Brytyjczyk chce odbudować "polskiego" Spitfire'a.

Brytyjczyk chce odbudować "polskiego" Spitfire'a.Podpułkownik Piotr Łaguna urodził się w 1905 roku w Kędziorowie niedaleko Łomży. Już w wieku niepełnych 15 lat wstąpił na ochotnika do wojska, by wziąć udział w wojnie z bolszewikami – przydzielono go do 233 pułku piechoty. Oficerską Szkołę Lotnictwa ukończył w połowie sierpnia 1927 roku jako obserwator i otrzymał przydział do 3 pułku lotniczego w Poznaniu. W marcu 1928 roku został skierowany ponownie do Dęblina na kurs pilotażu, a potem na kurs pilotażu myśliwskiego w 2 pułku lotniczym w Krakowie, po którym wrócił do Poznania. W kwietniu 1934 roku objął dowództwo 131 eskadry myśliwskiej 3 pułku lotniczego. W listopadzie został dowódcą 32 eskadry liniowej 3 pułku, na którym to stanowisku spędził niemal rok, po czym skierowano go na kurs do Wyższej Szkoły Lotniczej, po której ukończeniu, w czerwcu 1939 roku, otrzymał przydział do 1 pułku lotniczego w Warszawie, na stanowisko oficera nawigacyjnego w 215 dywizjonie bombowym. 31 sierpnia 1939 roku 215 dywizjon został przemianowany na XV dywizjon bombowy i wszedł w skład Brygady Bombowej. Z nim Łaguna wziął udział w kampanii wrześniowej.  

Po wojnie obronnej, przez Rumunię przedostał się do Francji. Tam został zastępcą dowódcy, a potem dowódcą sformowanej we Francji jednostki – 1/145 dywizjonu myśliwskiego "Warszawskiego", popularnie zwanego "Fińskim" z uwagi na to, że miał być on skierowany do Finlandii w ramach pomocy temu krajowi w wojnie z ZSRR. Z tego pomysłu nic jednak nie wyszło z powodu zawarcia przez Finlandię pokoju ze Związkiem Radzieckim zanim dywizjon osiągnął gotowość bojową. Jednostka wzięła więc udział dopiero w kampanii francuskiej w maju i czerwcu 1940 roku, a w trakcie tamtych walk Łaguna uzyskał swoje pierwsze i jedyne uznane zwycięstwo powietrzne – 10 czerwca 1940 roku zestrzeliwując Messerschmitta Bf-109.

Po upadku Francji, przez francuski port La Rochelle ewakuował się do Wielkiej Brytanii. Tam został dowódcą eskadry w 302 dywizjonie myśliwskim "Poznańskim". Wraz z nim wziął udział w Bitwie o Anglię. Po niej, w grudniu 1940 roku, został mianowany dowódcą tego dywizjonu. Od początku czerwca 1941 roku dowodził 1 Polskim Skrzydłem Myśliwskim. W jego skład wchodziły wtedy dywizjony: 303 "Kościuszkowski", 306 "Toruński", i 308 "Krakowski".

Choć bezwzględny w egzekwowaniu dyscypliny i z autorytetem, był znany ze swego poczucia humoru. Legenda głosi, że Łaguna był powszechnie lubiany tak bardzo, że w czasach swej służby w Warszawie nigdy nie musiał płacić za drinki w tamtejszych knajpach.

27 czerwca 1941 roku, skrzydło otrzymało rozkaz lotu nad Francję na wymiatanie* i ostrzeliwanie celów naziemnych w okolicach Le Touquet. W locie tym, wzięły udział dwa dywizjony, 303 i 308, a oprócz nich zabrali się na tę misję John Kent (były "RAF-owski" dowódca eskadry w 303 dywizjonie) i Piotr Łaguna, który leciał na jednej z maszyn 303 dywizjonu. Był to Supermarine Spitfire F Mk IIb o numerze P 8331, literach kodowych RF-M i nazwie "Sumatra". Lot ten został opisany, "na świeżo" po nim, przez "kronikarza" 303 dywizjonu myśliwskiego, Mirosława Fericia:

"27 czerwca 1941 r. pogoda była słoneczna, widzialność doskonała. Zarządzono lot nad Francją na wymiatanie i ostrzeliwanie niemieckich celów naziemnych w rejonie od Le Touquet do Gravelines na wysokości od 15 do 12 tys. stóp. Powrót trasą na Dover. Dywizjonowi towarzyszyła para Wing Commander Kent i Wing Commander Łaguna.

