ERROR [Nowy Jork, 7 stycznia 2016 r.]

00.

          Po pomieszczeniu rozniósł się głośny łoskot. Równy, piętrzący się wcześniej na biurku stos kartek uderzył o podłogę. Strony zadrukowane tysiącami czarnych liter rozsypały się pod stopami trzydziestolatka, mieszając się i niszcząc jakikolwiek porządek. Wczorajsze uważne sortowanie trzeba było zacząć od początku. Mężczyzna zmrużył oczy, z nienawiścią patrząc to na nie, to na ekran komputera, na którym widniał powód jego złości. Zaciskał przy tym dłonie w pięści tak mocno, że knykcie zbielały, a żyły uwydatniły się jeszcze bardziej niż zwykle. Kilka nerwowych sapnięć później automatycznie poprawił okulary o okrągłych oprawkach, które nieustannie zsuwały się z nosa ku jego jeszcze większej irytacji. Nawet głębsze oddechy nie pozwalały mu się uspokoić.  
          Tego dnia nic nie szło po jego myśli. Najpierw obudził się po ledwo czterech godzinach snu z paskudną migreną, żałując siedzenia do późna przez masę papierkowej roboty, jaka nagromadziła się przez pięć dni urlopu zdrowotnego. Następnie jego samochód postanowił nie odpalić, znajomy nie odbierać telefonu, a najbliższy autobus spóźnić się o bite piętnaście minut, przez co prawie sam się spóźnił. Poza tym nie miał czasu wstąpić na kawę do swojego ulubionego miejsca, jak miał w zwyczaju i musiał zadowolić się tą oferowaną w pracy – tanią, rozpuszczalną i paskudną. Kawę tę zresztą później przypadkowo rozlał, ale udało mu się uniknąć zabrudzenia garnituru, więc to mógł zaliczyć do pozytywów. Na koniec, by jeszcze dodatkowo dobić mężczyznę, na jego skrzynce pojawił długo wyczekiwany e-mail – oczywiście z odpowiedzią niekorzystną dla niego, a on rozzłoszczony nieuważnie machnął ręką na bok, strącając tym wszystkie kompletowane poprzedniego dnia dokumenty.  
          Pozostali pracownicy zgromadzeni w obszernej sali, każdy przy identycznym biurku z podobnymi stosami papierzysk i folderów, zwrócili wzrok w stronę hałasu. Jednak zaraz po zlokalizowaniu jego źródła, w milczeniu wrócili do wyznaczonych im zadań. Zapewne temat miał się pojawić na jednej z kolejnych przerw, a każdy szczegół zostać skomentowany, ale wtedy nie było takich możliwości. Sprawca zamieszania wyprostował się, chcąc odgonić groźnym jak na niego wzrokiem ostatnich gapiów, po czym machinalnie poprawił grafitową marynarkę. W kolejnym odruchu przeczesał dłonią jasne, postawione na żelu włosy. Zaklął, będąc pewien, że nie wyglądają już tak idealnie, jak wcześniej. W końcu, pomimo wielkiej niechęci, uklęknął, by zabrać się za zbieranie dokumentów.  
          – Czasem nienawidzę tej roboty... – narzekał cicho do siebie, myśląc o trywialnych zadaniach, jakie powierzył mu tego dnia kierownik oddziału. Uważał, że po tylu latach pracy był wart czegoś większego.  
          – Parker! Aaron Parker! – Z głośnika rozległ się krzyk kogoś wyraźnie zdenerwowanego. Być może nie tylko on miał zły dzień. – Do mnie!  
          – Jeszcze tego mi brakowało. – Westchnął i wstał, po czym posłusznie skierował się do biura szefa. Do drzwi odprowadziły go szepty i ciekawskie spojrzenia.  
          Wyjeżdżając windą na najwyższe piętro budynku, podrygiwał ze stresu nogą. Zastanawiał się, co tym razem doprowadziło pana Johnsona do gniewu. Źle wypełnił akta? Popełnił błąd w którymś z wielu druczków? Sekretarka przygotowała niesmaczną kawę i komuś musiało się oberwać? A może x0 nie dał się złapać, zresztą tak jak zwykle? Chociaż o nim nie powinien nawet słyszeć, a już tym bardziej nie o zaplanowanej niedawno zasadzce. Gdyby chociaż wiedział, że czemuś zawinił, mógłby się domyślać, czego ma się spodziewać. Pomimo chwil frustracji czy gniewu, takich jak ta sprzed kilku minut, był naprawdę przykładnym pracownikiem, a wszystko robił ze starannością. Od miesięcy liczył na awans, choć wiedział, że to technicznie nie było możliwe. Jeszcze nikt nie otrzymał promocji do zostania kimś z głównej grupy czy choćby takiej zajmującej się innym, bardziej znaczącym kodem. Przynajmniej on nigdy nie słyszał o takim przypadku. Cichy dzwonek oznajmił, że wreszcie może wyjść z metalowej puszki, co zrobił z wielką ulgą. Nieszczególnie lubił przemieszczać się windami, zwłaszcza tak wysoko. Zawsze miał absurdalne wrażenie, że liny pękną, a on spadnie na sam dół trzydziestopiętrowego biurowca.  
