Gdy tłumacz jest idiotą...

Głupota : Gdy tłumacz jest idiotą...

Co następne? Majorka, pułkownica, komandorzyca i admiralica? :matko:

MEM

zamieściła fotkę , 786x416 - 90 kB w kategorii głupota i napisy, reklamy. Tagi: #tłumacz #język #polski

4 komentarze

 
  • MrHyde

    Nie tłumacz idiota, tylko język się zmienia. A wy, konserwatywne ramole i ramolce, byście chcieli, żeby było po staremu?  :rotfl:

  • MEM

    @MrHyde "Nie tłumacz idiota, tylko język się zmienia."

    A diabła się tam zmienia... :p Język zmienia się wtedy, gdy te zmiany następują oddolnie, czyli gdy ludzie na co dzień korzystający z danego języka wprowadzają do niego słowa/zwroty/konstrukcję zdań, które potem łatwo się rozpowszechniają w całej populacji posługującej się tym językiem, a nie wtedy, gdy narzuca go z góry jakaś poprawność polityczna np. ministerialną decyzją szefowej Bundeswehry. I gdy język się zmienia z tej "oddolnej inicjatywy", to potem zbierają się językoznawcy i ewentualnie ustalają dane zmiany jako kolejną jego zasadę, żadna narzucona próba zmian zaś się nie uda, bo po prostu ludzie tak nie będą mówić i ta zmiana umrze śmiercią naturalną. I póki to się nie zmieni, to poprawnie jest – posługując się tym samym przykładem, co na fotce – "podporucznik", a nie "podporuczniczka"*. I tłumacz-profesjonalista powinien o tym wiedzieć i stosować reguły języka (i zwyczajny zdrowy rozsądek, bo po co komplikować sobie życie, skoro można wiernie przełożyć tekst), zamiast kierować się "tym, co mu się wydaje". Jeśli oryginał tekstu nie sugeruje z jakiegoś istotnego dla utworu powodu zastosowania takiej formy ani język, na który to jest tłumaczone, formalnie nie uznaje takiej formy, to nie ma powodu do wciskania jej na siłę, bo tylko skopałoby to tłumaczenie. Jest przy tłumaczeniach pewna swoboda – choćby dlatego, że często nie da się czegoś przetłumaczyć dosłownie, bo traciłoby to znaczenie, jakie zawierał oryginalny tekst – ale ma ona granice, których powinno się przestrzegać.

    *Choć takie słowo gdzieś w tekście, filmie itp. może się wyjątkowo pojawić i nie będzie to błąd. Ale tylko wtedy, gdy jego zadaniem jest nadanie pewnego kolorytu całości dzieła (czyli gdy np. dana postać użyje go w mowie potocznej, bo z jakiegoś tam własnego powodu akurat tak się wyrazi), a nie gdy jest to jakimś wprowadzonym sztucznym standardem (a tym bardziej wprowadzonym widzimisię tłumacza), że wszyscy w danym dziele za każdym razem posługują się taką formą.

    "A wy, konserwatywne ramole i ramolce, byście chcieli, żeby było po staremu?"

    Bo jak coś jest doskonałe, to po co to zmieniać? ;)

  • MrHyde

    @MEM "Język zmienia się wtedy, gdy te zmiany następują oddolnie"

    Oj, historii języków się chyba nie uczyłaś. :) Zmiany mogą być oddolne, odgórne i odboczne; skośne i na przełaj też. I skutki zostają na długo, albo nie zostają. Porównaj słynny ziemniak i zwis męski ;)

  • MrHyde

    @MEM "Bo jak coś jest doskonałe, to po co to zmieniać?"

    Doskonały jest tylko El, i tylko ono się nie zmienia ;)

  • MEM

    @MrHyde "Zmiany mogą być oddolne, odgórne i odboczne; skośne i na przełaj też. I skutki zostają na długo, albo nie zostają. Porównaj słynny ziemniak i zwis męski ;)"

    No nie bardzo... :) I "zwis męski" jest chyba właśnie przykładem tego, że próby odgórnie wprowadzanych zmian w języku się nie przyjmują (a przynajmniej nie przyjmują się w taki sposób, w jaki w zamyśle władzy miały się przyjąć). Nadal bowiem po dziś dzień większość używa jednak słowa "krawat", a ten zwis męski, jeśli w ogóle jest używany, to tylko w ramach rozmaitych żartów.

