Nowe proekologiczne pomysły rządu.

Dodano na Hydepark przez C10H12N2O, 21 postów, ostatni post 1 godz. temu

  • C10H12N2O
    · 17 wrz 18:42

    Witam.
         Nasi rządzący zazwyczaj mają problem z wdrażaniem wytycznych dyktowanych przez organa unii europejskiej. Przykładem tego jest przeciwstawianie się wymogów Trybunałowi Sprawiedliwości Uni Europejskiej względem funkcjonowania Izby Dyscyplinarnej powołanej przez rząd PiSu. Komisja Europejska aby wymusić dostosowanie naszego prawa do wyroków TSUE wstrzymała wypłatę z Funduszów Odbudowy, które miały zasilić nasz budżet. Pod koniec maja sejm uchwalił nowelizację, która likwidowała Izbę Dyscyplinarną i powoływała w jej miejscę Izbę Odpowiedzialności Zawodowej, która przejęła kompetencje Izby Dyscyplinarnej. Nie mi oceniać, czy PiS jest tak naiwny, że myślał, iż nikt w UE się nie zauważy tej jedynie kosmetycznej zmiany, czy to zwykli idioci i na nic nie liczyli.
         Rządzący są również sceptycznie nastawieni co do wymogów proekologicznych, czy prozdrowotnych. Jakiś czas temu dało się słyszeć nagonki w reżimówce, że po co mamy inwestować w odnawialne źródła energii czy też w atom, skoro Polska węglem stoi (którego aktualnie mamy deficyt).
         Ale od tego są też wyjątki. Jeżeli za stawianymi wymaganiami, idą również pieniądze, które można wydrzeć społeczeństwu, to czemu nie? Taka sytuacja miała miejsce podczas wprowadzania Podatku Cukrowego. Polski rząd wprowadzając tenże podatek, tłumaczył się, że to Unia Europejska wymaga od nich wprowadzania prozdrowotnych rozwiązań. Nie wspomnieli jednak, że pieniądze z Podatku Cukrowego nie zasilają budżetu Unii, tylko budżet krajowy. Niby ta informacja powinna nas ucieszyć, ale gdy rządy w kraju są jakie są, większa ilość środków w budżecie państwa, to większa ilość pieniądzy, które można z niego wyprowadzić.
         Podobna sytuacja ma teraz miejsce. W związku z kryzysem energetycznym Unia Europejska zachęca swych członków do wprowadzania rozwiązań zachęcających do mniejszego zużywania energii elektrycznej. Rząd od razu zwietrzył interes i zapowiedział podwyżki cen prądu w przyszłym roku o około 400%. Minister klimatu zapowiedziała również program dla gospodarstw domowych zużywających mniejszą ilość prądu i do póki nie przekroczy się limitu 2000kWh będzie się płacić po cenach obowiązujących w tym roku, natomiast po przekroczeniu tego progu, zaczną obowiązywać pięciokrotnie wyższe stawki za kWh. Przewidziany został jeszcze jeden próg, dla gospodarstw z niepełnosprawnym członkiem rodziny oraz dla rolników i wynieść ma on 2600kWh. Co prawda mieszkańcy bloków, są w stanie zmieścić się w limitach, jak i ludzie mieszkający w domach jednorodzinnych, posiadających fotowoltaikę są w stanie spać spokojnie. Tak kolejny raz dostają po dupie ludzie, którzy zainwestowali, rezygnując z pieców na paliwa kopalne, na rzecz ogrzewania instalacjami zasilanymi prądem elektrycznym, nie inwestując jednocześnie w panele.
         Inne kraje również planują wprowadzić zmiany, które mają przyczynić się do oszczędzania energii elektrycznej. Tak na przykład w Wielkiej Brytanii planuje się wyłączenie reklam, iluminacji zabytków oraz czasowo będą odłączać prąd. W Belgii planują stosować system kar i nagród. Nagradzać mają za oszczędność i korzystanie z OZE, natomiast karać za niedostosowanie się do bycia eko. W Paryżu zabytki mają być oświetlane tylko do 22:00, hotel De Ville i wieża Eiffla mają być oświetlane to 23:45, a nie do pierwszej w nocy, a temperatury budynków w stolicy Francji ma zostać obniżona do 18 stopni.
         W związku z tym chciałabym się zapytać, co sądzicie na temat zapowiedzianych zmian. Czy zapowiadane podwyżki was obejmą (średnie zużycie energii elektrycznej nie może przekroczyć 166kwh na miesiąc, jeżeli rozliczenie przychodzi wam co drugi miesiąc to średnia na dwa miesiące nie może przekroczyć 333kwh). Nawet jeżeli zapowiadana podwyżka was nie będzie dotyczyć, czy uważacie, że to nie jest nieco "mało eleganckie" gdy gospodarstwo domowe dotychczas płacące lekko ponad 250zł miesięcznie po kilku miesiącach będzie musiało płacić ponad tysiąc złotych z czego 80% to nowy podatek (nie licząc VATu i innych opłat).
    Jesteście w jakiś sposób zabezpieczeni na nadchodzące zmiany, czy też może planujecie zainwestować, aby uchronić się przed chorymi pomysłami PiSu?
         Ps. Serdecznie proszę o prowadzenie dyskusji w obrębie tematu, bez tworzenia offtopu.

  • TomoiMery
    · 17 wrz 19:48

    To jest chore co oni robią

  • Goscd
    · 17 wrz 22:30

    To nie jest partija rządząca tylko jedna wielka farsa i jeśli będzie tak dalej to ten przed którym niby nas tak bronią czyli putin  (specjalnie pisze z małej litery) wciągnie nas jedna dziurka od nosa a cali nasi dotychczasowi sojuszniczy będą patrzeć na to z boku . Dyktatura Jarosława jest dla nas katastrofalna podobno do tej pory płacimy kredyty po Gierku ale po pisowskich się nie pozbieramy

  • MEM
    · 17 wrz 23:24

    C10H12N2O

    C10H12N2O: Co prawda mieszkańcy bloków, są w stanie zmieścić się w limitach, jak i ludzie mieszkający w domach jednorodzinnych, posiadających fotowoltaikę są w stanie spać spokojnie.

      

    W dzisiejszych czasach nikt nie może spać spokojnie. A mieszkańcy bloków raczej też się nie załapią na te niższe ceny prądu. Przynajmniej zdecydowana większość z nich. To jest fizycznie niemożliwe, żeby przy normalnym zużyciu energii (i to nie marnując jej w żaden sposób) na zwykłe potrzeby przeciętna rodzina była w stanie się zmieścić w 2000 kWh rocznie. Wyjdzie ze dwa razy tyle. Na luzie.

    C10H12N2O

    C10H12N2O: W związku z tym chciałabym się zapytać, co sądzicie na temat zapowiedzianych zmian.

      

    Że wybrał sobie (po raz któryś) "ciemny lud" kaczyzm, nie słuchając latami ostrzeżeń, to ma. Nie będzie słuchał nadal, to nawet gdy już dzisiejszy kryzys i wojna będą na całym świecie już tylko wspomnieniem, my przy takich rządach będziemy coraz bliżej północnokoreańskiego "way of life" (takiego z głodem, przy którym to, że północnokoreańskie blokowiska, przy tamtejszych syberyjskich zimach, nie mają w ogóle ogrzewania, jest jeszcze najmniejszym problemem).  

    I nie żeby opozycja była pod tym względem jakoś o wiele lepsza – oni z kolei latami ślepo i bezmyślnie szli za niemieckim przykładem, jeśli chodzi o odchodzenie od paliw kopalnych na rzecz gazu i OZE, bez zapewnienia sobie wcześniej innego taniego i stabilnego źródła energii. Gdyby nie to, że większość energetyki u nas na węglu stoi, a kosztowne było budowanie nowych elektrowni pracujących na innym paliwie, więc się specom od "haratania w gałę" nie chciało tym zająć (nie licząc obsadzania latami stołków w zarządach instytucji mającej się zająć budową e. atomowej, z pensjami po kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie, którą to "korytową" ideę PiS-owska hołota chętnie kontynuowała), to byśmy dziś mieli tę samą skalę problemu, co właśnie np. Niemcy. No ale z drugiej strony, co by złego nie powiedzieć o opozycji – ona by nie wydała 10-20 miliardów zł na kupno "błota" zamiast węgla (i to w dodatku błota bardzo zanieczyszczonego metalami, co nam zimą pięknie "ubogaci" atmosferę, dodatkowo nas trując – afera z respiratorami i tym podobne all over again..., nawet kląć już szkoda, słownik zresztą dawno się na tę kaczą swołocz wyczerpał). No i Sasin nie obiecywałby mi zimą "prądu w każdym gniazdku".

