tylko jeden błąd - 54

Jak zwykle położyliśmy się z Dylanem spać, jednak ta noc nie była taka, jak zazwyczaj. Puste łóżeczko Liama niemal krzyczało. Dylan ciągle patrzył się na mnie, jakby tylko czekał, aż zareaguję, coś powiem. A ja nie mogłam. Nie potrafiłam myśleć o nas, kiedy Liam wciąż był zaintubowany, niezdolny do samodzielnego oddychania. Póki nie wiedziałam, co będzie z nim, nie mogłam rozmyślać nad tym, co będzie z nami.
Odwróciłam się plecami do Dylana i zgasiłam lampkę. W sypialni zapadła ciemność oraz cisza. Wymowna cisza. Czułam na sobie wzrok Dylana i wiedziałam, że czeka na jakieś moje słowa. Nie doczekał się ich, więc w końcu i on się położył. Zerknęłam na zegarek. Dochodziła czwarta rano. Budzik nastawiłam na siódmą, choć wątpiłam, czy w ogóle zasnę. Oczy miałam podkrążone i suche. Wypociłam i wypłakałam z ciała całą wodę, której nie uzupełniłam i mocno dawało mi się to we znaki.
Wpatrywałam się w zegarek, aż wybiła piąta i chyba wtedy dopiero zasnęłam. Dwie godziny później irytujący dźwięk budzika wdarł się ostro w mój mózg. Ciało protestowało. Miałam wrażenie, że w ogóle nie spałam, ale od razu się podniosłam i sprawdziłam komórkę. Nikt do mnie nie dzwonił. To znaczyło, że nic złego się nie wydarzyło, ale zapewne też nic dobrego.
- Nie dzwonili do ciebie? – spytałam Dylana, który podniósł się z łóżka i właśnie wkładał spodnie.
- Nie.
- Ogarnijmy się szybko i pojedźmy tam – rzuciłam, nie mogąc sobie darować, że w ogóle przyjechałam tu i spałam, podczas gdy Liam leżał sam w szpitalu. Czym prędzej podniosłam się z łóżka, tak szybko, że aż zakręciło mi się w głowie, więc musiałam z powrotem usiąść.  
- Dobrze się czujesz? – Usłyszałam Dylana zza swoich pleców.
- Nie. W ogóle nie czuję się dobrze.
- Chcesz porozmawiać?
- Nie. – Pokręciłam gwałtownie głową. – Nie chcę, rozmawiać, Dylan, chcę, żeby Liam wyzdrowiał.
- Wiem. Ja też.
Czułam, że nadal na mnie patrzy, więc ponownie wstałam, tym razem powoli. Mój poziom cukru spadł stanowczo poniżej normy i czułam zawroty głowy, ale nie miałam teraz czasu na serwowanie sobie obfitych śniadań. Postanowiłam, że zjem jakiegoś banana w drodze do szpitala i będzie musiało mi to wystarczyć.
Szybko się ubrałam, uczesałam włosy, umyłam zęby i byłam już gotowa do wyjścia. Dylan zgarnął kluczyki i zeszliśmy na dół, do samochodu. Niebo było szare, w dodatku padało. Atmosfera była gęsta, powietrze ciężkie, a z każdym pokonanym kilometrem serce rwało mi się do dzikiego galopu. Zobaczyłam, że mam kilka smsów, więc zaczęłam je odczytywać, choć bez większego entuzjazmu.
MIKE: Przepraszam, że się nie odzywałem, ale dużo się dzieje. Praca, Lacey, zajmowanie się Naomi. Sama dobrze wiesz, jak to jest. Co słychać?
Nie czułam się na siłach, by mu odpisywać i udawać wesołą Camillę, a nie chciałam też mówić o wypadku Liama, bo chyba rozpadłabym się wtedy na kawałeczki. Zamknęłam wiadomość i otworzyłam następną:
OTIS: Ze sklepem wszystko w porządku, nic nie ukradli, więc się nie martw. Co z twoim synkiem?
CAMILLA: Bez zmian. Nadal nie oddycha samodzielnie.