    Przy czym zmiany mogą być "oddolne, odgórne i odboczne", jeśli rozumieć przez tę "odgórność" np. to, że jakiś minister, prezydent, czy inny polityk, mniej lub bardziej zamierzenie, wprowadzi do języka coś nowego (typu "nie chcem, ale muszem" Wałęsy) i ludzie to podchwycą, zacznie to żyć własnym życiem, ale nie wtedy, gdy władza z urzędu, rozporządzeniem, nakazuje używać jakiegoś ustalonego słowa, a właśnie to ostatnie miałam na myśli w poprzednim komentarzu.

    "Doskonały jest tylko El, i tylko ono się nie zmienia ;)"

    Ciekawe co na to Alex. ;)

  • MrHyde

    @MEM "I "zwis męski" jest chyba właśnie przykładem tego, że próby odgórnie wprowadzanych zmian w języku się nie przyjmują"
    A ziemniak?

  • MrHyde

    @MEM "Ciekawe co na to Alex". Był taki jeden, napłodził króli, ze czterech, jeśli się nie mylę, ale już umarł i nie żyje. ;)

  • MEM

    @MrHyde "A ziemniak?"  

    Ale jakiego ziemniaka masz na myśli? Ziemniak w sensie: Kaczyńscy to kartofle, ziemniak w sensie: "Polska dla Polaków, ziemia dla ziemniaków", ziemniak w sensie: nie mówimy na ziemniaki kartofle, czy o jeszcze jakiegoś innego ziemniaka chodzi? :)  

    "Był taki jeden, napłodził króli, ze czterech, jeśli się nie mylę, ale już umarł i nie żyje. ;)"

    To chyba nie ten Alex. ;)

  • MrHyde

    @MEM o ziemniaka kartofla pyrę grulę. ;)
    Inny przykładzik zmiany wprowadzonej odgórnie to wymowa polskiego ł.
    No ale to i tak ma się nijak do twojego obrazka. Podporuczniczka jest skutkiem lub przejawem zmiany zachodzącej oddolnie. W gruncie rzeczy nawet nie zmiany, bo to słowo w pełni mieści się w normie i dzisiejszej i stuletniej dawności. Żeby było ciekawiej te tzw. feminitywa były bardziej frekwentowane tych umownych sto lat temu niż dzisiaj. Ale to szczegół. Dla dzieci komuny feminitywa brzmią obciachowo i z tym też trzeba żyć bez zbytniego nadęcia. ;)

  • MEM

    @MrHyde "o ziemniaka kartofla pyrę grulę. ;) "

    Nawet Miodek mówi na ziemniaki kartofle (gazetawroclawska. pl/rzecz-o-jezyku-o-wyzszosci-kartofla-nad-ziemniakiem/ar/387160 ), ;) więc jaka to odgórna zmiana.

    "Inny przykładzik zmiany wprowadzonej odgórnie to wymowa polskiego ł."

    Odgórnie? Przecież to samo ewoluowało w kierunku tej formy, jaka jest dzisiaj. Językoznawcy to tylko potem przyklepali, jako językową normę.

    A tym bardziej nie jest w żaden sposób odgórne, bo "ł" wymawiane tak jak współcześnie to robimy, było kiedyś używane wyłącznie przez chłopstwo. Ktokolwiek chciał choćby aspirować do wyższej warstwy społeczeństwa, wymawiał tzw. twarde "ł".

    "No ale to i tak ma się nijak do twojego obrazka. Podporuczniczka jest skutkiem lub przejawem zmiany zachodzącej oddolnie."  

    Nie jest (może poza próbami przeforsowania tego, przez jakieś "postępowe" grupki). Nawet wspomniana Bundeswehra, znaczy się, jej personel (czyli, było nie było, lud/społeczeństwo), się przed tym broni, pomimo właśnie odgórnego administracyjnego nakazu.  

    dw. com/pl/%C5%BCe%C5%84skie-stopnie-wojskowe-w-bundeswehrze-poruczniczki-i-genera%C5%82ki/a-54894835  

