tylko jeden błąd - 50

Zebrałam w sobie całą swoją odwagę i z wahaniem podeszłam do Otisa, który właśnie wykładał towar na półkę.
- Mam sprawę – zaczęłam z wahaniem.
- Mów, skarbeńku.
- Normalnie nie prosiłabym, ale mam dzisiaj ważne spotkanie i jeśli mogę, to chciałabym wyjść trochę wcześniej – wydusiłam z siebie niemal na jednym wdechu. – Oczywiście, mogę to odpracować któregoś dnia.
Otis przerwał wykładanie towaru i spojrzał na mnie zwężonymi w szparki oczami. Już zdążyłam oblać się zimnym potem, kiedy on nagle roześmiał się i poklepał mnie po ramieniu.
- No jasne, skarbeńku, przecież nie będę trzymał cię tu siłą.  
Odetchnęłam z ulgą, choć właściwie można było się tego spodziewać po Otisie.
Pracowałam w drogerii już jakieś dwa tygodnie. Spodziewałam się, że będą tu same dziewczyny, więc nieźle się zdziwiłam, kiedy pierwszego dnia zobaczyłam Otisa. Zwłaszcza oczy wyszły mi na wierzch, gdy wymruczał powitanie seksownym głosem, a później przesunął ręką po moim ramieniu. Już miałam wiać, gdzie pieprz rośnie, od razu zaczęłam się zastanawiać, co to ma do cholery być i czy tak będzie wyglądał mój każdy dzień pracy. Stałam tam jak sparaliżowana, nie wiedząc, czy być raczej miłą i konkretną, czy od razu trzasnąć go w twarz, ale wtedy Otis zaczął się tak śmiać, że mało nie upadł. Śmiała się też dziewczyna przy kasie. Stałam zdezorientowana, zastanawiając się, do jakiego psychiatryka ja trafiłam, kiedy Otis wydusił:
- Przepraszam, skarbeńku. To mój rytuał.
- Dosłownie – wtrąciła dziewczyna przy kasie, Ellie. – Robi tak z każdą nową pracownicą. Ale nie martw się, jest gejem.
- Stuprocentowym gejem – dodał Otis. – A ten stary numer robię przy każdej okazji.
- Dlaczego, na litość boską? – wydusiłam z siebie.
- Bo nie potrzebujemy tu mięczaków. – Wypiął dumnie pierś. – Tutaj pracują tylko sami twardziele i twardzielki. Te, które się mnie przestraszą, niech od razu kierują się do drzwi.
Kiedy minął mi początkowy szok, przekonałam się, że Otis to po prostu pozytywnie walnięty dowcipniś, całkiem nieszkodliwy. Wiadomość o jego orientacji seksualnej też mnie uspokoiła, bo nie wiedziałam, co mam sądzić o jego dziwnym przywitaniu. Ellie też była fajna, ale raczej rzadko bywała w sklepie ze względu na studia. Otis był kierownikiem i był tu niemal zawsze. Raczej nie robił problemów, ale widziałam, że potrafił się wściec, gdy coś poszło nie tak. Kiedy jedna klientka niechcący zbiła flakonik perfum, Otis poczerwieniał jak dojrzały pomidor.
- Beyonce Heat… - mamrotał prawie że ze łzami w oczach, zbierając potłuczone szkło. – Tak piękny zapach, zasługujący, by zdobić szyje pięknych kobiet, dostał się podłodze. Nie, nie przeżyję tego, Camilla, gdzie jest ciśnieniomierz?  
Był zabawny i chichotałam przy nim cały czas. Dzięki jego oryginalnej osobowości dość szybko połapałam się, gdzie co stoi i jak funkcjonuje sklep.
- Czy klientki nie mają nic przeciwko męskiemu kierownikowi drogerii? – zapytałam go pewnego razu, bo mnie to ciekawiło.
- Skarbeńku, ja dobieram kosmetyki lepiej niż niejedna panienka. Obudzisz mnie w nocy o północy, a z marszu wyrecytuję ci najnowszą kolekcję perfum. Makijaż też zrobię, oczywiście nie za darmo, żeby nie było. Umiejętności to cenna rzecz. W innym życiu pewnie mógłbym być makijażystką.
Dylan raz przyjechał po mnie, by zawieźć mnie do domu i nieco nastroszył się na widok Otisa, zwłaszcza, kiedy ten na pożegnanie powiedział do mnie „skarbeńku”. Mile mnie to połechtało, jednak od razu powiedziałam, że Otis to gej, co nawet widać po jego sposobie bycia. Dylan się uspokoił i przyznał mi rację. Nie miał się o co martwić, ale i tak się cieszyłam, że uznał, że Otis stanowi dla niego zagrożenie.
- A z kim się spotykasz, jeśli wolno wiedzieć? – Dobiegło mnie pytanie Otisa.