Miałam też smsy od mamy, ale nawet ich nie otwierałam. Nie chciałam się niepotrzebnie denerwować, a niechybnie tak by się stało, gdybym jej odpisała. Nie wiedziałam, czy chciałam być teraz z moją mamą. Wtedy przyszło mi coś do głowy. Spojrzałam na Dylana, który trzymał ręce sztywno na kierownicy i prowadził niczym robot.
- Dylan.
- Tak?
- Chciałabym poprosić twoją mamę, żeby przyjechała do szpitala. – Głos lekko mi się łamał, ale nie zamierzałam cofać swojego pomysłu. Wydawało mi się trochę nie na miejscu, że zamiast swojej mamy wybieram mamę Dylana, ale to jej siły spokoju właśnie teraz potrzebowałam. – Mogę?
Zerknął na mnie, odrywając dłoń od kierownicy i kładąc ją pocieszająco na mojej.
- Nie musisz mnie pytać o zgodę.
- Wiem. Ale nie wiem, czy chcesz ją widzieć.
- Uważam… - Głośno wypuścił powietrze z ust. – Że to najwyższy czas, bym się z nią pogodził.  
Milcząco zaakceptowałam jego decyzję, choć podejrzewałam, że miała ona jeszcze inne podłoże. Dylan być może chciał przejść przyspieszony kurs dojrzewania, ale wyglądał teraz jak mały chłopczyk, który potrzebował swojej mamy. Wobec tego pospiesznie ścisnęłam jego rękę, po czym napisałam smsa do Debory:
CAMILLA: Liam miał wypadek. Jest w szpitalu. Jeśli ma Pani czas, mogłaby Pani przyjechać?  
Odezwała się już po paru minutach:
DEBORA: Oczywiście, przyjadę najszybciej jak się da. Napisz mi adres.
Wysłałam jej adres szpitala oraz numer pokoju Liama, tymczasem Dylan parkował samochód. Wyskoczyłam z niego jak oparzona i od razu podążyłam do wejścia, nawet nie czekając na Dylana. Chciałam jak najszybciej znaleźć się przy synu. Wpadłam jak bomba do jego pokoju, trafiając akurat na moment, kiedy pielęgniarka zmieniała kroplówkę.
- Co z nim? – zapytałam, choć miałam tak wysuszone gardło, że przypominało to skrzek.
- Przykro mi, bez zmian.
Nogi się pode mną ugięły i musiałam usiąść na fotelu. Liam wyglądał dokładnie tak, jak poprzedniego dnia: mała, krucha istotka. Jego klatka piersiowa unosiła się miarowo, ale pikające obok maszyny sugerowały, że nie był to jego własny oddech. Chwyciłam go za rękę w momencie, gdy Dylan wszedł do pokoju. Nawet nie zapytał, dlaczego na niego nie zaczekałam. I dobrze.
- Co z nim? – powtórzył moje pytanie, siadając z drugiej strony łóżka.  
- Bez zmian – powtórzyłam jak echo słowa pielęgniarki.
Ponownie siedzieliśmy, czekając na cud. Dylan w międzyczasie pisał smsa do szefa, że nie będzie go w pracy. Ja wpatrywałam się pustym wzrokiem w Liama, prosząc go w myślach, by otworzył oczy, by zaczął sam oddychać. Nie słuchał moich próśb. Ilekroć wydawało mi się, że to będzie już za chwilę, już za sekundę, czekało mnie tylko rozczarowanie. Nie budził się. Nie ruszał. Gdyby nie to, że oddychała za niego maszyna, pomyślałabym, że umarł.
Nagle rozległo się ciche pukanie i do środka ostrożnie wsunęła się Debora. Podniosłam na nią załzawiony wzrok, podobnie jak Dylan. Debora cicho podeszła do łóżka ze zmartwiałą twarzą.
- Co się stało? – wyszeptała.
