Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!

Cycuś-Kinguś: Zakazany Zaułek

seksowna : Cycuś-Kinguś: Zakazany Zaułek
źródło: Twórczość Własna

Stukot kościanych drutów miarowo odmierzał ciszę w izbie. Babcia poprawiła na nosie szylkretowe okulary, zerknęła na leżącego pod pierzyną chłopca i pogroziła mu palcem.

​- Popraw pierzynę, Jasieńku, a uszu nadstaw bacznie, bo nie o krasnalach w jagodach ci prawić dziś będę, jeno o rzeczach srogich, przed którymi ani święcona woda, ani modlitwy kapłana człeka nie obronią, gdy sam rozumu w porę z garści upuści…

​Głos staruszki, zrazu suchy i chropawy, począł dziwnie gęstnieć, a płomień świecy zamigotał, rzucając na bieloną ścianę cień sękatych konarów. Miarowy stukot drutów powoli zamieniał się w głuchy szum kniei.

Dawno, dawno temu… Za siódmym ostępem, kędy bór staje się tak gęsty, że i samo słońce boi się weń zaglądać, żyła wiedźma okrutna, a baby po przypieckach szeptały o niej ze zgrozą: Cycuś-Kinguś. Nie warzyła ona jadów w kociołku, nie latała na ożogu ani w żabim skrzeku nie grzebała.  Zasiadała tedy na leśnej polanie, pod rozłożystym bukiem, a postrachem była po wszystkich grodach sroższym niźli wilcze stada czy tatarskie hordy.

Ciążyło bowiem na niej przekleństwo - lico jej z każdym rokiem starzało się i marszczyło na wiór, a że próżna była ponad wszelką miarę, łaknęła jedynego eliksiru, co zmarszczki prostował i wieczną gładkość skórze przywracał: gęstego, żywotnego bielidła, które wytoczyć można było jeno z najtwardszego pnia dębowego. Lecz była w owym eliksirze sroga tajemnica: w lico z wierzchu wklepywane, cudownie lat ujmowało i skórę alabastrem powlekało; biada jednak jędzy, gdyby do jej trzewi trafiła! Co z zewnątrz krasę dawało, od środka dla czarciej natury jadem było śmiertelnym.

Wiedźma, licząca wiosen czterysta bez mała, dzięki skradzionym sokom na lat czterdzieści zaledwie wyglądała. Pławiła swe lico w owym żywotnym nektarze, odbierając junakom siłę i rozum, a sama pyszniła się gładkością czerpaną z męskiej niedoli.

Rzuciła tedy jędza na męski ród podstępny urok uwiądu, lecz nie z wiatrem go słała, ale w sidła własnego gorsetu łowiła. A znać trzeba, że w dębowym szpiku nie jeno lędźwiowa krzepa męża mieszka, ale i wszystek rozum, animusz oraz wola do czynu. Kogo tedy omamiła swym bezwstydnym czarem i do parowu między białymi pagórami przyciągnęła, bez litości doiła ze szpiku. Gdy zuch taki żądzy uległ i daninę złożył przed jej chciwe lico, czar zamykał się nad nim na wieki!

Sprawiała jędza, że nieszczęśnik, raz w ten sposób ogołocony z żywota, tracił męską moc bezpowrotnie. Wracali junacy do domów ze spuszczonymi nosami, a ich oręż - choćby wprzódy z najtwardszego dębu ciosany i do srogich bojów nawykły - wiądł, zwieszał się smętnie ku ziemi i leżał martwo niczym sparzony szczypior. I choćby potem najurodziwsze dziewki we wsi giezła wysoko zadzierały, choćby karczmiane panny powabnymi biodrami nęciły, a krasawice same wianki pod nogi rzucały - drewno owych nieszczęśników ani drgnęło. Żaden lubczyk, żadne zamawiania bab zielarek ani okadzanie dymem z byczego rogu nie były w stanie spętanego urokiem pnia na nowo do pionu podźwignąć. Wielu już tak we wsi na przypieckach ślinę toczyło, a po chałupach jeno babski płacz i lament było słychać.