          Przełknął głośno ślinę. Czuł się jak osoba idąca na ścięcie, co zresztą nie musiało bardzo mijać się z prawdą. Pan Johnson nie był kimś, kto przejmowałby się losem pracownika, który czymś zawinił. Jeśli w jakiś sposób wpływało to na działanie firmy, nie wahał się sięgać po drastyczne środki. Na jego barkach spoczywało przejmowanie się losem ogółu ludzkiego, a jednostka w porównaniu z tym nie wydawała się niczym ważnym. Aaron zapukał w dwuskrzydłowe, czarne drzwi. Nerwowo zerknął na sekretarkę, zajmującą się swoimi obowiązkami przy biurku w rogu. Ona nie zwróciła jednak najmniejszej uwagi na przybysza, zapewne się go spodziewając. Ciche, roznoszące się po pokoju stukanie klawiszy przerwało przytłumione „Wejść!” wypowiedziane naturalnie zachrypniętym głosem.  
          Po chwili wahania Parker nacisnął srebrną klamkę. Pchnął drzwi, by ujrzeć przed sobą ogromne pomieszczenie, urządzone w nowoczesny, minimalistyczny sposób. Choć, pomimo małej zawartości mebli czy dekoracji, całość kosztowała zapewne więcej niż jego roczna wypłata. Dominowała tam czerń i biel, przełamana jedynie kilkoma srebrnymi elementami. Tak właściwie jeszcze nigdy nie miał wątpliwej przyjemności przebywania w biurze szefa. Co prawda widywał mężczyznę w budynku i nawet kilka razy zdarzało im się rozmawiać, ale to nie było zbyt częste. Nie powinno to nikogo dziwić w miejscu z setkami mniej lub bardziej ważnych pracowników.  
          Obserwacje przerwało mu donośnie chrząknięcie, więc natychmiast przeniósł wzrok na źródło. Przed oknem, ciągnącym się od podłogi aż do sufitu, stało sporych rozmiarów masywne biurko, za którym siedział nie kto inny jak Garrett Johnson. Czterdziestoparoletni mężczyzna z czarnymi, miejscami siwiejącymi włosami, mocno zarysowaną szczęką i cieniami pod oczami, spowodowanymi najpewniej nadmiarem pracy oraz stresem. Aaron spiął się natychmiast. Nie za bardzo wiedział, co ze sobą zrobić. Wzrokiem machinalnie uciekł na południową panoramę miasta, rozciągającą się za osobą, na którą powinien wtedy patrzeć.  
          – Parker, słuchasz ty mnie?! – Z rozmyślań wyrwał go zdenerwowany głos i dopiero wtedy uświadomił sobie, że ktoś do niego mówił.  
          – Tak! – niemal krzyknął, ale zaraz się poprawił: – Oczywiście, proszę pana. Dlaczego chciał mnie pan widzieć?  
          – Usiądź, proszę. – Już spokojniejszy starszy mężczyzna wskazał dłonią na obrotowy, skórzany fotel, znajdujący się tuż przed biurkiem. – Więc... – Poprawił się i wygodniej oparł, starając się przy tym wyglądać nadal poważnie i profesjonalnie. Zmierzył go surowym spojrzeniem. – Przypomnij mi, którym kodem zajmuje się oddział, z którego jesteś? – zapytał ironicznie, ale Aaronowi nie udało się tego wyczuć.  
          – Y3 – odpowiedział bez najmniejszego zająknięcia. – Sharon Colys. Moje obowiązki... – zaczął, ale Johnson przerwał gestem dłoni.  