Nie czułam się na siłach, by jej to opowiadać. Spojrzałam znacząco na Dylana. Zrozumiał aluzję i przyciszonym głosem opowiedział mamie wszystko, począwszy od chwiejnej półki, skończywszy na operacji. Nagle jakoś całkowicie pominął kwestię, czyja to była wina.  
Kompletnie wyłączyłam się z konwersacji, ale nagle poczułam, jak Debora dotyka mojego ramienia.
- Chyba przydałaby ci się rozmowa.
Skinęłam głową, choć tak naprawdę wcale nie byłam tego pewna. Nie wiedziałam, czy chciałam rozmawiać. Może chciałam. Tylko nie z Dylanem.
Podniosłam się ostrożnie, niczym starsza kobieta i wyszłam z Deborą na korytarz, zamykając drzwi.
- Nawet nie jestem w stanie sobie wyobrazić, co czujesz.
- Nic nie czuję – odpowiedziałam automatycznie. – Z jednej strony jestem przerażona. Tak przerażona, że nie umiem już funkcjonować. A z drugiej, jestem kompletnie pusta. Obojętna na bodźce. Chcę tylko, żeby on się obudził. Dylan mówił, że to moja wina…
- Jak to? – W jej głosie wyczułam ledwie zauważalną zmianę.
- Ta półka chwiała się już wcześniej. Prosiłam go, by ją dokręcił, ale zapomniał i tego nie zrobił. Wczoraj spieszyłam się do pracy i chyba nie zamknęłam drzwi od sypialni, więc Liam przez nie wszedł i zrzucił na siebie tę półkę. Dylan był w kuchni. Powinien go pilnować, ale… ja powinnam była zamknąć te cholerne drzwi… - Znowu czułam, jak zaczynają mi drżeć ramiona.  
- Nie płacz, skarbie. Nie tutaj. – Debora stanowczo poprowadziła mnie korytarzem. Nie patrzyłam nawet, dokąd się kierujemy. Zatrzymała się dopiero w jakimś kącie, obok którego nikt nie przychodził. Światło było przygaszone i było tu znacznie ciszej.
Położyła mi dłonie na ramionach.
- Posłuchaj mnie teraz uważnie. To nie twoja wina. Wypadki się zdarzają. Każde dziecko choruje, każde w końcu upadnie, rozwali sobie czoło i przysporzy nam ogrom strachu, ale takie jest już życie. Nie uchronimy ich przed wszystkim, choćbyśmy bardzo chcieli. Jesteś dobrą mamą. Dylan jest dobrym tatą. Po prostu…
- Ale to nie jest zwykły upadek i pojedyncza blizna! – Wybuchłam nagle, choć nie chciałam tego robić. Prawie nie znałam Debory, a jednak właśnie na nią krzyczałam. Nie trafiało do mnie jednak jej tłumaczenie. – Można się przewrócić, skaleczyć i takie coś można załatwić w pół godziny. Liam miał operację i może się już nie obudzić! To jest nasza wina! Mogliśmy temu zapobiec! – Znowu się rozpłakałam.
- Masz rację – odezwała się Debora cichszym tonem, jakby się bała, że znowu na nią wrzasnę. – Ale teraz już nie ma sensu tego rozpamiętywać i sobie nawzajem wyrzucać. Na przyszłość będziesz już wiedziała, jaki błąd zrobiłaś i więcej go nie popełnisz. Dylan też. Teraz musicie się skupić tylko na Liamie.
Miała rację, więc nie odezwałam się już więcej, choć w głowie dalej sama obrzucałam się największą ilością bluzgów, jakie udało mi się wymyślić. Słowa Debory miały jednak sens. Co się stało, to się nie odstanie. Teraz pozostało tylko modlić się o to, by nasza wspólna przyszłość nadeszła.