Głosili tedy leśni pustelnicy i starzy bajarze, że klątwa ta pryśnie, a dawna twardość w pnie powróci jeno pod jednym warunkiem: gdy prawy rycerz dokona ostatecznego jędzy ubicia. Proroctwo jasno powiadało, że zuch musi oręż swój wrazić prosto w jej paszczę chciwą i tam, w samej gardzieli potwory, ubić w niej gęstą pianę - dziko i bez litości, niczym tłuczkiem w maśelnicy - aż bestia krztusząc się hołd złoży, a żywotny zaczyn spęta jej nieczystą moc.

Lecz Cycuś-Kinguś zbyt chytra była, by dać sobie gardziel kołkiem zatkać i w ten sposób zginąć. Zamiast paszczy nastawiała sidła zgoła inne, podstępnie odwracając uwagę junaków od ich świętej powinności. Zasiadała na mchu i wabiła ich w Przełęcz Cienistą, skrytą głęboko w fałdach jej rozchełstanej szaty. Wrót owej przełęczy strzegły Bliźniacze Mogilaki - dwa białe, nabrzmiałe pagóry, pulchne a miękkie niby bochenki pszennego chleba rosnące w cieple dzieży, co podnosiły się, drżały i kołysały przy każdym jej westchnieniu. A w parowie między owymi wałami ział Zaułek Zakazany, przesycony dusznym żarem, wonią leśnego miodu i dzikiego piżma. Taki obłęd bił z owej szczeliny, że śmiałkowie, miast mierzyć w gardziel ku ocaleniu krainy, w okamgnieniu tracili rozum i pchali swe twarde dęby prosto w zdradziecką ciasnotę miękkich zboczy.

Razu pewnego poległ Dobrogost ze Złotego Rogu. Wielki to był rębajło, co to dębową piką całe zagony w pojedynkę rozganiał. Ruszył on w knieję zaprzysiągłszy, że w samej paszczy jędzę ubije i męski ród od hańby uwolni. Lecz gdy stanął przed Bliźniaczymi Mogilakami, omamił go biesowski czar - zapomniał o gardzieli i runął na oślep w parów. Z boru wylazł dnia drugiego i pożal się Boże! Na czworakach, z pustym wzrokiem, z trzęsącą się szczęką i tak doszczętnie wyssany ze szpiku, że w kącie izby zasiadł, ślinę tylko toczy i nawet muchy z nosa odpędzić nie potrafi, a dębowy oręż jego, niegdyś tak dumny i nieugięty, zwisa pod rubachą niczym rozgotowana kluska.

Zaprzysiągł tedy młodszy brat jego, pan Mściwój, rodową pomstę. Młodziutki to był junak, ale krasne miał lico i czysty jak łza - panny doń wzdychały, lecz on jeszcze żadnej za rąbek giezła nie pociągnął, a całą swą męską krew i żar młodości w nienaruszonym pniu chował.

- Na honor rycerski przysięgam! - grzmiał Mściwój, pasując się do drogi. - Pomszczę hańbę brata mego Dobrogosta! Znajdę tę poczwarę, złamię jej klątwę i zmuszę bestię do pokłonu!

Pod zbroi fartuchem kopię oblężniczą skrył, która z dziewiczego, najprzedniejszego dębu ciosaną była - prosta, gładka i tak twarda na całej długości, że rzemienie ledwie mogły ją utrzymać, gdy w potrzebie brał ją w garść. 

Gdy ruszał w ostępy, spotkał na skraju kniei leśnego pustelnika. Starzec zmierzył młodzika bystrym okiem, wnet poznał, czyjej krwi to junak, pokiwał siwą głową i rzekł:

- Stój, panie rycerzu, a posłuchaj mądrości wieków! Brat twój Dobrogost poległ, bo jako mąż bywały, jedno jeno uderzenie w pniu nosił. Gdy raz żywicę wytoczył, oręż mu zwiotczał, a wiedźma klątwą go dobiła! Lecz w starych księgach stoi zapisane: jeno rycerz najczystszej krwi, co siły na próżno nie trwonił, zdoła dwie próby ognia przetrzymać! Pamiętaj jednak: brata i wieś od uroku uwolnisz tylko wtedy, gdy potworę do pełnego hołdu przymusisz! Musi wiedźma zgiąć kark i przyjąć dąb w samą swą chciwą gardziel, aż po korzeń, bo jeno tylko w jej własnej paszczy owa biesowska klątwa spłonąć może!