    Natomiast abstrahując od dziadowskich rządów i polityków, akurat przeciwko samemu oszczędzaniu nie mam nic – nienawidzę marnotrawstwa. I nawet pominąwszy to, że obecnie gdzieś tam krócej oświetlenie w miastach będzie włączone (czy że termostat ustawi się na te kilka stopni niżej), od dosłownie dekad powtarzam, że w miastach marnuje się energię, a pierwsze co się powinno zrobić – niezależnie od dzisiejszych problemów energetycznych – to przejrzeć np. oświetlenie uliczne pod kątem jego optymalizacji (rzadszy – w granicach rozsądku – rozstaw ulicznych latarni, przestawienie się wyłącznie na oświetlenie LED, zasilanie latarń z akumulatorów ładowanych panelami solarnymi, zmiany w godzinach jego działania itp.).

    C10H12N2O

    C10H12N2O: Czy zapowiadane podwyżki was obejmą (średnie zużycie energii elektrycznej nie może przekroczyć 166kwh na miesiąc, jeżeli rozliczenie przychodzi wam co drugi miesiąc to średnia na dwa miesiące nie może przekroczyć 333kwh).

      

    Obejmą. Limit z tańszą taryfą za prąd jest skrojony pod część zasranego kaczego elektoratu, któremu zawdzięczamy obecną władzę (choćby takiego, jak np. emeryci w jakichś niewielkich mieszkankach z dwiema żarówkami, TV i radiem nastawionymi na jedynie słuszne stacje, niewielką lodówką i praniem raz na tydzień albo rzadziej, a nie na zwykłe gospodarstwo domowe, które – lekko licząc – zużywa dwa razy tyle, co ten limit). Raz z powodu tego, że część z niego się w tym limicie zmieści, dwa dlatego, że PiS-owskie pajace ze względów czysto propagandowych muszą ogłosić, że coś w sprawie robią – ich przeciętny elektorat nie zainteresuje się tym, na ile faktycznie starcza ten ogłoszony przez rząd limit, on usłyszał (bo to właśnie miał usłyszeć) tylko liczbę iluś tysięcy kilowatogodzin i po prostu wyszedł z założenia, że skoro jego nieomylna władza uważa, że tyle wystarcza dla gospodarstwa domowego, to tak właśnie jest, a więc: "niech żyje zbawca – Jarosław".

    C10H12N2O

    C10H12N2O: Nawet jeżeli zapowiadana podwyżka was nie będzie dotyczyć, czy uważacie, że to nie jest nieco "mało eleganckie" gdy gospodarstwo domowe dotychczas płacące lekko ponad 250zł miesięcznie po kilku miesiącach będzie musiało płacić ponad tysiąc złotych z czego 80% to nowy podatek (nie licząc VATu i innych opłat).

    To nie jest kwestia elegancji/jej braku, tylko realiów – ceny surowca po prostu są tak wysokie, że nawet z jakimiś dopłatami państwowymi czy ograniczaniem pułapu cen dla gospodarstw domowych, będzie drogo i tyle (poza tym tego surowca jest mało, więc trzeba zmuszać ludzi do tego, by go oszczędzali). Niestety trzeba to przetrwać, jest wojna. Nieudolność kaczyzmu oczywiście utrudnia sprawę praktycznie na każdym kroku, ale najważniejsze jest wygrać wojnę. I jeśli ceną za to jest podwyżka prądu o kilkaset procent, to trudno (to jest zresztą jeszcze niewielka cena za wygraną, tym bardziej trzeba to wytrzymać). Trzeba zmniejszyć zużycie, gdzie się tylko da, a przy płaceniu wyższego rachunku, trzeba zrozumieć, że są rzeczy ważniejsze niż podniesiony rachunek za prąd.

    Zresztą, to najprawdopodobniej potrwa tylko kilka miesięcy. Im bardziej będziemy się uniezależniać od kacapskich surowców, tym, z upływem czasu, będzie coraz taniej. A dodatkowo jest jakieś 50% szans, że do grudnia kacapy nie wytrzymają kosztów wojny (to w przypadku orków na froncie; ludność w Rosji z kolei gdzieś w początkach roku, gdy budżet państwa się nie pospina z powodu całkowitego embarga na ruskie surowce energetyczne) i padną na pysk. Byle tylko przetrwać te kilka miesięcy zimy (nawet gdyby wojna trwała dalej, na wiosnę ceny energii i tak spadną, bo wraz z końcem sezonu grzewczego będzie po prostu mniejsze zużycie surowców potrzebnych do jej wytworzenia i ich rynkowe ceny polecą w dół). To nie będzie łatwe i przyjemne, ale to nie jest koniec świata. Priorytety. Po prostu.

    C10H12N2O

    C10H12N2O: Jesteście w jakiś sposób zabezpieczeni na nadchodzące zmiany, czy też może planujecie zainwestować, aby uchronić się przed chorymi pomysłami PiSu?

      

    Wyższe ceny prądu jakoś przeżyję (w ostateczności obetnie się inne wydatki, na ile się da to zrobić). Problem mam z sasinowymi zapewnieniami o prądzie w gniazdku, bo jak zabraknie, to pod moim akwarium przyjdzie mi chyba ognisko palić. ;)  

    A chore pomysły kaczyzmu mają to do siebie, że się nie da przed nimi uchronić. To znaczy, można próbować, ale to tylko na krótką metę i nie wszystkie da się nawet na tę krótką metę przeskoczyć.

    Gdybym mieszkała na wsi... – a to co innego. :) Tylko głowica nuklearna mogłaby mi wtedy zaszkodzić. Nawet w normalnych czasach, miasto jest po prostu wyjątkowo do dupy, jeśli chodzi o miejsce do życia. W przypadku zaś czasów wojen, zarazy, niepokojów itp. mieszkanie w mieście, to już w ogóle kaplica – nie ma wtedy gorszego miejsca.

    Ale może za parę lat wreszcie zamieszkam poza miastem i wtedy wszelakie dzisiejsze kłopoty z zabezpieczeniem bytu, wynikające z polityki, epidemii takiej jak COVID i z tym podobnych rzeczy, będą mi mogły naskoczyć. ;)

  • MrHyde
    · 19 wrz 19:24

    Najbardziej proekologiczny pomysł to chyba jest subsydiowanie pieców śmierdziuchów. 3 kilozł./piec. Do pełni szczęścia brakuje tylko uznania zużytych opon za źródło odnawialne. ;)

  • MEM
    · 19 wrz 23:53

    MrHyde

    MrHyde: Najbardziej proekologiczny pomysł to chyba jest subsydiowanie pieców śmierdziuchów. 3 kilozł./piec.

    Teraz to chyba nie ma wyboru, jak jednak subsydiować. Jeśli jest taka możliwość, to, mimo wszystko, ludzie nie powinni marznąć tylko dlatego, że jeszcze nie zmienili pieca lub może ich na tę zmianę nie było stać.

    MrHyde

    MrHyde: Do pełni szczęścia brakuje tylko uznania zużytych opon za źródło odnawialne.

      

    Póki co prezes ciemnemu ludowi zabronił tym palić. Ale mając odpowiedzialnych za tego rodzaju kwestie takich jak Sasin, to kto wie, do czego sytuacja kaczelnika zmusi. ;)

  • MrHyde
    · 20 wrz 8:10

    MEM

    MEM: Teraz to chyba nie ma wyboru, jak jednak subsydiować. Jeśli jest taka możliwość, to, mimo wszystko, ludzie nie powinni marznąć tylko dlatego, że jeszcze nie zmienili pieca lub może ich na tę zmianę nie było stać.    
      
    Póki co prezes ciemnemu ludowi zabronił tym palić. Ale mając odpowiedzialnych za tego rodzaju kwestie takich jak Sasin, to kto wie, do czego sytuacja kaczelnika zmusi.

