tylko jeden błąd - 52

Obudziłam się z kluchą w gardle. Kolejny dzień, kiedy Dylan strzelał fochy nie wiadomo o co. Nie odzywałam się do niego, chyba że musiałam, bo byłam wściekła. Tak wściekła, że mogłabym swoją energią zasilić jakiś silnik. Tego nawet nie można było nazwać kłótnią, bo się nie pokłóciliśmy. Coś mu się ubzdurało, wściekł się i jak zwykle postanowił, że wyżyje się na mnie. Nie zamierzałam mu na to dłużej pozwalać. Nie byłam jakimś pieprzonym workiem treningowym, w który mógł uderzać, gdy tylko coś mu nie pasowało. Musiał w końcu dorosnąć.
Leżałam tak przez chwilę, po czym zerknęłam na zegarek i aż podskoczyłam. Byłam spóźniona. Za dziesięć minut miałam być w sklepie, a samo dotarcie do niego zajmowało mi piętnaście minut. Wyskoczyłam z łóżka, przeklinając mój budzik, który nie zadzwonił i Dylana, który mnie nie obudził.
- Dlaczego mnie nie obudziłeś? – spytałam z wyrzutem, wpadając do kuchni jak burza, podczas gdy on spokojnie jadł śniadanie.
- Stwierdziłem, że skoro nie wstałaś, to masz wolne. – Wzruszył ramionami, jakby go to nie obchodziło.  
- Zajebiście – wysyczałam przez zaciśnięte zęby i pognałam do łazienki, by w pośpiechu złapać jakieś ciuchy. Nie miałam czasu na śniadanie, ale wróciłam się jeszcze do kuchni, by ustalić harmonogram dnia.
- Znowu zawozisz Liama do mojej mamy? – spytałam, wciągając w progu dżinsy.
- Owszem.
- A może dla odmiany zawiózłbyś go do swojej? – spytałam prowokacyjnie, sama wszczynając kłótnię. Miałam jednak dość zachowania Dylana i to w wielu kwestiach. – Wyraziła chęć pomocy i na pewno chętnie pozna Liama.
- Nie sądzę.
- Oczywiście – parsknęłam. – Rób, co chcesz, nie zważaj na uczucia innych, bo liczysz się tylko ty – warknęłam i odwróciłam się, nie mogąc dłużej na niego patrzeć. Cokolwiek go ugryzło, nie odpuszczało.
Pobiegłam jeszcze do sypialni, mijając po drodze Liama, który dalej trenował swój kaczy chód. W sypialni złapałam w pośpiechu bluzkę oraz torebkę. Już miałam wychodzić, kiedy uświadomiłam sobie, że na głowie zamiast fryzury mam jedno wielkie siano. Szarpałam włosy szczotką, jakby mi coś zrobiły. Uzyskałam tylko to, że się naelektryzowały, ale byłam tak wściekła, że właściwie to pasowało do mojego nastroju. Wyszłam z sypialni tak szybko, jakby gonił mnie sam diabeł. Minęłam Dylana, nie zaszczycając go nawet spojrzeniem. Czułam w kościach, że to będzie bardzo zły dzień.
Wpadłam do sklepu dalej wściekła niczym osa. Na mój widok Otis podniósł do góry obie ręce.
- Poddaję się. Cokolwiek masz przeciwko mnie, poddaję się. Proszę, nie rób mi krzywdy.
Zwykle mnie rozśmieszał, ale nie dziś.