    Jest podobnie jak w przypadku tego, jak to unijna komisarz Dalli wraz ze swoimi urzędnikami publikowała listę słów i zwrotów, których nie powinno się używać (typu: "pan", "pani", "Boże Narodzenie" itp.), w zależności od wyznawanej ideologii, o czym kiedyś rozmawialiśmy. To nie idzie od dołu w sensie takim, że ludzie zaczynają tak mówić, staje się to elementem języka używanego przez wszystkich i potem wokół tego powstają normy językowe zatwierdzone przez specjalistów jako obowiązujący standard poprawności językowej. To tylko jakiś mniej lub bardziej głośny promil społeczeństwa mający dzięki swej głośności czasem dostęp do uszu władzy (albo czasem przez moment dzierżący jakąś władzę), próbuje zmusić resztę społeczeństwa do efektów swoich ideologicznych wymysłów. Czyli jest to działanie w praktyce oparte na takich samych mechanizmach, jak nawiedzone oszołomy w rodzaju Godek, lub inne "zera", przymuszają kaczora do np. zaostrzania prawa antyaborcyjnego, a nie żadne oddolnie zachodzące zmiany. No i masz – 90% społeczeństwa było przeciwne zaostrzeniu prawa do aborcji, a prawo i tak uchwalono i jest egzekwowane. I jak, na przykład, wbrew personelowi Bundeswehry ustawowo każą używać "Frau majorin" z zestawem kar za wyłamywanie się od tego, to jaka to będzie oddolność? A skoro tak, to nie jest zadaniem tłumacza jakieś wychodzenie przed szereg. On ma wręcz obowiązek tłumaczenia zgodnie z przyjętymi zasadami języka, a te – póki co – jeszcze zasad w tej kwestii nie zmieniły. I koło się zamyka. Prywatnie tłumacz może sobie mówić, jak mu się żywnie podoba, ale nie może sobie zawodowo działać wedle jakiejś swoistej "klauzuli sumienia", która np. każe mu w jego pracy te żeńskie formy używać.  

    "W gruncie rzeczy nawet nie zmiany, bo to słowo w pełni mieści się w normie i dzisiejszej i stuletniej dawności. Żeby było ciekawiej te tzw. feminitywa były bardziej frekwentowane tych umownych sto lat temu niż dzisiaj."  

    Co akurat jest przykładem oddolnych zmian. ;) Ludzie od tego odeszli, skutkiem tego powstały obecne normy, ale nikt ich nie zmusił do tego odejścia od nich ustawą, indeksem słów zakazanych, czy czymś w tym stylu. Gdyby nie chcieli, to stare zasady, w których formy żeńskie były częściej używane, po prostu by zostały. Nie da się niczego wykorzenić w języku (ani tym bardziej całego języka) wbrew "woli ludu".

  • MrHyde

    @MEM "Odgórnie? Przecież to samo ewoluowało w kierunku tej formy, jaka jest dzisiaj. Językoznawcy to tylko potem przyklepali, jako językową normę.

    A tym bardziej nie jest w żaden sposób odgórne, bo "ł" wymawiane tak jak współcześnie to robimy, było kiedyś używane wyłącznie przez chłopstwo. Ktokolwiek chciał choćby aspirować do wyższej warstwy społeczeństwa, wymawiał tzw. twarde "ł". "

    Może masz rację, choć z tego co wiem, to mędrcy językowi przyklepali nie ewolucyjną zmianę i wymowę chłopską, tylko zmianę granic. Do 1945 normą promowaną przez teatr, kino, radio i potem telewizję, no i szkołę oczywiście, była wersja ł dominująca na wschodzie, a po 1945 wersja zachodnia.  

    Co ciekawe ci sami mędrcy nie przyklepali chłopskiego mazurzenia, z tym skutkiem, że mazurzenie praktycznie zanikło. Taka ciekawostka. ;)  


    "Nawet wspomniana Bundeswehra, znaczy się, jej personel (czyli, było nie było, lud/społeczeństwo), się przed tym broni"
    Od Bundeswehry to bym oczekiwał, żeby się broniła (względnie przygotowywała do obrony) przed trochę ważniejszymi rzeczami niż genderowe pierdoły. ;)

  • MEM

    @MrHyde "Może masz rację, choć z tego co wiem, to mędrcy językowi przyklepali nie ewolucyjną zmianę i wymowę chłopską, tylko zmianę granic. Do 1945 normą promowaną przez teatr, kino, radio i potem telewizję, no i szkołę oczywiście, była wersja ł dominująca na wschodzie, a po 1945 wersja zachodnia.