Mściwój wysłuchał starca, podparł się pod boki i podrapał w zamyśleniu po podbródku:

- Mądrze prawicie, ojcze - rzekł młodzian, zniżając nieco głos. - Lecz słyszał żem w karczmie od powracających rębajłów, jak stękali o pieczeniu i zatarciu. Zali nie masz w swej pustelni garnca jakiego z wieprzowym sadłem albo borsuczą omastą? Użyczcie choć kwaterki, bym drzewce obficie nasmarował przed potyczką!

Słysząc to, pustelnik aż za głowę się chwycił, a zagniewany sękatym kosturem o ziemię łupnął:

- Na niebiosa, zamilcz, głupcze, a sromotę z myśli wyplew! - ofuknął go starzec, aż mu się siwa broda zatrzęsła. - O jakim sadle ty roisz?! Jakiej omasty ci się zachciewa?! Zali ty w święty bój o duszę i wolność męskiego rodu idziesz, czy na gnuśne pieszczoty w chruśniaku?! W gardziel masz godzić, prosto i na surowo, cnotliwym gniewem pędzony! Kto oręż sadłem smaruje, ten już ukradkiem ku miękkim stokom zezuje i do parowu zboczyć gotów! Żadnego łoju ode mnie nie dostaniesz! A jeśli z drogi ku gardzieli zboczysz i dąb w zdradziecki jar wepchniesz, niechaj cię suchość przypieka - może ten żar z biesowskiego omamu cię ocuci!

Mściwój spłonął rumieńcem, zawstydzony własną małodusznością, lecz rycerska krew wnet w nim zawrzała. Wyprężył dumnie pierś i hardo rzekł:

- Słuszna wasza mądrość, ojcze! Nie przystoi rębajle o fory prosić. Moja dębowa pika sucha i twarda w bój pójdzie, a czarownicę samym hartem ducha ukorzę!

I skłoniwszy się starcowi, w bór ruszył.

​A Cycuś-Kinguś z daleka już wietrzyła woń świeżego, niestrudzonego dębu. Wyciągnięta bezwstydnie na mchu pod rozłożystym bukiem, ledwie kryła swe wdzięki pod lichą mgiełką lnianego gorsetu. Bliźniacze Mogilaki falowały leniwie przy każdym jej westchnieniu, kusząc alabastrową gładkością i obiecując zgubną miękkość, a ze skrytej między nimi szczeliny bił w leśne powietrze duszny, suchy ukrop. Wiedźma przymrużyła kocie ślepia, rozrzuciła na paprociach złote sploty i czekała, gotowa wciągnąć kolejnego junaka w sidła, z których nie było już powrotu.

Ujrzawszy rycerza, wiedźma wierzchem dłoni oczy zakryła i jęła szlochać żałośnie niby niewiniątko:

- O biada mi! Zali to pogromca idzie, by nieszczęsną niewiastę z leśnej kaźni na zatracenie posłać?!

Mściwój wypadł na polanę wyłuskawszy oręż spode zbroi, ujął go oburącz u nasady, gotów prosto w gardziel potwory uderzyć, jak wieszczba kazała.

- Nie zwiedziesz mnie, potworo! Przyszedłem pomścić Dobrogosta i ukrócić twe bezecne rządy! Nadstaw gardziel na surowe drewno mej cnoty, a litości w nim nie znajdziesz!

Wtedy jędza rzuciła się na kolana, złożyła dłonie jak do pacierza i poczęła go chytrze podpuszczać:

- Wszystko zniosę, panie! Śtnij mi głowę, poćwiartuj członki! Błagam cię jeno: nie uderzaj w Przełęcz Cienistą między mymi wzgórzami! Nie waż się tam pchać tej twojej potężnej, twardej lancy! Tam bije me czarnoksięskie serce - jeśli tam ugodzisz, cała ma moc w pył się obróci!

„Aha!” - pomyślał rycerz. - „Fortel stosuje, od zadania odwieść próbuje!”.

- Cwanaś ty lisico plugawa, lecz mnie nie zwiedziesz bom cwańszy i fortel twój odgadłem od razu! Nadstawże gardło, tam cię usiekę! 