Z nad Le Touquet dywizjon wykonał wymiatanie czwórkami w kierunku na Gravelines, obniżając stopniowo wysokość aż do 4 tys. stóp. W czasie tego lotu piloci zauważyli 3 Messerschmitty Me-109 z prawej strony. Dowódca wysłał na nich jedną czwórkę. Messerschmitty, widząc zbliżające się nasze samoloty, uciekły w chmury. Reszta dywizjonu skręciła w lewą stronę i otrzymała silny ogień artylerii przeciwlotniczej. Po zebraniu dywizjonu dowódca wydał rozkaz zaatakowania z lotu koszącego niemieckiego lotniska, położonego w pobliżu Calais, miasta położonego w najwęższym przejściu Cieśniny Kaletańskiej. Podczas tego ataku został trafiony ogniem niemieckich działek przeciwlotniczych „Spitfire” mjr pil. Piotra Łaguny. Ppor. Drobiński widział, jak jego Spitfire uderzył w ziemię i zapalił się. Piloci ostrzelali z działek i karabinów maszynowych samoloty znajdujące się na lotnisku, a także stanowiska artylerii przeciwlotniczej, dispersal, prowizoryczne hangary i żołnierzy. Zostały zniszczone na pewno na ziemi 3 Messerschmitty Me-109, a 2 Me-109 prawdopodobnie. Z lotu nie powrócił Wing Commander Piotr Łaguna – dalszych wiadomości o nim brak."


Spitfire pilotowany przez Piotra Łagunę rozbił się w pobliżu francuskiej miejscowości Coquelles leżącej kilka kilometrów od Calais. Szczątki samolotu przeleżały tam, zagrzebane w ziemi, aż do 1986 roku. Łaguna zaś został pochowany na cmentarzu wojennym w Pihen-lès-Guînes.  

W 2016 roku, Scott Booth – były żołnierz Royal Marines Commandos – miał okazję odbyć lot jednym z niewielu samolotów Supermarine Spitfire, które jeszcze do lotów są zdolne. Gdy czekał na lotnisku na ten lot, zauważył nietypowy mebel – mały stolik, którego część stanowił silnik Rolls-Royce Griffon używany kiedyś m. in. do napędzania samolotów Spitfire. Pomysł na mebel tak bardzo się Boothowi spodobał, że zachciało mu się mieć taki na własność. W efekcie tej zachcianki, spędził dwa lata na poszukiwaniach podobnego silnika, który mógłby stanowić podstawę dla jego upragnionego stolika. I w końcu mu się to udało. Na eBay'u wystawiono na sprzedaż silnik stosowany w "Spitach", tyle, że nie był to Griffon, a wręcz legendarny Rolls-Royce Merlin.

Booth kupił silnik, a jako, że zachowały się na nim numery, nowy właściciel postanowił dowiedzieć się, jaka historia za tym silnikiem się kryje. Zaczęło się więc łażenie po archiwach i pasjonatach historii lotnictwa tamtego okresu. W poszukiwaniu wszelakich informacji związanych z samolotem, z którego motor pochodził, i z ludźmi, którzy byli z nim związani, Booth dotarł nawet do rodziny Piotra Łaguny, zamieszkującej w Australii**.

Okazało się, że ten konkretny silnik pochodził z samolotu typu Spitfire F Mk IIb (na świecie ostały się tylko dwa takie samoloty), a ostatnim pilotem, który nim leciał, był właśnie podpułkownik Łaguna. Zaś na skutek tego grzebania w historii, niemający o tego rodzaju sprawach większego pojęcia, były brytyjski komandos złapał tak dużego "fioła" na tym punkcie, że marzenia o stoliku na bazie silnika starego myśliwca poszły w kąt – Boothowi zamarzyło się odbudowanie od podstaw tego konkretnego samolotu, którego silnika stał się właścicielem.

Na skutek nowej pasji oraz chcąc zrealizować zamierzenie odbudowania Spitfire'a, w 2020 roku, Booth założył fundację "Laguna’s Spitfire Legacy", przy pomocy której ma nadzieję, na to, że cel uda się osiągnąć (oprócz wspomnianego silnika, udało się zdobyć też wszystkie zachowane części "Sumatry", co pozwala na wniosek do urzędu o uzyskanie zgody na ponowną rejestrację samolotu po jego odbudowie). Choć niemałym kosztem, bo szacunki mówią o 3 milionach funtów szterlingów (czyli około 16,4 mln zł) potrzebnych na zbudowanie takiego myśliwca "od zera". Ale Booth ma nadzieję, że do 2025 roku uda się to osiągnąć i samolot byłby zdolny do lotu na 85 rocznicę Bitwy o Anglię. Booth chce też przy pomocy tej maszyny zrobić coś jeszcze. Chce promować historię tamtego okresu oraz udziału w niej Polaków:

