Nocka

Nocka

Na placówce w NRD.

Przestała wierzyć w Boga, dopiero gdy matka utwierdziła ją w tym, że Go nie ma. Za dwadzieścia trzy dni skończy sześć lat. Wszystkie babcine komunijne regułki, przykazania stały się wyświechtane i bez znaczenia. Tak bardzo marzyła o białej sukience, a wszystko pewnie odbędzie się w tajemnicy przed ojcem. Babcia zmarła, nie doczekawszy tej cichej ceremonii... Ona, matka i ten zły ksiądz. Tydzień po komunii. Pamięta dokładnie ten wieczór, kiedy na jej pytania o Bogu matka odpowiedziała rozdrażnionym głosem:  
— Nie wspominaj nigdy o Nim przy ojcu, bo my nie wierzymy w takie zabobony jak Bóg.  

Do tej pory wydawało się jej, że Ktoś tam wysoko istnieje i jest dobry, bezgranicznie dobry. Mama ma rację i nigdy jej nie okłamała. Chociaż babcia mówiła co innego:  
— Jak będzie ci źle to można Jemu o tym opowiedzieć.  

Dlatego rozmawiała z Nim po cichu wieczorem pod kołdrą — tak, aby nikt nie usłyszał. Jednak to w tej chwili było nie ważne, bo babci nie ma. Dlatego od tej pory już Mu więcej nie opowiadała żadnych rzeczy. Nie rozumiała też, co to są te zabobony? Czuła jednak, że to coś bardzo niedobrego, skoro nie można było o nich wspominać przy ojcu. Dzisiaj myślała, dlaczego nie ma Go wtedy, kiedy wieczorami tato wraca pijany do domu. Przywożą go koledzy czarnym wypolerowanym autem. Czasem sam się wydostaje z tylnego siedzenia, a czasem oni wyciągają i prowadzą pod ramię. Wali mocno pięściami i kopie w drzwi, aż mury się trzęsą. Nie rozumiała, kiedy sąsiedzi mówili:  
— Znowu tego psa przywieźli schlanego jak świnia.  

Dlaczego pies? — zastanawiało ją.  
Wtaczał się chwiejnym krokiem prosto do kuchni i krzyczał. Mama siedziała skulona na taborecie pomiędzy lodówką a stołem, patrzyła w linoleum i milczała. Ściskała z całej siły dłonie, a w zaszklonych oczach pojawiał się strach. Dużo wcześniej matka chowała się pod kołdrę i zagłuszała krzyk ojca swoją rozmową z Nim. Prosiła Jego o pomoc.  
Od kiedy ojciec strzelił do niej, przestała. Do dzisiaj ma niedowład lewego łokcia. Ten na górze nigdy nie wysłuchał jej prośby. Dlatego miała rację, że On nie istnieje. To tylko zabobon. Od tamtego zdarzenia już więcej nie wchodziła pod kołdrę, tylko czekała przy lodówce. Nauczyła się, jak ma przetrwać furię ojca. Siedziała zaklęta w posąg, nawet nie płakała. Nazajutrz miała cienie pod oczami, tylko cienie. Bił tak, aby nie zostawiać śladów. Dlatego, kiedy szła ze mną do świetlicy, wkładała ciemne okulary, a głowę owijała chustką. Była bardzo ładna, lecz nigdy się nie uśmiechała. Mówiła:  
— Przyjdzie taki dzień, kiedy wszystko się odmieni.  

Odkąd matka siedziała w kuchni, ona też nie nakrywała kołdrą głowy, tylko wchodziła do szafy. Ojciec miał bardzo jazgotliwy i mocny głos, że słychać go było w całym bloku.  
— Krzyczy przecież całymi dniami w psiarni — mówił pan Stefan z czwartego. — Warczy na ludzi jak pies — dodawał.  

Kiedyś, nie mogąc już tego znieść, włączyła odkurzacz, który stoi w jej szafie. Był tak samo głośny, jak ojciec, może nawet głośniejszy. Pomogło, bo w kuchni zapanowała cisza. Po chwili wpadł z butelką w ręku do jej pokoju i w tej złości wyrwał kabel od odkurzacza z całym kontaktem i kawałkiem tynku. Stalowy zaczep wbił się w szyję mamy, która wbiegła za nim. Tej nocy była już całkiem przekonana, że On to zabobon, nie istnieje.  
Rozjuszony ojciec zrobił ruch butelką w jej kierunku. Nie zdążył. Matka złapała ją za rękę i po raz pierwszy uciekły z domu. Błąkały się po ulicach bez celu. Rana na szyi mamy krwawiła. Przyłożyła jej czapkę, która po chwili przesiąknęła krwią. Nie poszła opatrzyć rany.  

— Żony policjantów, szczególnie oficerów nie opatrują ran — mówiła tak zawsze, jak coś jej dolegało.  