- Przestań – rzuciłam tylko, rzucając torebkę byle gdzie.
- Oho. Ktoś tu ma zły dzień. Wstałaś lewą nogą, skarbeńku?
- Odczep się, Otis – mruknęłam.
- Widzę, że mamy tu poważną sprawę. Opowiadaj.
- Nie chcę nic opowiadać. Nawet nie warto. Nie wiem, o co mu chodzi.
- Czyli chodzi o faceta. Zawsze chodzi o facetów. – Otis westchnął teatralnie. – Mam mu spuścić łomot?
- Nie trzeba. Chodziłam na samoobronę, mogę załatwić to sama.
- Ty? Bez urazy, skarbeńku, ale mogłabyś skopać tyłek co najwyżej mojej babci. Jesteś za drobniutka.
- Chcesz się przekonać?  
Chyba musiał zobaczyć coś w moich oczach, bo odpuścił, a ja usiłowałam się uspokoić, bo zaczynałam atakować Bogu ducha winnych ludzi za to, co działo się tylko i wyłącznie u mnie w mieszkaniu i ich nie dotyczyło. Wzięłam parę głębszych oddechów i powiedziałam:
- Przepraszam. Nie chciałam powiedzieć, że masz się odczepić.
- Nic się nie stało, skarbeńku, mnie tak łatwo nie odstraszysz.
Posłałam Otisowi niepewny uśmiech. Dobrze było mieć go za kumpla. Od kiedy Mike zaczął spotykać się z Lacey, rozmawialiśmy coraz rzadziej. Ja byłam zajęta domem i Liamem. Każde z nas poszło w swoją stronę, a szkoda. Może było to chwilowe, ale uświadomiłam sobie, że ostatnimi czasy czułam się samotna. Niby miałam Otisa, ale to Mike był moim pierwszym prawdziwym przyjacielem. Zdjęta nagłą tęsknotą, wyciągnęłam komórkę, by do niego napisać.
CAMILLA: Cześć. Co u Ciebie słychać? Prawie się nie odzywasz.
Wysłałam, po czym odłożyłam komórkę na blat.
Wkrótce w sklepie zrobił się ruch, w dodatku Otis wyskoczył na obiad, więc byłam sama. Musiałam obsługiwać grono nastolatek, w dodatku przyjechały nowe towary, więc biegałam od kasy do półek, próbując jednocześnie sprzedawać i rozkładać nowe rzeczy. Gdzieś w międzyczasie zauważyłam, że wibrowała mi komórka. Szybko rzuciłam okiem na ekran, myśląc, że to może Mike, ale zobaczyłam jedynie imię Dylana, więc nawet nie odebrałam. Nie wiedziałam, co mógł ode mnie chcieć, ale nie miałam najmniejszej ochoty na rozmowę z nim.
W końcu jakoś uporałam się z chaosem, który zapanował w sklepie. Skończyłam rozpakowywać towar, pochowałam pudła i zrobiłam porządek na półce ze szminkami, które dziewczyny całkiem rozwaliły. Wtedy moja komórka ponownie się rozdzwoniła. Lekko zirytowana, podeszłam do lady i wzięłam telefon do ręki. Serce zabiło mi mocniej, kiedy zobaczyłam dziesięć nieodebranych połączeń. To nie mogło być nic nieznaczącego. Dylan nie wydzwaniałby do mnie tyle razy, gdyby coś się nie stało.
Natychmiast oddzwoniłam.
- Halo? – spytałam drżącym głosem.
I wtedy zawalił mi się cały świat.

