Reguła zabijania cz 2

Nasz bohater opuszcza ośrodek i zostaje oddany pod opiekę Ottona Baxtera. Po dwudziestu latach nauki i szlifwania swojego taletnu, widzimy go właśnie w trakcie podpisywania swojego siedemdziesiatego kontraktu i tu poznaje Clarę Wilkinson i odczuwa, że jest to kobieta z którą chciałby spędzić ten wieczór, a może i całe życie...  
                                                                    *
Po zakończeniu rozmowy pan Russell poszedł ze mną do dużej sali, gdzie przebywały inne dzieci. Bawiłem się ze wszystkimi, ale lubiłem najbardziej numer Dwadzieścia siedem i numer Trzy.

Dwadzieścia siedem był chłopcem o włosach jak pan Russell, a numer Trzy była dziewczynką o ciemnych, lekko falujących lokach, nieco jaśniejszych niż moje. Lubiła malować. Dwadzieścia siedem lubił układać klocki i miał smykałkę do majsterkowania.

Wieczorem jadłem z panem Russellem kolację. Do posiłku założono mi niebieski kombinezon, bo do tej poru miałem szary, jak inne dzieci. Ponieważ rozmawialiśmy dłużej, dlatego tego wieczoru myłem się sam, bo zwykle dane grupy wiekowe, myły się razem. Oczywiście chłopcy osobno i dziewczynki osobno. Mieliśmy osobne kabiny, chociaż istniała duża sala z prysznicami na większą ilość osób. Zasnąłem w dużej sali razem z innymi dziećmi. Pomyślałem o mamie. Szkoda, że jej nie znałem dłużej.

Rano obudził nas delikatny dźwięk. To zmieniano regularnie, czasem budził nas świergot ptaków, których nigdy nie wiedziałem, ale wiedziałem, że istnieją lub szum morza, o którym wiedziałem, że istnieje, ale również oglądałem je tylko na filmie. Myliśmy zęby i każdy z nas robi poranną toaletę. Zjedliśmy śniadanie razem jak co dnia. Wkrótce po posiłku przyjechało dwóch panów, całkiem inaczej ubranych niż Cox czy Russell, ich ubrania bardziej przypominało ubiór tego pana, który został zabity na filmie.

Pan Russell rozmawiał z nimi krótko, stał daleko, ale słyszałem, że mają być dla mnie mili i żeby pozdrowili od niego pana Baxtera. Wiedziałem, że zaraz pojadę z nimi i chciałem pożegnać się z numerem Trzy i Dwadzieścia sześć. Zdążyłem tylko z numerem Trzy.

—  Jadę. Lubie cię, Trzy.

—  Ja ciebie też, Siedemdziesiąt trzy — rzekła brunetka.

Zdołałem tylko spojrzeć na Dwadzieścia sześć, uśmiechnął się na pożegnanie.

—  Chłopcze, pojedziesz z nami. —  rzekł jeden z panów.

—  Poznam pana Baxtera?

Popatrzyli po sobie.

—  Być może. Idziemy.

Szedłem za nimi. Wyszliśmy na dwór. Nie słyszałem ptaków, tylko szum wiatru i daleko jakieś maszyny. Czułem miły zapach lasu. Znajdował się około pięciu kilometrów od ośrodka, bo tam raz pojechaliśmy, ale las obserwowaliśmy tylko z autobusu. Wsiadłem z nimi do czarnego samochodu i ruszyliśmy. Minęliśmy trzy bramy znajdujące się w trzech betonowych murach o wysokości sali, gdzie zwykle robiliśmy różne rzeczy. Po jakimś czasie dojechaliśmy na bardzo duży plac i tu już czekał śmigłowiec. Po chwili weszliśmy do niego i śmigłowiec uniósł się w górę.

Dwadzieścia lat później.