    1. To się nazywa cugcwanc. Może i  trzeba subsydiować, żeby węglowcy nie pomarzli, ale proekologiczne i prozdrowotne to to jest.
    2. Prezes zabronił? Być może. Ja jako ciemny lud żem nie usłyszał. A na oponiarzy działa nie zakaz prezesa tylko co najwyżej pokorna prośba sąsiedzka, ewentualnie wsparta sugestią użycia gazrurki. Taki klimat. ;)

  • MEM
    · 20 wrz 13:17

    MrHyde

    MrHyde: 1. To się nazywa cugcwanc. Może i  trzeba subsydiować, żeby węglowcy nie pomarzli, ale proekologiczne i prozdrowotne to to jest.

    Ale czekaj, bo ja chyba źle zrozumiałam... Tobie chodzi o dopłaty do wymiany pieca, czy o dopłatę do kupowanego węgla?

    MrHyde

    MrHyde: 2. Prezes zabronił? Być może. Ja jako ciemny lud żem nie usłyszał. A na oponiarzy działa nie zakaz prezesa tylko co najwyżej pokorna prośba sąsiedzka, ewentualnie wsparta sugestią użycia gazrurki. Taki klimat.

    Ano zabronił. Ludzki pan... A ta wstrętna ;) opozycja i tak hejt wylała, że namawia do palenia czym się da czyli, że państwo daje pozwolenie. ;)
    https://www.youtube.com/watch?v=pTpvJqPWedM

    A ten klimat to ja znam... Parę lat temu jeden taki po sąsiedzku palił w piecu jakimiś stolarskimi resztkami (ale nie drewnem tylko wszelakimi płytami wiórowymi itp.) na całym osiedlu była dosłownie mleczna mgła (a jaki smród...), która wydostawała się z jego komina. No i jakoś po kilku razach dziwnie mu przeszło... Nawrócił się chyba. ;)

  • MrHyde
    · 20 wrz 13:31

    MEM

    MEM: Ale czekaj, bo ja chyba źle zrozumiałam... Tobie chodzi o dopłaty do wymiany pieca, czy o dopłatę do kupowanego węgla?

    O dopłatę do palenia węglem. Oficjalnie to jest chyba dopłata do węgla, ale na jedno wychodzi.  

    MEM

    MEM: Ano zabronił. Ludzki pan... A ta wstrętna  opozycja i tak hejt wylała, że namawia do palenia czym się da czyli, że państwo daje pozwolenie.  
    https://www.youtube.com/watch?v=pTpvJqPWedM  
      
    A ten klimat to ja znam... Parę lat temu jeden taki po sąsiedzku palił w piecu jakimiś stolarskimi resztkami (ale nie drewnem tylko wszelakimi płytami wiórowymi itp.) na całym osiedlu była dosłownie mleczna mgła (a jaki smród...), która wydostawała się z jego komina. No i jakoś po kilku razach dziwnie mu przeszło... Nawrócił się chyba.

    Faktycznie zabronił ;)

  • MEM
    · 20 wrz 14:33

    MrHyde

    MrHyde: O dopłatę do palenia węglem. Oficjalnie to jest chyba dopłata do węgla, ale na jedno wychodzi.

    A w jaki sposób palenie węglem nagle jest proekologiczne i prozdrowotne? Że mając ten węgiel, nie będą palić oponami, czy jest jeszcze coś, o czym nie wiem?

  • MrHyde
    · 20 wrz 14:54

    MEM

    MEM: A w jaki sposób palenie węglem nagle jest proekologiczne i prozdrowotne? Że mając ten węgiel, nie będą palić oponami, czy jest jeszcze coś, o czym nie wiem?

    Ja też nie wiem. Może lepiej spalić niż zjeść? ;)

  • MEM
    · 20 wrz 17:31

    MrHyde

    MrHyde: Ja też nie wiem.

    Jak to nie wiesz, przecież to Ty napisałeś, że "proekologiczne i prozdrowotne to to jest.".

  • MrHyde
    · 20 wrz 18:44

    MEM

    MEM: Jak to nie wiesz, przecież to Ty napisałeś, że "proekologiczne i prozdrowotne to to jest.".

    Ale to było wczoraj. Wtedy jeszcze wiedziałem. ;)

  • MEM
    · 20 wrz 19:18

    MrHyde

    MrHyde: Ale to było wczoraj. Wtedy jeszcze wiedziałem.

    Kręcisz... :) 11 godzin temu to nie było wczoraj, tylko dziś o 8 rano.

  • MrHyde
    · 20 wrz 21:24

    MEM

    MEM: Kręcisz...  11 godzin temu to nie było wczoraj, tylko dziś o 8 rano.

    To nie było wczoraj o 19.24? Teraz jest 21.24. ;)

  • MEM
    · 20 wrz 21:57

    MrHyde

    MrHyde: To nie było wczoraj o 19.24? Teraz jest 21.24.

    Nie. Cytat był z późniejszego wpisu.  
    Ale w sumie nieważne. :)

  • Niepozorny
    · Przedwczoraj

    @ MEM - mieszkanie na wsi, z pokazanej przez ciebie perspektywy ma wspominane zalety, nie da się zaprzeczyć, ma niestety też wady, jak choćby utrudniony dostęp do wszelkich zdobyczy cywilizacji:
    - tylko w dużych wsiach jest szkoła, a i to tylko podstawowa, więc dzieciaki muszą dojeżdżać, a z transportem zbiorowym bywa różnie, więc zwykle wszystkie dzieciaki jadą bladym świtem, nie ważne czy idą do szkoły na ósmą czy na jedenastą i wracają wszystkie razem, bo bus jeździ tylko dwa razy dziennie...
    - przychodnie, lekarze specjaliści, szpitale przy odrobinie szczęścia w najbliższym mieście powiatowym, ale większość musi dojechać 60 -120 km do stolicy województwa...
    - cała szeroko rozumiana kultura - kina, teatry, opery, filharmonie - patrz poprzedni punkt;
    - nawet dostęp do mediów, przepaść jest ogromna - na wsi możesz liczyć na reżimowy zestaw dostępnych kanałów naziemnych i to z pakietu bez konkurencyjnych stacji, jakoś tak się składa, że multipleksy, gdzie masz TVN i Polsat są tymi nadawanymi z mniejszą mocą... więc w wielu miejscach naszego kraju albo nie da się odebrać wcale, albo tylko przy dobrej pogodzie... internet też ledwo działa i na zewnątrz domu, jeszcze wzdłuż głównych dróg krajowych i autostrad jest lepiej, ale wsie na uboczu niewiele się zmieniło przez 30 lat. A jeśli nie masz studni z żurawiem lub kołowrotem do czerpania wody wiadrem, to wystarczy brak prądu i hydrofor też nie będzie działać i jak nabierzesz wody do picia, do gotowania, do napojenia zwierząt gospodarskich czy na potrzeby sanitarne?
    Dlatego fajnie mieć domek wypoczynkowy na takiej malutkiej wsi i móc spędzić weekend, urlop/wakacje, czy święta w spokoju, bez zgiełku informacyjnego, ale mając dzieci lub będąc schorowanym emerytem, to moim skromnym zdaniem lepiej/wygodniej jednak mieszkać w mieście.

