Gwiezdne Wojny - Równowaga Mocy - Epizod I - Rodzina - cz.11

Depretor dotarł do siedziby Akademii. Nikt nie podejrzewał, co właśnie się stało, więc nikt też nie zwracał na niego zbytniej uwagi. Przemknął niezauważenie między osobami stojącymi w korytarzu. Taka konferencja mogła oznaczać wszystko. Część osób na pewno liczyła, że ma to związek z działaniami wojennymi. Coś wisiało w powietrzu już jakiś czas, ale takich fałszywych alarmów było kilka w ciągu ostatnich miesięcy.

     Główna baza szkoleniowa znajdowała się na Velmor, w stolicy jednak Sithowie posiadali swój kompleks budynków. Praktycznie wszyscy adepci znajdowali się na Velmorze. Tylko wybrani, pod koniec szkolenie mogli dostać misję związaną z wyjazdem do stolicy. Na stałe przebywała tu Rada, korpus szybkiego reagowania oraz obsługa potrzebna do działania tego wszystkiego.

     Zebranie Rady zostało zwołane dość pośpiesznie, jednak wszyscy, którzy mieli się na nim znaleźć już siedzieli na swoich miejscach. Wystąpienie miało zostać nadane także bezpośrednio do kompleksów treningowych, gdzie będzie wysłuchane nawet przez młodszych adeptów. Depretor wszedł na lekkie podwyższenie. Rozglądnął się po sali. Wiele siedzących tutaj osób wskoczyłoby w ogień za Baratri. Chciał, aby w przyszłości on tez wypracował sobie taką pozycję, ale aby tak się stało, jeszcze sporo pracy przed nim. Czuł, że właśnie teraz się ona zaczyna.

- Witam wszystkich zebranych tutaj, w sali na Mandalore, jak i przed ekranami na Velmorze. Za około trzydzieści minut zostanie nadany specjalny komunikat w kanale otwartym, ale chce żebyście dowiedzieli się o tym pierwsi, gdyż dotyczy on naszej Akademii - dało się wyczuć napięcie na sali. Depretor poprawił mikrofon. Po sali rozniósł się szelest.
- Dziś, mimo usilnych prób nie byliśmy w stanie skontaktować się ze statkiem, który wykonywał tajną misję, mającą przybliżyć nas do zwycięstwa w trwającej wojnie. Ostatni meldunek został nadany wczoraj wieczorem, a dziś rano miało dojść do kolejnego kontaktu. W  misji tej brała udział Wielka Mistrzyni Baratri Sakko. - na sali zapanowała kompletna cisza.  

     Po chwili jednak podniósł się szmer i stawał się coraz głośniejszy. Na Velmorze wszyscy wpatrywali się w ekran. Większość z młodych uczniów nie znała i nie widziała Baratri, ale wiedzieli, kim jest. Historia ta jednak nie dotykała ich tak bardzo. Na ekranie również stał człowiek, którego znali tylko z opowieści. Ewidentnie było widać, że jest mocno zdenerwowany, pot spływał mu po skroni.