✰✰✰

Wpadłam do szpitala tak szybko, że prawie się przewróciłam. Nie wiedziałam, w którą stronę mam iść, wszędzie panował chaos, z każdej strony słyszałam krzyki i poczułam, że lada chwila sama zacznę krzyczeć. A potem to usłyszałam. Płacz. Donośny płacz, rozdzierający serce. Płacz mojego dziecka.
Zobaczyłam, jak leży na łóżku, płacząc wniebogłosy i krzycząc. Obok stał Dylan z rozpaczą na twarzy, a jakiś lekarz badał Liama stetoskopem.
- Co się stało? – wykrzyknęłam, podbiegając bliżej nich. Serce waliło mi jak młotem, głos miałam rozedrgany, miałam wrażenie, że zaraz upadnę. Chciałam dotknąć Liama, jakoś go uspokoić, ale lekarz odepchnął moją rękę.
- Przepraszam, nie ma czasu. Na prześwietlenie, szybko – rzucił do jakiejś innej lekarki, która właśnie podeszła. Zanim zdążyłam zareagować, odblokowali łóżko i odjechali razem z płaczącym Liamem. Wargi mi drżały, ale odwróciłam się do Dylana i krzyknęłam:
- Co się stało, na litość boską?!
Dylan powoli podniósł na mnie morderczy wzrok.
- Co się stało? – wycedził cicho, po czym wziął głęboki oddech i krzyknął: - Chcesz, kurwa, wiedzieć, co się stało?! Tak się rano spieszyłaś do pracy, że nie zamknęłaś drzwi od sypialni! Liam tam wszedł i zrzucił na siebie półkę! Oto, kurwa, co się stało!
Mój mózg pracował jak szalony, byłam tak zdenerwowana, że w pierwszej chwili słowa Dylana w ogóle do mnie nie dotarły. Dotarło do mnie jednak jedno: obwiniał mnie. Znowu byłam tam, w przeszłości, kiedy staliśmy naprzeciwko siebie i obwinialiśmy się nawzajem. Dylan na mnie krzyczał, po czym odszedł. Wszystko działo się od nowa.
Tylko że teraz wplątany był w to nasz syn.
- Spieszyłam się, bo nie raczyłeś mnie obudzić, gdy zaspałam! Każdemu zdarza się nie zamknąć drzwi! A ty… - Nagle coś sobie uświadomiłam. – Prosiłam cię już wcześniej, byś dokręcił tę półkę! Mówiłam, że się chwiała, że była niestabilna! Powiedziałeś, że to zrobisz! – wykrzyknęłam z oczami pełnymi łez. Zaczęło to do mnie docierać. Ta pieprzona, chwiejąca się półka. Na której stały książki, albumy, ciężkie pudełka, cholera wie, co jeszcze. I to wszystko spadło na moje małe, kruche dziecko. Przeze mnie? Czy przez Dylana?
- Proszę państwa! – Upomniał nas ktoś nagle. – Tu jest szpital, izba przyjęć! Proszę się opanować!
Nie mogłam tu być. Wypadłam na zewnątrz przez drzwi, łapczywie łapiąc powietrze. Dylan wypadł za mną.
- To twoja wina… - wymamrotałam, mając wrażenie, że zaraz zwymiotuję. – To jest kurwa, twoja, pieprzona wina! Mówiłam ci, żebyś dokręcił tę półkę, bo się chwieje! – wrzasnęłam, mając wrażenie, że zaraz stracę zmysły. – Ale ty oczywiście wolałeś oglądać sobie mecze i się na mnie wściekać, niż zadbać o bezpieczeństwo twojego dziecka w twoim własnym mieszkaniu!