Debora wróciła do pokoju, zapewne chcąc porozmawiać sam na sam z Dylanem. Nie zamierzałam jej tego utrudniać. Upewniłam się, że mam włączony dźwięk w komórce, po czym kupiłam w automacie duży kubek czarnej kawy. Zwykle piłam kawę z mlekiem, ale dziś było mi wszystko jedno. Patrzyłam, jak ciemny płyn sączy się powoli do kubka i myślałam, jak bardzo chcę już stąd wyjść. Nigdy nie lubiłam szpitali – tego zapachu, biegających chaotycznie ludzi, pikania maszyn, igieł, kroplówek… samej atmosfery. Jeszcze nigdy nie przeżyłam tutaj niczego dobrego. No, może oprócz porodu Liama, ale i on był straszny. Przygotowałam się na poród siłami natury, a okazało się, że konieczne było cesarskie cięcie, bo dziecko było zagrożone. Pobyt tu po gwałcie też nie należał do najprzyjemniejszych. Mogłam zmienić zdanie dopiero, jak wyjdę stąd z Liamem – zdrowym i samodzielnie oddychającym.  
Kawa w końcu się nalała. Posłodziłam ją nieco, po czym wyszłam na zewnątrz. Musiałam dosłownie przez chwilę pooddychać czymś innym niż ten cholerny szpitalny zapach. Akurat wyszło słońce, oświetlając krople deszczu na szybach i malując na niebie tęczę. Co za ironia. Akurat, kiedy mój świat walił się w gruzy, pogoda malowała takie piękne obrazki. A może to znak? Zerknęłam na komórkę. Nic. Żadnych połączeń, wiadomości, żadnego sygnału, że coś się zmieniło. Westchnęłam ciężko i upiłam łyk kawy. Była gorzka, mimo dodanego do niej cukru.  
Nagle mój telefon zaczął dzwonić. Prawie upuściłam kawę. Dopiero po chwili moje galopujące serce się uspokoiło. Dzwonił Mike. Postanowiłam odebrać.
- Halo? – Nie wysiliłam się nawet, żeby mój głos nie brzmiał tak słabo.
- No cześć. Co się dzieje? Pisałem do ciebie, ale nie odpisywałaś. Zacząłem się bać, że coś ci się stało.
Mike miał wesoły głos, zapewne nie miał na głowie żadnych zmartwień. Ale mu tego zazdrościłam.
- Przepraszam. Nie miałam do tego głowy. Liam jest w szpitalu.
- Co? Co się stało?
Opowiedziałam mu wszystko, jak wcześniej Dylan Deborze, dodając też, że Liam nadal się nie obudził i już nie wiem, co mam robić. Mike przez chwilę milczał.
- Camilla, tak mi przykro.
- Wiem.
- Co na to wszystko Dylan?
Znowu westchnęłam. Mike też dobrze znał Dylana i jego wybuchowy charakter. Jego pytanie miało drugie dno.
- Pewnie się domyślasz.
- Wścieka się na ciebie.
- Tak. A przynajmniej tak było na początku. Obwiniał mnie. Tak jakbym to ja była wtedy w domu z dzieckiem i to ja go nie upilnowała.
- Pewnie mówił to w emocjach… - Mike próbował usprawiedliwiać Dylana, ale chyba sam nie wierzył w to, co mówił.
- Nie wiem, Mike. – Wpatrywałam się w słońce, aż zaczęło mnie razić. – Był wściekły i przerażony, ale i tak nie powinien mi tego mówić. Powiedział, że zawiodłam Liama.
- To nieprawda.
- Nie wiem już, w co wierzyć. Później w końcu porozmawialiśmy. Czy może inaczej: darliśmy się na siebie przez pół nocy.
- I co wynikło z tej rozmowy?
- Powiedział, że mnie kocha.
- Naprawdę?  
- Też byłam w szoku.
- Skoro tak, to czemu się zachowuje jak skończony debil?
- Mike, ja już sama nie wiem, co mam myśleć. On miał trudne dzieciństwo. Trochę go rozumiem, ale nie pozwolę, by wchodził mi na głowę i obwiniał o wszystko. Potem się trochę uspokoił i zachowywał się, jakby zrozumiał swój błąd. Powtarzał, że chce ze mną być i że się zmieni. Ale niby na jakiej podstawie mam mu wierzyć?
