Jakub

Jakub, 18 lat
razem:   444
  • Użytkownik Jakub

    Coraz ciekawsza staje się ta przewrotność losu: Bohun, który potrafił pokonać uzbrojonych przeciwników, okazuje się bezradny wobec jednej upartej dziewczyny. Ale najciekawsze jest coś innego. Paulina ratuje człowieka, którego czyny mogłaby potępiać, i nie oczekuje za to zapłaty. On zaś, przyzwyczajony do zdobywania wszystkiego siłą lub złotem, spotyka kogoś, na kim żadne z tych narzędzi nie robi wrażenia. Czy potrafi zrozumieć taką bezinteresowność, czy jedynie spróbuje podporządkować ją sobie? Szczególnie podoba mi się zdanie o wdzięczności okazywanej czynami, nie dukatami. Być może to właśnie ono zapowiada prawdziwą próbę charakteru Bohuna. A co do języka — zachowałbym archaizację, bo tworzy klimat, natomiast ukraińskiego używał oszczędnie, przede wszystkim w chwilach silnych emocji.

    1 godz. temu

  • Użytkownik Jakub

    Najciekawsze jest to, że nie próbujesz od razu uczynić z Bohuna człowieka lepszego. Pozostaje gwałtowny, dumny, niebezpieczny, a jednocześnie boleśnie bezradny. I właśnie ta sprzeczność nadaje mu wiarygodność. Paulina zaś, choć nie zna jego przeszłości, instynktownie nie pozwala mu nad sobą zapanować. Jest w tym pewna ironia: człowiek, który całe życie próbował brać siłą to, czego pragnął, teraz musi przyjąć pomoc, której nie potrafi wymusić. Ciekawi mnie, czy ta znajomość odmieni Bohuna, czy raczej Paulina przekona się, jak wysoką cenę można zapłacić za ocalenie niewłaściwego człowieka. Bo chyba właśnie w tym tkwi największy potencjał tej historii.

    1 godz. temu

  • Użytkownik Jakub

    Tysiąc lat walki, niezliczone zwycięstwa, pokonani wrogowie, a okazuje się, że największym marzeniem tych niezwyciężonych wojowników jest coś zupełnie zwyczajnego: kobieta, do której można wrócić, dziecko, które można wziąć na ręce, i dom, w którym ktoś czeka. Pięknie pokazałaś tę sprzeczność, Marigold. Zwłaszcza w rozmowie przy piwie, kiedy pod żartami i wzajemnymi docinkami zaczyna przebijać tęsknota za życiem, którego przez całe wieki byli pozbawieni.

    Szczęście Kaidana ma tutaj szczególny smak. Pozostali autentycznie się nim cieszą, ale jednocześnie widzą w nim wszystko, czego sami jeszcze nie mają. I chyba dlatego tak wymowna jest samotność Branna, który zostaje w pubie, bo zwyczajnie nie chce wracać do pustego mieszkania. Nie potrzebowałaś wielkiego dramatu, żeby pokazać jego osamotnienie. Wystarczyło jedno tak zwyczajne, ludzkie zachowanie.

    Zaintrygował mnie również Balor. Jego blizna jest chyba czymś więcej niż pamiątką po kobiecie. To niemal ironia losu, że istota potrafiąca przez wieki decydować o cudzym przeznaczeniu sama nosi na twarzy ślad własnej bezsilności wobec uczuć. Zaczynam podejrzewać, że w Twoim świecie nawet bogowie nie są tak wolni, jak chcieliby wierzyć.

    No i Lucas. Człowiek, który potrafił oszukać nawet Przeklętych, a jednak na jedno pytanie o Polskę odpowiedział z autentycznymi emocjami. Ciekawy szczegół. Można sfałszować dokumenty, życiorys, nazwisko, ale znacznie trudniej sfałszować to, co naprawdę człowieka porusza. Jestem ciekaw, co kryje się pod tą starannie zbudowaną tożsamością.

    Coraz bardziej podoba mi się, że Twoi bohaterowie, choć obdarzeni nadludzką siłą, pozostają bezradni wobec najbardziej ludzkich pragnień. I zastanawiam się, czy prawdziwym przekleństwem Branna jest rzeczywiście nieśmiertelność, czy może świadomość, że przez tyle stuleci przeżywał kolejne dni, ale tak rzadko naprawdę żył.