- Spokojnie, proszę o ciszę - zaapelował Depretor. - na sali zamieszanie zaczęło się zmniejszać. - Była to tajna misja, przez co nie mogę podać jej szczegółów. Oficjalnie była przedstawiona jako lot transportowy po kolkcte. Mogę powiedzieć, że miała znaczenie strategiczne dla dalszych losów wojny. Mogę również powiedzieć, że nie odbywała się na terenach republikańskich. - znów pojawił się szmer. Vice Mistrz przerwał na chwile, aż szept ucichł.
- Na ten moment nie jesteśmy w stanie stwierdzić, co dokładnie się stało. Jeśli uzyskamy nowe, pewne informacje to je przekażemy. Jako vice Mistrz przejmę zarządzanie Akademią, aż do wyłonienia nowego Mistrza. Będziemy dalej realizować nasze cele, będziemy dalej utrzymywać tok szkoleń, aby najlepiej realizować postawione przed nami zadania. Czeka nas coś wielkiego, coś, co przyniesie nam sławę w galaktyce i utrzyma nasze słuszne miejsce w Armii Mandalorianskiej. Jednostki Sithów już są elita, a staniemy się jeszcze większym postrachem i każdy będzie się musiał z nami liczyć. Wracajcie do swych obowiązków. Niech wasza praca przyniesie wam chwałę. - Depretor spojrzał w prawo. Jedna z osób z obsługi dała mu znak, który oznaczał, że przekaz się zakończył.
- Proszę państwa - zwrócił się do sali. - jeszcze dwa słowa. Połączenie z Akademią się skończyło, więc mogę teraz przekazać wam nieoficjalne informacje. Proszę zatrzymać je dla siebie. - tymi słowami przykuł uwagę całej sali - Wiemy, że nikt z załogi statku nie przeżył. Znaleźliśmy szczątki statku. Tak jak wspomniałem, nie były to terytoria republikańskie. Wstępne analizy wskazują na flotę Huttow lub Rodziny Solo. Obu tym organizacjom śmierć Baratri była na rękę. Powtarzam, że jest to tajemnica i nie jest to w stu procentach potwierdzone. Jeśli będę wiedział coś więcej to poinformuję was o tym. Na ten moment realizujemy nasz plan bez zmian. Proszę dalej przygotowywać grupy uderzeniowe. Data pełnej gotowości pozostaje bez zmian. – członkowie akademii lekko kiwnęli głowami, że rozumieją powagę sytuacji. - To już wszystko. Dziękuję państwu - zakończył zebranie Depretor.

     Wszyscy opuszczali sale w milczeniu. Do komentarzy dojdzie w kuluarach, nikt nie odważył się nic powiedzieć przy Depretorze. On wychodził ostatni. Zaraz za drzwiami znajdowały się dwa posągi naturalnej wielkości. Jeden z nich przedstawiał Adaltore, założyciela Akademii. Przedstawiony był w obszernej szacie z uniesionym podwójnym mieczem świetlnym. Jego wzrok był jak żywy. W  Depretorze zawsze wzbudzał respekt. Oczywiście nigdy go nie poznał, ale byłoby to nie lada przeżycie. Wychodząc podniósł głowę i spojrzał mu prosto w oczy. Pomyślał o jego czasach. O tym jak zdobywał pozycję, władze i respekt wśród innych.


*****


Okręt flagowy Odrodzenia Cienia – 67 lat wcześniej

     Darth Thorn przemierzał korytarz w pośpiechu. Kroku próbował dotrzymać mu jego młody uczeń. W  ciągu czterech lat zmężniał i wypracował sobie własne zdanie na wiele rzeczy. Nie było ono w wielu miejscach zgodne ze zdaniem mistrza, ale różnice są czymś dobrym i naturalnym. Znajdowali się na okręcie flagowym Starego Imperium. Tak naprawdę to już nie Imperium. Po sukcesach, w momencie, kiedy okazało się, że stanowią poważną silę, postanowiono przybrać nowa nazwę dla organizacji. Odrodzenie Cienia - teraz tak się określali. Mijali żołnierzy Mandalorianskich, którzy zmierzali w różnych kierunkach. Na ich widok każdy zatrzymywał się i salutował. Nie dało się ich pomylić z nikim innym. Strój mówił wszystko. Obszerne szaty powiewały, gdy oni mijali kolejne korytarze. W  końcu skręcili w prawo i weszli w wydawałoby się ślepy zaułek. Nagle ściana przed nimi się przesunęła i ukazała spore pomieszczenie ze stołem na środku. Na nim stały pozostałości porannej kawy. Z tond można było dostać się do pozostałych pokoi apartamentu. Na wprost drzwi rozciągała się ogromna przestrzeń kosmosu, gdzie na skraju widoczności można było jeszcze ujrzeć niewielkie błyski światła.

- Musimy to przemyśleć - zaczął Darth Thorn
- Ofensywa się załamała mistrzu. Nie da się temu zaprzeczyć. O systemach Lahara i Oricho musimy na jakiś czas zapomnieć.
- Wiem Adaltore. Wiem - Thorn patrzył w przestrzeń.  

