Gildia Magów

Na wstępie się pochwalę, że to mój autentyczny sen.
___
Biegłam długim korytarzem mijając z lewej strony rzędy zamykanych z hukiem drzwi, za którymi chronili się Mistrzowie Magii, Maginy i uczniowie. Niektórzy mieli wiele ran i ociekali krwią, inni nieśli rannych albo po prostu wrzeszcząc z przerażenia kryli się martwiąc jedynie o własne zadki. W otwartych oknach furkotały firany szarpane silnym wiatrem, który pojawił się zupełnie znikąd. Okiennice obijały się z hukiem o ściany. Śmieci, kartki papieru i inne lekkie przedmioty fruwały wszędzie, chociaż tutaj od zawsze panowała pedantyczna czystość. Nikt jednak nie zwracał teraz na to uwagi. Powietrze było przepełnione strachem i grozą. Bałam się. Wichura wydzierała mi powietrze z płuc, ale wiedziałam że tylko ja jestem w stanie cokolwiek zdziałać.

Na końcu tego cholernie długiego korytarza stała główna Magina. W dłoni trzymała dziwny klucz. Góra przypominała ozdobioną kulę, dół zaś wyciosany z kamienia gwint. Wręczyła mi go niemal z czcią.

- Biegnij co tylko masz sił moje dziecko i ocal nas wszystkich! Niech Bogowie będą z Tobą! - Wykrzyczały z wysiłkiem jej starcze usta.

Gdy przeniosła wzrok za moje plecy jej twarz zdjęła zgroza. Przez chwilę wyglądała jak zapowietrzona ryba. Jej usta bez sensu otwierały się i zamykały. Odwróciłam się.

To był On. Zły w całej okazałości. To jego się tak bardzo bano i to ja miałam w ręku klucz, który mógł pozbawić go cielesności, a tym samym mocy. Poczułam jak na karku jeżą mi się włoski, a serce jeszcze mocniej zaczęło uderzać w żebra.

Był wysoki. Nie szedł ani nie biegł. Sunął po podłodze jak duch. Głowę zdobiła mu korona, która wyglądała na zespoloną z ciałem. Przypominała mi fragment woskowej rafy koralowej. Szata sięgała do ziemi i okrywała całe jego ciało. Połacie czarnego materiału fruwały dookoła niego. Nie miał twarzy lub dobrze ją skrył. Wyglądał jak posąg odlany z czarnego wosku i odziany w czarne jedwabie. Roztaczał wrażenie kogoś, kto może absolutnie wszystko i niczego nie musi. Biła od niego niesamowita siła. W jakiś niepojęty sposób był dla mnie hipnotyzująco piękny.

Matka Magina szarpnęła mnie za ramię.

- Nie patrz, uciekaj! Biegnij moje dziecko, biegnij! - Przekrzyczała wycie wiatru.

Zmagając się z wiatrem wbiegłam w kolejny korytarz.

- Ratuj nas!!! Uratuj!!! - Dobiegł mnie jeszcze jej krzyk i łomot zatrzaskiwanych drzwi, za którymi się skryła.

Biegłam przedzierając się przez wiatr. Dopiero teraz dotarły do moich uszu dzwony alarmowe. To znaczyło, że nie tylko Gildia była zagrożona, ale i cała okolica. Odwróciłam się. Zły był co raz bliżej. Nie przyspieszył. To ja zwalniałam. Z trudem łapałam oddech. Gdyby za mną nie podążał, pewnie zwaliłabym się jak kłoda. Strach mnie jednak popędzał i wyzwalał siły o jakich nie miałam pojęcia, że we mnie drzemią.

Musiałam pokonać jeszcze tylko kręte schody prowadzące na szczyt wieży. Mokre od potu dłonie ślizgały mi się po poręczy i raz za razem upadałam. Chwilami się czołgałam, aby tylko szybciej i bliżej celu. I w końcu dotarłam do ogromnych, zdobionych zieloną i złotą farbą drzwi. Chociaż zawsze były zamknięte na klucz, teraz stały otworem. Wbiegłam do komnaty, która była za nimi. W jej centrum znajdował się Ołtarz Bogów, a w nim otwór na klucz. Nic wiecej w tej obszernej sali nie było.