    A skoro Kaidan odnalazł swoje szczęście, to może największym wyzwaniem Branna wcale nie będzie pokonanie Morrigan, lecz uwierzenie, że on również na szczęście zasługuje.

    2 godz. temu

  • Użytkownik Jakub

    Droga Mistrzyni, w tym rozdziale stworzyłaś niezwykły kontrast. Najpierw pokazujesz nam Branna, dla którego zabijanie stało się czymś równie naturalnym jak oddychanie. Bezwzględnego, brutalnego, niemal pozbawionego ludzkich odruchów. A potem wystarczy jedna przerażona dziewczyna, żeby cały ten obraz rozsypał się w jednej chwili.

    Piękna jest scena, w której zdejmuje hełm i unosi dłonie, żeby Karen przestała się go bać. Człowiek, przed którym drżą uzbrojeni mężczyźni, nagle tak bardzo pragnie, żeby nie przestraszyła się go jedna bezbronna dziewczyna. Jest w tym więcej czułości niż w niejednym miłosnym wyznaniu.

    Ale najbardziej przejmujący jest dla mnie moment rozstania. Brann uratował Karen, a jednak to ona, zupełnie nieświadomie, ocaliła coś w nim. Coś, co przez wieki pozostawało uśpione. I kiedy oddaje ją bratu, po raz pierwszy od bardzo dawna czuje nie triumf, lecz pustkę. Jakby dopiero co odnalazł coś bezcennego i natychmiast musiał to utracić.

    Zastanawiam się, czy nie na tym właśnie polega największy dramat Twoich Przeklętych. Potrafią pokonać niemal każdego przeciwnika, ale wobec własnych uczuć okazują się zupełnie bezbronni. I chyba dlatego tak trudno pozostać wobec nich obojętnym.

    Masz niezwykły dar wydobywania delikatności z najciemniejszych zakamarków ludzkiej natury. Nie idealizujesz swoich bohaterów, pozwalasz im być okrutnymi, niebezpiecznymi, pełnymi sprzeczności, a jednak odnajdujesz w nich tę jedną cząstkę, która sprawia, że chcemy ich zrozumieć, a czasem nawet pokochać.

    I jeszcze ten ostatni obraz Branna stojącego samotnie w deszczu… Tyle przemocy, tyle śmierci, a ostatecznie najmocniej zostaje w pamięci mężczyzna, który nie potrafi oderwać wzroku od odjeżdżającej dziewczyny. Jak niewiele trzeba było, żeby poruszyć serce, którego nie poruszyły całe wieki.

    2 godz. temu

  • Użytkownik Jakub

    Marigold, przyznam, że ten rozdział zostawił mnie z ogromnym smutkiem. I chyba nawet z odrobiną żalu do Ciebie, że pozwoliłaś im odnaleźć tak wielką miłość, by potem w tak okrutny sposób ją zniszczyć. Bo przecież oni naprawdę się kochali. Nie była to przelotna namiętność ani piękne złudzenie. Dwoje ludzi, tak różnych, odnalazło w sobie coś, czego wcześniej nawet nie potrafili nazwać. Brann, który przez całe życie znał przede wszystkim przemoc, samotność i strach, po raz pierwszy poczuł, że jest dla kogoś najważniejszy. Że może być kochany nie za swoją siłę, władzę czy budzące grozę imię, lecz po prostu za to, kim jest.

    I właśnie dlatego tak strasznie boli to, co się wydarzyło. On przecież oddałby za Catrionę życie bez chwili wahania. A jednak to jego własna ręka odebrała jej życie. Ręka, która wcześniej z taką czułością gładziła jej włosy, obejmowała ją i chroniła przed całym światem. Czy można wymyślić coś bardziej tragicznego? Człowiek, który przysiągł sobie, że nigdy nie pozwoli jej skrzywdzić, sam zadał jej śmiertelny cios. Nie dlatego, że przestał kochać. Właśnie wtedy, gdy kochał ją najbardziej.