    Co ciekawe ci sami mędrcy nie przyklepali chłopskiego mazurzenia, z tym skutkiem, że mazurzenie praktycznie zanikło. Taka ciekawostka. ;)"

    Akurat sama zmiana granic, jako taka, miała w tym wypadku niewiele do powiedzenia, bo granice zmieniono, ale jednocześnie łączyło się to z przesiedleniem ludności, która wraz z wszystkimi gratami przywiozła na Ziemie Odzyskane także swoją "wersję językową". ;) Gdyby nawet granice nie zostałyby zmienione, nadal byłaby potrzeba – może tylko trochę mniej pilna – wypracowania jakiegoś językowego standardu.  

    Norma uznawana za czystą polszczyznę faktycznie była promowana, tylko że to też chyba nie do końca wynikało z jakiegoś widzimisię władzy i przymusu ze strony władz do realizacji tego widzimisię przez społeczeństwo.

    Po pierwsze, pomijając regionalną gwarę liczącą setki lat, problem z językiem polskim sięga czasów przedwojennych (przynajmniej). Po odzyskaniu niepodległości w 1918 na terenie ówczesnej Polski spotkali się ludzie, których język przez kilka pokoleń był w ten czy inny sposób przez zaborców rugowany, a na dokładkę, swoje do ewolucji języka na danym obszarze dorzucało życie pod konkretnym zaborem. W efekcie przez te kilka pokoleń nikt nie zadbał o jakieś "standaryzowanie" języka polskiego. Niby wszyscy mówili po polsku, ale ten polski był dość różny. I prace nad jego standaryzacją, zwłaszcza w pisowni, toczyły się przez większość dwudziestolecia międzywojennego i pewnie w oparciu o to, jak na przestrzeni tych kilkunastu lat ten język używany przez społeczeństwo się powoli ujednolicał (A wcale łatwo nie było. Np. Mamert Stankiewicz w swojej książce "Z floty carskiej do polskiej" wspomina: "W pierwszych dniach września udałem się do Tczewa. Gdy po minięciu Torunia wjechałem na terytorium dawnego zaboru pruskiego, trudno mi było uwierzyć, że się znajduję jeszcze w Polsce. Kolejarze nosili uniformy typu pruskiego, wyglądali jak Niemcy i prawie nie umieli po polsku, a w każdym razie często rozmawiali w najczystszym dialekcie niemieckim.". W Poznaniu – choć tam już też gwara zanika – do dziś jest "bimba", "bana", "tej" i "dej", to co dopiero 100+ lat temu. I pewnie takie przykłady można mnożyć.). Dopiero bodaj w 1936 roku do jako takiego ładu ten język doprowadzono (zresztą, gdy próbowano już w 1918, to się to nie udało, bo narodowi się zmiany nie podobały, to się zbuntował i "odmówił współpracy" ) i powstała jego pierwsza w sumie standardowa wersja. I czy granice byłyby takie, czy inne (i po jednej wojnie i po drugiej), jakiś ład z tym i tak trzeba by było zrobić, choćby już tylko z tego powodu, że czegoś w szkołach trzeba było uczyć jako podstawy programowej i jakoś trzeba było się też między sobą zrozumiale komunikować. Ponownie rzecz jest więc oddolna (zarówno jeśli chodzi o to, że ten język na skutek zderzenia się wersji z różnych zaborów przyspieszyć musiał swoją ewolucję, jak i z tego, że "w dołach", w społeczeństwie, pojawiła się potrzeba jego standaryzacji), "góra", w postaci jakiejś "Rady Języka" czy ministerstwa edukacji, mogła już tylko odpowiedzieć na tę potrzebę, ogarnąć temat w konkretne reguły, i liczyć na to, że ta wersja reguł języka się spodoba.

    Po drugie, masę szkód w przypadku tego dawnego polskiego zrobiła II wojna światowa i okupacja, bo po prostu doprowadziły one do tego, że w ten czy inny sposób większość inteligencji albo zginęła, albo po wojnie musiała zostać za granicą. Zostały więc w powojennej Polsce przede wszystkim te najniższe warstwy społeczeństwa, no a one mówiły już po swojemu, z miękkim "ł". I chyba powojenni językoznawcy także i to musieli uwzględniać, gdy od nowa "standaryzowali" język polski.