Lecz jędza, miast słuchać rozkazu, zasyczała czarnoksięską formułę i rozchyliła szaty. Z parowu między Bliźniaczymi Mogilakami buchnęła fala obezwładniającego skwaru i zmysłowego omamu, że młodzikowi pociemniało w oczach naraz. Biesowski czar targnął jego ciałem: dębowe drzewce, dotąd mierzące prosto w paszczę potwory, pod naporem ucisku w skroniach poczęło samo gwałtownie zbaczać w dół, przyciągane ku Zaułkowi Zakazanemu niczym żelazo do rudy. Soki w pniu jęły buzować, kora pękała, a wpojony przez wiedźmę obłęd w okamgnieniu wypierał z pamięci przestrogi pustelnika. Choć krzyczał w duchu, by nie ustąpić, podstępny żar stopił resztki jego woli, zamieniając prawy gniew w ślepy, zwierzęcy szał.

- W samo serce cię ugodzę! - krzyknął Mściwój w amoku, powtarzając jej kłamstwo jak własne i ulegając sile, która pchała go prosto w zdradziecki parów.

I runął z suchą kopią prosto w rozwarty parów między Bliźniaczymi Mogilakami. Myślał rycerz, że gładko pomknie naprzód, a tu - trzask!

Wiedźma zwarła oba pagóry niczym imadło, by opór nieco stawiły. Miast gładkiego ciosu rozległ się po kniei przeraźliwy szelest i pisk - jakby nieposmarowana oś wozu tarła! Oręż zakleszczył się w ciasnym uścisku, nie mogąc ruszyć ni w przód, ni w tył. Buchnął gryzący dym z przypalonej kory, zaszorowało, aż Mściwojowi stawy w łokciach zatrzeszczały z wysiłku, a pień od tego wysiłku mało nie spłonął.

Wiedźma w duchu zaklęła z trwogi: „O, durny klocu, rycerską dumą zaślepiony! Na sucho, bez omasty przyszedł! Przecie mi zaraz ten suchy badyl od ognia zwiędnie i z eliksiru jeno swąd ostanie!”. Zaraz jednak przybrała maskę bezbronnej:

- Ojejku, litościwy rycerzu... - zachlipała. - Za sucho u wrót mego serca, twój wielki dąb nie zdoła mnie przebić i spłonie na popiół! Czekaj, zdejmę z tego jaru zaklęcie twardości!

I żeby ratować swój pożytek, Cycuś-Kinguś odprawiła Obrząd Świętej Wilgoci. Zabulgotało jej w krtani chrapliwie, zebrała ślinę z samego dna gardzieli i posłała w sam środek parowu siarczyste splunięcie.
Wąwóz w okamgnieniu ożył, rozstąpił się i zasyczał chłodnym poślizgiem.

- Nuże, mścicielu! - krzyknęła jędza. Tłucz w me serce, póki czar nie powrócił.

Mściwój parsknął, zaparł się nogami i pchnął z siły całej. Poszło! Dębowy pień wślizgnął się z głębokim mlaśnięciem.

I począł się bój, jakiego ten bór od wieków nie widział! Czarownica chwyciła oba miękkie stoki w garście, ścisnęła je wokół uwięzionej lancy i poczęła kołysać parowem - w górę i w dół, tam i z powrotem, z dzikim impetem! A Mściwój jął tłuc niczym potężnym taranem. W lesie bezwstydny podniósł się koncert: ciamk-plusk, szur-klap, plask-mlask! Miękkie wały wzgórz przy każdym nawrocie obijały o Mściwoja z tłustym plaśnięciem, a spieniona wilgoć pryskała na wszelkie strony.

- Giniesz, gadzie! Za Dobrogosta! - ryczał Mściwój w amoku.

- Pręż dąb, nie żałuj siły! - podjudzała wiedźma, czując że rycerz do kresu się zbliża. Powietrze uchodziło ze szczeliny ze świstem miecha, a dąb parzył już w dłonie jak rozżarzony ruszt.

Nagle wiedźma spięła ramiona z nieludzką, zwierzęcą siłą. Uścisk stężał, dławiąc oręż niczym w żelaznych kleszczach, a ruch zamarł. Wewnątrz uwięzionego drzewca zawrzało. Cała krew i młodzieńczy żar skumulowały się w nabrzmiałym wierzchołku.

- Bierz śmierć swoją! - wrzasnął Mściwój.

I pękła zapora!

​Z głuchym, basowym wystrzałem, jak gdyby pod naporem wiosennych soków pień rozsadziło, buchnął z wierzchołka żywioł niepowstrzymany! Trysnęło gorące, żywiczne bielidło - gęste i parujące niczym mleko z najprzedniejszego udoju.