- Gdybyś zamknęła drzwi, wychodząc, w ogóle nie byłoby tego problemu! – krzyknął Dylan, zbliżając się do mnie. Przez chwilę myślałam, że mnie uderzy, taką furię miał wymalowaną na twarzy.
- Tak?! A gdzie ty wtedy byłeś? Gdzie byłeś, kiedy twój syn wdrapywał się na niestabilne meble, których nie byłeś w stanie nawet dokręcić?!
- Byłem w kuchni, robiłem mu śniadanie! Nie rozdwoję się przecież!
- Jakoś ja musiałam się rozdwajać przez tyle miesięcy! – wrzasnęłam, mając ochotę go walnąć. Moje nerwy były tak zszarpane, że przestawałam myśleć racjonalnie. – Byłam jednocześnie niańką, sprzątaczką, kucharką! Ale gdy ty raz zostałeś z dzieckiem, to trafiło do szpitala!
- Czyli teraz to ja jestem złym ojcem, tak? A ty? Nie mogłaś wstrzymać się z pracą, dopóki Liam jeszcze trochę nie podrośnie?
- Czyli tylko ty możesz pracować, a ja nie? Wiesz co, Dylan? Pieprz się! – wrzasnęłam, nie dbając już o to, co mówię. Miałam gdzieś, że stał przede mną mężczyzna, którego kochałam. Gdzieś tam było moje dziecko, które miało wypadek. Teraz było obolałe i samotne. Nie wiadomo, co mu było. I czyja to była wina. Moja? Naprawdę nie zamknęłam tych pieprzonych drzwi? – Nigdy nie byłam dla ciebie wystarczająco dobra! Teraz obwinisz mnie nawet o to, że pracuję? Zawsze całe zło tego świata spoczywa na mnie, tak?! Gdybyś nie był tak cholernie uparty, to zawiózłbyś Liama do swojej mamy i nic by się nie stało! Albo ona przyszłaby do nas i przypilnowała go lepiej niż ty!
- Proszę się uspokoić! – Znowu usłyszałam głos kogoś z personelu medycznego. Gwałtownie oddychając, spojrzałam w bok. Obok nas stała ta sama kobieta, której lekarz kazał zabrać Liama na prześwietlenie. – Mam informacje o państwa synu – dodała. Miała zaniepokojony wyraz twarzy. Moje serce niemal stanęło. Poczułam się, jakbym mdlała. Ledwo co do mnie docierało.
- Ma złamane ramię oraz przepuklinę przeponową… żołądek przemieścił się do klatki piersiowej… przepuklina może spowodować niedrożność układu pokarmowego… grozi zapaleniem otrzewnej lub śródpiersia… stan zagrażający życiu… państwa synek został zabrany na operację…
Jej słowa docierały do mnie jakby z oddali, miałam wrażenie, że znajduję się pod wodą. Każde słowo było niewyraźne, a zarazem wykrzyczane prosto w moją twarz. Nie potrzebowałam szczegółów. Usłyszałam prosty komunikat, tak prosty jak banalne działanie matematyczne: Liam miał obrażenia zagrażające życiu. Teraz już wszystko zależało od umiejętności chirurga i od Boga.
Czyja to była wina? Czyja?

