Materiał znajduje się w poczekalni. Prosimy o łapkę i komentarz.

Szerszeń w ulu, część 3

–  Tak.
Podniosła się, bo leżała na ławce a głowę musiała mieć na jego kolanach.
Patrzyła na niego. Czuła się całkowicie bezpieczna.
–  Chcesz powiedzieć, że byłeś w tym meteorycie?
Uśmiechnął się miło.
–  Tym przyleciałem.
–  Jesteś kosmonautą? Nie widziałam informacji o żadnym lądowaniu w sobotę? Szukałam informacji, bo od tego momentu kiedy zobaczyła obiekt, czułam się dziwnie i chciałam wiedzieć. 
–  Wybacz, to tak działa. Chcesz, to pokaże ci mój statek.
–  Muszę być w domu o drugiej. –  odpowiadała, ale jakby to wszystko do niej nie docierało.
–  Dopiero jest piętnaście po dwunastej – odrzekł spokojnie Karl.
Dziewczyna rzuciła okiem na komórkę.
–  Masz dobre poczucie czasu. O ile pamiętam, to spadło dobrych parędziesiąt mil stąd. Masz łódkę, czym przypłynąłeś potem do brzegu? Mówisz mi wszystko. Nie obawiasz się, że komuś powiem?
–  A powiesz?
–  To zależy czy będziesz chciał tego. –  odrzekła szczerze.
–  Nie jest to bardzo istotne, ale ci powiem. Zrobisz, jak uważasz. Ufasz mi?
–  Wiem, że nie powinnam, ale tak. Rozumiem, że nie jesteś z Ziemi.
Samantha nagle sobie to uświadomiła. Kiedy była mała, oglądała film o stworze z dużą głową, o imieniu ET (Iti). Sama nigdy nie wierzyła w żadne UFO i tym podobne sprawy. Rozmawiała z człowiekiem, przynajmniej istotą wyglądającą jak człowiek. Fakt, który sprawił, że zemdlała okazał się prosty. Karl wiedział o jej rozmowie z koleżanką. Oczywiście istniało logiczne tego wytłumaczenie. Całą rozmowę opowiedziała Peggy i ta mogła opowiedzieć ją mężczyźnie, podającym się za Karla. Tylko czemu by miała to robić? Gdyby mężczyzna widział wcześniej Samanthę i by mu się spodobała mógłby wybrać prostszą drogę, niż ta cała inscenizacja.
Mężczyzna się uśmiechnął.  
–  Ciało jest jak najbardziej z Ziemi – klepnął się w klatkę piersiową.
–  Jak mam to rozumieć?
–  Postaraj się na razie nie próbować. Ty mi ufasz i ja ufam tobie. Wrócisz o drugiej do domu. Chcesz zobaczyć mój pojazd czy nie?
–  Czy to dla mnie bezpieczne?
–  Jesteś ze mną bardzo bezpieczna, to mogę ci przysiąc. Mógłbym powiedzieć, że w tej chwili jesteś najbardziej bezpieczną osobą na Ziemi. Powiem ci o moich spostrzeżeniach. Macie ciekawe zwyczaje. Często przysięgacie i potem to łamiecie. Ja tak nigdy nie zrobię. Nie wszystko jeszcze dokładnie rozumiem odnośnie waszej rasy.
Dziewczyna patrzyła na mężczyznę. Podobał się jej i czuła się z nim dobrze.  
–  Dobrze, chcę zobaczyć.
–  Znajdziemy się w przezroczystej bańce. Potem przeniesiemy się do statku. Mówię ci to, żebyś się nie bała, a twoja świadomość, żeby ten fakt przyjęła, dobrze?
–  Dobrze.
–  Mogę podejść do ciebie bliżej?
–  Możesz.
Mężczyzna podszedł na odległość trzydziestu centymetrów i po chwili zobaczyła, że otacza ich jakby mydlana bańka. Potem jej ściany zrobiły się białe, a następnie znalazła się w jego statku. Od razu poczuła, że dla niej zrobił stymulację, bowiem siedzieli na kanapie w ładnym salonie.
–  To jest prawdziwe? –  zapytała.
–  Jak najbardziej. Wiesz, gdzie jesteśmy?
–  Nie mam pojęcia.
–  Trzydzieści sześć kilometrów od brzegu, na dnie oceanu. Kilka kilometrów pod wodą.
Karl nawet nie uniósł dłoni i nie wykonał żadnego ruchu. Ściany salonu zrobiły się przezroczyste, a następnie silne światło oświetliło dno oceanu.  