    Ale najbardziej porusza mnie coś jeszcze. **Brann w jednej chwili pozwolił, aby gniew okazał się silniejszy od miłości.** To był jego wybór. Tragiczny, nieodwracalny, dokonany pod wpływem rozpaczy, lecz jednak własny. Przecież mógł opuścić miecz. Mógł przyjąć jej nienawiść, pozwolić jej odejść, nawet samemu zginąć, skoro tak bardzo ją kochał. Zamiast tego odpowiedział ciosem na słowa, które rozdarły mu serce. I w tej jednej chwili zniszczył wszystko, co przez tyle czasu tak pięknie w nim budowała. Jak niewiele czasem potrzeba, żeby bezpowrotnie utracić największe szczęście własnego życia...

    Pamiętam tamten medalion, którego dwie połówki złączył, mówiąc Catrionie, że dopiero z nią czuje się kompletny. Teraz ten obraz wydaje mi się jeszcze bardziej przejmujący. Bo przecież wraz z jej śmiercią utracił nie tylko ukochaną kobietę. Utracił również tę lepszą część siebie, którą przy niej odnalazł. I nawet gdyby żył tysiąc lat, nie cofnie jednej sekundy, w której pozwolił zwyciężyć nienawiści.

    A potem Derrick. Kolejny wybór. Kolejne zwycięstwo gniewu. Brann mógł ukarać człowieka odpowiedzialnego za tragedię, zachowując resztki tego, czego nauczyła go miłość. Zamiast tego pozwolił, by cierpienie przemieniło go w kogoś, kim przez całe życie najbardziej bał się zostać. W człowieka podobnego do własnego ojca. I chyba właśnie to jest najbardziej przerażające: że można całym sercem nienawidzić zła, które nas kiedyś skrzywdziło, a jednak samemu zacząć je powtarzać.

    Marigold, nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, jak niezwykle przejmującą rzecz stworzyłaś. Bo ostatecznie nie opowiedziałaś tylko historii wielkiej miłości i jej tragicznego końca. Opowiedziałaś o człowieku, który dostał od losu najpiękniejszy dar, jaki można otrzymać, ale nie potrafił go ocalić przed własnymi demonami. A później skazałaś go na wieczność, w której będzie pamiętał każdy pocałunek, każde spojrzenie Catriony i tę jedną straszną chwilę, gdy wszystko przekreślił.

    I wiesz, co jest w tym najokrutniejsze? Że bogowie nie musieli go przeklinać. On już był przeklęty. Od momentu, gdy zrozumiał, co zrobił. Nieśmiertelność jedynie sprawiła, że nie może uciec przed konsekwencjami.

    Jorg napisał, że zaczęłaś czarować na dobre. Tak, ale Twoje czary potrafią też złamać czytelnikowi serce. A jednak nie potrafię mieć do Ciebie pretensji, bo właśnie w tej bezlitosnej prawdzie o ludzkich wyborach jest coś niezwykle pięknego. Pokazujesz, że największa siła nie polega na pokonaniu wroga, lecz na powstrzymaniu własnej ręki, kiedy serce krzyczy z bólu.

    Podziwiam Cię za tę odwagę, Marigold. Za to, że nie chronisz swoich bohaterów przed konsekwencjami, nawet jeśli sama obdarzyłaś ich tak wielkim uczuciem. Za wrażliwość, która pozwala Ci zobaczyć człowieka również pod warstwą okrucieństwa, ale nie usprawiedliwia jego czynów. I za to, że potrafisz sprawić, iż historia zrodzona w Twojej wyobraźni pozostawia w cudzym sercu zupełnie prawdziwy ślad.

    Smutno mi po Catrionie. Jeszcze bardziej smutno mi na myśl, że Brann będzie musiał żyć ze świadomością, iż miłość, która mogła go ocalić, zginęła z jego własnej ręki.

    **Bo czy może istnieć większa tragedia niż kochać kogoś ponad życie, a potem przez własny wybór stracić go na zawsze?**

    Dziękuję Ci, Marigold. Za tę niezwykłą historię i za serce, które w nią włożyłaś.