- Może wypadek Liama jakoś pozytywnie na niego wpłynął. Cholera, nie tak to miało zabrzmieć… chodzi mi o to, że może to szczęście w nieszczęściu. Może taki wstrząs uświadomił Dylanowi, co jest naprawdę ważne, a co nie.  
- Może. Ale nie zmienia to faktu, że jeśli Liam z tego nie wyjdzie, to… nie wybaczę mu. Wybaczyłam mu wiele, ale tego nie będę mogła.
- Nie mów tak. Na pewno z tego wyjdzie. Ale to małe dziecko. Regeneracja trochę mu zajmie.
- Obyś miał rację.
- Chcesz, żebym przyjechał?
- Nie – zaprotestowałam. – Dzięki, Mike, ale przecież masz pracę. Ja jakoś sobie poradzę.
- No dobra. Informuj mnie na bieżąco. Trzymaj się, Cami.  
Mimowolnie wyobraziłam sobie, że Mike jest obok i mnie przytula. Lubił zamykać mnie w tym niedźwiedzim uścisku. Pewnie poczułam się lepiej, gdyby tu był, ale nie chciałam odrywać go od pracy.  
- Pa.
Rozłączając się, czułam ból w piersi.
Dopiłam kawę, po czym zgniotłam kubek w dłoni i zamachnęłam się, chcąc wyrzucić go do kosza. Oczywiście odbił się od niego i wylądował na chodniku. Serio? Nawet takie prozaiczne czynności mi nie wychodziły? Podeszłam szybko do kubka, podniosłam go i tym razem wyrzuciłam do kosza. Z ciężkim sercem pchnęłam ciężkie szpitalne drzwi i weszłam do środka, na nowo wkraczając w strefę obrzydliwych zapachów.
Nagle zaczęłam się zastanawiać, czy Liam jest przytomny. Oczywiście, wiedziałam, że się nie budził, ale może ta sytuacja była podobna jak z ludźmi w śpiączce: teoretycznie byli nieprzytomni, jednak wiele lekarzy uważało, że na jakimś stopniu świadomości nas słyszą. A jeśli z Liamem też tak było? Jeśli w jakimś stopniu był przytomny, ale nie wiedział, co się z nim dzieje?
Ta myśl przeraziła mnie na tyle, że zaczęłam biec, byle szybciej dotrzeć do pokoju. Nie mogłam pozwolić, by Liam był z tym sam.  
Kiedy z powrotem weszłam do sali Liama, Dylan i Debora byli pogrążeni w milczeniu. Ciężko było mi stwierdzić, czy w ogóle rozmawiali.
- Może pójdziecie na kawę? – zapytałam zdawkowo.  
- Ale…
- Siedzieliście tu cały czas. Teraz ja z nim posiedzę, a wy idźcie coś zjeść albo wypić – powiedziałam stanowczo. Dylan wyglądał na lekko zagubionego, ale wstał i podał mamie rękę. Oboje wyszli, a ja usiadłam przy Liamie, ściskając go za rękę.
- Liam – szepnęłam, pochylając się ku niemu. – Słyszysz mnie? To ja, mama. Wiem, że na pewno cię boli i że czujesz się samotny. Chcę ci tylko powiedzieć, że nie jesteś. Jest tu mama i tata. Jest też babcia. Wszyscy tu jesteśmy i bardzo się o ciebie martwimy, więc musisz się obudzić, wiesz? Mamusia cię kocha i będzie jej ogromnie smutno, jeśli dalej będziesz spał. Musisz się obudzić i oddychać. Wrócić do nas – mówiłam szeptem, dalej licząc na cud – że Liam jakoś usłyszy moje słowa i nagle się obudzi. – Proszę, wróć do nas.
Po chwili wyjęłam komórkę i napisałam smsa do mojej mamy. Czułam się trochę winna, że poinformowałam jedynie Deborę, a nie ją. Ostatecznie była to moja mama. Też była babcią Liama. Powinna wiedzieć, co się stało.