          – Wiem. Doskonale wiem, jakie są twoje obowiązki, panie Parker – rzucił pretensjonalnym tonem, po czym zwilżył spierzchnięte wargi. – Y3, mówisz? – Uniósł sceptycznie jedną z brwi. – Powiedz mi, proszę, czy ktokolwiek z twoich przełożonych dał ci jakieś zadania, o których nie wiem.? Nie wydaje mi się, żebym wydawał komukolwiek polecenie, żebyś ty – ostatnie słowo wypowiedział z wyraźną kpiną – ot, Aaron Parker, miał dostęp do wszystkich informacji o Y3. Ba! Nie tylko o tym Błędzie, ale też całej reszcie. Jesteś w stanie to wytłumaczyć?  
          – Ja... Bo ja... – zaciął się, nie wiedząc, co powiedzieć.  
          Pobladł. Nie chciał nawet myśleć o tym, co może go teraz spotkać. Działania Archanioła były utajnione bardziej niż kiedyś Strefa 51 i to nawet dla jego pracowników. Nikt oprócz głównego zarządu nie posiadał wszystkich informacji, a zapewne Garrett Johnson i tak wiedział jeszcze więcej.  
          Pozornie zajmowali się produkcją kosmetyków, których fabryki miały znajdować się gdzieś w Azji, gdzie łatwiej o utrzymanie oraz pracowników. Pierwsze pięć pięter budynku służyło w celu utwierdzenia w tym innych. Zajmowały je biura nic niepodejrzewających, najmniej zaufanych pracowników, którzy jak reszta społeczeństwa sądzili, że to prawdziwy cel firmy.  
          Tak naprawdę badała ona wszystko, co niewyjaśnione, paranormalne lub nadprzyrodzone. Od jej powstania niezmiennie najważniejszym programem był ERROR, polegający na odkrywaniu tożsamości i odnajdowaniu Błędów. Tak powszechnie nazywano osoby, które po śmierci zamiast w zaświaty trafiały z powrotem do świata żywych, uważając je za błędy w pracy wszechświata. Zresztą nie mijało się to bardzo z prawdą. Powstawały one w czasie krótkotrwałych drżeń, które zacierały granice między wymiarami. Dokładnie podczas najsilniejszych z nich.  
          Organizacja nie sprecyzowała jeszcze przyczyn drżeń, ale powtarzały się one systematycznie co mniej więcej cztery wieki. Do tej pory Błędy wykańczały się same, nie potrafiąc zapanować nad własnymi zdolnościami. Ginęły w długotrwałych katuszach, często próbując targnąć się na życie, ale to nie dawało żadnych efektów – w końcu były niemal nieśmiertelne. Do czasu x0. Pierwszego obecnego Błędu. Ten zdołał zapanować nad siłą, która w nim tkwiła i zaczął ją wykorzystywać, a później uczyć tego samego kolejne osoby. Z posiadanych przez Archanioła informacji wynikało, że drżenia występują w trzech falach nazwanych kolejno X, Y oraz Z po trzy lata każda, w odstępach kilkudziesięcioletnich. Podczas fali powstawały maksymalnie cztery Błędy, numerowane od zera do trzech.  
          Kolejne piętra budynku, pozornie przeznaczone na przestrzeń biurową do wynajęcia, zajmowały oddziały, laboratoria, archiwa i inne miejsca poświęcone osobno każdemu z Błędów. Między poszczególnymi nie było kontaktu, a przecieku informacji oraz plotek dokładnie pilnowano. Na szczęście dla Aarona w systemie ochronnym występowały luki. Odnajdywanie ich trwało wieki, ale łączenie kolejnych elementów układanki stawało się dla mężczyzny narkotykiem. Po pewnym czasie zwyczajnie musiał wiedzieć więcej i więcej o ukrytym, otaczającym go świecie.  
Jednak każde uzależnienie kończy się źle. Jak widać to jego również musiało.  
          – Nie próbuj udawać idioty – odezwał się w końcu szef, znudzony obserwacją naprzemiennie otwierających się i zamykających ust Parkera. Wyglądał jak ryba wyciągnięta z wody i nie mógł oddychać dokładnie jak ona. – Obserwowaliśmy cię od roku, więc nie myśl, że jakoś się wyłgasz. Rozumiesz?  
          W odpowiedzi pokiwał głową, wciąż niezdolny do słów. Johnson ciągnął więc dalej:  
          – Wiesz, co jest najzabawniejsze? – Parsknął, choć wcale nie wydawał się rozbawiony. – Jesteś lepiej doinformowany niż większość pracowników tego budyneczku, a to nie jest nawet cholerny ułamek wiedzy, jaką mógłbyś mieć. Tylko wiesz, nawet ten ułamek w niewłaściwych rękach mógłby doprowadzić do końca wszystkiego, co znasz i być może kochasz, więc może w końcu się wytłumaczysz? Panie Parker?  