  • MEM

    @MrHyde  

    Po trzecie, lata temu natknęłam się na Youtube na jakiś fragment wystąpienia Miodka, w którym powiedział, że najczystszą wersją polskiego (przynajmniej ówcześnie, gdy Miodek tej wypowiedzi udzielał) posługują się ludzie na Ziemiach Odzyskanych. Bo tam był tygiel. Przyjechali ludzie ze wszystkich regionów kraju, wraz ze "swoją" polszczyzną, no i po prostu sensowne było jakoś to uporządkować, tak żeby komunikacja między nimi była bezproblemowa. No więc ujednolicony język wprowadzono do szkół i w miarę możliwości do obiegu w środkach tzw. masowego przekazu, a ludzie też chyba sami z siebie na to przechodzili, by łatwiej było się dogadać między sąsiadami.  

    Jest w tym pewna "odgórność" w sensie takim, że władza wraz z językoznawcami postanowiła o stworzeniu standardu języka, a nie zostawiła problemu samemu sobie, ale ci, którzy ten standard tworzyli, czerpali z aktualnej wtedy mowy potocznej (np. właśnie tego, że większość wymawiających to "burżuazyjne"/"inteligenckie" ;) twarde "ł" albo nie żyła, albo mieszkała za granicą). Raczej nikt nie bronił wystąpienia komuś na scenie teatru, w filmie, czy w TV z powodu tego, że mówił z naleciałością z dowolnej gwary, jakiegoś nakazu, że należy mówić na ulicach tylko "czystym" polskim pod groźbą kar także nie było. No a co chyba najważniejsze, ludzie – przynajmniej większość z nich – bez większych problemów ten standardowy polski przyjęli i posługiwali się nim bez jakichś wielkich żali z powodu tych zmian. Wiem po moich dziadkach – pochodzących z gór w Małopolsce – oraz po ludziach z ich pokolenia, którzy żyli na Dolnym Śląsku, że pomimo pochodzenia, ta ich polszczyzna była już tą "czystą" – taką, jaką posługujemy się dzisiaj, i w ich przypadku to już było nabyte tu, na Ziemiach Odzyskanych. Co najwyżej czasem z tego przebijał się np. kresowy akcent. Nie było w społeczeństwie oporu przed tymi zmianami, to i nie było kłopotów z wprowadzeniem "standardowego" polskiego. W przypadku zaś takich pomysłów, jak wspomniane żeńskie odpowiedniki różnych słów, te opory są i to dość znaczne, a przede wszystkim ludzie posługujący się językiem na co dzień, nie przechodzą sami z siebie na tę nowe formy. I dlatego to się nie przyjmie.

    I prawdopodobnie podobnie jest z mazurzeniem. Większość ludzi z Prus Wschodnich uciekła przed Armią Czerwoną (albo sama, albo przymusowo z rozkazu władz niemieckich), do tego jeszcze część z nich wyjechała na Zachód po wojnie. Prusy zasiedlano podobnie jak Dolny Śląsk i Pomorze, przede wszystkim Polakami ze wschodu. I pojawiały się pewnie te same problemy – trzeba było jakoś ogarnąć zasady języka, żeby się wszyscy dogadali. Ale bazą był język, jakiego używano, nie powstała jakaś, dekretem narzucona i karami obwarowana, "nowomowa". Dlatego łatwo z tym poszło. A kolejne pokolenia powojenne już w ogóle nie miały z tym problemu, bo nie tylko w szkole, ale i w domu, w użyciu był już tylko ten "standardowy polski".  

    "Od Bundeswehry to bym oczekiwał, żeby się broniła (względnie przygotowywała do obrony) przed trochę ważniejszymi rzeczami niż genderowe pierdoły. ;)"

    Też racja. ;)  

    Bundeswehra to był po prostu jeden z aktualnych przykładów prób wprowadzenia takich zmian na siłę oraz tego, z jakim się to spotyka odzewem.