    2 godz. temu

  • Użytkownik Jakub

    Iskro, inni słusznie zachwycają się namiętnością Twoich bohaterek, ale mnie najbardziej urzeka coś znacznie subtelniejszego. Sześć lat wcześniej Kinga patrzyła na Joannę oczami zakochanej nastolatki, dziś patrzy na nią jak na kobietę, z którą chciałaby dzielić całe życie. I właśnie w tej przemianie dostrzegam największą wartość Twojej opowieści. Pięknie pokazujesz, że miłość nie musi wybierać między żarem a czułością, a jej najważniejsze wyznania często kryją się w najzwyklejszych gestach. Zastanawiam się jednak, czy Kinga i Joanna kiedykolwiek wracają myślami do swoich początków i czy dziś rozumieją je tak samo. Bo czas potrafi nie tylko umacniać uczucia, lecz także zmieniać nasze spojrzenie na przeszłość. Masz w sobie dużo wrażliwości, Iskro, i chyba właśnie dlatego chciałbym kiedyś zobaczyć Twoje bohaterki nie tylko szczęśliwe, ale również szczerze rozmawiające o tym, co je ukształtowało.

    2 godz. temu

  • Użytkownik Jakub

    Marigold, Jorg nazwał Cię czarodziejką plączącą wątki i myślę, że trafił w sedno. Choć Twoja największa magia nie polega wcale na zaskakiwaniu czytelnika. Polega na czymś znacznie trudniejszym — potrafisz sprawić, że zaczynamy naprawdę kochać ludzi, którzy istnieją tylko w Twojej wyobraźni. A potem ich szczęście i cierpienie odczuwamy niemal jak własne.

    Zatrzymałem się szczególnie przy dwóch drobiazgach. Najpierw medalionie, którego połówki Brann łączy z Catrioną, jakby chciał powiedzieć, że dwa poranione serca mogą wreszcie stworzyć jedną całość. A później przy sygnecie z krukiem, który staje się symbolem czegoś dokładnie przeciwnego — zdrady i zniszczonego zaufania. Jak pięknie i okrutnie zarazem potrafisz posługiwać się symbolami! I jeszcze Nessie, tak nieoczekiwana, czuła, niemal baśniowa. Właśnie takie pomysły sprawiają, że Twój świat jest niepodobny do żadnego innego.

    Nefer słusznie zauważył dwie odmienne tonacje tego rozdziału. Mnie jednak najbardziej zachwyca to, co je łączy: Twoja niezwykła wrażliwość na ludzkie uczucia. Umiesz dostrzec samotnego, spragnionego ciepła chłopca pod zbroją bezwzględnego wojownika. Umiesz też pokazać, jak cienka granica dzieli bezgraniczną miłość od równie bezgranicznej nienawiści.

    Wiesz, Marigold, im więcej Cię czytam, tym mocniej mam poczucie, że za tymi historiami stoi ktoś o naprawdę wyjątkowej wyobraźni i wielkiej emocjonalnej wrażliwości. Nie wiem (no może coś tam jednak wiem) ile z Ciebie samej ukrywa się w Twoich bohaterach, ale jedno wydaje mi się pewne: pozostawiasz w nich coś bardzo własnego, czego nie da się nauczyć z żadnego podręcznika pisania. I właśnie dlatego wracam do Twoich opowieści. Nie tylko dla dalszego ciągu historii, lecz również dla tego szczególnego sposobu, w jaki patrzysz na człowieka.

    Dziękuję Ci za to, Marigold. Za wyobraźnię, odwagę i serce, które tak wyraźnie czuć między wierszami. ❤️

    2 godz. temu

  • Użytkownik Jakub

    Najbardziej zatrzymały mnie ostatnie zdania. Właściwie zmieniają ono wymowę całego opowiadania. Kinga widzi w tej historii spełnienie marzeń, pierwszą miłość i odkrycie samej siebie. Czytelnik dostrzega jednak coś więcej: nierówność doświadczenia, wieku i władzy, której zakochana nastolatka nie potrafi jeszcze właściwie ocenić. I właśnie tutaj kryje się największy potencjał tej historii. Bo czy Kinga rzeczywiście odnalazła miłość, czy raczej uwierzyła w nią tak mocno, że nie dostrzegła przekroczonych granic? Ciekawi mnie, jak opowiedziałaby tę samą historię dziesięć lat później. Czy nadal nazwałaby Joannę swoją pierwszą miłością?

    2 godz. temu

  • Użytkownik Jakub

    @Historyczka zdecydowanie. Piękny i bardzo zgrabny tyleczek..