Siedziałem za biurkiem w oszklonym wieżowcu. Biurko zrobiono z materiału idealnie imitującego drewno. W pokoju znajdowało się większość sztucznych materiałów, ale jeden był oryginalny. Kwiatek w doniczce, blisko okna. Spółka akcyjna Remix Industrial specjalizowała się w produkowaniu biologicznych części zamiennych dla ludzi. I tu technika wypierała tradycyjne narządy. Oczywiście nie wszyscy byli przekonani do sztucznych i wciąż jeszcze zamawiano naturalne. Remix zaczął właśnie produkcję piątej generację narządów. Jedynej rzeczy, której nie mieli to mózgów, ale pracowano nad tym od początku. Umiano przenieść wszystko. Zmysły, myśli i uczucia. Kłopot polegał na tym, że wszystko razem szwankowało, mimo że pojedynczo pracowało super. Sztuczna osoba przez kilka dni zachowywała się normalnie, po czym robiła coś nieprzewidzianego, ale zawsze cel był ten sam, unicestwienie. W kilku wypadkach zanotowano, że obiekt ze sztucznym mózgiem próbował zbliżyć się do oryginału. W takich wypadkach, dla pewności, eliminowano szczególny rodzaj androida. Miał on wszystko identyczne jak oryginał. Nigdy nie pozwolono by twór spotkał oryginał i stosowano środki od łagodnej prośby do wyraźnego rozkazu. Android nigdy nie chciał wykonać tego polecenia i musiano stosować środki prewencyjne. W siedmiu wypadkach po obezwładnieniu za pomocą wiązki elektromagnetycznej zamrażano pseudo ludzi. Niestety w jednym, musiano zastosować bardziej brutalne metody, bo android nie reagował na fale. Mimo że prototypy były bardzo drogie, a sam mózg kosztował dziesięć milionów, musiano zabić wadliwą jednostkę, strzelając w serce. Serce kosztowało tylko pięćdziesiąt tysięcy. Tylko bogatych ludzi stać było na taki zakup, natomiast prawie wszyscy mieli wcześniej czy później w sobie coś sztucznego.

Sekretarka głównego szefa produkcji, pana Ronalda Deermilda dobrze reprezentowała firmę zarabiającą miliardy. Blondynka o błękitnych oczach i nienagannej figurze. Ktoś zwykły nie mógłby odgadnąć czy to człowiek, czy robot, a właściwie android. Przy dzisiejszej technice z powodzeniem Clara Wilkinson mogła być grubą szatynką i siedzieć teraz tysiąc kilometrów na plaży, a rozmawiała ze mną jej doskonalsza kopia, oczywiście pod kątem wszystkiego, z wyjątkiem intelektu. Jednak ja miałem unikalne zdolności i odróżniałem prawdziwych ludzi od sztucznych. Jak już wspomniałem oficjalnie nie istniała jeszcze kopia człowieka z mózgiem. Kiedy dawałem przykład z grubą brunetką miałem na myśli to, że takiego androida musiałaby sterować oryginalna osoba i w zasadzie kopia byłaby tym samym co wirtualny obraz 3D tyle tylko, że dotykalny. Najdroższe prototypy miały krew o określonej grupie, mogły jeść i korzystać z toalety. Gorsze i dużo tańsze wyglądały jak ludzie i różnice zaczynały się od niewielkich, aż do podstawowych. Najtańszy android za dwadzieścia tysięcy kredytek miał syntetyczną skórę, oczy i narządy zewnętrzne, w środku nie. Najtańsze modele służyły głównie do celów seksualnych. Clara Wilkinson nie miała nic sztucznego. Gdzie ją znaleźli nie wiedziałem, lecz gdybym musiał, pewnie bym to znalazł.

—  Proszę zaczekać cztery minuty panie Siena.

—  Dziękuję, Claro. Skoro mamy spędzić cztery minuty razem, proszę mi mówić Scott.

Dostrzegłem delikatny uśmiech nałożony na ten oficjalny.

—  Dobrze, Scott. Podać coś do picia?

—  Macie Ludwika XIII z 1976 roku, prawda?

—  Tak, skąd pan wie?

—  Claro prosiłem o coś. Czuję, nie zapoznałaś się z moimi oficjalnymi danymi?

—  Sądziłam, że są przereklamowane.

—  Nie są. Kończysz o szesnastej trzydzieści i masz wolny wieczór. Dlatego proponuję wspólną kolację o dziewiętnastej.

—  Sama nie wiem, regulamin firmy zabrania umawiania się z klientami.

—  Nie jestem klientem.

—  Ale Pan Deermild mówił, że będziesz.

