Kszyk - cz.2 (Mylny trop)

Detektyw i komisarz dotarli na miejsce, gdzie wyłowiono z rzeki ciało niedoszłego zabójcy. Był ubrany w czarny golf, spodnie tego samego koloru, a na głowie miał kominiarkę.
- Poszedł popływać w ubraniu? Dziwne.
- Podejrzewam, że ktoś wrzucił go do rzeki.
- No tak. Ściągnijcie mu kominiarkę, chcę poznać twarz tego złoczyńcy.
Funkcjonariusze posłusznie wykonali zadanie. Detektyw i komisarz jednocześnie westchnęli.
- To Chińczyk - stwierdził detektyw.
- To mój brat - rzekł komisarz. - Eee... Czemu tak na mnie patrzycie? Moja matka poślubiła czarnoskórego Muzułmanina, dlatego ja jestem biały.
- Zawsze przypominał mi pan Indianina.
- Nieważne. Dlaczego mój brat zaatakował tę biedną kobietę?
- Z jego pamiętnika wynika, że był notorycznym dewiantem seksualnym - powiedział skośnooki blondyn.
- To niczego nie wyjaśnia. Skąd niby miał młot?
- Kupił w sklepie "Wszystko za darmochę", w którym zresztą pracował. To też było w pamiętniku.
Detektyw zerknął przez ramię policjanta, który akurat zaprezentował znaleziony skoroszyt.
- Dziwne. Ostatni wpis jest wykonany innym długopisem, wyraźnie widać też zmieniony charakter pisma. Ktoś musiał to dodać później.
- Proszę nie komplikować - przerwał komisarz. - Jest tam coś o mnie?
- Tylko tyle: "Ten stary fiut wisi mi pieniądze".
- To nieprawda! Oddałem mu je pięć lat temu. Co prawda nie było go wtedy w domu, więc zostawiłem sąsiadowi, ale myślałem, że przekazał.
- Widocznie tego nie zrobił.
- Mniejsza o to. Coś znaleźliście? Jakieś tropy?
- Tylko kilka odcisków kopyt saren i łap lisów.
- Rzeczywiście niewiele. To co, kończymy sprawę?
- Nic jeszcze nie zrobiliśmy.
- No tak, szukajcie więc dalej, a ja pójdę coś zjeść.
Komisarz udał się w kierunku pełnych kleszczy krzaków. Ukrył się za nimi, ale po chwili wybiegł z przestrachem. Za nim kroczył wysoki czarnoskóry policjant.
- Dlaczego obsikał mi pan spodnie? - rzucił z wyrzutem.
- Przepraszam, myślałem, że jest pan drzewem.
- Nie jestem.
- Następnym razem będę pamiętał. Co tam z naszym śledztwem?
- Stanęło i się nie rusza.
- Zupełnie jak mój chomik. Kupiłem go żonie, ale zapominała dawać mu jeść.
- Może dlatego, że nie ma pan żony.
- Kompletnie o tym zapomniałem. Tak to jest pracować z wariatami.
- Chyba nie mówi pan o mnie - oburzył się detektyw.
- Nie, o całej reszcie.
- Ale chyba beze mnie? - wtrącił skośnooki blondyn.
- Ani o mnie? - zapytał gdzieś wysoko ponad nimi czarnoskóry policjant.
- Oczywiście, że nie. Kogo dzisiaj nie ma?
- Gilberta.
- Tak, mówiłem o Gilbercie. To on jest wariatem.
- Oj, trzeba mu za to obciąć pensję.
- Tak, nie można tego tolerować. Chyba muszę go wylać. Który to?
- Ten skośnooki Chińczyk.
- Połowa mojego komisariatu to skośnookie Chińczyki.
- To i tak lepiej, niż w sąsiednim mieście. Tam tylko pies policyjny nie jest Arabem.
- O, to może ich pan wszystkich wylać - zasugerował wysoki Afroamerykanin.
- Zgadza się, wyrzucam wszystkich. Nie ma głupiego usprawiedliwiania się, będę nieugięty.
- To niesprawiedliwe. Jestem tylko w połowie Chińczykiem, od pasa w górę - żalił się skośnooki blondyn.
- A ja? Mam robotę do wykonania - powiedział ktoś inny.
- Dobra, dość. Możecie zostać. Kogo dzisiaj nie ma?
- Już mówiłem, że Gilberta.
- To wyrzucę tylko jego. Jestem taki skołowany. Kontynuujmy śledztwo.
- Co mam robić? - zapytał wysoki policjant.
- A co pan dotąd robił?
- Nic.
- To niech pan kontynuuje. A ja z resztą postaramy się złapać zabójcę.
- Przecież mieliśmy iść do domu. Już zamówiłem pizzę.
- A ja prostytutkę na noc. I co z tego?
- Do wieczora jeszcze kilka godzin.
- Mniejsza z tym. Kurczę, nie tak łatwo dopaść tego zabójcę. Powinien kręcić się niedaleko miejsca zbrodni.
- Chciałem zgłosić, że jakiś podejrzany typ kręcił się tutaj, gdy przyjechaliśmy - zameldował jeden z funkcjonariuszy.
- I gdzie teraz jest?
- Złożył zeznanie i wypuściliśmy go.
- Co powiedział?
- Cytuję:" Cha, cha, cha. Jestem zabójcą, nie złapiecie mnie". O rety, jak to teraz czytam...
- Wypuściłeś groźnego psychola. Pamiętasz chociaż jak wyglądał?
- Miał na twarzy kominiarkę.
- I cię to nie zdziwiło?
- Było zimno. Sam ubrałem się w futro z norek.
- Chwileczkę - wtrącił detektyw. - Ten facet, którego znaleźliśmy miał na twarzy kominiarkę, więc idziemy w złym kierunku. Nie szukamy go, bo już znaleźliśmy.
- W takim razie kogo?
- Tego drugiego zabójcy.
Nagle rozległ się wystrzał i krzyk. Wszyscy rzucili to co mieli w rękach i pobiegli zobaczyć, co się stało.

304 czyt.
100%4
fanthomas

opublikował opowiadanie w kategorii śmieszne, użył 872 słów i 4724 znaków ·

Dodaj komentarz