     Wojna z Republiką stanęła w miejscu. Już coraz mniej osób pamiętało spektakularne zwycięstwa nad Quatar-kar i Toydarią. Później zdarzały się jeszcze sukcesy, ale nie na taką skalę. Teraz próbowali opanować sektory Lahara i Oricho, które miały się stać baza do dalszej ofensywy. Republika jednak, przede wszystkim dzięki odrodzonemu Zakonowi Jedi, skutecznie ich powstrzymywała. Batien okazał się wymagającym przeciwnikiem. Musiał uderzyć się w pierś. Nie spodziewał się tego. Liczył, że po śmierci Luke Skywalkera nikt nie wejdzie mu w drogę, ale się pomylił. Jego uczeń stawał się coraz bardzie potężniejszy, ale musiał jeszcze wiele zrozumieć, wiele się nauczyć.

- A Mandalorianie... - zaczął Adaltore. - zbyt się rządzą moim zdaniem. Chcą wszystko zagarnąć dla siebie, robią tak jak im lepiej.
- Posłuchaj mnie chłopcze. Oni są nam potrzebni, a my jesteśmy im potrzebni. Taki układ istnieje miedzy nami od początku. Nikt tu nikogo nie kocha, każdy patrzy na swoje interesy i tylko o nie dba.
- Ale może damy radę coś z tym zrobić?
- Ech... Gdyby nie to, że dowódcy Starego Imperium żyją i mają swoje statki. Gdyby nie to, że oni darzą nas szacunkiem i uznają nasze zwierzchnictwo to dawno temu doszłoby do konfliktu. Mandalorianie potrzebują tej floty i dlatego możemy ich w pewnym stopniu kontrolować. Ale zapamiętaj sobie jedno, mój uczniu. Nadejdzie taki dzień, że przyjdą nowi generałowie i będą wywodzić się z koszarów Mandalorianskich, a wtedy większym zagrożeniem dla nas, Sithów, nie będzie Republika, Jedi czy kartele, ale właśnie oni. Obecna ofensywa w dłuższej perspektywie ma za zadanie opanowanie Coruscant. Wtedy nie będą nam już potrzebni.
- Dlaczego? Co takiego tam jest?
- Dowiesz się w swoim czasie. - rzucił Lord
- Gdybyśmy mieli swoich żołnierzy, którzy będą walczyć za naszą sprawę, szeregi podwładnych uczniów. Wtedy nie musielibyśmy się na nich oglądać.
- Adaltore - groźnie odezwał się Thorn. - Rozmawialiśmy o tym. To jest niemożliwe.
- Ale Mistrzu! To jest nasza szansa. – chłopak był nieustępliwy.
- Dość. Koniec. Powiedziałem. - gniew wzbierał w Lordzie Sithów. Był uczniem i wyznawcą starej szkoły. Nigdy się na to nie zgodzi.
- A Skere Kaan? - Adaltore nie dawał za wygraną. Jego Bractwo Ciemności. Byli potężną organizacją. Wszyscy musieli się z nimi liczyć. Stworzyli liczne Akademie. Szkolili Lordów, akolitów i żołnierzy. Siali strach w galaktyce.

Darth Thorn spojrzał na swojego ucznia z wyrazem zdziwienia na twarzy.

- Widzę ze poczytałeś trochę. Akurat nie te fragmenty powinny Cię ciekawić.

     Adaltore podszedł do niego bliżej. Czuł się pewnie. Wierzył mocno w to, że jego koncepcja jest słuszna i przyniesie im chwałę. Da im możliwość walki o coś konkretnego. Da im szanse to osiągnąć. Zdawał sobie sprawę z tego, co o Mandalorianach powiedział jego Mistrz. Obawiał się tego, ale chciał coś z tym zrobić. Działać dopóki da się działać.

- Triumwirat, który stworzył z Lordami Kopecza i Qordisem doprowadził ich na szczyt. Wszyscy byli równi i razem walczyli o swoje cele. Byli w stanie osiągnąć wszystko. - chłopak miał podniesiony głos - Naprawili Imperium, które prawie się rozpadło. Nie poddali się. Zobacz to Mistrzu. Setki naszych wojowników, którzy rządzą tym światem. Mandalorianie mogliby sobie knuć, ale my bylibyśmy gotowi. W  odpowiednim momencie uderzylibyśmy i przejęli kontrolę nad flotą, obsadzili ją gotowymi, swoimi podwładnymi, którzy nie sprzeciwiliby się naszej woli.

     Darth Thorn był spokojny i patrzył na młodego ucznia. Dużo będzie z nim problemów - pomyślał. Ale charyzmę ma, to trzeba mu przyznać.