    @C10H12N20 co do twoich rozterek, z większością się zgadzam całkowicie. Nie trzeba mieć ogrzewania elektrycznego w mieszkaniu, żeby nie mieć szans zmieszczenia się w podanych limitach. Spójrz na mój przypadek - dwoje dorosłych, dwoje dzieci  
    - pralka minimum 3x w tygodniu musi działać - nawet jeśli założymy że przeciętne pranie to tylko 1 kWh to już masz miesięcznie 12 kWh na samo pranie,  
    - lodówka też na powietrze nie działa 1.5 kWh * 30 dni daje 45kWh / miesiąc
    - w budynku w którym mieszkam, nie ma gazu – deweloper poszedł w taką „ekologiczną” modę, więc czajnik, kuchenka i piekarnik tylko na prąd…  
    przeciętny czajnik elektryczny 2200W, nawet jak policzymy, że czajnik działa tylko godzinę dziennie to już masz 2.2kWh*30 dni czyli 60kWh/m-c;
    płyta indukcyjna 7200W, też „tylko” godzinę dziennie i tylko na dwa pola – połowa mocy 3.6 kW * 30dni daje 108 kWh/m-c,
    piekarnik 1600W, a moja kochana żona i córka lubią piec różne wspaniałości, kolejne minimum 40kWh/m-c,  
    zmywarki już nawet nie liczę, a już mi wyszło 265 kWh miesięcznie  
    A gdzie komputery, telewizor i światło, czy ładowarki do telefonów i tabletów, a przecież za chwilę znów dzieciaki będą siedziały na zdalnych…
    Ogrzewanie i ciepłą wodę mam akurat z sieci ciepłowniczej, zobaczymy jak będzie tej zimy.
    Jeśli nie jesteś, jak słusznie zauważyła @MEM, samotnie mieszkającym emerytem, który coś przepierze raz w tygodniu, siedzi przy jednej (energooszczędnej) żarówce i cichutko słucha głównie radia, gotuje i piecze na gazie, a ogrzewa się węglem (z dopłatą) to nie masz szans się zmieścić w limicie.  
    Śmiem twierdzić, że rządzący doskonale skalkulowali minimalistyczne potrzeby swojego żelaznego elektoratu, a zwolennicy opozycji – w domyśle młodzi ludzie, mieszkający w kilka osób, korzystający z nowoczesnej technologii nie zmanipulowani propagandą lub nieboraczek, który jeszcze kupił sobie auto elektryczne, które też musi gdzieś ładować jesteśmy adresatami domiaru jaki po cichutku nam zafundowano.  

    Dlaczego ten limit nie jest na osobę? Bo 500+ i inne hojnie rozdawane dopłaty muszą wrócić do tego dziurawego budżetu i jeszcze czkawką nam się będą rządy PIS-u odbijać długie lata...

    @ Goscd w odpowiedzi na twój wpis – wyszukanie Google - 29 października 2012 roku poinformowano o spłacie całego długu z tzw. „czasów Gierka”,  
    ...ale masz słuszność w rozumowaniu, bo już dawno przekroczyliśmy ekwiwalent długów zaciągniętych przez towarzysza Gierka na rozbudowę kraju. Najgorsze, że tamte długi przynajmniej wiązały się z jakimś rozwojem przemysłu, zakupem technologii czy licencji, obecne są przejadane na różne dziwne działania i nie zauważam tu żadnego postępu, a jedynie demoralizację tak społeczeństwa, jak i instytucji państwowych oraz rozmontowywanie wszystkiego co osiągnęliśmy po 1989 roku.

    Obawiam się, że jeśli tej zimy będzie miejscami brakować prądu, to usłyszymy o wielu przypadkach zaczadzeń i wybuchów butli z gazem, bo ludzie będą się ratować czym tylko się da i ogrzewać również czym tylko będą mogli. Jeśli w mieszkaniach pozbawionych prądu i bez dostępu do gazociągów ludzie nagle zaczną używać kuchenek turystycznych i butli z gazem, to tylko od ich rozsądnego i zgodnego z nie do końca oczywistymi zasadami dla nieobytych z takim sprzętem zależy ich własne i ich sąsiadów bezpieczeństwo i obyśmy nie oglądali scen jak te które na początku lat 90-tych miały miejsce w Gdańsku, gdzie wieżowiec nagle skurczył się o dwa piętra.

    Przepraszam za pesymizm, ale starałem się być szczery.

  • MEM
    · Wczoraj o 15:16

    Niepozorny

    Niepozorny: mieszkanie na wsi, z pokazanej przez ciebie perspektywy ma wspominane zalety, nie da się zaprzeczyć, ma niestety też wady,

    Oczywiście, że tak. Przecież nie ma na tym świecie rzeczy idealnej. :) Tylko że te wady wsi, o których piszesz, są sporo na wyrost.

    Niepozorny

    Niepozorny: - tylko w dużych wsiach jest szkoła, a i to tylko podstawowa, więc dzieciaki muszą dojeżdżać, a z transportem zbiorowym bywa różnie, więc zwykle wszystkie dzieciaki jadą bladym świtem, nie ważne czy idą do szkoły na ósmą czy na jedenastą i wracają wszystkie razem, bo bus jeździ tylko dwa razy dziennie...

    To jest prawda. Choć w przynajmniej niektórych przypadkach nie musi być problemem, jeśli rodzice mają możliwość zawożenia i odbierania dzieci ze szkoły (BTW, warto zauważyć, że rozwój technologii powoli daje ludziom coraz więcej albo wolnego czasu, albo więcej elastyczności, jeśli chodzi o godziny pracy. Wiele zawodów/miejsc pracy dziś wręcz znika, bo wykonują je maszyny i ten trend będzie coraz szybciej postępował. To także w jakimś stopniu przełoży się na tę możliwość dowozu dzieci do szkół. No a do tego, jak się okazuje, od biedy da się już dziś zrobić szkołę z nauczaniem zdalnym. I co więcej, nauczanie w domu, nawet takie, które nie jest zdalne, ma wiele zalet, a już zwłaszcza, gdyby za tym poszła gruntowna przebudowa programu nauczania.). Samochód to nie jest w dzisiejszych czasach rzecz nieosiągalna.  

    Niepozorny

    Niepozorny: - przychodnie, lekarze specjaliści, szpitale przy odrobinie szczęścia w najbliższym mieście powiatowym, ale większość musi dojechać 60 -120 km do stolicy województwa...

    Ponownie: samochód. Kilkadziesiąt km to jest, powiedzmy, godzina drogi. Raz na pewien czas to nie jest tragedia. Tym bardziej że, o ile zwłaszcza w dużych miastach jest znacznie większy dostęp do specjalistów, o tyle często, żeby skorzystać ze specjalistycznej opieki medycznej, albo mieć ją na jeszcze lepszym poziomie, trzeba jechać nawet tego z jednego dużego miasta do drugiego. I wtedy masz dokładnie ten sam problem, co w przypadku mieszkania na wsi – musisz dojechać te kilkadziesiąt czy kilkaset km. To w czym różnica? :) Spotkałam kiedyś w pociągu faceta, który z kośćmi na śrubach jeździł na leczenie i konsultacje z okolic Zielonej Góry do Katowic – tłukł się w jedną stronę ze 400 km. Nie był zachwycony podróżą, ale jak mus to mus (utknął w tych swoich podróżach raz zresztą w Legnicy na praktycznie całą noc na dworcu, co go zmusiło do ciągłego krążenia po okolicy, bo jak się zatrzymał w jednym miejscu na dłużej, to zaraz było: "Kierowniku, daj złotówkę...", "Kierowniku, daj papierosa..." ;)).

    Niepozorny

    Niepozorny: "- cała szeroko rozumiana kultura - kina, teatry, opery, filharmonie - patrz poprzedni punkt;

    Moja koleżanka wsunęła dokładnie ten sam argument, gdy kiedyś się na ten temat zgadałyśmy. :) "W dużym mieście, jak mam ochotę na jedzenie na mieście o drugiej w nocy, to nie ma problemu, są też kina, opera itd.". I to jest prawda. Tylko że... Tylko że nie bez powodu dotuje się tzw. kulturę z państwowego budżetu. A dotuje się ją, bo ze sprzedaży biletów by nie wyżyła. Bo niestety, większość ludzi w miastach (wszystkich, bez względu na ich wielkość) ma pod tym względem takie samo podejście, jak ci z prowincji, w tym ze wsi – z różnych powodów (od nadmiaru zajęć po zwyczajne lenistwo) z tych wszystkich kulturalnych rozrywek nie korzystają lub robią to od święta. No to jak ja mam mieć miasto z wszystkimi jego wadami na co dzień po to tylko, żeby raz na przysłowiowo ruski rok pójść do teatru, to pierdzielę – wolę mieszkać na wsi i sobie po prostu raz na te "x" czasu do miasta podjechać. W przypadku jakichś knajpek to się to pewnie zmienia z powodu wzrostu zamożności społeczeństwa, ale też nie jest przecież tak, że codziennie Ci się chce o tej drugiej w nocy hot-doga. ;) A nawet gdyby, to w mniejszych mieścinach niedaleko takiej wsi położonych też czasem coś takiego można znaleźć, choćby w lokalnym McDonald's, czy na jakiejś stacji benzynowej.