—  Znasz prawo, Claro. Nie łamiesz regulaminu umawiając się w tej chwili, co innego, gdybyś zrobiła to po rozmowie. A potem... zobaczymy. Być może w punkcie 3 zaznaczę pewne zmiany w regulaminie. Dla kwoty proponowanej zrobią ustępstwo.

Zarumieniła się lekko.

—  Dobrze, to mój prywatny numer — podła mi wizytówkę — to pierwszy raz — dodała.

—  Dziękuję, znam twój numer i wiem, że jeszcze z nikim się nie umawiałaś.

Teraz już miała zupełnie czerwone policzki.

—  Pan Deermild właśnie prosi. Dziękuję i proszę zadzwonić.

Pokazała mi drzwi do generalnego szefa produkcji. Wiedziałem jak wygląda, niestety zawiódł mnie już na wstępie.

—  Proszę usiąść, panie Siena.

—  Będzie was to kosztować dodatkowe pięć milionów o ile prawdziwy Mój rozmówca zjawi się tu w ciągu pięciu minut. Sądziłem, że jesteście bardziej poważni.

Android wyglądający dokładnie jak kopia prawdziwego szefa produkcji Remixa, wyszedł drugimi drzwiami. Nie musiałem patrzeć na zegarek. Miałem dość dobre wyczucie czasu.

Prawdziwy Deermild pojawił się po czterech minutach i dwudziesty siedmiu sekundach.

—  Proszę wybaczyć, obawiałem się...

—  Gdybym chciał cię sprzątnąć, Deermild, nie ukryłbyś się nawet w betonowym bunkrze, jaki posiada twój szef, pan Usinoko.

Ronald poczerwieniał i wziął głębszy oddech. Usłyszeliśmy pukanie.

—  Wejdź Claro — rzekł.

Dziewczyna przyniosła kieliszek koniaku.

—  Pan Siena sobie życzył — zniżyła głos prawie do szeptu.

Skinąłem głową, a blondynka postawiła kryształowy kieliszek przede mną i wycofała się dyskretnie.

—  Myślę, że warunki są dla pana do przyjęcia i kwota dwudziestu milionów, jest dobrą ceną, za tak drobną usługę. W wypadku dodatkowych pięciu milionów dolarów...

—  Dobrze, pozostanę przy dwudziestu dwóch i usunięcie z waszego regulaminu punktu siedemnaście, a w moich warunkach poszerzę punkt trzeci.

Ronald skrzywił się nieco.

—  Clara nie umówi się z nikim innym, to mogę zagwarantować. —  postanowiłem rozwiać jego obawy.

—  Nie może wiedzieć, że pan...

—  Nie rozumiem pana Usinoko, że trzyma takiego debila na stanowisku szefa produkcji. Jeszcze jedna głupia uwaga i zrywam kontrakt, czy to jest jasne Deermild?

—  Oczywiście, panie Siena. To kontrakt, proszę tu podpisać.

Oczywiście kontrakt nie wspominał o prawdziwej naturze kontraktu między panem Ito Usinoko i Scottem Sieną. Oficjalnie dostałem pozycję szefa ochrony z nielimitowanym czasem i miejscem pracy. Natomiast naprawdę Usinoko chciał, abym wykończył mózg konkurencyjnej spółki Larson - Clark, którzy podobno mieli już plany niezawodnego mózgu i z nim android zachowywał się identycznie jak oryginał. Miał jednak jedno zabezpieczenie. Gdyby zechciał wymienić się na oryginał, ulegał natychmiastowemu zniszczeniu, podobno ulatniał się w ciągu trzech sekund. Thomasa Bramsa potrzebowali, ponieważ nikt nie rozumiał na razie paru istotnych kwestii i uruchomienie produkcji bez niego wyglądało jak pilotowanie dwadzieścia lat temu dużego samolotu pasażerskiego przez automatycznego pilota podczas burzy monsunowej. Larson - Clark dopracowali prototyp z zabezpieczeniem, gdyby anihilacja androida miała spowodować szkody fizyczne osób trzecich. Jak na razie wszystko miał w głowie genialny wynalazca dwudziestosześcioletni Thomas Brams. Ponoć w zamierzchłych czasach tak miał na nazwisko kompozytor muzyki klasycznej, w którym zakochała się żona innego kompozytora, Clara Schumann. Miłość miała charakter platoniczny i prawdopodobnie była dwustronna, a po śmierci jej męża Roberta, trwała jeszcze długie lata.

