Wciąż chcę z tobą być - Rozdział 20

Głupi film nie odciąga moich myśli od problemów. Komórka ciągle dzwoni. Laura spędza czas u matki. U matki, która prawdopodobnie zniszczyła jedyną dobrą rzecz, jaka mi się przytrafiła. Tak, Wiki nie była zła. Nigdy nie patrzyłem na nią przez pryzmat błędów, jakie popełniała. Owszem, nie podobało mi się, że wciąż utrzymywała kontakt z Marcinem i miała mnóstwo tajemnic. Problem w tym, że sam ukrywałem prawdę. Do teraz nie wie kim byłem i co robiłem. Często się kłóciliśmy. Seks bywał chwilową ucieczką od pojebanych sytuacji. Ile tak można? Czy naprawdę nie mogliśmy zachować się jak dorośli ludzie i porozmawiać? Ada chyba miała rację. Szczera rozmowa załatwiłaby sprawę.  
Ktoś uparcie dzwoni. Zerkam niechętnie na wyświetlacz komórki i wywracam oczami. To Kasjan. W dupie go mam. Zamiast powiedzieć prawdę, grał w tę chujową grę. Sześć lat udawał, że pieprzył się z dziewczyną, którą kocham.  
Dlaczego ta cała sytuacja musi być taka pojebana?
Pochylam się do przodu, opierając łokcie na kolanach i ukrywam twarz w dłoniach.  
Może rzeczywiście ten związek nie miał sensu. Może powinniśmy odpuścić. Bo czy ona naprawdę wciąż mnie kocha? To wszystko, co do niej czuję, wciąż nie wygasło. Jak na złość! Nie żal mi Sonii, ale Klaudia… Dlaczego nie mogę samodzielnie podjąć decyzji, kogo mogę kochać? Dlaczego nie mogę wybrać? Dlaczego zawsze musi chodzić o Wiki?
Głośne pukanie wyrywa mnie z zamyślenia. Przecieram dłońmi twarz i podchodzę do drzwi. Otwieram je z rozmachem. Zamieram, widząc na progu Kasjana. Krzywo się uśmiecha, machając w powietrzu dwoma czteropakami piwa.  
– Czego chcesz? – warczę. – Spierdalaj stąd.  
– Aleks, daj spokój. Chcę tylko pogadać.  
– Spierdalaj.  
Kasjan wzdycha ciężko, uważnie mnie obserwując.  
– Wiem, że to, co zrobiliśmy, nie było w porządku.  
– Łagodnie powiedziane – syczę. – W ciągu kilku minut rozpierdoliliście cały fundament, na którym oparłem nowe życie.  
– Mogę wejść? Nie powinniśmy kłócić się na klatce…
Ma, kurwa, rację. Tylko dlatego wpuszczam go do środka. Zatrzaskuję za nim drzwi.
– I co teraz? – atakuję. – Co zamierzasz mi jeszcze powiedzieć? Znowu coś przemilczałeś?!  
– Aleks, nie chcieliśmy, żebyś cierpiał.  
– No tak – prycham. – Dziękuję bardzo za taką pojebaną troskę!
Kasjan stawia piwa na podłodze. Ma skruszony wyraz twarzy. Jednak ten widok w żaden sposób mnie nie uspokaja, wręcz przeciwnie. Jestem podwójnie wkurwiony.  
– Chcieliśmy dobrze.
– Co was tak nagle zmusiło do mówienia? – pytam.  
– Klaudia. Widzieliśmy, że jesteś z nią szczęśliwy. Nie chcieliśmy… Szkoda, że wam nie wyszło. Pasowaliście do siebie.  
– Pierdolenie!  
– Adzie jest naprawdę przykro.
– No pewnie, że jest! – drwię. – Wszystkim wam jest, kurwa, przykro. W szczególności Wiktorii.  
– Kocha cię.
– Zamknij się.  
– Ty też ją kochasz.  
– Kurwa, Kasjan!
– Skoro żadne z was nie potrafi żyć osobno, to…
– To co, kurwa?! – wrzeszczę. – Po tym całym gównie, mamy paść sobie w  ramiona?  
Kasjan podnosi czteropak piwa z podłogi.  
– Może jednak się napijemy?  
Wypuszczam głośno powietrze z płuc. Przecieram dłonią twarz, próbując się uspokoić. Jestem rozchwiany emocjonalnie. To jej wina. Gdyby nie powiedziała, że kocha. Gdyby…
– Niech będzie – rzucam obojętnym tonem.  
Ściąga buty, nie spuszczając ze mnie wzroku.
– Czemu się gapisz? – pytam zirytowany.
– Jesteś wkurwiony.  
– Dziwi cię to?
Kręci głową, podnosząc z podłogi drugi czteropak. Podchodzimy do stołu i siadamy. Może powinienem wyciągnąć szklanki. Pokazać, że jestem zajebistym gospodarzem czy coś. A może powinienem wystawić go za drzwi.  
Kasjan wyciąga dwa piwa. Podaje mi jedno, a jego twarz wykrzywia grymas.  
– Mamy dużo spraw do obgadania – mówi.  
Wywracam oczami.  
– Po co tu w ogóle przyszedłeś?