- Mój młody uczniu Adaltore - zaczął spokojnie. Naczytałeś się pięknych opowieści, ale to bajka i historyjka wyssana z palca. Stworzona przez osoby nieodpowiedzialne, które chcą mącić głowy młodych uczniów. Wiesz, co się stało z Bractwem? Nie?... Wszyscy zginęli. Wszystkich zabił Twój Skere Kaan za pomocą bomby myśli. Wiesz, dlaczego Imperium upadało? Bo było zbyt wielu Lordów, a każdy chciał być najważniejszy. Rozpadało się od środka Adaltore. Powinieneś poczytać o Darth Bane. On stworzył zasadę dwóch, on, jako jedyny przeżył masakrę na Russan, którą zgotował twój idol. Dessel, Des, tak go wcześniej nazywano. Odkrył pradawną prawdę ukrytą w holokronach starych Mistrzów. Pokazywałem Ci jego nauki. Postudiuj je jeszcze sam. Pojmiesz ukryte znaczenie jego słów. To, że jest nas dwóch to nie widzimisię, to nie niezrozumiała zasada. Ciemna strona Mocy skupiona na nas dwóch działa ze spotęgowaną silą. Ja koncentruje się na stworzeniu z Ciebie największego Sitha, jakiego potrafię. Chcę żebyś przerósł mnie we władaniu Mocą. Chcę żebyś był potężniejszy ode mnie. Chcę wiedzieć, że w momencie jak przyjdzie mi odejść, będziesz większym Lordem niż ja. Nie potrafiłbym trwać w Ciemnej Stronie wiedząc, że stworzę kilku przeciętniaków.
- Mistrzu! Nie popełnimy błędów naszych przodków. - Adaltore mówi przejmującym głosem.

Darth Thorn opuścił głowę i zamknął oczy. Po chwili jego usta poruszyły się, a z gardła wydobył się potężny głos. Taki, jaki chłopak usłyszał kiedyś na Korriban.

- Dwóch ich powinno być, nie więcej, nie mniej. – zapanowała chwila ciszy. Powietrze zaczęło wibrować.
- Jeden by przyjąć potęgę, drugi by jej pożądać - dokończył Adaltore.
- Tak jest i tak będzie mój uczniu.
Thorn wstał z miejsca.
- Jak dotrzemy na Mandalore to polecimy dalej, na Korriban.
Adaltore znieruchomiał.
- Na Korriban? Nie byleś, znaczy nie byliśmy tam od czasów... - zawahał się - mojego przemienienia.
- Muszę się zastanowić, przemyśleć kilka spraw. To będzie odpowiednie miejsce. Zawsze było.
- Tak jest Mistrzu.


*****



Korriban – 67 lat wcześniej

     Transportowiec typu Sentinel powoli zbliżał się do ziemi wzbijając przy tym nieopisane tumany kurzu i piasku. Było gorąco, co nie dziwiło na takiej planecie jak Korriban. Choć dziś temperatura sporo przekraczała średnią. Gdy trap opadł powoli, z ciemności statku wyłoniły się dwie postacie. Pierwszy szedł Adaltore, a za nim jego Mistrz, Darth Thorn. Obaj ubrani byli tradycyjnie, w długie szaty. U boku podskakiwały miecze świetlne.

     Korriban zawsze robił na nich wrażenie. W  powietrzu aż unosiła się Moc. Wibrowała, wyczuwali to. Tajemniczość spowijała to miejsce. Adaltore był nią zafascynowany odkąd pierwszy raz tutaj wylądował. Minęły już cztery lata od tamtego wydarzenia, które odmieniło jego życie i doprowadziło go tu gdzie teraz jest. Wiele czytał o tej planecie. Znajdowała się w układzie Horuset i była rodzinną planetą Sithów. Najpierw skolonizowana przez legendarnych i tajemniczych Rakatan. Zawsze chciał bliżej poznać tą rasę, ale było to nadzwyczaj trudne. Bardzo mało informacji się o nich zachowało. Po nich przybyli wygnani Jedi i to oni stworzyli tych, kim on sam teraz jest.