​Wiedźma z dzikim, triumfalnym rechotem nastawiła lico wprost pod ów żywotny zdrój. Buchnęły soki białą nawałnicą, powlekając jej oblicze alabastrową kiedzią, niby świeży śnieg na sękatych konarach. Spływał ów nektar po czole, brwiach i policzkach ku rozchylonym wargom, a kędy dotknął skóry, tam w okamgnieniu prasował wszelkie bruzdy, starość precz odpędzał i na powrót stroił potworę w zdradliwą, dziewczęcą gładkość.

Cycuś-Kinguś roztarła żywicę po licu obiema garściami, śmiejąc się na całe gardło:

- Dziękuję ci, rycerski baranie! Żaden krakowski aptekarz ze śmietany i miodu lepszego mazidła by mi nie ukręcił! A teraz zwiotczej, wiórze pusty, i idź precz do brata na przypiecek ślinę toczyć!

Machnęła ręką, by odepchnąć go w pokrzywy. Lecz wtem zamarła. Zamiast jęku bezsilności usłyszała głęboki, gardłowy pomruk. Spojrzała w dół i krew odpłynęła jej z lica.

Cud się stał niesłychany! Młodzieńcza krew, co latami w czystości czekała, nie wyczerpała się jednym uderzeniem. W ułamku oka w pniu zapłonął drugi ogień! Drzewce zamiast więdnąć, począł na powrót pęcznieć, rosnąć i twardnieć z siłą dziesięciokroć większą niż przedtem! Stał się gruby jak żelazna sztaba, parujący nowym, nieposkromionym żarem!

Wiedźma zbladła pod białą maską z bielidła. Ślepia wylazły jej na wierzch:

- Co to jest?! - pisnęła ze zgrozą, cofając się rakiem po mchu. - Czemu to nie leży?! To wbrew naturze! Przecieś oddał wszystek szpik!

- Nie wszystek, wiedźmo! - ryknął Mściwój, a głos jego grzmiał jak dzwon na trwogę. - Jam Mściwój z rodu Złotego Rogu! Mój pień dopiero poczuł smak boju!

Wiedźma skoczyła na równe nogi, chcąc w gęstwinę czmychnąć, lecz Mściwój dopadł ją jednym susem. Chwycił jędzę żelaznym uściskiem za warkocz miodowy, szarpnął do tyłu, łeb jej zadarł i zwalił przed sobą na kolana!

- Dość tych leśnych igraszek w parowie! - zagrzmiał zuch. - Czas na hołd gardłowy! Otwieraj wrota swej jaskini kłamstwa i składaj pokłon mojemu rodowi, bo inaczej w drzazgi cię rozłupię!

Wiedźma zawyła z przerażenia, zaparła się, wargi zacisnęła z sił całych, sycząc i plując przez zęby, lecz dębowy taran nie znał litości. Mściwój naparł rozpalonym, twardym grotem na jej usta, rozwierając je siłą nie do odparcia. I wszedł!

Tym razem nie miękkie pagóry brały go w poślizg, lecz ciasna, gorąca gardziel samej czarownicy! Weszło gładko, głęboko, aż po sam korzeń, zatykając biesowski dech na amen!

Zaczęła się próba ostateczna - bój w paszczy plugawej! Czarownica dławiła się, łzawiła, wywracała ślepia w niemym błaganiu o litość, a Mściwój nie folgował. Pracował orężem bez litości, miarowo a twardo, wbijając dąb w samo dno jej trzewi, kędy gnieździło się czarnoksięskie źródło jej plugawych uroków. Zmuszał potworę do rytmicznego pokłonu: w przód i w tył! Żar z pnia wypalał jej gardziel, żyły na szyi nabrzmiały jak powrozy. Czuła, jak jej własna magia dusi się pod naporem tego niestrudzonego dębu.

I nadszedł ostateczny kres. Mściwój docisnął oręż aż po same jelce, blokując jej krtań do cna.

- Pij do dna to, czym żeś dotąd lico tuczyła! - krzyczał Mściwój, czując, jak w głębi wzbiera alchemiczna nawałnica.

Pień rozżarzył się do białości, zadrżał potężnie i pękł po raz wtóry!

- Za wszystkich wojów ze wsi! - stęknął rycerz ciężko

I runęła druga nawałnica!