– Pogadać, Aleks. Wiem, że musi ci być ciężko…
– Lepiej skończ wygadywać podobne brednie. Bądź szczery, kurwa.  
Wypijam na raz pół piwa. Nie czuję się lepiej.  
– Mówiłem Wiki, że milczenie nie ma sensu. Wyrzuty sumienia zaczęły ją niszczyć, ale nie zmieniła zdania. Kiedyś, to było jakoś po spotkaniu Sonii w twoim mieszkaniu, zapytała, czy istnieje jakakolwiek szansa, że wciąż coś do niej czujesz.  
– Wtedy nawrzeszczałem na Sonię i z nią zerwałem – mówię cicho.  
– Właśnie. Ale ja o tym nie wiedziałem. Nie spieszyło ci się, aby powiadomić świat, że zerwałeś się ze smyczy.  
Zaciskam zęby.
– Co, kurwa? – syczę, obrzucając go lodowatym wzrokiem.  
– A jak to inaczej nazwiesz? Robiłeś wszystko, co chciała. Tak cholernie zależało ci na tym, żeby zawsze była zadowolona. A, gdzie w tym wszystkim było twoje szczęście?  
– Była przy mnie. Zawsze. Dlaczego miałbym nie chcieć mieć jej przy sobie?
– Darmowy seks nie jest dobrym powodem.  
Kolejny raz wywracam oczami.  
– Tu nie chodziło o seks, ale o obecność. Na Sonię mogłem liczyć. Tyle.  
Obracam w dłoniach puszkę, skupiając na niej wzrok.  
– Cokolwiek to było, nie nazywało się miłością. Nigdy nie zrozumiem tego, co łączy ciebie i Wiktorię, ale nawet już nie próbuję się nad tym zastanawiać. Chyba jesteście sobie przeznaczeni, czy coś… Ale mniejsza z tym. Wiki załamała się po waszej ostatniej rozmowie.  
Prycham pogardliwie, przenosząc wzrok na przyjaciela. Ma poważny wyraz twarzy, usta zaciśnięte, a w oczach dostrzegam zdeterminowanie pomieszane ze skruchą. Dziwne połączenie.  
– I czego ode mnie oczekujesz? Mam paść na kolana i błagać, aby do mnie wróciła? – Jestem rozbawiony. – Całkiem fajnie to sobie zaplanowałeś. Problem w tym, że nie jestem zainteresowany.  
– Nie to miałem na myśli…
– A co? – warczę. – Tego jest za dużo. Tajemnice Wiki zawsze wszystko psuły, ale teraz jest gorzej. Jeśli to, co powiedziała Wiki, okazałoby się prawdą… – Biorę wdech. – Musiałbym odebrać matce prawa rodzicielskie.  
Kasjanowi opada szczęka.
– Co ma do tego wszystkiego twoja matka?  
– Wiki ci nie mówiła? – prycham, unosząc brew. – Odeszła ode mnie przez nią. Inaczej, ta suka odebrałaby mi Laurę.  
– Kurwa… Nie miałem pojęcia…
– Co za niespodzianka – kpię. – Zamiast przyjść z tym do mnie, wolała uciec. Jak zawsze.  
– Myślę, że nie byłbyś w stanie niczego zrobić. Znasz swoją matkę, lepiej niż ktokolwiek inny. To suka.  
Z hukiem odkładam puszkę na stół.
– Ale chodziło o Laurę! Dla niej zrobiłbym wszystko!  
– Wciąż za mało… Wtedy byłeś innym człowiekiem. Bez stałej pracy, z nieciekawą przeszłością… – Przeczesuje dłońmi włosy. Jego twarz zdradza zagubienie. – Naprawdę nie wiem, co mam o tym myśleć. To jest tak bardzo popieprzone!
– Nie wiem, co takiego musiała jej powiedzieć, że zdecydowała się odejść…
Kasjan uśmiecha się ponuro.
– Wiki kocha Laurę równie mocno, co ty.  
– Jasne – drwię. – A ostatnio powiedziała jej…
– Tak, wiem. Ada wspominała o tym. Ale to i tak niczego nie zmienia. Wiki działała pod wpływem emocji. Chciała was uratować i zapłaciła za to wysoką cenę. Musiała schować swój egoizm do kieszeni. Nie sądzisz, że w jej przypadku, to bardzo dużo?
Kręcę głową.
– Nie obchodzi mnie to.  
– Gówno prawda!
– Właśnie, kurwa, że prawda – syczę. – Przez sześć lat walczyłem ze świadomością, że mnie nie kocha i nie chce. Moje serce nie zniesie więcej.  
– Ostatnia szansa.
– Nie.  
– Obaj wiemy, że nigdy nie przestaniesz jej kochać – podnosi głos.  
– Mam ważniejsze sprawy na głowie. Laura jest najważniejsza.  
Kasjan kiwa głową z rezygnacją. Już nic nie mówi. Pije piwo, gapiąc się w okno. Nie zamierzam go przekonywać do swoich racji. Sam spierdolił kilka spraw. I przemilczał najważniejszą. Ale miłość Wiki nic nie zmienia. Wciąż stoimy w tym samym miejscu.  