     Przed nimi rozwijała się cała dolina z posągami Sithów po prawej i lewej stronie. Za nimi i po lewej rozsypywały się ruiny pewnej budowli. Adaltore nie wiedział co to było, a Darth Thorn nie chciał o tym rozmawiać. Wszystkie próby młodego Sitha zbywał i szybko zmieniał temat. Gdy ten naciskał mocniej, Mistrz często wybuchał gniewem. Zawsze kończyło się tak samo. W  dostępnych Adaltorowi materiałach nie mógł znaleźć niczego na ten temat. Manuskrypty, które posiadał udostępnił mu jego Mistrz. Wewnętrznie czuł, że nie chciał, aby grzebał w przeszłości tego miejsca. Dlatego też nie było ich tu od bardzo dawna. Przynajmniej oficjalnie...

     Gdy zeszli już na ziemię, powietrze nagle się ruszyło i przed nimi zawirowały ziarna czerwonego piasku. Mała trąba powietrzna przeleciała przed nimi i w mgnieniu oka się rozwiała. Adaltore czytał o zwierzętach zamieszkujących tą planetę, ale większość z nich już wyginęła, a te, które zostały starały się jedynie przetrwać. Ich liczebność mocno przetrzebiły Wielkie Łowy organizowane przez Jedi. Młodzian rozglądał się gorączkowo, jakby czegoś szukał. Nie umknęło to uwadze jego Mistrza. Obserwował go bacznie idąc kilka kroków za nim.

     Nagle z lewej strony podniósł się kurz. W  odległości kilkudziesięciu metrów od nich, z jednej z krypt, wybiegło czterech młodych chłopców. Dwóch miało około sześciu, siedmiu lat. Dwóch było sporo starszych. Jeden miał trzynaście lat, a drugi czternaście. Starsi nagle się zatrzymali. Stali i patrzyli na przybyszów.

- Moni, Redo! - wołali za młodymi - Stójcie! - oni jednak nie reagowali. Pędzili w stronę statku. Adaltore się zatrzymał. Był na to przygotowany od chwili, jak Darth Thorn zarządził, że tu przylecą. Nie dało się już tego ukryć, ale i nie chciał już tego ukrywać.
- Mistrzu! Mistrzu Adaltore! - wołali chłopcy. Już dobiegli do niego.

     Darth Thorn zszedł spokojnie na dół. Chłopcy byli już koło Adaltore. Dwóch starszych stało cały czas przy wejściu do jaskini. Ich Mistrz dał im znak, aby tam pozostali.

- Widzę, że bywasz na Moraband częściej ode mnie. Tak myślałem od dłuższego czasu.
- To dla naszej chwały Mistrzu. Abyśmy stali się niezależni od Mandalorian.
- Nie mów już do mnie Mistrzu. Nie mam ucznia. Chcesz być Mistrzem? Patrząc na tych biednych chłopców to już jesteś, więc zachowuj się jak Mistrz. Niczego Cię nie nauczyłem. Poniosłem w tym temacie porażkę. - Thorn przeszedł na bok. Wiatr powoli się wzmagał. Chmury pojawiły się na niebie. Palące słońce schowało się za nimi, dając trochę wytchnienia. Adaltore nie odzywał się.
- Oni Cię zabiją Adaltore. Pogódź się z tym, że nie stworzysz nigdy Wielkiego Sitha, który posiądzie potęgę miecza i Mocy. Stworzysz garstkę średniaków - splunął przed chłopaka.
- Oni są warci więcej niż Ci się wydaje. Będą zalążkiem naszej siły.
- Nie naszej. Nigdy się na to nie zgodzę. - Adaltore opuścił głowę - patrz na mnie, kiedy do ciebie mówię! - wrzasnął na niego - Nie jesteś wart mojej uwagi, którą Ci poświęciłem przez te wszystkie lata. Okazałeś się zdrajcą wśród zdrajców. Nie wiesz, co robisz. Masz jakieś urojone wyobrażenia o tym wszystkim. Niczego nie pojąłeś z moich słów.
- To zawsze był bełkot - nie wytrzymał - Co mieliśmy osiągnąć? Jeszcze parę lat i Mandalorianie przejmą kontrolę nad wszystkim. I co wtedy zrobi najpotężniejszy nawet Sith sam? Co zrobi?! - prawie krzyczał.
- Nie myślisz jak Sith. Nie jesteś nim. Mówisz, że to są zalążki potęgi, tak? - powiedział wskazując na dwóch młodych chłopców stojących obok Adaltore. - Ciekawe czy potrafią się obronić?