Z potwornym impetem - chlust - z samego rdzenia oręża wystrzeliła wrząca, gęsta żywica! Tym razem nie na lico, nie na zmarszczki próżne, lecz prosto w gardziel, po same trzewia! Buchnęło raz, drugi, trzeci - tłusto, obficie i bez opamiętania, zalewając wiedźmę od środka jej własną chciwością. W trzewiach wiedźmy zawrzało niczym w pękniętym garcu! Czarna magia zadławiła się żywym zarzewiem, czad buchnął jej uszami i nosem, a z gardzieli wyrwał się przeraźliwy świst gaszonego ogniska.

W tym samym ułamku sekundy przez bór cały przetoczył się głuchy grzmot, jakby pękły żelazne okowy! Klątwa pękła!

Mściwój wyszarpnął oręż, a Cycuś-Kinguś zwaliła się w paprocie - zbałamucona, pokonana, krztusząca się i białą pianą plująca. Wypalona od środka, traciła postać w oczach: skóra na powrót pokryła się głębokimi bruzdami i zwiotczała na wiór, piersi zapadły się w dwa puste, skórzane miechy, a cała jej biesowska moc uleciała z dymem w korony sosen.

W tej samej chwili, mile dalej we wsi, rozległ się potężny, drewniany stukot! Dobrogost, co dotąd ślinę toczył na przypiecku, nagle podniósł łeb, rozbłysły mu ślepia dawnym ogniem, a jego oręż dębowy, co dotąd smętnie zwisał pod rubachą, ze świstem i trzaskiem sam wyprężył się ku powale, sztywny i twardy jak skała! Po wszystkich dworach i chałupach w okolicy rozległy się radosne okrzyki niewiast, bo wszystkim uciemiężonym dotąd mężom oręż w jednej sekundzie do boju powstał! Ach, świętowano hucznie i głośno, wrzawa była niesłychana!

Mściwój otarł czoło, spojrzał z góry na jęczącą w trawie poczwarę, schował dumny  zwycięski oręż z powrotem pod blachy pancerza i powolnym, rycerskim krokiem ruszył ku domowi, niosąc sławę swojemu rodowi na wieczne czasy.

Szum odwiecznego boru powoli ucichł, rozwiał się zapach żywicy, a w gęstniejący mrok izby powrócił suchy, znajomy trzask.

Babcia z cichym westchnieniem odłożyła druty, poprawiła na nosie okulary i popatrzywszy na wnuka z szelmowskim, złośliwym błyskiem w oku, pogroziła mu kościstym palcem. Cmoknęła z satysfakcją, zgasiła świecę i surowym głosem ucięła sprawę w ciemności:

Stąd nauka, mój Jasieńku,
Chowaj morał w serca dźwięku:
Gdy na drodze stanie jędza,
Co ułudą zmysły spędza,

Nie pchaj dębu w ciemne jary,
Bo tam junak traci siły,
Wnet mądrości w głowie zbywa,
Gdy ze szpiku moc odpływa!

Kto w parowie rozum gubi,
Tego wiedźma wnet polubi,
Wyssana siła, zgięta wola,
Zostaje jeno wstyd i niedola!

​Lecz przestroga i dla ciebie,
Nim dąb własny sprawdzisz w potrzebie:
Trzymaj łapska precz od pniaka,
Nie czyń w nocy zeń trzepaka! 

Wstyd i srom to dla rycerza,
By samotnie, na kształt zwierza,
Własną garścią pniak heblować,
Siłę w pościel tak marnować!

Tylko ten, co się chuciom stawi,
Czysty oręż w bój wyprawi,
Drugi ogień zdoła wzniecić,
Zło poskromić, ród uświęcić!

​A teraz śpij, ręce kładź na pościeli i ani drgnij!



"Niniejszy rysunek wraz z postacią stanowią utwór chroniony przepisami ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Wszelkie prawa autorskie osobiste i majątkowe do powyższych elementów przysługują wyłącznie ich autorowi. Zabrania się jakiegokolwiek kopiowania, rozpowszechniania, przetwarzania lub wykorzystywania w całości lub w części bez uprzedniej, pisemnej zgody właściciela praw."

Popey

zamieścił fotkę , 3456x4608 - 14 MB w kategorii seksowne i rysunkowe.

1 komentarz

 
  • Użytkownik KasiaWK

    Brawo Panie Kapitanie.

    5 godz. temu