Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
Cycuś-Kinguś i Wielki Zły Wilk

źródło: Twórczość Własna
Mam na imię Kinga. Ale w całej wiosce nikt tak do mnie nie mówi. Wszyscy przezywają mnie „Cycuś-Kinguś”. Skąd ten przydomek? Mama twierdzi, że jako niemowlę byłam nieoderwalna od piersi. Wujek Drwal zawsze w tym miejscu niezrozumiale chrząkał i patrzył w sufit. Wujek ma chyba słabe drogi oddechowe...
Tak czy inaczej - Cycuś Kinguś. Bardzo mi miło.
Tamtego dnia szłam do babci. Żar lał się z nieba, a ja byłam potwornie zgrzana i zmęczona. Niosłam przed sobą mój ciasny, wiklinowy koszyczek. Był tak wypchany, że biała serwetka, z trudem spięta na samej górze, ledwo trzymała zawartość w ryzach. Spod opiętej falbanki bezwstydnie wręcz wylewały się dwie dorodne, puszyste, słodkie bułeczki, każda uwieńczona sterczącą, kandyzowaną wisienką na samym czubku.
Mama przed wyjściem surowo mnie pouczała: „Kinguś, pamiętaj, naciągaj serwetkę wysoko! Nie wolno ci rozmawiać z obcymi, a już na pewno nie pozwalaj, by ktoś zaglądał ci w koszyczek!”. Ale jak tu utrzymać serwetkę na miejscu, kiedy przy każdym kroku, na każdym wyboju leśnej ścieżki, moje bułeczki radośnie i ciężko podskakiwały?
Wtedy go usłyszałam.
- Dokąd to, maleńka? - Głos był niski, głęboki i wibrujący.
Zza grubego dębu wyszedł Wilk. Wysoki, barczysty, z drapieżnym, niezwykle pewnym siebie uśmiechem. Jego żółte oczy natychmiast opadły w dół, lądując dokładnie na moim koszyczku.
Zatrzymałam się, naiwnie mrugając rzęsami i poprawiając serwetkę.
- Mama mówiła, żebym nie rozmawiała z obcymi… - szepnęłam, głośno wzdychając. Moje ramiona uniosły się, a serwetka znów zdradziecko opadła, odsłaniając rumiane wypieki.
Wilk oblizał wargi powoli, z wyraźnym smakiem.
- Ależ ja nie jestem obcy, słoneczko. Jestem Pan Wilk. Tutejszym koneser… leśnego piękna. A ty wyglądasz na niezwykle apetyczną partię. - Zrobił krok w moją stronę, a jego wzrok dosłownie przewiercał moją koronkową serwetkę. - Matko naturo… Cóż to za wspaniałe, imponujące okazy. Takie krągłe. Takie pełne. I te wisienki… aż sterczą z nadmiaru słodyczy.
Zarumieniłam się mocno, krzyżując ramiona pod koszyczkiem.
- Proszę tam nie patrzeć! - pisnęłam, udając oburzenie. - Moje bułeczki nie są dla pana!
- Szkoda by było, żeby tak wspaniałe, jędrne ciasto opadło w tym upale - mruczał, podchodząc niebezpiecznie blisko. Jego oddech, gorący i ciężki, owiał moją szyję. - Przecież widzę, że ledwo dajesz radę. Nie ciąży ci ten koszyczek, Panienko?
- Ciąży… - przyznałam płaczliwie, wyginając plecy z wyczerpania. - Jestem taka strasznie zmęczona. Nogi mnie bolą, w brzuszku mi burczy i ledwo dyszę.
- Właśnie na taką wyglądasz. Na małą, zmęczoną dziewczynkę, która potrzebuje silnej łapy, żeby nią pokierowała - wilk uśmiechnął się cynicznie, przybierając ton nieznoszący sprzeciwu. - Wiesz co? Znam tu niedaleko taki bardzo ciemny, ustronny kącik. Gęste paprocie. Mięciutki mech. Nikt nam tam nie wejdzie.
Zaczęłam nerwowo skubać wstążkę przy koszyczku.