     W tym momencie Darth Thorn wykonał szybkie cięcie swoim mieczem. Kilka centymetrów od celu powstrzymał go jednak miecz jego ucznia. Ich spojrzenia spotkały się w poświacie czerwonych ostrzy. Słońce całkowicie już zniknęło za chmurami. Dolinę zalał cień, który spowił wszystko w koło. Thorn odstąpił krok do tyłu.

- A więc stało się.

     Ruszył w kierunku chłopaka. Ten Mocą pchnął dwóch podwładnych na bezpieczną odległość. Sprawnie sparował serie ataków Mrocznego Lorda. Cofał się przy tym, aż znalazł się blisko statku. Wykonał wtedy skok, odbił się od ściany okrętu i przeleciał nad Thornem. Po wylądowaniu wykonał kilka ciosów, które zepchnęły Mistrza do defensywy. Ten wykorzystując chwile przerwy, użył Mocy i pchnął w kierunku przeciwnika sporą skałę. Adaltore rozłupał ją mieczem na pól. Kawałki spadły po jego prawej i lewej stronie. Obaj oddychali ciężko. Mimo cienia, gorąc dawał się we znaki. Charakterystyczny dźwięk mieczy wibrował w powietrzu. Młodzi uczniowie obserwowali walkę z boku. Adaltore ruszył do przodu ze swoim podwójnym mieczem. Wykonał obrót wokół własnej osi i uderzył ze zdwojoną silą. Thorn sparował pierwsze uderzenie, ale kolejne były coraz mocniejsze. Oczy Adaltore płonęły. Uderzał raz za razem. Darth sparował, unikał, ale cofając się oparł się o skale. Kolejny cios przyjął na swój miecz, ale siła natarcia wytrąciła mu go z ręki. Uczeń się zawahał nad wykonaniem ostatecznego ciosu. To był moment dla Lorda. Skupił Moc i wytwarzając uderzenie elektryczne odrzucił chłopaka kilka metrów do tyłu. Iskry spływały po jego ciele. W  oczach młodych uczniów pojawił się strach. Thorn zbliżał się powoli do leżącego Adaltore. Przywołał swój miecz do siebie. Zapalił go i stanął nad ciałem, aby wykonać kończący cios. Wtedy, nagle, z ziemi powędrowało szybkie cięcie, ale Darth był gotowy. Odbił uderzenie z lekkim uśmiechem. Wtem Adaltore wcisnął przycisk w swym mieczu i rozdzielił go na dwa osobne ostrza. To zaskoczyło starego Mistrza, który sparował jeden atak, ale nie ustrzegł się przed drugim. Promień przeszył jego ciało, aż po rękojeść. Oczy zrobiły się przeźroczyste i powoli padł na ziemię. Adaltore wstał i podszedł do niego szybko. Podniósł jego głowę, trzymając za szaty.

- Co jest na Coruscant? - potrząsnął nim. - Co jest tam tak ważnego?

     Darth Thorn jedynie lekko się uśmiechnął, po czym wykrzywił twarz w grymasie bólu i odpłynął. Chłopak puścił jego ciało. Z oddali biegli jego uczniowie. Wstał powoli i ponownie połączył miecze. Zaczynał się dla niego nowy rozdział w życiu.


*****


     Na biurku hipnotycznie migotało czerwone światełko komunikatora. Nie był to standardowy komunikator. Ten można by nazwać gorącą linią. Nikt z niego nie korzystał bez przyczyny. Spoglądał na światełko od kilku chwil i trochę bał się wcisnąć przycisk. Obawiał się tego, co może usłyszeć. Informacje mogły być dwie i o żadnej nie można było powiedzieć, że jest jednoznacznie dobra albo zła. Ich najważniejszy agent działał nadzwyczaj dobrze. Był z niego dumny. W  końcu zebrał w sobie wystarczająco dużo siły i wcisnął przycisk. Nie włączył hologramu, gdyż chciał się skupić na słowach.

- Tak - odezwał się. - Jestem. Kanał czysty?
- Tak. Sprawdziliśmy go.
- Tricky?
- Tak. Właśnie rozszyfrowaliśmy wiadomość. Postanowiłem od razu Was poinformować.
- Słucham.
- Przesyłam całość. Informacja jest krótka. Po sygnale zacznie się odtwarzanie.