    I tu przy okazji – choć to się tyczy także i tych rzeczy, które wcześniej wyliczyłeś – wieś wsi nie jest równa. W miarę możliwości dobrze jest wybrać sobie dobrze skomunikowane miejsce w jakiejś rozsądnej odległości od miasta (choćby takiego średniej wielkości). Wtedy dojazd nie trwa długo i jest dość wygodny. Czasem nawet ten transportem publicznym. Popatrz. Jeśli ktoś żyje, dajmy na to, na Ursynowie w Warszawie i chce się wybrać do opery, to musi też zasuwać kilkanaście km, często w korkach, nim tam dotrze (i drugie tyle z powrotem). Jeśli ja dorzucę do tego na dojazd ze wsi w to samo miejsce dodatkowe np. 10-15-20 minut, to przecież to nie jest żaden problem. Tylko odrobina czasu (który zresztą po drodze dodatkowo da się w różny sposób spożytkować).

    Niepozorny

    Niepozorny: - nawet dostęp do mediów, przepaść jest ogromna - na wsi możesz liczyć na reżimowy zestaw dostępnych kanałów naziemnych i to z pakietu bez konkurencyjnych stacji, jakoś tak się składa, że multipleksy, gdzie masz TVN i Polsat są tymi nadawanymi z mniejszą mocą... więc w wielu miejscach naszego kraju albo nie da się odebrać wcale, albo tylko przy dobrej pogodzie... internet też ledwo działa i na zewnątrz domu, jeszcze wzdłuż głównych dróg krajowych i autostrad jest lepiej, ale wsie na uboczu niewiele się zmieniło przez 30 lat.

    W dobie szerokopasmowego internetu i VOD to też nie problem, chyba że to faktycznie jedna z tych wiosek, gdzie przysłowiowe wrony zawracają. Mieszkam w mieście, bo muszę, TV nie mam od tak wielu lat, że sama nie pamiętam, od kiedy. I żyję. :) Naprawdę bez medialnej papki w TV i jakichś głupawych talk-show, czy innych "gwiazd na lodzie", można się nie tylko z powodzeniem, ale wręcz z korzyścią dla własnych szarych komórek, obejść. Z tzw. cyfryzacją na wsi jest innego rodzaju problem – wielu ludzi mieszkających w takich miejscach ma taki sposób rozumowania, że po prostu uważają, że to im jest niepotrzebne, nawet czasem im się nie chce poszukać tego, co w ich okolicy jest już dostępne.

    Niepozorny

    Niepozorny: A jeśli nie masz studni z żurawiem lub kołowrotem do czerpania wody wiadrem, to wystarczy brak prądu i hydrofor też nie będzie działać i jak nabierzesz wody do picia, do gotowania, do napojenia zwierząt gospodarskich czy na potrzeby sanitarne?

    W czasach powszechnie dostępnych agregatów prądotwórczych, paneli solarnych, wiatraków itd. możliwości uzyskanie prądu miałoby mi zabraknąć? :) To w mieście mam gorzej, bo jak mi odetną prąd, gaz i wodę, to leżę i kwiczę, i nie mam kompletnie żadnej alternatywy, bo po prostu nawet fizycznie nie ma jak tej alternatywy zainstalować. Nawet głupiej kozy (pieca) nie da się w bloku postawić, bo co zrobię? Wystawię rurę-komin za okno? Sąsiedzi mnie zjedzą i nawet im się nie będę dziwić. Na wsi mogę wszystko, jeśli tylko mam odpowiednio duży kawałek miejsca. I praktycznie nikt mi się w to nie wtrąci.

    I jeszcze jedno przy okazji. Widziałeś, co kacapy zrobiły z ukraińskimi lub syryjskimi miastami? Niemal żadna wieś w czasie wojny tak nie ucierpi, jak miasta i ludzie w nich (a i tak bloki z wielkiej płyty okazały się zaskakująco wytrzymałe, bo znając ich konstrukcję, sądziłam, że będą się jeszcze szybciej i w większej ilości zawalać. I kolejna rzecz przy okazji. Wystarczy jeden półgłówek (albo psychicznie chory), który się wprowadzi do takiego blokowiska (albo kamienicy) i w skrajnym wypadku bloku nie ma wraz z zawartością. To życie na beczce prochu, tylko ludzie na co dzień sobie nie zdają z tego sprawy. to samo jest zresztą w przypadku choćby zarazy. W mieście łatwiej się rozniesie i do tego bardzo szybko nawet nie ma co jeść. A tym, jak prosto jest np. zatruć wodę dla całych dzielnic, to Cię nawet straszyć nie będę.

    Niepozorny

    Niepozorny: Dlatego fajnie mieć domek wypoczynkowy na takiej malutkiej wsi i móc spędzić weekend, urlop/wakacje, czy święta w spokoju, bez zgiełku informacyjnego, ale mając dzieci lub będąc schorowanym emerytem, to moim skromnym zdaniem lepiej/wygodniej jednak mieszkać w mieście.

    A myślisz, że schorowany emeryt na którymś piętrze w bloku (często bez windy) to ma fajnie? :) On do lekarza, czy do sklepu, też musi doczłapać. A żeby przejechać taki Wrocław, czy Poznań, z jednego krańca miasta na drugi, też trzeba pokonać dziesiątki km. Jeden pies w takiej sytuacji. 100 m może być równie nie do pokonania jak 100 km.

    I tak BTW, coraz większą popularność mają też sprzedaże wysyłkowe – kurier dostarczy mi prosto pod dom praktycznie wszystko, nawet samochód w internecie kupiony. Byleby mnie było na to stać. No a skoro nie uwiąże mnie kredyt na kilka milionów za dwu lub trzypokojową klitę (ewentualnie wynajmowaną, co też kosztuje i nie znasz dnia ani godziny) w betonowym klocku w pełnym smogu i hałasu w mieście, z ratą na ileś tysięcy i obawami, że jak wydarzy się cokolwiek (choroba, brak pracy itd.), to ląduję pod mostem, to tym bardziej stać. A już zwłaszcza tych, którzy np. pobudowali się na wsi nawet i kilkadziesiąt lat temu za część z tego, co w mieście za byle mieszkanko trzeba było już wtedy zapłacić.

    W mieście mieszka ten, kto musi, albo ten, kto po prostu nie myśli takimi kategoriami, które pozwalałyby wygodnie się urządzić na wsi. Wyjątkiem są takie naprawdę zapadłe wiochy, gdzie diabeł dobranoc mówi, ale takich coraz mniej. Przynajmniej w takim kraju jak Polska, gdzie jest stosunkowo duże zagęszczenie ludności. To nie jest w końcu australijski outback, czy amazońska dżungla, po której do najbliższego znachora idzie się tydzień w jedną stronę z chorym na plecach.

  • Niepozorny
    · 22 godz. temu

    @MEM mam nieco odmienne od Ciebie spojrzenie na ta kwestię, ale masz sporo racji. Tak jak miasto miastu nierówne, bo ciężko porównać Warszawę z Koszalinem ;-), również wieś wsi nie równa. Jeśli masz w swojej okolicy malowniczą, cichą i spokojną wieś, z dostępem do szybkiego internetu, jaką opisałaś to nie widzę powodów dla których miała byś się tam nie przenieść. Kwestia konieczności dowozu dziecka do szkoły, jest z jedną z wielu, które trzeba rozważyć przed taką przeprowadzką. Nie było moim zamiarem odwodzenie cię od idei przeprowadzki, a raczej podniesienie ewentualnych mankamentów z jakimi możesz się zmierzyć i lepiej, żebyś zawczasu o nich wiedziała, niż musiała się zmierzyć w sytuacji kryzysowej.  

    Nauczanie zdalne o którym piszesz, wymaga dobrego internetu, a na wsi internet bezprzewodowy bywa różny (w grę wchodzą w zasadzie tylko trzej podstawowi dostawcy, bo sieci wirtualne kończą się zaraz za tablicą dużych miast) wystarczy kupić ich kartę prepaid i włożyć jako jedyną w telefon -  przekonasz się czy w twoim wymarzonym miejscu obejrzysz coś z YT bez czekania i płynnie. Jak była nauka zdalna internet był tak obciążony, że nawet na łączu z kablówki ciężko było z przyzwoitym przesyłem i tak dzieci jak i nauczyciele byli sfrustrowani. Przypomnij sobie memy o seansach spirytystycznych i nauce z tamtego okresu.  

    Nauczanie domowe było i przed pandemią - choć głownie korzystały z tego dzieci obłożnie chore oraz osoby podróżujące z dziećmi, ale bodaj co pół roku egzamin kuratoryjny w pakiecie.