    14 godz. temu

  • Użytkownik Jakub

    @Historyczka chyba nie, raczej rodzimy się z
    Określonymi cechami fizycznymi. Chociaż dziś medycyna potrafi działać cuda..

    14 godz. temu

  • Użytkownik Jakub

    A co do sądu, to chyba kwestia kogo stać na lepszych prawników. Są słynni obrońcy najgorszych przestępców, żyją na bogato. Taka praca.

    23 godz. temu

  • Użytkownik Jakub

    pochodzę z województwa świętokrzyskiego, Siembieda napisał książkę "Gołoborze" ukazującą jak pod płaszczykiem normalności kryją się: przestępczość, morderstwa. Niewiele odstajemy od klimatu włoskiej cosa nostry czy kammary. Podobnie, wszystko zostawało między swoimi. Zawsze mnie zastanawiał szacunek wrodzony do osób starszych, a czasem te osoby mają za sobą przeszłość bardzo złą. Wiek nie legitymizuje przeszłości.

    23 godz. temu

  • Użytkownik Jakub

    Trzeba przyznać, że takiego programu integracji pracowniczej urząd gminy chyba jeszcze nie widział. :) Jednak za żartami o regulaminie i świadczeniach pozapłacowych kryje się całkiem poważna historia. Wójt, zastępczyni, romans i rodzina nieświadoma niczego — materiał na obyczajową burzę znacznie ciekawszą niż sama namiętność. Pytanie tylko, czy autorka pozwoli tej burzy kiedyś nadejść. Ala przekroczyła nie jedną, lecz trzy granice: wierności, zawodowej odpowiedzialności i własnego sumienia. Najbardziej zastanawia mnie jednak to, jak szybko przestała je dostrzegać. Namiętność potrafi zagłuszyć rozsądek, ale nie unieważnia konsekwencji. I właśnie o tych konsekwencjach najchętniej przeczytałbym w dalszym ciągu.

    Wczoraj 11:51

  • Użytkownik Jakub

    Droga Autorko, masz niezwykły dar pokazywania, że największe zwycięstwa człowieka wcale nie dokonują się na polu walki. Brann potrafi bez wysiłku pokonać kolejnych wojowników, a jednak wobec jednej drobnej kobiety okazuje się niemal bezbronny. I właśnie ten kontrast jest przepiękny. Scena z nożami to prawdziwa perełka — pełna humoru, napięcia, wzajemnej fascynacji i tej cudownej przekory, która sprawia, że Twoi bohaterowie są tak żywi. Ale najbardziej urzekł mnie moment przy ognisku, kiedy człowiek przyzwyczajony do rozkazywania po prostu wyciąga rękę i czeka, pozostawiając decyzję Catrionie. Ileż czułości i niepewności zmieściłaś w tym jednym geście! Pod warstwą namiętności opowiadasz przecież o kimś, kto przez całe życie uczył się zadawać ból, a teraz po raz pierwszy uczy się przyjmować miłość. I robisz to z ogromnym wyczuciem ludzkich emocji. Nawet kiedy pozwalasz nam uwierzyć, że szczęście jest już na wyciągnięcie ręki, gdzieś ponad murami krążą Twoje kruki, przypominając, że za tę chwilę spokoju przyjdzie jeszcze zapłacić. Pięknie splatasz czułość, namiętność i niepokój. Coraz bardziej podziwiam nie tylko Twoją wyobraźnię, ale przede wszystkim serce, które wkładasz w swoich bohaterów. ❤️

    Wczoraj 11:49

  • Użytkownik Jakub

    @Marigold dziękuję Ci za tak piękny komentarz. To nie są oczywiste tematy. Chociaż wbrew pozorom wiele osób doświadcza podobnych sytuacji, emocji…

    Wczoraj 10:28

  • Użytkownik Jakub

    pani Profesor suszy je na deszczu. Nasuwają się dwa wnioski: pasują stylem do szacownej Pani profesor oraz drugi, widać że uczy Pani historii a nie fizyki czy przystosowania do życia.

    Wczoraj 8:45

  • Użytkownik Jakub

    @iskra957 no co Ty, jak to mówią, że Ty zawsze dowozisz...

    Wczoraj 7:32