i zamknęłam za sobą drzwi. Podeszłam do kota i pogładziłam go po rudym futrze. Nie mogłam nic powiedzieć ojcu. Zabiłby mojego brata, a co najmniej skatował. Tyle razy widziałam już, jak go bił z byle powodu. A co dopiero takie coś?

Ojciec lubił sypać kotom pieprz do oczu, przywiązywać grzechotki do ogonów lub deptać im ogony, gdy jadły. Lubił to, ale nie lubił, gdy to my ruszaliśmy jego zabawki. Od maleńkości pokazywał nam rożne sposoby zadawania bólu zwierzętom. Miażdżył psom w pyskach świeżo ugotowane jajka, gdy zaczęły je podbierać z kurnika. Pamiętałam paskudne, żółte, jątrzące się rany na ich pyskach, przez które nie mogły nic jeść. Innego zmasakrował na krwawą miazgę, gdy zagryzł kilka sztuk drobiu. Postrzelił z wiatrówki kolejnego, gdy gryzły się między sobą. Pies oberwał w łapę, wykrwawiał się całą noc, a rano zmalałam go z zastygłym grymasem bólu na pysku. Rzucał w nich kamieniami, gdy ich szczekanie go denerwowało. Każdemu z nas zaszczepił ten pierwiastek skurwysyństwa i znieczulenie na widok cierpienia innych. Ale świadomie o tym nie wiedzieliśmy.

Na myśl o kolejnym akcie przemocy i krzykach brata wszystko się we mnie skręciło. Spojrzałam na kota. Wolałam, żeby cierpiał kot, niż on. Nie, wolałam, żeby nikt nie cierpiał. Ale nie było na to sposobu, a przynajmniej ja go nie znałam. Całą noc więc czuwałam przy kocie.

Następnego dnia poszłam do szkoły. Włosy miałam tłuste, spodnie brudne, a koszulka śmierdziała mi potem. Nie wolno mi się było umyć, nie wolno mi było marnować wody, płynów i proszków, skoro za nie nie płaciłam. Ale musiałam chodzić między zadbanych ludzi i znosić upokorzenia. Nie mogłam zostać w domu. Bałam się ojca. Szkoła była bezpieczniejsza, ale nie mniej straszna.

Weszłam do łazienki. Obrzuciły mnie ciekawskimi spojrzeniami trzy nagle rozbawione dziewczęce twarze. Wymieniły się spojrzeniami i zaczęły chichotać. Spaliłam buraka i opuściłam głowę. Uciekłam do kabiny i usiadłam na sedesie. Celowo głośno wykpiły towarzyszący mi smród, bród i nieśmiałość.

Przypomniałam sobie o bracie. Nareszcie zrozumiałam dlaczego przystał do złych ludzi. Zrzucił z siebie wielotonowy strach, który towarzyszył nam od najmłodszych lat. Teraz nic już nie broniło świata, przed dobrze odżywioną bestią okrucieństwa.

Dlaczego ja mam się bać? Dlaczego mam uciekać przed ich spojrzeniami? Skoro on mógł odrzucić lęk, ja tez to potrafiłam. Rozsunęłam powoli plecak. Wsunęłam dłoń do małej przegródki. Wyjęłam na kolana tani puder w proszku, tusz do rzęs, błyszczyk na wykończeniu i w końcu długi pilnik do paznokci z czarną plastikową rączką. Zacisnęłam na nim dłoń. Mocno. Z całej siły. Spojrzałam na drzwi, jakbym mogła je prześwietlić na wylot i zobaczyć twarze swoich prześladowców. Uśmiechnęłam się.

Parę minut później wyskoczyłam przez okno na pas zieleni i poszłam przed siebie. Dobiegł mnie jeszcze krzyk przerażenia dziewczyn, które znalazły śmiejące się wcześniej ze mnie uczennice. Pomacałam jeszcze wilgotną po umyciu dłonią wystającą z kieszeni gładką rękojeść pilnika. Już nikt nie będzie się ze mnie śmiał. Jestem panią życia i śmierci. Jestem, jak pieprzony bóg.

Poszłam do galerii. A później do sali teatralnej. Na scenie odbywał się jakiś casting, a gapiów było mnóstwo. Huk muzyki zagłuszył wszystko. Mój strach zniknął, ale w jego miejscu pojawiła się pustka. Musiałam czymś nakarmić tą pustkę, a ona domagała się więcej krwi. Naciągnęłam na tłuste włosy kaptur. Wyciągnęłam pilnik z kieszeni. Znów zacisnęłam na nim palce. Uśmiechnęłam się błogo, bo kiedy nie było lęku, czułam się naprawdę szczęśliwa. Pierwszy raz w życiu, czułam prawdziwe szczęście i wolność.