–  Jeżeli zechcesz, pozwiedzamy kiedyś miejsca, które byłoby ci trudno zobaczyć. Dna oceanów, środki wulkanów, czy nawet amazońską dżunglę. Pokażę ci statek od strony... technicznej. Przypuszczam, że niewiele to da, ponieważ jestem z innego wymiaru. Jednak pokażę ci, natomiast moje prawdziwe ciało poznasz kiedy zechcesz być ze mną. Trochę bardziej niż Peggy chce być ze Scottem.
–  Rozumiem. Kiedyś widziałam Oceanię, to taki rejon wysp. Nazywa się to Polinezją. Tam chciałbym się znaleźć. Jest wykrywalny? To znaczy twój statek?
–  Nie przez waszą technologię.
–  Wiem, że pytałam, ale to dla mnie ważne. Masz ludzkie ciało, ale nie jesteś człowiekiem?
–  Przyjąłem to ciało dla ciebie. Za wzór wziąłem ciało pilota, podpułkownika Gerarda Saltwatera z lotniskowca SS Hennessy. Ciało, które posiadam, jest ulepszone i nieco inne. Moje oryginalne ciało jest całkowicie różne od waszego.
–  To znaczy?
–  Znasz się na wymiarach przestrzeni?
–  Nie za bardzo. Z tego co wiem mamy trzy.
–  Tak ogólnie można powiedzieć. Ja jestem w innym. Nawet gdybym ci się pokazał, niewiele by to pomogło. Na razie zaakceptuj to ciało, dobrze?
–  Dobrze. Nie wiem, czy wiesz, ale wybrałeś mój typ. Podobają mi się bruneci, ale pewnie to wiedziałeś, chociaż nie wiem jak. Mam pytanie.
–  Zadaj je, ale najpierw pokaże ci kajutę, lub kabinę dowodzenia, tak to nazywacie.
Wziął ją za rękę i stymulacja zniknęła. Zobaczyła coś, co w żaden sposób nie potrafiła określić. Najbardziej bliskie określenie to gra barw. Pewnie i to zrobił dla niej, bo kolory miały pastelowe odcienie.
–  Nie za bardzo pojmuję.
– Wiem. Powróćmy do stymulacji, tak będzie łatwiej dla ciebie.
Ponownie znaleźli się w pokoju. Szatynka odczuła, że jej serce się uspokaja. Uświadomiła sobie zapach. Jak znad oceanu, ale o wiele bardziej intensywny, świeży, do tego stopnia, że aż chciało się oddychać.
–  Czuję, że wiesz, o co chce zapytać. –  zaczęła.
–  To nie jest trudne do odgadnięcia. Odpowiedź cię nie zadowoli, ale staram się być z tobą szczery. Miałem złe zamiary, ale zmieniłem zdanie.
–  Z mojego powodu? –  Samatha poczuła się dziwnie, ale miło.
–  Można tak powiedzieć. Jesteście bardzo dziwni. Krańcowi. Spotkałem już wiele światów, ale nigdy takiego. Niszczycie swoją planetę. Krańcowi to najlepsze, co mi przychodzi do głowy, bo też ją posiadam.
–  Powiedziałeś, że przybyłeś w złych zamiarach, ale zmieniłeś zdanie. Jesteś sam?
–  Jesteś mądrą osóbką. Moi kompani, nazwałbym ich braćmi i siostrami, ale to nie jest dobre określenie, są daleko stąd. Podobne istoty jak ja czekają za granicami układu słonecznego. Wy to nazywacie pasmem Ortona. Odebraliśmy wybuch bomby atomowej w waszym 1945 roku. Potem tych wybuchów było tysiące. Jesteście szaleni. Kompletnie szaleni.
–  Nie wiem, czy rozumiesz, ale ludzie nie zawsze chcą tego co robią rządy.
–  Trochę pojąłem te struktury. My mamy wszyscy jedno zdanie. Moja rasa szuka początku. Nie wiemy, skąd jesteśmy. Szukamy stwórcy.
–  My też.
–  To też odkryłem.
Według waszych określeń jestem zwiadowcą. Co wiesz o szerszeniach?
–  To bardzo agresywne insekty.