          – Pan mnie wyleje, prawda? – sapnął jedynie, zaciskając usta w cienką linię i patrząc prosto w przeszywające, czarne oczy szefa.  
          Na twarzy szefa pojawił się lekki uśmiech. Choć był on bardziej kpiący niż wesoły.  
          – Pomyśl. Sądzisz, że tak całkiem sam doszedłeś do wszystkiego? Że całkiem przypadkiem nie zauważaliśmy twojej działalności i pozwalaliśmy na nią? – Oparł łokcie na biurku, a dłonie splótł. – Sam odkryłeś więcej niż większość osób w tym budynku, to prawda, ale przyzwoliliśmy ci na to. Mówię oczywiście o pracownikach twojego pokroju, nie o zarządzie. Chociaż ty zrobiłeś to kompletnie bez przymusu. – Uniósł wyżej kąciki ust, ale czerń oczu pozostawała nadal niezmącona i spokojna. – To był test, Parker. Test, który zdałeś.  
          – C-co proszę? – Twierdzenie, że wcześniej wyglądał jak ryba, było pomówieniem. Dopiero od wtedy można by go z nią pomylić.  
          – Posłuchaj. Zbliża się fala Z, a ja od dawna poszukuję należytej, prawej ręki z zapałem do pracy. Tych biegających za pieniędzmi mam pod sobą wielu. Niestety tych zaciekawionych i zainteresowanych powagą sprawy jest coraz mniej. Chciałbym, żebyś ty zajął to miejsce i nie przyjmuję odmowy. Dobrze wiesz, mam nadzieję, co dzieje się z osobami, które mi odmawiają.  
          – Oczywiście – wyjąkał, ale zaraz odchrząknął, starając się przybrać pewny siebie wyraz twarzy. – Nie zawiodę pana, panie Johnson.  
          Owszem, dobrze wiedział, z czym wiązałaby się odmowa. Szef zdecydowanie nie należał do głupich czy lekkomyślnych osób, a zagrażających mu ludzi trzymał jeszcze bliżej niż przyjaciół. Aaron domyślał się, że jeśli ktokolwiek jeszcze również przechodził „test”, to po pojawieniu się w biurze albo przystawał na propozycję, albo już więcej nie pojawiał się w domu. Co nie oznacza, że chciał narzekać albo że drżał ze strachu. Uznał to za wielką szansę, by w końcu wyrwać się z czterech ścian oddziału Y3 i w końcu osiągnąć coś więcej.  
          – Oczekuję, że spiszesz i uporządkujesz wszelką wiedzę, którą zdobyłeś nadprogramowo. Może znajdzie się w tym coś, co da głównemu zarządowi jakąś wskazówkę. – Oparł się z powrotem. – Mam nadzieję, że mogę na pana liczyć, panie Parker i że nie zawiedziemy się na sobie. Żaden z nas nie chce przechodzić przez te wszystkie nieprzyjemności...  
          Nagle drzwi otworzyły się, a zanim ktokolwiek zdążył zareagować, do środka wpadł zdyszany chłopak. Wyglądał maksymalnie na dwadzieścia pięć lat. Tuż za nim wbiegła sekretarka. Ten gość najwidoczniej nie był przez nią spodziewany. Już miała zacząć coś mówić, może krzyczeć na niespodziewanego przybysza, może przepraszać zdezorientowanego pana Johnsona, gdy ten podniósł się zza biurka.  
          – Możesz wyjść – oznajmił kobiecie, a ta pomimo zdziwienia posłusznie wykonała polecenie. Odezwał się znów, dopiero gdy drzwi się za nią zamknęły. – Co się stało, Aiden?  
          – Z0 się stał – odpowiedział. – Pojawił się prawdopodobnie dwa dni temu.  
          – Dwa?! – Starszy mężczyzna krzyknął tak głośno, że pozostałych przeszedł dreszcz. – X0 na pewno się już z nim skontaktował. I cały plan wziął się... – Chciał zakląć, ale zamiast tego uderzył pięścią o blat. – Kto to?  
          – Najlepiej dopasowana do skoków wskaźników jest Cassidy Berne, z Irlandii. Tu mam wszystkie dokumenty i... – Zaczął iść w jego kierunku, ale zawahał się po chwili.  
          – Zejdź mi z oczu, Aiden. – Zacisnął szczękę.  
          – Tak jest! – Chłopak pospiesznie położył teczkę na stosie innych i wycofał się z biura.  
          – Zaczęło się.  

~*~

Dodaj komentarz