  • MrHyde

    @MEM "I prawdopodobnie podobnie jest z mazurzeniem. Większość ludzi z Prus Wschodnich uciekła"
    htt ps://pl.wikipedia. org/wiki/Mazurzenie
    Co ma piernik do wiatraka? ;) Ależ ty lubisz opowiadać, o czym nie masz pojęcia.  ;)

  • MEM

    @MrHyde "htt ps://pl.wikipedia. org/wiki/Mazurzenie
    Co ma piernik do wiatraka? ;) Ależ ty lubisz opowiadać, o czym nie masz pojęcia.  ;)"

    Ma to wspólnego, że wspomniałeś w komentarzu o zmianie granic i o mazurzeniu, więc idąc tym tropem, myślałam, że chodzi Ci właśnie o Prusy Wschodnie/Mazury. :)

    Zaś mazurzenie w innych częściach kraju było cały czas mniej więcej na terytorium Polski bez względu na zmiany granic po II wojnie. No i nie wszędzie przed i po II wojnie tak mówiono, więc już chyba ten wypracowany w 1936 roku standard języka polskiego "wprowadził bana" na mazurzenie. Zresztą linkowana przez Ciebie Wikipedia oraz jeden z linków w jej przypisach (dialektologia. uw. edu. pl/index.php?l1=leksykon&lid=628 ) podają, że mazurzenie uważano za gorsze i w związku z tym była w społeczeństwie tendencja do "odmazurzania się", która sięgała przynajmniej XVI wieku. Znów więc zmiany szły oddolnie, XX-wieczni językoznawcy (i ci przedwojenni i powojenni) przyklepali tylko to, co społeczeństwo samo z siebie uznało za poprawny język polski.

  • MrHyde

    @MEM niech będzie, jak chcesz. ;)

  • MEM

    @MrHyde "niech będzie, jak chcesz. ;)"

    Bo kiedyś się jeszcze zemścisz, tak? ;)

  • MrHyde

    @MEM Tak. Bo powiem, że autor źle napisał. Tak, że tłumacz musiał wszystko poprawić. ;)

  • MEM

    @MrHyde "Tak. Bo powiem, że autor źle napisał. Tak, że tłumacz musiał wszystko poprawić. ;)"  

    :lol2:
    Nigdy nie byłbyś w stanie tego udowodnić, bo w przeciwieństwie do polskiego, w angielskim końcówki słów w takich przypadkach się w ogóle nie zmieniają bez względu na rodzaj. ;) Przykładowe "lieutenant" będzie więc takie samo bez względu na to, do kogo się zwraca mówiący zdanie. Mało tego. Mając całkowicie wyrwane z kontekstu zdanie zawierające takie słowo, w większości przypadków nawet nie wiadomo jakiej płci jest odbiorca jego treści, podobnie jak nie wiadomo, czy rozmówcy są "na ty", czy na "pan/pani". A jak jeszcze do tego – postępowo ;) – dorzucimy gender, to już w ogóle czeski film. :)

    Poza tym tłumacz ma tłumaczyć zgodnie z oryginałem (nawet gdy w oryginale są błędy, bo przecież mogą być celowe), a nie wymyślać treść. :p  

    BTW. Niestety zdarzają się tacy, którzy wymyślają. I to dosłownie. Przypomniało mi się właśnie, że przez takie skopane tłumaczenie do dziś nie przeczytałam "Marsjanina", choć gdy wyszedł, to chciałam. Bo zanim zamierzałam go kupić, natknęłam się na recenzję jego polskiego przekładu (pierwszego, jaki w Polsce wyszedł, nie wiem, czy te błędy poprawiono w kolejnych, o ile w ogóle kolejne wydania były), którą zrobił inny tłumacz, dosłownie równając z ziemią tłumaczenie tej książki i jego autora. I zasłużenie, bo okazało się, że tłumacz-przygłup nie tylko popełnił całe sterty różnych błędów (przy których "sianie ziemniaków" to jeszcze drobiazg) na poziomie podstawówki, ale wręcz pisał sobie własną książkę – wycinał z tekstu i dopisywał do tekstu, co mu przyszło do głowy i mu pasowało. I wiesz, jak człowiek kupuje książkę, to w 99,99% przypadków nie porównuje jej treści z oryginałem i, pominąwszy jakieś rażące błędy, wydaje mu się, że treść ma taka być. No i trafia się taki "geniusz", który z tego korzysta, i sobie wesolutko tworzy, a wydawnictwa, zamiast mieć jakiś system zatrudniania kogoś, kto potrafi wykonać rzetelne tłumaczenie, mają klientów w dupie, ważne, że nakład się sprzedał, "ciemny lud" kupił, czasem nawet jeszcze pochwalił, i kogo to obchodzi, jaka faktycznie była zawartość dzieła. No i ta patologia sobie tak trwa od dekad. Błędy wszelakiego rodzaju, ingerencje w treść, nadawanie przekładowi polskiego tytułu niezgodnego z zawartością książki, bo się komuś tam w wydawnictwie wydawało, że poprawi tym wyniki sprzedaży, i tak dalej... Norma u nas. A tłumaczenie tego komiksu, które umieściłam na zdjęciu, jest tylko kolejnym tego przykładem. 30+ lat temu, gdy angielski i inne zachodnie języki były w Polsce rzadkością, a na fali zmian systemowych powstawały "firmy-krzaki" wydające na rynku różne koszmarki, to jeszcze dało się to zrozumieć, że się trafi czasem taka mina, ale nic się nie zmieniło do dziś.