    Samochód to podstawa, a najlepiej dwa (nadal patrzę z perspektywy rodzice plus dzieci), zakładając, że oboje mają prawo jazdy i nie boją się prowadzić.

    O dostępie do specjalistów, to nawet szkoda stukać więcej - znam doskonale z autopsji, z Zielonej góry to i tak miał blisko... dołóż prawie 400 i tyle dziś pokonała moja żona z synem na jutrzejszą konsultację w Katowicach właśnie, jutro również powrót, może na północ będą.  

    Czasami można i fast-food-a pochłonąć, można i samemu w domu zrobić, to akurat argument który do mnie słabo przemawia - jak sama napisałaś w promieniu 15 km znajdzie się miejscowość z gastronomią typu pizzeria, kebab itp. hot-doga na stacji, jak musisz i lubisz tez można.

    Większe zakupy typu AGD, meble, jakieś konkretne techniczne rozwiązania niestety również wiążą się z dojazdem do większego miasta, bo Castoramy, Mediamarktu czy nawet dobrze zaopatrzonego sklepu elektrycznego nie znajdziesz w małych miasteczkach, ale jak świadomie godzisz się na robienie zakupów z wyprzedzeniem i z zapasem, żeby po jedną kształtkę nie jechać 30 km to OK.

    Z ta kulturą częściowo mogę się z tobą zgodzić, przejechać przez całe miasto na drugą stronę może zająć więcej niż dojechanie 100 km z wioski z drugiej strony miasta. Ale już dzieci szkolne nie pójdą (lub zdecydowanie rzadziej) do kina, do muzeum, na jakieś wystawy czy warsztaty tematyczne, bo bez zorganizowania wyprawy autokarem(-ami) nie da się tych klas na miejsce i z powrotem przetransportować te przykładowe 100 km. Mieszkając na wsi również można np. raz w miesiącu wybrać się do dobrej restauracji w tym niedobrym mieście, tylko musisz dołożyć czas na dojazd i powrót, a mieszkając w mieście można ani razu do żadnej nie pójść to prawda.  

    Kwestia szerokopasmowego internetu i VOD jak już wcześniej pisałem - zanim kupisz ten dom sprawdź jak to wygląda w wybranym przez ciebie miejscu, 20-30 zł za starter to żaden koszt w porównaniu z ceną domu i ziemi. Telefon i sim kartę też jakąś masz, może mąż/chłopak/partner ma innego operatora - sprawdźcie który najlepiej tam działa.

    Na morzu całe 4 miesiące nie oglądam wcale TV, w domu pojedyncze wybrane programy, a i to zwykle z nagrywarki, bo nagrywa się jak leci, a oglądam jak akurat mam czas, nie jestem TV zombie.  

    MEM

    MEM:  
    W czasach powszechnie dostępnych agregatów prądotwórczych, paneli solarnych, wiatraków itd. możliwości uzyskanie prądu miałoby mi zabraknąć?  To w mieście mam gorzej, bo jak mi odetną prąd, gaz i wodę, to leżę i kwiczę, i nie mam kompletnie żadnej alternatywy, bo po prostu nawet fizycznie nie ma jak tej alternatywy zainstalować. Nawet głupiej kozy (pieca) nie da się w bloku postawić, bo co zrobię? Wystawię rurę-komin za okno? Sąsiedzi mnie zjedzą i nawet im się nie będę dziwić. Na wsi mogę wszystko, jeśli tylko mam odpowiednio duży kawałek miejsca. I praktycznie nikt mi się w to nie wtrąci.  

    I tu się pozwolisz nie tyle nie zgodzę z tobą w kilku kwestiach, co je nieco rozwinę... ale najpierw tytułem wyjaśnienia kwestie elektrotechniczne są mi akurat zawodowo bliskie.  

    Agregat prądotwórczy podobnie jak panele fotowoltaiczne możesz mieć, tak w mieście, jak i na wsi.  
    Mieszkanie w mieście nie jest jednoznaczne z mieszkaniem w wieżowcu, są jeszcze bloki wielorodzinne, domki w zabudowie szeregowej i domy wolnostojące zwane willami... Możesz sobie postawić panele na dachu czy w ogródku, tylko mając 600 mkw, z czego połowę zabiera dom, podjazd i garaż, będzie ci żal każdego kolejnego metra terenu. Od biedy na balkonie tez da radę agregat postawić i przedłużaczami rozprowadzić zasilanie do tego co jest ci niezbędne... Tylko pytanie o jakim agregacie ty myślisz, bo jeśli taki na silniku od kosiarki o mocy do 3000 W to faktycznie sąsiedzi początkowo będą chcieli cię zlinczować za hałas (i spaliny) z balkonu, bo pewnie tam by taki agregat wylądował, ale wystarczy, że pozwolisz im podładować ich telefony, tablety i już nie będziesz ta najgorsza, tej starszej pani z balkonu obok, co nikogo nie lubi i wszystko jej przeszkadza, zaparzysz wodę na kawę czy herbatę i też przestanie marudzić. Z sąsiadami trzeba dobrze żyć ;).

    A nawet mając dom wolnostojący z panelami na dachu czy na ogrodzie, to większość tych instalacji przy braku zasilania z sieci się wyłączy, bo jest tylko dostosowana do pracy z siecią zewnętrzną, tak zwane on-grid. Ze względów bezpieczeństwa pracowników naprawiających sieć dostarczającą prąd do twojego domu, takie instalacje nie mogą wysyłać energii do sieci zewnętrznej bez jej prawidłowych parametrów.
    Instalacje o których zapewne ty myślałaś to sporo droższe:
    - hybrydowe, które przy awarii sieci zewnętrznej potrafią zasilać wewnętrzną instalację domu (bądź jej wybraną część) z posiadanych źródeł energii: panele PV, wiatraki, agregat prądotwórczy, elektrownia wodna, magazyn energii;  
    -lub off-grid, które nie pracują w ogóle z siecią zewnętrzną, a jedynie z instalacją domową i magazynem energii.
    W przypadku obu tych instalacji liczyć się trzeba z ograniczeniami konsumpcji, oczywiście każda instalacja jest inna - ile masz paneli, jest lato czy zima, jak duży masz magazyn energii itd. Nieco uogólniając nie zrobisz na raz prania, prasowania i pieczenia ciasta, ale w ciągu dnia, jak panele mają słońce to kolejno da radę zrobić, a wszystko ponad chwilowe twoje zużycie będą pchały w magazyn energii, lub z niego czerpały różnicę, gdy będziesz zużywała więcej niż w danej chwili twoje panele/wiatrak produkują. Ale masz gdzieś w garażu, piwnicy czy innym pomieszczeniu technicznym spory pakiet akumulatorów, który jest twoim magazynem energii. Bez tego "regału z bateriami" gdy tylko wiatr osłabnie lub słonko schowa się za chmurkę (lub za drzewo) będziesz miała spadki napięcia i mocy, może żelazko się nie obrazi, piekarnik złośliwie zakalca wypluje, ale pralka już będzie się mocno buntować.

    W mieszkaniu w bloku też do końca tragedii nie ma przy braku prądu.
    Ogrzać się można takim piecykiem promiennikowym na butlę gazową, może to pracować w pomieszczeniu zamkniętym pod warunkiem zapewnienia minimalnej wentylacji.
    Prąd jak się uprzesz jeden panel PV na balkon i podłączony do małego UPS-takiego jak do komputera (z regulatorem ładowania baterii) wystarczy na naładowanie telefonu i ewentualnie laptopa lub zasili żarówkę czy komputer.
    Najgorszym problemem miast będzie brak wody, gdy zabraknie prądu, bo pompy też go potrzebują i to nie mało. Wrócą beczkowozy na ulice i noszenie wody wiadrami. Im wyżej mieszkasz tym bardziej to doskwiera.
    Kanalizacja odezwie się kilka godzin później, jak zapełnią się wszystkie zbiorniki na przepompowniach, ale o tym dowiedzą się ci co mieszkają w mniej szczęśliwych dzielnicach, inni nie zauważą lub grawitacyjnie ścieki zdążą odpłynąć przy drastycznie ograniczonym dostępie do wody.
    W windach też trochę ludzi utknie, ale uwolnienie ich z windy nie jest tak problematyczne, da się zrobić ręcznie, łącznie ze sprowadzeniem windy na pozycję prawidłowego otwarcia drzwi na piętrze, choć trzeba się sporo nakręcić korbą na silniku, ale jest możliwe.  
    Żywność będzie kłopotem, tak jej przechowywanie, jak i jej dostępność. Początkowo sklepy będą się wyprzedawać bardzo chętnie z tej szybko psującej się i mrożonek, bo agregaty jeśli mają, też są droższym źródłem energii niż sieć krajowa a chłodnie sporo biorą. Później przy długoterminowych braku prądu wrócimy do wekowania, wędzenia i suszenia, a kupować będziemy na prowizorycznie powstałych rynkach i ryneczkach, bo jak stanie przemysł spożywczy, to hodowcy będą zamiast do przetwórni/ubojni wozić towar do miast i sprzedawać z samochodu dostawczego na parkingach hipermarketów bo tam jednym kursem będzie miał szansę sprzedać cały transport jednego dnia, a po wioskach zrobi 5x tyle km i sprzeda może połowę.  