Pan Ito Usinoko chciał, żebym zabił Thomasa w sposób, żeby nie wyglądało to na morderstwo.

Najprawdopodobniej byłem jednym z lepszych profesjonalistów w tej branży.

Kiedy zabrano mnie z ośrodka, którym dowodził Russell i dostałem się pod opiekę Ottona Baxtera i od tego czasu dużo się zmieniło w moim życiu. Otrzymałem imię i nazwisko. Nauczono mnie wszystkiego, szczególnie tego, w czym miałem talent. Zwykły zabójca zabija przypadkowo. Dobry, wybranych. Wyjątkowo dobry, wybranych i super chronionych. Najlepszy tych, których sam akceptował na ofiary. Thomas miał być moją siedemdziesiątą trzecią ofiarą. Liczba ta miała dla mnie szczególne znaczenie. Poprzednio zabijałem wyjątkowo fałszywe typy. Prezesów kryminalnych spółek, zwyrodniałych członków rządów, rzadziej bardzo bogatych zboczeńców, którzy byli lepiej chronieni niż prezydenci, a o ich dewiacjach nie wiedział prawie nikt. Tomas miał być pierwszym naukowcem, którego miałem zabić.

Nie przepadałem za sztucznym światem, a wizja surogatów przerażała wielu. Natomiast Thomas widział to inaczej. W swoich skąpych jak do tej pory wystąpieniach na forach społecznościowych snuł wizję idealnego świata, gdzie ludzie będą mogli realizować swoje marzenia, będąc całkowicie bezpiecznymi w specjalnych kapsułach. Zapoznałem się z osobą genialnego młodzieńca i przystałem na ofertę, pod warunkiem, że pan Ito nie wyprodukuje podobnego projektu w ciągu najbliższych dziesięciu lat. W końcu nie mogłem żądać niemożliwego, nikt nie mógł zatrzymać techniki.

Jednej sprawy nie udało mi się do tej pory rozwiązać. Kto jest odpowiedzialny za śmierć mojej mamy, ale ponieważ byłem dość skrupulatny i w pewien sposób uparty, nie rezygnowałem i szukałem nadal. Poza umiejetnością walki wręcz opanowaniu wszelkich ogólnie dostępnych rodzajów broni posiadałem kilka unikalnych zdolności. Super słuch, super zapach. Oczywiście pamięć. Z moich osobistych danych wynikało, że byłem jedyną osobą na dwunastomiliardowej planecie pamiętającą swoje życie aż do poczęcia.

Kiedy miałem kogoś zabić najpierw poznawałem ofiarę. Znajdowałem o niej wszystkie dostępne dane i wówczas potwierdzałem zgodę na przeprowadzenie likwidacji. Do tej pory wykonałem siedemdziesiąt dwie akcje. W umowie zaznaczałem, że w razie odrzucenia oferty, zabierałem dwadzieścia procent. Nie pracowałem za darmo, a zbieranie informacji wymagało środków i czasu. Od samego początku mojej działalności zabezpieczałem się na wypadek, gdyby zleceniodawca zamierzał odebrać swoje dwadzieścia procent lub skierował na mnie swoje niezadowolenie. To zawsze robiłem najpierw. Moje początkowe przeczucie dotyczące Thomasa Bramsa mówiło mi, że świat zyska, jeżeli jego projekt nie ujrzy światła dziennego. W tym jedynym wypadku człowiek ten nie miał nikogo na sumieniu dlatego zakładałem osobistą akcję w celu zmiany jego planów. Czyli mówiąc prosto zamierzałem się z nim spotkać i spróbować go nakłonić do zmiany planów. W razie odmowy zamierzałem zebrać wystarczającą ilość danych, żeby podjąć decyzję. To wszystko zamierzałem zacząć robić od jutra. Z bardzo prozaicznego powodu. Resztę dzisiejszego dnia planowałem spędzić z Clarą Wikinson. Po opuszczeniu budynku Remix industrial udałem się do swojego domu.