  • MrHyde

    @MEM "Nigdy nie byłbyś w stanie tego udowodnić, bo w przeciwieństwie do polskiego, w angielskim końcówki słów w takich przypadkach się w ogóle nie zmieniają bez względu na rodzaj."  
    A jak jest w chińskim? Skąd wiesz, z jakiego języka będzie tłumaczyć Twój tłumacz, i że to będzie angielski? :D

  • MrHyde

    @MEM "że tłumacz-przygłup [...]  wręcz pisał sobie własną książkę"
    To nie wiesz, że tłumaczenie jest pracą twórczą? ;)

  • MEM

    @MrHyde "A jak jest w chińskim? Skąd wiesz, z jakiego języka będzie tłumaczyć Twój tłumacz, i że to będzie angielski? ;)"

    Elementarne, drogi Watsonie. ;) Bo rozmawialiśmy o tym konkretnym przypadku z umieszczonego zdjęcia. A oryginał tego komiksu musiał być po angielsku, bo stworzyli go Amerykanie i wydało go amerykańskie IDW na tamtejszy rynek i pod angielskim tytułem. Więc ten konkretny autor nie mógł źle napisać i ten konkretny tłumacz nie musiał poprawiać. :)

    A jak jest w chińskim, to nie mam bladego pojęcia. Pewnie jest "krzaczkami". ;)

    "To nie wiesz, że tłumaczenie jest pracą twórczą? ;)"

    Tłumaczenie jest pracą twórczą, ale nie polega na wymyślaniu nowej treści kompletnie nie mającej niczego wspólnego z oryginałem. :)
    _______
    Przy czym słuszność samej transkreacji bywa dość dyskusyjna i z tym przy tłumaczeniach to trzeba ostrożnie (zresztą akurat w książkach właściwie jest to niepotrzebne, bo tam jest dość miejsca na przypisy). Bo np. robi się ją po to, by treść zawierająca w oryginale odniesienia do rozmaitych rzeczy z danego kręgu kulturowego była zrozumiała dla odbiorcy z innego kręgu kulturowego. Tylko że w ten sposób to ten zagraniczny odbiorca nigdy nie pozna tych rzeczy należących do innej kultury i zamiast poszerzać horyzonty, robi się błędne koło.

  • MrHyde

    @MEM "Elementarne, drogi Watsonie. ;) Bo rozmawialiśmy o tym konkretnym przypadku z umieszczonego zdjęcia. A oryginał tego komiksu musiał być po angielsku, bo stworzyli go Amerykanie i wydało go amerykańskie IDW na tamtejszy rynek i pod angielskim tytułem."

    Skąd Watson ma to wszystko wiedzieć, Sherlocku? Informacji o oryginale nie ma przy załączonym rysunku. Watson nie jest bogiem. ;)

  • MrHyde

    @MEM "Przy czym słuszność samej transkreacji bywa dość dyskusyjna i z tym przy tłumaczeniach to trzeba ostrożnie"
    Przykładzik z Antyku: chrześcijanie z Arabii tłumaczyli swego czasu aktualną tam i wtedy wersję Biblii zsyriackiego i greki na lokalny język. Tak tłumaczyli, że z tłumaczenia wyszedł Koran. ;)

  • MEM

    @MrHyde "Skąd Watson ma to wszystko wiedzieć, Sherlocku? Informacji o oryginale nie ma przy załączonym rysunku."  

    Magiczne słowo na dziś, Watsonie: DEDUKCJA. ;)

    Ukośne brwi, spiczaste uszy, mundury z dresu, akcja dzieje się w przyszłości gdzieś "tam, gdzie nie dotarł żaden człowiek"..., co to może być? A skoro tak, to czyjej produkcji. :)

    Zresztą, gdzieś w komentarzach padł tytuł universum, z którego to jest wzięte.