–  To prawda. Czasem wysyłają zwiadowcę do ula pszczół. Jeżeli pszczoły go wypuszczą, szerszenie wracają z setką i zabijają dziesiątki tysiące pszczół. Zagarniają wszystko, co potrzebują i odchodzą. W naszym przypadku nie macie żadnych szans. Zniszczyliśmy już setki cywilizacji o mocy tysiące razy większej niż wasza broń. Nie wystrasz się i nie denerwuj, ale waszą Ziemię mógłbym pokonać sam w ciągu piętnastu minut. Gdybym zrobił to szybciej, wyzwolone energie zniszczyłyby wszystko.
–  Dlaczego to robiliście?
–  Dlaczego kot zabija myszy? Nie obawiaj się, mówiłem ci, że zmieniłem zdanie.
–  Co będzie jeżeli twoi kompani będą mieli nadal takie zdanie, jakie miałeś pierwotnie?
–  Z pewnością je mają. W momencie kiedy zmieniłem zdanie, stałem się zdrajcą mojej rasy, tak wy to nazywacie. Zastanawiam się jak to zrobić. Masz jakieś pytania lub chcesz, bym coś dla ciebie zrobił?
–  Dla mnie? Nie chciałabym, byś zniszczył Ziemię. Ludzie są krańcowi, masz rację. Jest dużo złych, ale więcej dobrych. Prawda jest taka, że ci źli mają władze i siłę. Sądzę, że dobrzy nie potrafiliby rządzić. Czyli jest problem.
–  Tak, dostrzegłem to. Nie masz żadnych pytań ani pragnień?
–  Nie mam dużo czasu. Pamiętasz?
–  Mamy jeszcze kilka minut. Chcesz jeszcze mnie zobaczyć?
–  Masz ograniczone możliwości? –  Samantha zapytała i zastanawiała się, jak bardzo Karl ją zrozumie.
–  Chcesz wiedzieć, czy mogę sprawić, byś była wypoczęta bez snu?
–  Bo to jest jedyny czas kiedy będę dla ciebie go miała, a nie narazi mnie to na kłopoty. Wiesz, że mam rodziców i muszę ich słuchać?
–  Wiem. Dobrze. W takim razie zabiorę cię po dziesiątej trzydzieści.
–  A co...?
–  Nie kłopocz się tym. Zostawię w łóżku twoją kopię. W razie gdyby rodzice przyszli do twojego pokoju, wrócisz natychmiast.
–  Wiesz tyle o mnie, czyli pewnie jesteś świadomy, że jutro mam zbierać owoce w sadzie.
–  Frank potrzebuje więcej ludzi. Moglibyśmy razem popracować. Co ty na to?
–  Byłoby miło. Tylko nie o wszystkim będziemy mogli rozmawiać.
–  Nie kłopocz się tym. Dam radę.
–  Możesz mnie zabrać z powrotem?
–  Dobrze. Jesteś miłą osoba Samantho. Świat powinien być ci wdzięczny.
–  Być może.
Po chwili powrócili podobnie, jak udali się w tamtą stronę. Karl uśmiechnął się i zniknął. Samantha szła i rozmyślała. Oczywiście jej organizm zareagował, jak sądziła. Uznał, że to jej się wydawało. Co prawda wszystko pozostawało zbyt realne. Najbardziej? Jego zapach, nie wygląd. Wiedziała, że nie może o tym powiedzieć nikomu, ale obawiała się, czy niechcący się nie wygada.  
–  Jestem już – powiedział kiedy weszła do domu.
–  Zaraz będzie obiad, kochanie –  odrzekła mama.
–  Pomóc.
–  Jasne.
Po chwili dziewczyna zaczęła ustawiać talerze, łyżki i widelce. Obiad był smaczny.  
–  Czy plany się nie zmieniły? –  zapytała.
–  Nie. Jest ładna pogoda. Pójdziemy nad ocean?
–  Jasne. Wiecie, że bardzo lubię być nad wodą.
Za pół godziny już spacerowali razem. Dochodziła piąta. Samantha pomyślała, że to cudownie mieć kochających rodziców. Lecz zaraz pomyślała o Karlu. Chciała, by stał się jej rodziną? Tak, chciałby i to bardzo. W tej samej sekundzie kiedy to pomyślała, zobaczyła go idącego w ich kierunku. Podbiegła, wyprzedzając tatę i mamę.
–  Hej. Jak wiedziałeś, że ja...
–  Każdy ma jakieś zdolności. Przedstawisz mnie rodzicom?
Oni właśnie doszli do miejsca, gdzie uszczęśliwiona Samantha patrzyła w Karla jak w obraz.
–  Mamusiu i tatusiu, to jest Karl. To mój... chłopak.
–  Karl Hornet – mężczyzna wyciągnął dłoń w kierunku mamy Samanthy.