Sprzątam puste puszki. Rozmowa z Kasjanem nie należała do najprzyjemniejszych. Pod koniec gadaliśmy o błahostkach. Ciężkie tematy, na dłuższą metę, są wykańczające. Głowa mi pęka od nadmiaru rad. Nawet nie jestem pewien, czy z jakiejkolwiek skorzystam. Na wstępie odrzuciłem wszystkie dotyczące Wiktorii. Nie będziemy razem.  
Do głowy wdziera się matka z tym swoim sztucznym uśmiechem. Ale szybko znika, bo przy jednej z puszek leży Stefan Jest nadzwyczaj spokojny. Zerkam na miski. Znowu nie tknął jedzenia. Wody brak. Odkładam worek na podłogę i kucam. Głaszczę kota, ale ten nie reaguje.
– Stefan?
Unosi łebek, ale niezbyt wysoko. Patrzy na mnie błyszczącymi oczami.  
– Wszystko w porządku?
Ciche miauczenie brzmi bardzo niepokojąco. Przygryzam wargę i wstaję. Wyciągam z lodówki kawałek szynki. Normalnie bym tego nie zrobił. Kot ma własne jedzenie, ale koniecznie muszę sprawdzić, czym jest spowodowany brak apetytu. Podaję mu szynkę pod sam pyszczek. Najpierw wącha, potem liże. Bardzo powoli odgryza kawałek. Oddycham z ulgą. Chyba nie jest tak źle. Do jednej miski nalewam wody, z drugiej wyrzucam jedzenie do kosza.  
Słyszę dziwny dźwięk, który trochę przypomina zakrztuszenie. Odwracam się i zauważam, że Stefan wymiotuje. Wystraszony, wytrzeszcza oczy. Odsuwa się gwałtownie pod ścianę i patrzy na mnie ze skruchą.  
– Ej! Co jest?  
Podchodzę do niego i biorę na ręce.  
– Już wszystko w porządku – mówię cicho, mocno go przytulając. – Pozwalam ci dziś spać w moim łóżku.  
Nie dostrzegam żadnej euforii. Martwi mnie to. Zanoszę kota najpierw do łazienki i przemywam mu sierść. Jest dziwna w dotyku. Może to czas linienia, przecież jest jesień. Kot nie reaguje na wodę. Chyba jest mu wszystko jedno. Odsuwam negatywne myśli. Stefan nie może być chory. Wycieram go dokładnie ręcznikiem i zanoszę do łóżka. Zostawia na nim mokre plamy, gdy drepta w stronę poduszek. Przymykam na to oczy. Ma zły dzień, więc powinienem go otoczyć podwójną opieką. I właśnie to robię.  
Sprzątam podłogę z wymiocin, wyrzucam worek z puszkami po piwie i biorę prysznic. Potrzebuję odprężenia. Przekręcam kurek, a woda staje się wręcz wrząca. To powinno załatwić sprawę.