    Przepraszam za skróty myślowe, ale miejsca brakło.
    Zrobisz co zechcesz, ja ci w portfel nie zaglądam, wybieraj wedle swojej woli i stanu posiadania. Życzę Ci jak najlepiej, a wszystko co napisałem, to nie żeby cię odwieść od twoich zamiarów, a zasygnalizować i sama musisz rozważyć czy ci takie wybory pasują czy nie.  

    Malownicze widoki i dźwięki natury za oknem, bez zgiełku miasta to wartość bezcenne.

  • MEM
    · 5 godz. temu

    Niepozorny

    Niepozorny: Nie było moim zamiarem odwodzenie cię od idei przeprowadzki, a raczej podniesienie ewentualnych mankamentów z jakimi możesz się zmierzyć i lepiej, żebyś zawczasu o nich wiedziała, niż musiała się zmierzyć w sytuacji kryzysowej.

    O przeniesieniu się na wieś to mi się marzy od dawna (i o włos, a już dawno temu by się to stało, ale przyszedł kryzys, i życie się trochę przez to pokręciło), i od tego nie da się mnie odwieść. :) Na razie jednak finansowych możliwości na to nie ma. Natomiast od dziecka miałam porównanie między miastem a wsią, bo pomieszkiwałam na zmianę i w mieście i na wsi, i to były czasy, kiedy nie było wielu udogodnień, które są obecnie (typu internet czy samochód – częściowo były to czasy, kiedy samochód na giełdzie kosztował więcej niż nowy, a do tego benzyna była na kartki, a o internecie to się nikomu nawet nie śniło).

    Niepozorny

    Niepozorny: Nauczanie zdalne o którym piszesz, wymaga dobrego internetu, a na wsi internet bezprzewodowy bywa różny (w grę wchodzą w zasadzie tylko trzej podstawowi dostawcy, bo sieci wirtualne kończą się zaraz za tablicą dużych miast) wystarczy kupić ich kartę prepaid i włożyć jako jedyną w telefon - przekonasz się czy w twoim wymarzonym miejscu obejrzysz coś z YT bez czekania i płynnie.

    Cóż..., pamiętam, jak internet był tak drogi, mało dostępny (i bardzo wolny, łącza TP SA wyciągały w porywach do 4 kB/s i rwały się ciągle), że od święta przynosiło się go z kawiarenki internetowej na dyskietkach (takich 3,5 cala – kto je jeszcze pamięta... ;)) . :) Po czymś takim, w przypadku internetu nic już nie jest straszne. ;) Znam też wsie, w których np. łącza światłowodowe kładziono dobre 15 lat temu, i to jest w odległości kilkudziesięciu km od dużego miasta, więc skoro tam już jest od dawna taka infrastruktura, to jakiejś tragedii nie ma. Dostęp do internetu na wsi pewnie nie jest jeszcze idealny, ale trzeba też brać pod uwagę, że to się dość szybko będzie zmieniać (że w ogóle technologia będzie się bardzo szybko rozwijać), co poprawi jakość tych usług (choćby rozpowszechnienie 5G w tym pomoże).

    Niepozorny

    Niepozorny: Nauczanie domowe było i przed pandemią - choć głownie korzystały z tego dzieci obłożnie chore oraz osoby podróżujące z dziećmi, ale bodaj co pół roku egzamin kuratoryjny w pakiecie.

    Tak. Było. Ale było rzadkością właśnie z powodu tego, że obejmowało głównie dzieci, które z powodu swego stanu zdrowia nie mogły chodzić do szkoły. Natomiast warto zwrócić uwagę – choć może jeszcze za wcześnie jest, by o tym wyrokować – że niedawna pandemia miała pewien wpływ na sposób rozumowania społeczeństwa i przez to być może nadała kierunek, w jakim np. edukacja będzie szła. Już teraz, w obliczu wysokich cen energii i związanej z tym chęci obniżenia kosztów szkół, niejako z automatu wraca się do pomysłu nauczania zdalnego. A kiedyś skracano by lekcje albo by się w szkole marzło i nikt by się nawet specjalnie nie przejął. Coś się jednak zmieniło w podejściu do tematu – dostrzeżono na szeroką skalę możliwości technologii w tej kwestii. Być może – wraz z jej szybkim rozwojem – ktoś niedługo dojdzie do wniosku, że przynajmniej w przypadku części szkół w ogóle taniej jest uczyć zdalnie, niż utrzymywać szkolne obiekty (samych podstawówek jest ponad 14 tysięcy).

    A tak poza tym, nauczanie zdalne ma w sumie tylko jedną wadę. Taką w kategoriach socjologicznych. Zabiera dzieciom doświadczenia, jakie w tradycyjnej szkole mogą one nabyć w relacjach międzyludzkich. Choć to, na ile jest to duża wada, jest już dyskusyjne.

    Niepozorny

    Niepozorny: Większe zakupy typu AGD, meble, jakieś konkretne techniczne rozwiązania niestety również wiążą się z dojazdem do większego miasta, bo Castoramy, Mediamarktu czy nawet dobrze zaopatrzonego sklepu elektrycznego nie znajdziesz w małych miasteczkach, ale jak świadomie godzisz się na robienie zakupów z wyprzedzeniem i z zapasem, żeby po jedną kształtkę nie jechać 30 km to OK.

    No tak, ale z drugiej strony – obok tego, że wiele produktów dostępnych jest w internetowej sprzedaży – przecież np. mebli nie ma potrzeby zmieniać co sezon (Tu zresztą niejako wychodzi na wierzch kolejny współczesny duży problem – nadmiernej konsumpcji i związanego z tym marnotrawstwa oraz niszczenia przez to środowiska naturalnego. Może mało możliwe, ale świat powinien jednak w przynajmniej w niektórych przypadkach postawić na solidne i trwałe produkty, zamiast na "jednorazówki". Jeśli jakimś cudem zacznie to na szerszą skalę do ludzi docierać – choćby z powodu katastrofalnych zmian klimatycznych – to świat pójdzie za tym trendem, że mogę sobie kupić np. meble raz na 20 czy 50 lat, albo i na kilka pokoleń, i nie odczuwać z tego powodu jakichś braków.). Podobnie jest z remontami (przynajmniej tymi większymi – w moim blokowisku instalację elektryczną/wodną/gazową położono 30 lat temu – działa bez zarzutu, to po co w niej grzebać, a np. ostatnią tapetę, zresztą podobnie jak parę mebli, kupowałam parę lat temu przez internet, bo wygodnie, wybór większy i do tego taniej :)). Więc wybranie się raz na "x" czasu te kilka-kilkadziesiąt km do najbliższego miasta (przecież nawet w średniej wielkości miastach te sieci mają swoje sklepy), albo kupienie czegoś po drodze podczas pobytu w takim mieście, to nie jest tak wielki kłopot. Trochę tu demonizujesz. ;)

    Niepozorny

    Niepozorny: Z ta kulturą częściowo mogę się z tobą zgodzić, przejechać przez całe miasto na drugą stronę może zająć więcej niż dojechanie 100 km z wioski z drugiej strony miasta. Ale już dzieci szkolne nie pójdą (lub zdecydowanie rzadziej) do kina, do muzeum, na jakieś wystawy czy warsztaty tematyczne, bo bez zorganizowania wyprawy autokarem(-ami) nie da się tych klas na miejsce i z powrotem przetransportować te przykładowe 100 km.