- Ale mama mówiła, że z nieznajomymi w krzaki się nie chodzi…
- A mama mówiła ci, co taki duży Wilk nosi ze sobą na zaspokojenie nagłego głodu? - Zrobił kolejny krok, niemal przyparł mnie do pnia. Jego aura była tak przytłaczająca, że straciłam resztki woli oporu. - Pójdziesz teraz za mną. Będziesz posłuszną, bardzo grzeczną dziewczynką, prawda? A w nagrodę za twoje posłuszeństwo… nakarmię cię. Dostaniesz coś na gorąco.
Spojrzałam na niego swoimi wielkimi, okrągłymi oczami. Moje usta same się rozchyliły.
- A… a co to będzie, panie Wilku?
- Kiełbasa, maleńka. - Jego głos zniżył się do chrapliwego szeptu. - Moja własna, domowa kiełbasa.
Zamrugałam z niedowierzaniem.
- Kiełbasa? Tutaj? W środku lasu?
- Och, tak. Zawsze mam ją przy sobie, tuż pod pasem. - Uśmiechnął się drapieżnie, przesuwając łapą po skórzanym rzemieniu na swoich biodrach. - Jest niesamowicie twarda. Gruba. Świetnie ubita. Prawdziwe, solidne mięsiwo, z żyłkami, idealnie uwędzone. W sam raz, by wziąć ją do buzi po tak męczącym spacerze.
Przełknęłam głośno ślinę. Czułam, że cała drżę z dziwnego, nieznanego mi dotąd gorąca.
- Ojej panie Wilku! Ale… czy ona mi się w ogóle zmieści? Jestem taka malutka… - szepnęłam.
Wilk zaśmiał się cicho i gardłowo.
- Będziesz musiała bardzo szeroko otworzyć buzię, to ci gwarantuję. Ale nie martw się, będę cię instruował. Wsunę ci ją powolutku. Posmakujesz, obliżesz, sprawdzisz, jak bardzo jest soczysta. I obiecuję ci… zjesz całą... do samego końca. Aż po ostatnią kropelkę.
Zatkało mnie. Jego ton był tak stanowczy i hipnotyzujący, że jakiekolwiek ostrzeżenia mamy wyparowały z mojej głowy. Poza tym - pomyślałam naiwnie - byłam naprawdę bardzo głodna, a kiełbasa to przecież doskonałe źródło białka.
- To… prowadź - szepnęłam ulegle.
Poszłam za nim. Las gęstniał z każdą chwilą, a cień stawał się niemal mrokiem. Wilk torował drogę, co chwila odwracając się i rzucając łapczywe spojrzenia na mój skaczący koszyczek z bułeczkami. Wreszcie zatrzymał się w miejscu otoczonym wysokimi, gęstymi paprociami.
- Klękaj - rzucił krótko, wskazując na miękki mech. - Będzie ci wygodniej ułożyć koszyczek.
Posłusznie opadłam na kolana, patrząc na niego z dołu.
- A teraz bądź dobrą dziewczynką - mruknął, stając tuż przede mną. Rozstawił szeroko nogi, a na jego pysku wykwitł uśmiech pełen triumfu. - Otwórz buzię i patrz. Czas na twój posiłek.
Usłyszałam wyraźny dźwięk rozpinanego rzemienia. Spojrzałam w górę z zapartym tchem, gdy Wilk powoli, z wyraźnym namaszczeniem, odchylił poły swojego odzienia.
- No, Maleńka - wychrypiał. - Zobacz, jaka dorodna…
I powoli zaczął ją wyciągać.
"Niniejszy rysunek wraz z postacią stanowią utwór chroniony przepisami ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Wszelkie prawa autorskie osobiste i majątkowe do powyższych elementów przysługują wyłącznie ich autorowi. Zabrania się jakiegokolwiek kopiowania, rozpowszechniania, przetwarzania lub wykorzystywania w całości lub w części bez uprzedniej, pisemnej zgody właściciela praw."
1 komentarz
Historyczka
Coś doskonałego... Wyobraziłam sobie jak nasuwam koronkowy materiał na bułeczki... a wkrótce potem zostaję zaciągnięta w zakątek wśród paproci...