✰✰✰

Zdołałam pozbierać się na tyle, by napisać smsa do Otisa, dlaczego nie ma mnie w pracy. Wybiegłam ze sklepu tak szybko, jak mogłam. Nie przejęłam się nawet tym, że gdy wyjdę, sklep będzie pusty i narażony na kradzież. Miałam to gdzieś. Musiałam jak najszybciej znaleźć się w szpitalu. Podejrzewałam, że Otis mnie za to zwolni, ale to też było najmniej ważne.
Drżącymi rękoma trzymałam kubek z kawą i nie byłam w stanie oderwać wzroku od drzwi, przez które przechodzili lekarze. Ktoś, nawet nie wiedziałam kto, zaprowadził nas do poczekalni. Operacja trwała już kilka godzin, a ja gorączkowo modliłam się, by Liam przeżył i by nie miał powikłań. Już nie kłóciłam się z Dylanem. Nie mogłam na niego patrzeć. On na mnie też nie.
W kółko analizowałam poranek. Naprawdę nie zamknęłam drzwi? Naprawdę to była moja wina? Czy to ja nakładłam na tej półce tyle ciężkich rzeczy? Dlaczego kolejny raz nie przypomniałam Dylanowi, by ją przykręcił? Dlaczego on kompletnie zignorował moje słowa i tego nie zrobił? Dlaczego nie pilnował Liama? Dlaczego, Boże, dlaczego?  
Nie wiedziałam, kogo mam obwiniać. Siebie, czy Dylana? Które z nas tu zawiniło? Oboje? Ramiona trzęsły mi się od powstrzymywanego usilnie płaczu. Nie potrafiłam ochronić własnego dziecka. Przysięgłam sobie, że będzie dla mnie najważniejsze i że zawsze je ochronię. Oto skutek – Liam leżał na stole operacyjnym, a jakiś człowiek grzebał w jego maleńkim ciele.  
Zamknęłam drzwi? Nie zamknęłam? Dlaczego Dylan nie naprawił tej pieprzonej półki?
Nie wiedziałam, ile czasu minęło, nie byłam w stanie nawet zerknąć na zegarek. Siedziałam jak sparaliżowana. Dylan siedział obok, widziałam jego napięte mięśnie i chęć mordu w oczach. Obwiniał mnie. Nie mogłam tego znieść. Przeszłość się powtarzała, w jeszcze gorszym tego słowa znaczeniu.
Jeśli Liam umrze, umrę i ja. Nieważne, ile razy zostałam skrzywdzona, mogłam się z tego podnieść. Z tego się nie podniosę. Nie dam rady. To dziecko było dla mnie wszystkim. Było najważniejsze na całym świecie. Nosiłam go w sobie, tuliłam go, karmiłam, przewijałam, dzieliłam wszystkie chwile. Warta była tego każda zmarszczka i nieprzespana noc. Każda blizna i każda niedogodność.  
A jeśli to naprawdę moja wina? Czy będę umiała z tym żyć, nawet jeśli Liam wyjdzie z tego cało?  
A jeśli nie wyjdzie i okaże się, że to ja go zabiłam?
- Proszę pani?
Byłam tak pogrążona w myślach, że nawet nie zauważyłam, kiedy stanął przede mną lekarz, który zabrał Liama na operację. Od razu poderwałam się na nogi, podobnie jak Dylan. Utkwiłam w lekarzu rozpaczliwy wzrok. Nie byłam w stanie nic wyczytać z jego twarzy. Serce tłukło mi się boleśnie o żebra. Jeszcze nigdy w swoim życiu tak się nie bałam.
- Nastawiliśmy ramię państwa synka, naprawiliśmy żołądek oraz otwór w przeponie. Wszystko przebiegło pomyślnie, wasz synek został przewieziony na salę pooperacyjną.  
- To znaczy… że wyzdrowieje? – Dobiegło mnie pytanie Dylana. Ja nie byłam w stanie wydusić z siebie ani słowa.
- Jeśli tylko nie wystąpią komplikacje.
Nagle odzyskałam głos.
- Co to znaczy? – szepnęłam.
- Liam jest na razie zaintubowany. Nie możemy wyjąć rurki, ponieważ w jego jamie opłucnej znajduje się wolny płyn i na razie nie wiadomo, kiedy zacznie sam oddychać.
- Nie oddycha sam? – pisnęłam, nie chcąc sobie nawet tego wyobrażać.
- Póki co oddycha za niego maszyna. To małe dziecko, trzeba dać mu czas. Jeśli tylko płyn ustąpi, Liam będzie mógł sam oddychać. Wtedy wyjmiemy rurkę i zbadamy ewentualne komplikacje.
- Muszę iść do syna – powiedziałam. Musiałam go zobaczyć. Nie mogłam już słuchać tej medycznej gadki.  
Lekarz skinął głową, po czym wskazał mi kierunek. Szłam jak w transie, myśląc o tym, że dla tego człowieka była to zapewne zwykła operacja, kolejny rutynowy zabieg, pewnie już tak często wykonywany, że nawet nie myślał nad tym, co robi. A dla mnie był to moment kulminacyjny w życiu, który miał zaważyć na naszej przyszłości.  
Łzy popłynęły mi z oczu niczym wodospad, kiedy zobaczyłam Liama leżącego w szpitalnym łóżku. Wydawał się taki mały i kruchy. Jedną rączkę miał w gipsie, drugą zdobił wenflon. W gardle miał rurkę, oczy miał zamknięte. Z przerażenia aż przymknęłam swoje. Oddychał, jego klatka piersiowa się poruszała, ale wiedziałam, że to tylko maszyny. On nie oddychał samodzielnie. Nie wiadomo było, czy w ogóle zacznie.
- Zostawię państwa samych. Jakby co, pozostaję do dyspozycji.
Lekarz wyszedł, a Dylan opadł ciężko na krzesło przy łóżku Liama. Chwycił go za maleńką rączkę i opuścił głowę na koc. Chyba płakał, ale nie chciał, bym to widziała. Ja stałam niczym posąg, nie mogąc się poruszyć.  
- Zawiedliśmy go, Dylan – wyszeptałam, obejmując się ciasno ramionami.  
Dylan powoli podniósł głowę i pociągnął nosem, a gdy się odezwał, miał zduszony głos:
- Ty go zawiodłaś.
To było jak cios prosto w serce. Chciałam się odwrócić i stąd wybiec, ale nie mogłam. Tu leżał mój syn, moja odpowiedzialność i moja wina. Powoli usiadłam na fotelu ustawionym z drugiej strony łóżka. Wzięłam Liama za drugą rękę. Słuchałam pikania maszyn.  
I czekałam.