"Ostatnim pilotem tego samolotu był major Piotr Łaguna, stąd nazwa projektu, ale tak naprawdę używamy jego nazwiska, by opowiedzieć historię wszystkich 18 tys. członków Polskich Sił Powietrznych, tych niesamowitych pilotów, ale także mechaników i personelu naziemnego. Bez umiejętności wojskowych polskich pilotów myśliwców i bombowców bitwa o Wielką Brytanię mogła się zakończyć inaczej i wynik wojny mógł być inny. (...) Uważam, że historia tych polskich lotników powinna być opowiadana we współczesnej Wielkiej Brytanii. Dzięki temu Spitfire’owi możemy przedstawiać szerszą historię, inspirować młode pokolenie – mówię tu o dzieciach Polaków, którzy przybyli 15-20 lat temu – by byli dumni ze swoich przodków, z ich kultury, historii, mieli poczucie, że ona jest też częścią brytyjskiej historii. (...) Bo przede wszystkim chcemy dotrzeć do tych, którzy nie znają tej historii, a powinni ją znać."  

Scott Booth chciałby też, żeby odbudowany samolot pojawiał się w Polsce z tą samą "edukacyjną" misją:

"Byłoby wspaniale, gdyby Spitfire trafił do Polski, ale byłoby jeszcze lepiej, gdyby w Polsce polskim Spitfire’em latał polski pilot, a nie brytyjski. Jedynym celem dla mnie i dla mojego zespołu, całego tego projektu jest to, by przekazać z powrotem coś wartościowego światu, a w szczególności Polakom, by mieli poczucie, że nie zapomnieliśmy i zawsze będziemy pamiętać poświęcenie polskich lotników."

Rekonstrukcja samolotu ma się rozpocząć w przyszłym roku. Fundacji udało się uzyskać kilku sponsorów, z innymi prowadzone są na ten temat rozmowy.
  
Uzupełnienie
  
Nazwa samolotu – "Sumatra" – wzięła się od wyspy na Pacyfiku, która w ówczesnym czasie wchodziła w skład holenderskiej kolonii. Spitfire o numerze P 8331 był jednym ze 114 samolotów tego typu, które zostały ufundowane przez społeczność tzw. Holenderskich Indii Wschodnich (dzisiejsza Indonezja), zanim nastąpiła inwazja japońska na to terytorium. Wiele z nich otrzymało nazwy związane z tamtym regionem z czasów panowania holenderskiego.
__________
* Wymiatanie – operacja lotnicza polegająca na locie i patrolu na różnych wysokościach określonego terytorium nieprzyjaciela celem niszczenia wszystkich napotkanych samolotów przeciwnika.

** Tu, przy okazji, druga sprawa – przykład tępoty i bezduszności urzędniczej.
W przypadku wybuchu wojny z Niemcami, władze zamierzały ewakuować rodziny polskich oficerów na wschód kraju. I takie ewakuacje miały miejsce na początku wojny. Również w ten sposób ewakuowana została rodzina Piotra Łaguny (żona, dwoje małych dzieci – roczne i czteroletnie – i teść Łaguny). Lecz potem przyszedł 17 września i Armia Czerwona, która zajęła wschodnią część II RP. Rodzina Łaguny została przez radzieckie władze wywieziona na Syberię. Stamtąd wydostała się dopiero wraz z armią Andersa. O ich losie ppłk Łaguna dowiedział się dokładnie na miesiąc przed swoją śmiercią, czym podzielił się z pilotami 302 dywizjonu myśliwskiego, w chwili odejścia ze stanowiska dowódcy tej jednostki. Po wojnie, w 1947 roku, przebywająca w Indiach, Wanda Łaguna wraz z dziećmi osiedliła się na stałe w Australii. Od 2016 roku syn Piotra Łaguny, Jan (który w 2008 roku przyjechał do Polski, pierwszy raz od wywózki Łagunów na Syberię), stara się o przywrócenie mu polskiego obywatelstwa, by móc się w Polsce osiedlić wraz ze swoją rodziną. Jednakże konsul RP w Canberze, każe sobie "udowodnić", że Jan Łaguna  – syn bohatera narodowego, urodzony 20 sierpnia 1938 roku w Poznaniu –  jest Polakiem. I nie docierają do niego ani fakty na ten temat, ani poziom urzędniczego kretynizmu, jakim się wykazuje, odmawiając przywrócenia obywatelstwa. No cóż... Parafrazując innego pilota z tego samego co Łaguna okresu, pułkownika Pawlikowskiego: "Jeżeli urzędnik ma policzyć barany, to liczy nogi i dzieli na cztery."...

źródło: Internet i literatura

2 komentarze

 
  • MIKEL71

    Bardzo ciekawe

  • MEM

    @MIKEL71 "Bardzo ciekawe"

    :)

  • agnes1709

    Łapka ;)

  • MEM

    @agnes1709 "Łapka"

    Dzięki. :)