    Tak, to prawda, że trudniej jest zorganizować szkolną wyprawę ze wsi do jakiegoś obiektu kultury w mieście. Ale to też jest trochę demonizowane. ;) Po pierwsze, szkołę mogą w tym wypadku z powodzeniem zastąpić rodzice. Po drugie, obiekty kultury często mają swoje ograniczenia tematyczne, w efekcie, to co jest w jednym dużym mieście niekoniecznie jest w drugim. No do np. takiego Planetarium Śląskiego w Chorzowie, mają równie daleko mieszkańcy Poznania, jak i ci z jakiejś wsi w okolicach tego Poznania. Po trzecie, w końcu, ponownie internet – to jest kopalnia wiedzy dostępnej praktycznie od ręki.

    Generalnie z tym wskazywaniem, że na wsi ciężej o te wszystkie rozrywki (i edukację), o jakich tu mowa, jest trochę tak, jak by było ze wskazywaniem, że skoro mieszka się np. w którymś z dużych polskich miast, a nie w np. Nowym Jorku, czy Bostonie, to kaplica, bo przecież nie ma się dostępu na co dzień do Muzeum Historii Naturalnej czy do Uniwersytetu Harvarda. :) Zawsze jest coś za coś i nic nie jest idealne. A do tego współcześnie można żyć w różnych miejscach na świecie, nawet w małych wsiach, bez jakiejś większej szkody w swoim rozwoju czy w rozrywkach spowodowanych tym, że jednak do tego Uniwersytetu Harvarda daleko (Zresztą..., samolot z Warszawy do Nowego Jorku leci 9 godzin, a z Wrocławia do Lublina samolotem jest od 5 do nawet 17 godzin. :) Dziś to, gdzie jest dalej, to kwestia bardzo względna.)

    Niepozorny

    Niepozorny: Agregat prądotwórczy podobnie jak panele fotowoltaiczne możesz mieć, tak w mieście, jak i na wsi.

    Teoretycznie tak. Ale agregat ma swoje wady. Po pierwsze, jest głośny. Po drugie, kopci. Na wsi – mając do tego odpowiednio dużo miejsca – zawsze mogę go umieścić w jakiejś szopie czy ziemiance spory kawałek od domu (bo to już tylko kwestia długości kabla) i w ten sposób dla samej siebie zmniejszyć jego uciążliwość. A tym bardziej nie ma już takiego kłopotu z sąsiadami, jak by to było w bloku w mieście.

    Niepozorny

    Niepozorny: Mieszkanie w mieście nie jest jednoznaczne z mieszkaniem w wieżowcu, są jeszcze bloki wielorodzinne, domki w zabudowie szeregowej i domy wolnostojące zwane willami...

    Tak. Tylko, czy gdyby mnie było stać na dom w mieście (i to jeszcze na dużej działce), to czy nie byłoby mnie stać na dom na wsi zamiast siedzenia w bloku? :)

    Bo skoro już tak generalizujemy w tym przeglądzie wad i zalet miasta/wsi, to trzeba wziąć pod uwagę, że w mieście ludzie przede wszystkim mieszkają w blokach lub kamienicach, a nie w willach (przy czym nawet domki w mieście najczęściej mają małe działki, co, jak sam zauważyłeś, bardzo ogranicza).  

    No a tak poza tym. Jest jeszcze jedna i chyba najistotniejsza w tym przypadku rzecz – zarówno na wsi, jak i w mieście, mogą mnie odciąć od mediów dostarczanych z sieci. Czyli argumentacja przeciwko mieszkaniu na wsi mówiąca, że "jeśli nie masz studni z żurawiem lub kołowrotem do czerpania wody wiadrem, to wystarczy brak prądu i hydrofor też nie będzie działać i jak nabierzesz wody do picia, do gotowania, do napojenia zwierząt gospodarskich czy na potrzeby sanitarne?", właściwie upada, bo nie ma w tym wypadku różnicy między wsią a miastem, poza właśnie tym, że na wsi jestem w stanie łatwiej zapewnić sobie tę alternatywę (w ostateczności nawet w formie studni i żurawia ;)) dla dostaw z sieci.

  • MEM
    · 5 godz. temu

    Niepozorny

    Niepozorny: Prąd jak się uprzesz jeden panel PV na balkon i podłączony do małego UPS-takiego jak do komputera (z regulatorem ładowania baterii) wystarczy na naładowanie telefonu i ewentualnie laptopa lub zasili żarówkę czy komputer.

    Tak. Tylko możliwość zasilania komputera/żarówki nie zaspokaja potrzeb przeciętnego gospodarstwa domowego. Tak się nie da normalnie funkcjonować na dłuższą metę.

    Niepozorny

    Niepozorny: Najgorszym problemem miast będzie brak wody, gdy zabraknie prądu, bo pompy też go potrzebują i to nie mało. Wrócą beczkowozy na ulice i noszenie wody wiadrami. Im wyżej mieszkasz tym bardziej to doskwiera.

    Brak wody to jedno, drugą kwestią jest jej zdatność do picia. Nawet beczkowóz musi tę wodę skądś wziąć. Przy braku działania pomp, oczyszczalni ścieków, obiektów uzdatniania wody, jest kłopot nawet z takimi awaryjnymi dostawami.

    Niepozorny

    Niepozorny: Kanalizacja odezwie się kilka godzin później, jak zapełnią się wszystkie zbiorniki na przepompowniach, ale o tym dowiedzą się ci co mieszkają w mniej szczęśliwych dzielnicach, inni nie zauważą lub grawitacyjnie ścieki zdążą odpłynąć przy drastycznie ograniczonym dostępie do wody.

    O, to, to. Przy czym jeszcze pół biedy, że szambo gdzieś wywali, ale nieusunięte regularnie ścieki i śmieci to gwarancja epidemii.

    Niepozorny

    Niepozorny: Żywność będzie kłopotem, tak jej przechowywanie, jak i jej dostępność. (...) wrócimy do wekowania, wędzenia i suszenia, a kupować będziemy na prowizorycznie powstałych rynkach i ryneczkach, bo jak stanie przemysł spożywczy, to hodowcy będą zamiast do przetwórni/ubojni wozić towar do miast i sprzedawać z samochodu dostawczego na parkingach hipermarketów bo tam jednym kursem będzie miał szansę sprzedać cały transport jednego dnia, a po wioskach zrobi 5x tyle km i sprzeda może połowę."

    Tak. I dlatego tu znów wieś ma przewagę. Weki, dobra ziemianka na zapasy, kopcowanie warzyw, wędzarnia. I bimbrownia, na handel. ;)

    Wieś daje większą elastyczność, bo tego rodzaju rzeczy raczej nie da się zrobić na tych kilkudziesięciu metrach kwadratowych w blokowisku (o ile ono w ogóle będzie stało w przypadku większych kataklizmów czy choćby wojny). A to pomaga przetrwać, co w tym wypadku jest najważniejsze. Natomiast w takich normalnych czasach, przy dostępie do dzisiejszych wszelakich dóbr technologii, na wsi można się wygodnie urządzić i mieć komfort jak w mieście, z tym tylko, że trzeba poświęcić trochę więcej czasu na dojazd do konkretnego punktu w mieście. Ale to jest problemem może dla osób, które są niecierpliwe albo przywykłe do życia w większym tempie, że potrzebują mieć coś "na już". Ja sobie spokojnie mogę poświęcić tę nawet i godzinę na dojazd (czyli w realiach jazdy samochodem mogę mieszkać nawet i 100+ km od miasta, co z kolei w polskich realiach jest rzadkie, bo jednak miast średniej wielkości, które już są bardzo dobrze "wyposażone" we wszystko, od sklepów i szkół począwszy, na urzędach i placówkach zdrowotnych skończywszy, jest dużo, więc ta odległość do nich jest w praktyce niemal żadna.). Wieś, w której mieszkali moi dziadkowie, była oddalona od niewielkiej, kilkutysięcznej, mieściny o 5-6 km. Nawet ludzie w wieku 80-90 lat, jak im zdrowie dopisywało, jeździli z tej wsi do tego miasteczka za swoimi potrzebami rowerami, nie mówiąc już o innym dostępnym transporcie. Da się żyć. :) To jedynie kwestia podejścia.

Zaloguj się aby dodać post. Nie masz konta? Załóż darmowe konto