Zły był bardzo blisko. Ani przez chwilę nie przyspieszył, a mimo to już się ukazał. Sapiąc i stekając, resztkami sił wkręcałam klucz w ołtarz. Zły stanął w drzwiach i patrzył na mnie. Nie widziałam jego oczu. Całą twarz kryło czarne płótno, jak bariera odzielająca od światła. Mimo to wiedziałam, że mi się przygląda. To było uczucie jakby wąchała mnie śmierć. Szlochałam, bałam się, miałam usmarkaną mordę i wiatr we włosach. I nagle poczułam coś jeszcze, co dotyczyło złego.

- Mam cię w chuju, Zły!!! W CHUUUUJUUUU!!! Możesz sobie mnie zabić, rozumiesz!? Ale zostaw ich! Zostaw, ty popaprany pierdolcu!!! - wylało się ze mnie jak gówno z wychodka.

Zły mnie olał. Nie powiedział nic. Stał pod ścianą obok drzwi i przewiercał mnie wzrokiem. Widziałam go kątem oka, ale musiałam patrzeć na ten gówniany klucz, żeby dobrze go wkręcić. Skoro jeszcze żyłam, skupiłam się tylko na tym. I się w końcu udało. Wiatr zniknął. Opadłam na kolana. Wyrwał się ze mnie i szloch i śmiech. Na przemian. Byłam o krok od szaleństwa.

- Pierdol się Zły! Pierdol się! Pierdol! - powtarzałam jak mantrę.

Kiedy w końcu odważyłam się odwrócić, zobaczyłam pustkę. Złego nie było. Zniknął, czy odszedł gdy wkręcałam klucz? Dezorientacja nie trwała długo. Krzyki przerażenia i bólu niosły się echem i dolatywały nawet do tej wieży. Bogowie nie zabrali mu całej mocy! To odkrycie napełniło mnie przerażeniem. Spojrzałam z pogardą na ołtarz i postawiłam oczy w słup. Na ołtarzu leżał pięknie zdobiony magiczny kostur. U jego szczytu lśniła przezroczysta kula, w której kotłowała się mlecznobiała mgła. Ostrożnie go uniosłam. Był jakby stworzona dla mojej dłoni. I leciutki. Ja też się taka poczułam. Poczułam w sobie jego moc.

Najszybciej jak mogłam opuściłam wieżę, wycierając po drodze twarz w rękaw. Ci, którzy opuścili bezpieczne sale zbyt wcześnie, leżeli teraz martwi z twarzami zdjętymi bólem i niedowierzaniem. Wpadłam na Matkę Maginę.

- Uciekaj! Już za późno! Zebrał zbyt wiele dusz! Nie zatrzymasz go! - Załkała. - Uciekaj moje dziecko! Na dziedzińcu zbierają się wszyscy Starsi Magowie, spróbujemy go zatrzymać na jakiś czas. Uciekaj, póki możesz!

- W którą stronę poszedł?

- Idzie do biblioteki!

Po tych słowach pośpiesznie odeszła. Ja jednak nie zamierzałam uciekać.

Ruszyłam biegiem tropem Złego. Znalezienie go było łatwe. Był gdzieś na pierwszym piętrze. Znałam tu każdy kąt, a on poruszał się powoli. Po chwili zobaczyłam go.

- Zaczekaj! - wrzasnęłam, bo właśnie opuszczał długi korytarz, do którego ja dopiero co weszłam.

Zignorował mnie.

- Stój ty rybi chuju! - mruknęłam pod nosem, bo nie było sensu się drzeć. Może ta istota nawet nie rozumiała mowy. Może nawet to nie była istota, tylko jakaś zła moc?

Dogoniłam go w połowie kolejnego korytarza.

- WYSŁUCHAJ MNIE!!! - Ryknęłam w jego plecy.

Zatrzymał się i odwrócił do mnie. Nie spodziewałam się tego. Zatkało mnie więc i przez chwilę szukałam słów. Widocznie za długo je zbierałam, bo znów się odwrócił do mnie placami i ruszył.

Wkurwiłam się. Wkurwiłam się jak typowa baba, która chce powiedzieć coś ważnego, a facet jej nie słucha. Podbiegłam do niego, zamachnęłam się tą magiczną laską i nawet nie myśląc co właściwie robię, z całej siły zdzieliłam go nią. W brzuch, bo akurat chyba wyczuł pismo nosem i odwracał się do mnie z powrotem. Najpierw był huk tłuczonego szkła, bo wyrzuciło go częściowo przez okno. Zabrał też kawałek ściany i wpadł z rumorem do drewnianej szopy, która stała przy budynku głównym Gildii. W rozległych szopach stojących koło siebie znajdowały się sprzęty do pracy i pielęgnacji roślin w ogrodach należących do Gildii. Zły odwiedził właśnie jedną z nich.