    Ale faktycznie, nie podałam pod fotką tytułu dzieła, więc jego odgadnięcie było utrudnione.

    Anglojęzyczny tytuł to: "Star Trek: Voyager – Seven’s Reckoning", polski: "Star Trek: Voyager. Wyzwanie dla Siedem.". O czym komiks jest, nie mam pojęcia, znalazłam to przypadkiem, przeglądając niedawno stronę Empiku i natrafiając na to nieszczęsne tłumaczenie. No i się nie mogłam powstrzymać, żeby sobie nie ponarzekać.

    "Watson nie jest bogiem. ;)"

    A to ciekawe, bo całkiem niedawno się zarzekał, że w panteonie bóstw wszelakich jest "szefem wszystkich szefów". ;)

    "Przykładzik z Antyku: chrześcijanie z Arabii tłumaczyli swego czasu aktualną tam i wtedy wersję Biblii zsyriackiego i greki na lokalny język. Tak tłumaczyli, że z tłumaczenia wyszedł Koran. ;)"

    :lol2:

  • agnes1709

    :lol2:

  • MEM

    @agnes1709  

    ;)

  • ichtiolog

    Tłumacz za wszelką cenę chciał uniknąć posądzenia o seksizm. A wystarczyło napisać "podporucznik Wildman"...

  • MEM

    @ichtiolog "Tłumacz za wszelką cenę chciał uniknąć posądzenia o seksizm."

    Być może faktycznie nie zrobił tego z nieuctwa, ale te ewentualne posądzenia o seksizm były tylko w jego głowie, a skutek, czyli to nieszczęsne tłumaczenie, tak samo żałosny.

    "A wystarczyło napisać "podporucznik Wildman"..."

    Otóż to. :)

    Swoją drogą, problemy z tłumaczeniem tego typu rzeczy są chyba wieczne.  Na początku lat 90-tych, gdy w TVP pierwszy raz puszczono właśnie "Star Treka", tłumacz miał problem m. in. z tłumaczeniem stopni. Otóż wykombinował sobie, że przypisze do angielskich stopni polskie odpowiedniki z naszej Marynarki Wojennej. W myśl tego angielskie "captain" nie tłumaczył jako "kapitan", tylko jako "komandor". Przez co z kolei angielskie "commander" musiał tłumaczyć jako "kapitan", bo nic innego mu nie zostało. I to by było jeszcze pół biedy, gdyby nie to, że przez takie bezmyślne tłumaczenie tłumacz najwyraźniej zgłupiał, gdy w pewnym momencie przyszło przetłumaczyć całą resztę stopni będących poniżej stopnia "commander", i nie wiedział, jak z tego wybrnąć (ale oczywiście z podjętej decyzji co do tłumaczenia słów "captain" i "commander" się nie wycofał, bo gdzieżby tam ruszyć zwojami, przetłumaczyć porządnie i nie komplikować sobie życia), więc w swej "mundrości" wszystkie pozostałe przetłumaczył jako "podporucznik" i uznał, że załatwione, nie patrząc na to, że ludzie choć trochę znający język słyszą w swych telewizorach oryginalną ścieżkę dźwiękową i lektora tłumaczącego od rzeczy. No i minęło te 30+ lat, całe pokolenie, które w dodatku z językiem angielskim, a co ważniejsze w tym przypadku: z całą kulturą anglosaską, praktycznie stykało się przez te lata na co dzień (bo starsze pokolenia to jeszcze od biedy można jakoś zrozumieć), i kompletnie nic się w tej kwestii nie zmieniło. Jak tłumacze paprali tłumaczenia w takich przypadkach, tak wesolutko paprzą dalej... A szkoda, bo gdy dane słowo pojawia się z dużą częstotliwością, to psuje to przyjemność z czytania/oglądania, gdy wie się, że tłumaczenie jest błędne i bezmyślne.

  • TakiJeden

    Wtedy możliwe byłyby takie zwroty - "Posuwałem majorkę na Majorce" lub "Moja znajoma jest matką matki na okręcie".

  • MEM

    @TakiJeden "Wtedy możliwe byłyby takie zwroty - "Posuwałem majorkę na Majorce" lub "Moja znajoma jest matką matki na okręcie"."

    :lol2: