Wczorajszy sen...

Wychodzę na ulicę, dookoła widzę ponure miasto. Po ciemnych, oświetlonych na pomarańczowo ulicach snują się postacie. - Ludzie? - zastanawiam się - bardziej duchy.
Jedna postać jest znajoma, to on, mój przyjaciel. Podchodzę do niego chcąc spytać co się dzieje, ale wchodzę jakby w mydlaną bańkę. On mówi do mnie jakbyśmy rozmawiali już od dłuższego czasu... Co to takiego? Wspomnienie? Nie wiem. Nie wiem też gdzie jestem, ani dlaczego jestem akurat tutaj. Wiem tylko że idę za nim, snujemy się jak te duchy wzdłuż ulic, przechodząc obok starych bloków tworzących jakby niezniszczalną barierę, granicę tego świata. Nagle słyszę to, przeraźliwy pisk i jęk. Nie ludzi, tych duchów. W jednej chwili rozpieszchły się, szepcząc coś. Coś niezrozumiałego, coś czego nie mogłem uchwycić, jakiś bełkot.
-Wis... Si... Wwww....eeeec...wwww...
Co to takiego? Nie wiem, szukam odpowiedzi, szukam go. Nagle widzę, stoi parę metrów ode mnie. Nieruchomy, jakby przerażony, stoi i patrzy na bloki po drugiej stronie ulicy. Idę za jego spojrzeniem... Tam nie ma bloków... Rozeszły się jakby robiąc miejsce dla tajemniczej scenerii.  
-Drzewa. Skąd tutaj te olbrzymie drzewa? - wciąż nie wiem co tak na nich wpłynęło... Drzewa? Przyglądam się bardziej, zmieniając kąt, widzę... Wisielec. Wisielec na najniższym drzewie na tle pełni. Tajemnicza sceneria staje się upiorna, serce zamiera, a w około, ta mordercza cisza. Patrzę na przyjaciela, idzie w dal, woła mnie i pogania, a ja... Ja się budzę.  

Minęło parę godzin od pobudki. Wciąż nie wiem co to znaczy. Szukałem, pytałem. Ponoć oznacza to zmianę. Zerwanie ze starymi zwyczajami. Ale czy oznacza to uśmiech losu i naukę na przyszłość, bez konsekwencji... Czy konsekwencje i nadciagąjącą z nienacka karę za to co zrobiłem...

Dodaj komentarz