✰✰✰

Moi rodzice przyjechali pół godziny później. Mama była roztrzęsiona i blada. Prawie jej nie poznałam w tym wydaniu, szczególnie, że prawie nic nie mówiła, co było do niej niepodobne.
- Mamo – powiedziałam w końcu. – Powiedz coś.
- A co mam ci powiedzieć, dziecko? – odezwała się, nawet na mnie nie patrząc, tylko wpatrując się w Liama. – Jest mi przykro. Dlaczego nie powiedziałaś mi od razu?
- Sama nie wiem… Musiałam to najpierw sama przetrawić. Ostatnio nie było między nami najlepiej.
- No tak. Zapomniałam, że uważasz mnie za starą, zrzędzącą kwokę.
- Mamo!  
- Co? Dobrze wiem, że tak myślisz. – Opadła na fotel. Tata się nie odzywał. – Masz dość moich kazań i dlatego przestajesz się do mnie odzywać. Ale przecież ja zawsze chcę dla ciebie jak najlepiej. Jestem, jaka jestem. Ciężko mi się zmienić. Czasem nie zastanawiam się nad tym, co mówię. Ale jestem twoją matką. Kocham cię i nigdy świadomie bym cię nie skrzywdziła.
- Mamo, przepraszam – wyjąkałam, bo nagle poczułam się jak idiotka. Gołym okiem było widać, że mojej mamie zrobiło się cholernie przykro. Nic dziwnego. Zanim dowiedziała się o wypadku Liama, minął ponad dzień, w dodatku na miejscu zastała kobietę, która dopiero niedawno pojawiła się w naszym życiu. Debora wydawała się być wspaniałą kobietą, ale to jednak moja mama była przy Liamie przez ten rok. Przyjęła mnie z powrotem do swojego domu, kiedy byłam w ciąży. Może i często zrzędziła i irytowała mnie swoim brakiem taktu, ale to w końcu była moja mama. Teraz twarz nagle jakby się jej zapadła i wyglądała na starszą niż była. – Przepraszam – powtórzyłam i wychyliłam się, by ją przytulić. – Nie chciałam cię zranić.
Mama otarła ukradkiem łzy i ścisnęła mnie krótko.
- Wiem, dziecko.
W pokoju zrobiło się nieco tłoczno, ale czułam się lepiej, mając wokół siebie bliskie osoby. Przynajmniej czymś wypełnili tę cholerną ciszę.  
Mama zmusiła mnie, bym poszła z nimi na obiad do szpitalnej stołówki. Nie miałam ochoty nic jeść, ale mój żołądek ział pustką, więc się przemogłam, by zjeść trochę sałatki z kurczakiem. Wkrótce zaczęło się ściemniać, co mój organizm odebrał jako znak, by położyć się do łóżka. Walczyłam sama ze sobą, ze swoim zmęczeniem. Chyba ta kawa jednak nie pomogła. Co chwilę zasypiałam na siedząco. Budziłam się po kilku sekundach, gdy ciało zaczynało samowolnie opadać. Czułam, jak Dylan mnie obserwuje, ale nie odwzajemniałam jego spojrzeń. Nie potrafiłam. Odsuwałam od siebie wszystkie myśli o naszym związku, choć wracały jak natrętne muchy.
Znowu przysypiałam, wpadając w letarg, kiedy nagle coś usłyszałam. Coś jakby krztuszenie się. Myślałam, że ktoś po prostu zaczął kasłać, ale wtedy otworzyłam oczy i usłyszałam, że dźwięk dobiega z łóżeczka Liama. Krztusił się.  
- Camilla… on się krztusi! – wyjąkał nagle Dylan, zrywając się na równe nogi.
- Lekarza! Potrzebujemy lekarza! – zawołała natychmiast moja mama, wybiegając na zewnątrz. Spojrzałam na Dylana. Na twarzy miał wymalowaną panikę. Prawdę mówiąc, ja też się przeraziłam. Bałam się, że to już koniec. Po czym nagle mnie olśniło.
- O Boże! – wyjąkałam, też gwałtownie się podrywając. – Jak dobrze!
- Co?! – Dylan spojrzał na mnie, jakbym zwariowała. – Dobrze, że się dławi?!
- Czuje rurkę! – zawołałam, obserwując, jak do pokoju wpada lekarz. Odsunęłam się szybko, by mógł przejść do łóżka Liama. – Czuje ją, czyli może sam oddychać!
Na twarzy Dylana odmalował się szok i ulga, kiedy lekarz wyciągnął rurkę z ust Liama. Liam jeszcze trochę kasłał, wyraźnie przerażony, nie wiedział, co się dzieje, więc zaczął rozdzierająco płakać. Ja też płakałam. Moje ciało zalała taka fala ulgi, że widziałam mroczki przed oczami. Od razu doskoczyłam do łóżka, przytulając Liama tak mocno, jak tylko mogłam, mając jednocześnie na uwadze, by nie robić tego zbyt silnie, by nie otworzyły mu się rany po operacji. Nie mogłam się jednak powstrzymać. Obudził się. Żył. Tylko to się liczyło.
W końcu Liam w pełni otworzył oczy i zobaczył wokół siebie znajome twarze, co go trochę uspokoiło. Potem spojrzał na mnie tak uważnym wzrokiem, jakby widział mnie po raz pierwszy.  
- Mama? – zapytał cieniutkim głosikiem.
Chyba jeszcze nigdy w życiu nie byłam tak szczęśliwa.

822 czyt.
100%207
candy

opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne i dramaty, użyła 3884 słów i 21009 znaków

Komentarze (7)

 
  • agnes1709

    agnes1709 17 marca

    😚

  • AlexAthame

    AlexAthame 15 marca

    Kiedy czytałem. .. Dobrze ze juz jest lepiej.Wspaniale piszesz Dziekuje.

  • Lula

    Lula 15 marca

    To dziecko ich serio polaczylo 😙

  • Wiki♡♧

    Wiki♡♧ 15 marca ip:18525187

    Część cudna wzruszająca   
    Co rozdział to lepsza petarda ❤

  • Speker

    Speker 15 marca

    Już brak mi słów w komentarzach..

  • Ela

    Ela 15 marca ip:91240130

    Piękna czesc

  • szaramyszka

    szaramyszka 15 marca ip:91246213

    No w końcu jest dobrze teraz tylko happy end autorko 🤗