831 czyt.
100%209
candy

opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne i dramaty, użyła 3079 słów i 16729 znaków.

9 komentarzy

 
  • agnes1709

    agnes1709 · 17 marca

    Obecna

  • Wiki♡♧

    Wiki♡♧ · 14 marca · 211637633

    Piszesz świetnie !! Kontynuj dalej tę opowieść bo jest świetna czekam z niecierpliwością na dalszą część 😇
    Mam nadzieję że wszystko się ułoży między Camilą a Dylanem bo mogą być na prawdę fajna para i świetna rodzinką! ! 😍😍

  • AlexAthame

    AlexAthame · 14 marca

    Napisałem w afekcie, ale podtrzymuję, biorąc pod uwagę całość. Candy , mam nadzieję, że nie zrobisz tego?

  • AlexAthame

    AlexAthame · 14 marca

    Nie wiem czy to zostanie dobrze przyjęte. Gdybym była matka zostawi bym go za to ostanie słowo. Bez wzglądu na to jak bardzo  bym go kochala.Milosc tez ma granice.Serce matki nie.Supre cześć pisarko

  • Lilu

    Lilu · 13 marca · 230360613

    Ulala dzieje się. Dylan ogarnij się to nie jest wina tylko  Camili lecz wasza ... Przemysl to na spokojnie i przeproś bo mam wrażenie że rodzinka może się wam powiekszyc ( nie wydaje mi się żeby to była grypa żołądkowa u Camili w poprzedniej części 🙈😘 .  ) Kibicuje im pomimo tych burz widać że się kochaja. Życzę weny ❤ ❤ opowiadanie super ❤❤

  • Lolissss

    Lolissss · 13 marca · 193947604

    Mam ochotę Taka półką Dylanowi przywalić to może pójdzie po rozum do głowy bo jego wieczne nastroje to kurde już mnie tak irytują ze ho ho! Dylanie proszę się ogarnąć bo to obojga wina, a zle się skończyć to nie może

  • szaramyszka

    szaramyszka · 13 marca · 284358659

    Dylanowi to chyba krew z mózgu odplynela... Boże co za gość ja to bym takiego który chce  sam nie wiadomo czego A nawet jeśli chce to boi się o to zabiegac.. To co się wydarzyło to obojga wina.. A krzywdę i konsekwencje ponosi jak zawsze dziecko.. Poszłaś po bandzie kochana autorko.. Ale mimo wszystko mam nadzieję że historia tej dwójki skończy się dobrze i oboje pójdą po rozum do głowy..  Pozdrawiam

  • Lula

    Lula · 13 marca

    Dylanowi całkowicie na łeb padło 😬 czy on nie powinnien się leczyć? 😒

  • Speker

    Speker · 13 marca

    Cierpienie dziecka to prawdziwy cios dla rodzica. Mały Liamek :/ no i sielanka prysła. Swoją drogą już któryś raz mnie zaskakujesz fachowym, medycznym językiem. Rozdział fajnie napisany, ale cholernie smutny.