Gdy zrobiło się zimniej, jeździły tramwajem do rana. Uciekały prawie co wieczór do tych pojazdów i nocnych ulic. Miały swój plan, swoje ulubione linie i trasy. Gdy dzień szarością przepędzał ciemność, wracały do mieszkania. Ojciec już dawno spał na blacie w kuchni albo w całym umundurowaniu w sypialni. Cicho otwierały drzwi, pośpiesznie kładły się razem do łóżka i mocno tuliły do siebie. Matka płakała, ona zasypiała w jej ramionach. Pewnej nocy pojechały na koniec miasta. Motorniczy znał je dobrze, dlatego zatrzymał tramwaj, mimo że nie było tam przystanku. Obiecał, że zaczeka. Przeszły alejką do morza. Oglądały cudowny wschód słońca. Siedziały w ciszy na betonowym falochronie koło starej sieciarni, która straszyła kikutami niszczejących murów.  
— Mamo! — zawołała. — Tam coś się rusza.  

Koło muru leżała suczka wilczyca, a obok trzy martwe pieski. Mama pokruszyła kanapkę i położyła przed nią — zjadła i spojrzała na nas zamglonymi oczami.  
— Weźmy ją do domu — poprosiła. — Jesteś mądrą dziewczynką — odrzekła. — I wiesz, że nie możemy.  
— Wiem — odpowiedziała smutno.  
— Zrobimy tak. Wrócimy do domu i przygotujemy dla niej miejsce — oznajmiła mama. — Powrócimy tutaj dzisiejszej nocy i jeśli ona jeszcze będzie, weźmiemy ją.  

Ostatnią kanapkę i herbatę pozostawiły przy Nocce. Tak nazwała ją w myślach. Motorniczy przyrzekł, że pomoże. Tej nocy wróciły do domu później niż zwykle. Gdy zasnęła wtulona w matkę. Zdarzyło się coś we śnie. Umarła na krótko i widziała babcię.  
— Od tej chwili będziesz miała Anioła Stróża — powiedziała jej i rozmyła się w świetlistej poświacie.  

Nocka zamieszkała w opuszczonej stróżówce, gdzie znajdował się składzik różnych narzędzi i sprzętów dozorcy, za jego pozwoleniem. Chodziła do wilczycy i wyprowadzała na spacer. Ona i Nocka nie wyobrażały sobie życia bez siebie.  

Trzy lata później.  

Kiedy ojciec dowiedział się, że padł mur berliński i wszyscy z tego zadziwienia przeszli na Zachód, chociaż tylko po to, aby się przekonać, że nie będą do nich strzelać. Dostał białej gorączki. Takie pół godzinki udziału w historii Europy. Wiedział, że już nie jest u siebie i trzeba będzie wracać na Wschód. Dowódca wydziału pijany od rana, ale do granic pedantyczny w swojej świadomości, że to, co robi, robi w imię służby dla narodu. Jak każdy. Tyle że ten „każdy” pracował i był przyzwoity. On krzyczał i bił więźniów. Kopał po nerkach, plecach i głowie, gdzie popadło. Wszyscy bali się jego. Wiedział, że nie skończy się na tej półgodzinie wolności i na bananach.  
Dlatego bał się. Kulminacja furii przyszła, kiedy zobaczył w telewizji trabanty przejeżdżające na drugą stronę przez Bramę Brandenburską. Upił się nie z nałogu, lecz ze strachu.  
Był listopad, bardzo zimny. Ciężkie zimowe buty dobrze kopały matkę. Nie wytrzymała tego, po raz pierwszy wyszła z pokoju w czasie awantury. Padł strzał w jej kierunku, poczuła ból biodra i upadła.  
Przez okno, rozbijając szybę, wpadła Nocka i skoczyła ojcu na twarz. Upadł. Znowu strzał i ciche skomlenie.  
— Nieee! — krzyczała.  
Potem już tylko cisza i ciemność.  

Po trzynastu latach.  

Słowo „nigdy” wcale na nią już nie działa. Wie od dawna, że prawie każde nigdy można obejść. Gdyby tak nie było, umarłaby jako mała dziewczynka, a przecież skończyła dwadzieścia trzy lata. Nienawidzi nocy, tęskni tylko za Nocką. Mamę odwiedza raz w tygodniu i zabiera ją na wschód słońca. Maluje jej słowami ten obraz, ponieważ od tamtej listopadowej nocy pozostała niewiadoma.  
Późne czwartkowe popołudnie.  

Dzwonek.  
Kulawa, ze swoim sztucznym biodrem pokuśtykała w stronę drzwi. Otworzyła.  
— Proszę wejść — powiedziała.  

I ten skurwiel, naczelnik bez lewego oka wszedł i bez słowa poszedł jak zawsze do kuchni. Usiadł pomiędzy lodówką a stołem i płakał.  
— Napije się pan herbaty? — zapytała i nastawiła czajnik.

1 047 czyt.
100%174
kaszmir

opublikowała opowiadanie w kategorii obyczajowe i dramaty, użyła 1479 słów i 8034 znaków, zaktualizowała 9 lip o 9:09.

4 komentarze

 
  • Somebody

    Somebody 10 lip 22:19

    Poruszające, zostawia taki dreszcz na plecach...

  • Speker

    Speker 9 lip 10:58

    Przychylam się do komentarza poniżej. Aż chce się więcej.

  • agnes1709

    agnes1709 9 lip 10:12

    Bomba!!!

  • AnonimS

    AnonimS 9 lip 9:45

    Mistrzowsko . W niewielu słowach tyle treści zawrzeć. Pozdrawiam