Napotkałam spojrzenie ciemnowłosego chłopaka o miłej twarzy. Odwzajemnił mój uśmiech, ale natychmiast doszukiwałam się w nim kpiny. To była paranoja, ale skąd mogłam o tym wiedzieć? Podeszłam do niego i zadarłam głowę, żeby spojrzeć mu w oczy. Był trochę zaskoczony, ale podobało mu się to. Przytuliłam głowę do jego ramienia i uśmiechnęłam się jeszcze bardziej czarująco. A później szybkim ruchem wbiłam mu pilnik w brzuch, aż po samą rękojeść i wyciągnęłam go z powrotem. Nie przestałam się uśmiechać. On tak. Poczekałam aż zawisł na mnie i pomogłam mu osunąć się po ścianie. Wyglądał, jak załamany koleś, który właśnie dostał złą wiadomość. Zostawiłam go i poszłam dalej, w większy ścisk.

Faceci lubią uśmiechnięte dziewczyny. Wtedy wydają się przyjazne i miłe. Wbiłam pilnik od dołu w brzuch mijanego faceta, który pewnie nawet nie zauważył, że ból przyszedł z zewnątrz. Przeciskałam się między ludzką masą i kułam natychmiast wyszarpując broń z powrotem. Czasem trafiałam w żebra, wtedy nie czyniłam większych szkód, ale czułam się zawiedziona i rozczarowana sobą. Ta zabawa bardzo mi się spodobała. Te wszystkie zaskoczone twarze.

Na końcu, tam gdzie zaczęłam zabijać, coś się zaczęło dziać. Najwyższa pora żeby się ulotnić, bo przy wejściu pojawił się ochroniarz. Przecisnęłam się do drugiego wyjścia i czmychnęłam dosłownie w ostatniej chwili, bo tych po mnie cofnęli z powrotem kolejni ochroniarze. Włożyłam do uszu słuchawki, ale nie włączyłam żadnej muzyki. Udawałam zasłuchaną.

Wsunęłam pilnik głębiej w rękaw, ostrym końcem w stronę dłoni, żebym mogła go szybko wysunąć. Naciągnęłam bardziej rękaw na dłoń, żeby ukryć zasychającą na niej krew. Wyszłam z galerii i szłam w jej cieniu przy samym murze. Za rogiem zatrzymał się niedaleko mnie czerwony samochód. Wysiadł z niego mężczyzna, około czterdziestoletni. Kazał mi się zatrzymać. Nie zrobiłam tego. Kazał jeszcze kilka razy, aż w końcu zniecierpliwiony wymierzył do mnie z pistoletu. To mnie osadziło w miejscu. Nowo narodzony bóg nie może tak szybko umrzeć.

Przerażenie było prawdziwe. Wyjęłam lewą ręką z uszu słuchawki.

- Proszę zostać w miejscu – ostrzegł.

- Dobrze, proszę pana. Niech pan nie strzela, nie słyszałam pana – odpowiedziałam grzecznie i wskazałam na słuchawki.

Opuścił broń, schował ją z powrotem do kabury i podszedł do mnie.

- Czy zna pani dziewczyny o nazwisku Celińska, Ruta albo Masylia?

Zamyśliłam się. Trupy ze szkoły tak się chyba nazywały.

- Nie – zełgałam bez mrugnięcia okiem. - A czemu pan pyta?

Zignorował moje pytanie.

- Muszę panią zatrzymać. Zatrzymujemy wszystkich, którzy wyszli z galerii.

- Nie ma problemu, jeśli to ma w czymś pomóc. Te dziewczyny ukradły coś? – uśmiechnęłam się przyjaźnie.

- Widziała pani tam może coś dziwnego, albo niepokojącego? - zapytał.

- Tylko zbyt wysokie ceny – roześmiałam się niewinne i podeszłam bliżej niego.

Też się rozpromienił. Zacisnęłam zakrwawione palce na szorstkiej powierzchni pilnika. Odpłynął gdzieś strach, który moje ciało zaaplikowało mi z czystego przyzwyczajenia. Uśmiechnęłam się jeszcze promienniej do policjanta, zanim mój pilnik wbił się głęboko w jego szyję, jak morderczy kieł wampira. Hosanna, przyjacielu.

______
Ten sen jest najbardziej pokręcony ze wszystkich, jakie udało mi się zapamiętać. Przez kilka dni czułam niesmak do siebie i zastanawiałam się, jak to możliwe, że mój mózg wyemitował w ogóle coś takiego...

952 czyt.
100%22
DziecieChaosu

opublikowała opowiadanie w kategorii sen i horrory, użyła 3346 słów i 18305 znaków.

2 komentarze

 
  • rosee00

    rosee00 · 28 sie 2017

    Jak zwykle super napisane   ...uwielbiam twoje sny  

  • Somebody

    Somebody · 27 sie 2017

    Makabryczne, pokręcone i krzywdzące zwierzątka   Ale świetnie napisane