Takiej siły u siebie nie spodziewałam się tym bardziej. Zły wyszedł stamtąd i w oka mgnieniu znalazł się z powrotem tam, gdzie był za nim mu pokazałam, że nie lubię być ignorowana.

- Dlaczego mnie uderzyłaś? - zapytał grubym grobowym głosem, od którego przeszły mnie ciarki. Nie było w nim złości. Tylko głębokie zdziwienie.

- Bo się wkurwiłam na Ciebie - odpowiedziałam szczerze.

- Mogłem cię zabić już tysiące razy i na tysiące sposobów. Nie zrobiłem tego. W ogóle nic ci nie zrobiłem. Zatem dlaczego?

- Bo nie chciałeś mnie wysłuchać.

- Zawsze cię słucham. Pamiętam wszystko, co do mnie mówisz. Zawsze jestem i będę przy tobie - powiedział.

Poczułam się głupio. Po pierwsze, z góry założyłam, że skoro Zły ciągle milczał, to jest niemową. Ja na niego nakrzyczę i będziemy walczyć. Wyszło inaczej. Po drugie skoro już zaatakowałam pierwsza i on tu wrócił w oka mgnieniu, to czemu sobie nie oddał? Po trzecie nie wiem skąd, ale byłam pewna, że mówił prawdę. Po czwarte koleś, który wygląda jak kupa węgla z czarną rafą koralową na łbie i morduje wszystko dookoła nawet na to nie patrząc, ucina sobie ze mną pogawędkę. A po ostatnie, to co on w ogóle chrzani!?

- Milczysz? - powiedział. Jego głos mnie przerażał. Był spokojny i łagodny. Mówił powoli i wyraźnie. Miałam wrażenie, że jego słowa dobiegają gdzieś z głębi studni, albo mokrego lochu.

- Dlaczego ich zabiłeś? - zapytałam.

- Nie wiesz. Nie powiedzieli ci. To dobrze. Czułem, że nie jesteś jedną z nich.

- Kto i czego mi nie powiedział?

- Chodź ze mną. Musimy się spieszyć. Opowiem ci po drodze.

- Ty już nigdzie nie pójdziesz! Zapłacisz za to, co zrobiłeś!

- Głupia, nic nie rozumiesz. Nie jestem twoim wrogiem.

- Głupszy, mówisz zagadkami.

- Chodź, trzeba się spieszyć.

- Dopóki mi tego nie wyjaśnisz albo mnie nie pokonasz, nigdzie nie pójdziesz! - Warknęłam.

Tak jak chwilę wcześniej, po prostu przeniósł się na koniec korytarza. Musiałam za nim biec. Za każdym razem gdy się do niego zbliżałam, on znów znikał i tym razem nie reagował już na moje groźby i bluzgi. Gdy go dogoniłam czytał jakąś starą i opasłą księgę w bibliotece.

- Spójrz. Widzisz?

Podetknął mi ją pod nos gdy się zbliżyłam. Pożółkłe wytarte kartki rękopisu zdobiły malutkie złote runy.

- Nie umiem tego przeczytać - wyznałam.

- To jest Księga Prawdy. To magiczna księga.

- Co ty powiesz? - zakpiłam. - Wszystkie są magiczne! - zatoczyłam rękami koło. - To jest przecież Gildia Magów!

- Nie. Pozostałe tylko opisują magię. Skup się, to zobaczysz - wyjaśnił.

- Jak mam to zrobić? - Zapytałam.

- Weź księgę, tylko pytający może jej dotykać. Teraz zadaj pytanie i pragnij całym sercem poznać odpowiedź. Ona zna odpowiedzi na wszystkie pytania.

- Kto jest moim przyjacielem i mogę mu ufać? - Zwróciłam się do księgi.

A ona ukazała mi stojącego obok mnie kolesia, który wyglądał, jak  wyciągnięty przemocą z komina kominiarz.

816 czyt.
100%102
DziecieChaosu

opublikowała opowiadanie w kategorii sen i fantasy, użyła 2025 słów i 10497 znaków.

2 komentarze

 
  • rosee00

    rosee00 1 wrz 2017

    Myślałaś może nad tym by kontynuować to opowiadanie?

  • AlexAthame

    AlexAthame 25 sie 2017

    Super.Duza lapa