     Usłyszał chrząknięcie i zapanowała chwila ciszy. Przerwał ją krótkie pyknięcie i sztuczny syntezator mowy zaczął odczytywać wiadomość. Tylko on ją słyszał. Nikt inny nie miał do niej dostępu, choć jedna osoba, gdyby się postarała, mogłaby ją odczytać. Lecz po drugiej stronie siedziała postać, do której miał zaufanie. Zresztą, na samą myśl o zdradzie i jej konsekwencjach, mogło porządnie przewrócić się w żołądku. Monotonny głos czytał…

- Na terenie ośrodka pojawiła się informacja o zaginięciu statku wykonującego misje specjalną. Na pokładzie znajdowała się między innymi Baratri. Nieoficjalnie wszyscy zginęli w zamachu przeprowadzonym przez Huttów lub Rodzinę. W  świetle mojego poprzedniego przekazu jest to wątpliwe. Turanza opuścił ośrodek w,  na razie, nieznanym kierunku. Będę się kontaktował w dogodnej chwili. - nastąpiła chwila ciszy.  

- To wszystko.
- Dziękuję. Ktoś jeszcze wie o wiadomości?
- Nie. Nikogo nie informowałem.
- Dobrze... Proszę ją wykasować. Ufam Panu. - Powiedział niskim głosem.
- Tak jest. Rozumiem. Dziękuję.

     Światełko na komunikatorze zgasło i ponownie zapanował półmrok. Siedział cały czas w jednym miejscu. Zaciągnął się mocno ze swojej fajki wodnej. Palący dym wypełnił mu płuca, oczy lekko się zaczerwieniły. Wypuścił go po chwili, lecz od razu zaciągnął się ponownie. Spodziewał się takich informacji. Wiedział, że spowodują ponowne przetasowania w galaktyce. Nic nie może utrzymać się na swoim miejscu przed dłuższy czas. Ubolewał nad tym. Nad chwilą zwykłego spokoju. Wielki Mistrz Akademii Sithów nie żył. To poważna sprawa. Jego następca nie miał znaczenia. Na pewno będzie marionetką Mandalorian. Ważniejsze od tego, jakie miała stanowisko było to czyją była córką.

     Adaltore był nawet szanowany przez swoich wrogów, przez niego też. Zabity podstępnie przez Republikę, która nigdy się do tego nie przyznała. Gniew i chęć zemsty były w niej ogromne i niemożliwe do zapomnienia. Zastanawiał się nad tym, co teraz się wydarzy. Turanza zniknął. Poleciał w jedynym możliwym kierunku. Pewnie za jakiś czas dowiemy się o tym oficjalnie, ale wtedy będzie już za późno.  Zaciągnął się ponownie. Najważniejsze pytanie brzmi, co on powinien teraz zrobić? Uważał, że jego decyzja była słuszna. Był pewny, że tylko on wie o tym, co się stało na prawdę. Czy powiedzieć o tym innym? Nie. To była ich przewaga. Najlepiej obserwować, co się wydarzy i w odpowiednim momencie opowiedzieć się po danej stronie. Może pojawi się ktoś jeszcze? Jakiś czarny koń. Czuł, że w tym konflikcie nie będzie dwóch jednoznacznych stron. Trzeba wyczuć moment. Po głowie krążyły mu słowa "zamachu przeprowadzonym przez Huttów lub Rodzinę". Wątpił, żeby pojawiło się to w oficjalnym komunikacie, ale przekaz wewnętrzny był jasny. Z wcześniejszych informacji Batoga sytuacja robiła się coraz bardziej skomplikowana. Teraz jednak Mandalorianie ewidentnie rozpoczęli działania, od których nie będzie już odwrotu. Wcisnął przycisk drugiego komunikatora.

- Centrala dolna, słucham?
- Proszę wezwać do mnie szefów okręgów. Natychmiast - nie czekając na odpowiedź rozłączył się i ponownie zaciągnął fajką wodną.

456 czyt.
100%11
husarek

opublikował opowiadanie w kategorii science fiction, użył 4321 słów i 24912 znaków ·

Komentarze (1)

 
  • Kams

    Kams 25 marca ip:37478

    Genialna seria!