–  Adelajda Carter – przedstawiła się mama.
–  John Carter – ojciec dziewczyny podał mu również dłoń.
–  Dawno się znacie? – zapytała mama.
–  Tak już trochę – odrzekła
–  Od soboty wieczór. – odrzekł Karl.
–  Nie jest pan w jej wieku – zagadnął ojciec.
–  To ciało ma dwadzieścia jeden godzin, zbudowane na wzór ciała podpułkownika Gerarda Saltwater a on ma trzydzieści jeden lat – odrzekł.
–  To jakieś żarty? –  zapytał John, lekko zdenerwowany.
–  Oczywiście. Nie wiem jak mam dokładniej określić. Ciało jest zbudowane z atomów, wciąż się zmienia. Tak naprawdę wszyscy mamy tyle samo lat.
–  Chciałbym mieć trzydzieści jeden – uśmiechnęła się Adelajda.
–  Czy twoja mama mówi poważnie? –  zapytał Karl, Samanthy.
–  Nie rób tego, będą kłopoty. –  odrzekła wystraszona.
–  Wiem, że żartuje. Moje poznanie waszej rasy jest już kompletne.
–  Samantho, można na chwilę? –  ojciec delikatnie odciągnął córkę na bok.
Spojrzał na Karla, potem na żonę i zapytał ciszej.
–  Kim jest ten gość? On jest normalny?
–  Jest szczery. Chcę z nim być i on chce być ze mną. Jeszcze o tym nie rozmawialiśmy, ale go czuję.
–  Masz siedemnaście lat, za wcześnie na poważne związki.
–  To moja decyzja. Karl nie jest z Ziemi.
Nagle z dwóch stron uliczki wjechały czarne Hammery H1. Zatrzymały się w odległości trzech metrów od czwórki. Żołnierze wyglądający na ekipę S.W.A.T wyskoczyli z karabinami i ich otoczyli.
–  Nie bójcie się, zaplanowałem to. –  odrzekł mężczyzna. –  w sumie mógłbym zbierać z tobą jabłka w sadzie Franka, ale planeta i ludzie aż błagają o pomoc, więc czemu to oddalać?
Po chwili Karl już w kajdankach został załadowany do jednego z wozów. Rodzina Carterów stała zdenerwowana w otoczeniu czterech uzbrojonych żołnierzy. Podjechało czarne Tahoe i wyszedł z niego mężczyzna w czarnym garniturze, białej koszuli i oczywiście miał ciemne okulary przeciwsłoneczne.  
–  Starszy agent Merrick, pojedziecie ze mną.
John i Adelajda byli zdenerwowani, Samantha wcale. Czuła cieniutką bańkę wkoło siebie i dostrzegła podobne otaczające rodziców.
–  Dlaczego jesteśmy zatrzymani? – zapytał ojciec dziewczyny.
–  Sprawy bezpieczeństwa narodowego.
–  Możemy wiedzieć, gdzie nas wieziecie?
–  Polecimy na SS Hennessy, a potem do Pentagonu.
–  To ponad cztery tysiące kilometrów. –  odrzekł John.
–  Jak na sprzedawcę butów nieźle się pan orientuje. Polecimy szybkim samolotem. Czy ten obiekt jest niebezpieczy –  Merrick zwrócił się do Samanthy.
–  Dla mnie, nie. To nie jest obiekt, tylko Karl, mój Karl, agencie Merrick
–  Wyjaśnimy wszystko na miejscu. Mam za zadanie dowieźć was do Alglinton, stan Virginia
–  Córeczko, o co tu chodzi? W co się wmieszałaś? –  mama była bardzo zdenerwowana
–  Karl, możesz ich uspokoić. Zrób to, proszę. –  szepnęła w powietrze.
Spojrzała na mamę. Jej twarz się uspokoiła, podobnie jak i jej ojca. Na szczęście Merrick rozmawiał, pewnie z przełożonym i niczego nie zauważył.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii science fiction, użył 2309 słów i 13731 znaków.

1 komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • dreamer1897

    Kosmita z ciałem Ziemianina? Ktoś tu komuś ukradł wizerunek. Karl zmienił cel, ale z jakiego powodu? Karl dosyć nieźle wypadł przed rodzicami Samanthy, ale skończył zaobrączkowany przez S.W.A.T.

  • AlexAthame

    @dreamer1897 To byl jego plan.Mogl zbierac z nią jabłka  ale postanowił przyspieszyć, bo wyczuł ze Samantha tego chce by byli razem.