Stoję w garażu Czerniewskiego. Komputery gapią się na mnie, wywołując skurcze żołądka. Nie powinno mnie tu być. Odsuwam myśli, bo takie pierdolenie niczego nie zmieni. Będę tu, bo się zgodziłem. Trudno.  
Ma ze sobą płytki i inne duperele, które mają mi pomóc w czarnej robocie. Brakuje mi tylko jakiegoś stolika i krzesła. Wchodzę do domu przez boczne drzwi. Prowadzą bezpośrednio do kuchni.  
– Mam prośbę! – podnoszę głos, bo nie mam zamiaru pałętać się po obcym domu.  
Odpowiada mi cisza.  
Wpycham dłonie do kieszeni spodni i rozglądam się po pomieszczeniu. Całkiem czysto, jak na samotnego faceta. Na oparciu krzesła dostrzegam damską bluzkę. Marszczę brwi, bo nie przypominam sobie, aby wspominał coś o kobiecie. Nagle słyszę, jak ktoś zbiega ze schodów. Do kuchni wpada rudowłosa dziewczyna. Zaczyna otwierać przypadkowe szafki i wszystko z nich wyrzuca. Zachowuje się tak, jakby była w jakimś popieprzonym transie. To zachowanie coś mi przypomina, ale nie mogę być przewrażliwiony. Dziewczyna niespodziewanie się odwraca i dostrzega mnie. Szybko podbiega i łapie za przedramiona.  
– Jak cudownie cię widzieć! – mówi podekscytowana. Jej rozbiegany wzrok przesuwa się szybko po całym moim ciele. – Wiem, że coś masz! Poratuj dawną koleżankę!  
Stoję oniemiały, nie wiedząc co mam robić. To z pewnością ćpunka.
– Tylko troszkę! Naprawdę! Nie potrzebuję zbyt wiele… – Wbija palce w moją skórę. – Zrobię wszystko, przecież dobrze o tym wiesz…
Czerniewski pojawia się w kuchni, nie wiadomo skąd. Łapie dziewczynę za ramiona i odciąga.  
– Mówiłem ci, że masz zostać u siebie – podnosi głos.  
Rudowłosa wyciąga ręce w moją stronę, patrząc na mnie tęsknie.
– Marcin, proszę…  
Marcin? Co, kurwa?

1 580 czyt.
100%194
elorence

opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne i dramaty, użyła 2035 słów i 12166 znaków.

4 komentarze

 
  • Lula

    Lula · 13 czerwca

    Geniusz z ciebie ale uwielbiasz trzymac nas w niepewnosci

  • agnes1709

    agnes1709 · 10 czerwca

    Kolejna do kolekcji wkurwiania chłopaka?

  • Zuza11

    Zuza11 · 9 czerwca

    No nie! Co ty się odwaliło? O jakim Marcinie ona mówiła? Jejku, ja nie wiem skąd ty bierzesz natchnienie, ale mega ci wychodzą te opowiadania    

  • Speker

    Speker · 9 czerwca

    Marcin? Co, kurwa? Tyle czasu i znów każesz mi czekać w niepewności? Dostaniesz na dupe, zobaczysz   
    Dobra część