Sporo się zmieniło na świecie od czasu mojej młodości. Zaczęto się to od pandemii związanej z wirusem grypy. Sam wirus nie zabijał wielu ludzi, lecz rozdmuchano tę sprawę w celu kontroli społeczeństw. Zdławiono lokalne bunty i świat się zmienił. Życie trwało głównie w wielkich mega-miastach. Oczywiście ludzie żyli również poza miastami, ale ich egzystencja przypominała raczej wegetację. Kiedy to nie kolidowało z interesami wielkich korporacji, pozwalano im tak żyć. W przeciwnym wypadku przesiedlano ich siłą do ośrodków resocjalizacji lub w krańcowych wypadkach likwidowano, oczywiście potajemnie. Ja mieszkałem w okolicy jednym z mega-miast zwanych Calfa. Znajdowało się ono w centrum dawnego USA. W mega-miastach żyło średnio od stu pięćdziesięciu do dwustu pięćdziesięciu milionów ludzi. Ludzie żyli w mega-blokach, czyli minimum milion ludzi żyło w jednym budynku. Budynki miały wszystko. Plaże, stoki górskie, jeziora. Fabryki i miejsca do produkcji żywności. Opuszczenie mega-bloku wymagało specjalnej karty. Tylko wyjątkowi ludzie mieszkali w pojedynczych domach w okolicy od stu do dwustu kilometrów od mega-miast. Siedziby głównych korporacji, razem z fabrykami znajdowały się zawsze na granicy mega-miast. Clara Wilkinson mieszkała w mega-bloku, lecz ja nie. Nie byłem super bogaty, lecz wyjątkowy. Mój dom miał zabezpieczenie przed bezpośrednim atakiem bomby wodorowej o sile sześćdziesięciu mega ton. Pod domem znajdował się bunkier przewidziany na większe bomby. To był zwykły wymóg dla pojedynczych domów. Kryminalność w mega-blokach była minimalna. Ludzie podporządkowali się do wymogów, a kontrola była niemal całkowita. Światem rządziły korporacje taka jak Remix. Nie było jednego rządu ani żadnego rządu. Mimo to oczywiście trwała walka o wadzę. Ito Usinoko, zajmował bardzo wysoką pozycję, do tej pory równą Clarkowi i Larsonowi. Po zabójstwie Thomas Bramsa pozycja tych dwóch znacznie by spadła, a pana Ito, wzrosła. Nie pisanym szefem wszystkich szefów był właśnie mój promotor, Otton Baxter.  

Robert Russell nie powiedział mi jednego. Na szczycie, oczywiście wśród ludzi, znajdował się ktoś, kto decydował o życiu i śmierci. A takim kimś był obecnie Otton Baxter. Miał setki takich ludzi jak ja. Jednak nikogo o takich zdolnościach. Swoją pracę zacząłem sześć lat temu i byłem jednym z młodszych ludzi w tym zawodzie. Zgodnie ze zwykłą kalkulacją zabijałem dwanaście osób rocznie.

Dokładnie, było trochę inaczej. Początkowo ta wartość plasowała się na wysokości dwóch i trzech osób rocznie, potem rosła, a od trzech lat miałem średnio jedno lub dwa zlecenia rocznie. Jak do tej pory nie miałem dziewczyny ani kobiety. Clara oczywiście nie miała pojęcia czym się zajmuję i ja nie miałem zamiaru jej o tym powiedzieć. Jak już wspomniałem w mega-blokach było wszystko, czyli również restauracje. Od dobrych do najlepszych. Ci, co mieszkali w pojedynczych budynkach nie chcieli do nich chodzić. Dla nich budowano specjalne miejsca, gdzie mogli coś zjeść i inne gdzie mogli się zabawić. W okolicy Calfy mieliśmy siedem takich restauracji. Nie muszę dodawać, że obiad w takim miejscu kosztował wynagrodzenie dziesięciu miesięcy dobrze zarabiającego mieszkańca mega-bloku.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii science fiction i thrillery, użył 2928 słów i 17582 znaków.

1 komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • Almach99

    Megabloki ... Nono

  • AlexAthame

    @Almach99  :smile:Taka przyszłość.Całkowita kontrola i wszyscy są szczęśliwi.Nie wolno nie być nieszczęsliwym, wówczas jest terapia.