- Z mamą mojego… - Zawahałam się, bo dziwnie było mi mówić o Dylanie „chłopak”, ale póki co nie istniało lepsze słowo. – Mojego chłopaka.
- Zawahałaś się, skarbeńku. Nie jesteś pewna, czy jesteście razem?
- Jesteśmy – powiedziałam stanowczo.
- Bo jakbyś nie była i ten twój chłopak byłby wolny, to ja jestem chętny. Chętny i samotny… od tak długiego czasu, że już niemal przestałem używać mojego sprzętu do innych czynności niż fizjologicznych, a to niemalże grzech. Mam świetny sprzęt, wart pokazywania. Może chcesz zobaczyć? – Udał, że sięga ręką do rozporka.
- Chyba podziękuję – wymamrotałam między chichotami.
- Nie wiesz, co tracisz. Kiedyś został porównany do anakondy.
- Naprawdę? – Udałam przerażoną. – Jakim cudem znajdujesz pasujące spodnie?
- To bardzo łatwe, skarbeńku. Po prostu nie mam jednej nogi. Jej miejsce zajmuje anakonda. Przyznasz, że wpasowuje się idealnie.
Dzięki zdecydowanie nieszablonowym rozmowom z Otisem czas w pracy mijał mi błyskawicznie. Czasem musiałam się wręcz zmusić, by przybrać poważną minę i zająć się klientem. Już się nie dziwiłam „rytuałowi” Otisa. Przy jego zwariowanej osobowości rzeczywiście potrzebował takiej kobiety, która zrozumie, że to tylko niewinne żarty.
Byłam umówiona z Deborą w rynkowej kawiarni. Nic nie mówiłam Dylanowi, zwłaszcza że nie miałam pojęcia, o czym mogła chcieć ze mną rozmawiać. Ze sklepu wyszłam o czternastej i szybkim krokiem szłam na miejsce. Gdy weszłam, Debora już czekała. Siedziała przy stoliku z nogą założoną na nogę i czytała magazyn dla kobiet. Kiedy trzasnęłam drzwiami, podniosła wzrok i machnęła do mnie.
- Jak miło cię znowu widzieć – powiedziała, gdy do niej podeszłam. Odłożyła magazyn, wstała i delikatnie ucałowała mnie w policzek. – Siadaj. Zamówimy?
Przytaknęłam, czując się nieco winna, że czekała na mnie, by cokolwiek zamówić i musiała tu siedzieć bez żadnej filiżanki kawy. Zamówiłam cappuccino z odrobiną syropu karmelowego, a Debora czarną jak noc kawę. Kiedy nam je przynieśli, Debora odezwała się cicho:
- Sama nie wiem, od czego zacząć. Tyle się wydarzyło. Nawet nie masz pojęcia… - Potrząsnęła głową z idealnie zrobioną fryzurą. – Dylan przez długi czas nie utrzymywał ze mną kontaktu. Czasem tylko przysyłał smsa z pytaniem o zdrowie bądź życzeniami na urodziny. Chyba nigdy mi nie wybaczył tego, co zrobiłam mu jako dziecko. Ja i Robert. Pewnie wiesz, o kim mówię?
Powoli skinęłam głową. Wiedziałam aż za dobrze.
- Aż tu nagle dzwoni do mnie mój syn i zaprasza mnie na przyjęcie urodzinowe mojego wnuka – ciągnęła Debora. Upiła łyk kawy, nie naruszając przy tym szminki na ustach. – Wnuka! Rocznego dziecka, o którym się dopiero dowiedziałam. To niewyobrażalne.
- Powinnam była wcześniej go namówić, by z panią porozmawiał – odezwałam się. – Tylko że… wcześniej nie byliśmy w dobrych stosunkach. Powiedziałabym nawet, że się nienawidziliśmy.
- Jak to? – Debora wydawała się zaskoczona. Chyba Dylan naprawdę niewiele jej powiedział.
- Oboje popełniliśmy kilka błędów, których nie umieliśmy sobie wybaczyć. Dopiero niedawno się pogodziliśmy i zaczęliśmy funkcjonować jak rodzina.
- Opowiedz mi wszystko.
Przez chwilę sama musiałam się zastanowić, od czego mam zacząć. Musiałam sięgnąć pamięcią aż do pierwszych chwil z Dylanem. W końcu słowa zaczęły same ze mnie wypływać. Debora słuchała mnie uważnie, ani razu mi nie przerwała, nawet wtedy, gdy dotarłam do kluczowego punktu opowieści. Wydawało mi się trochę dziwne, że spokojnie relacjonuję jej historię o moim gwałcie, siedząc z filiżanką kawy, a nie paczką antydepresantów, ale to tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że chyba naprawdę się z tym pogodziłam. Nie było mi łatwo o tym opowiadać, ale był to już fakt, w dodatku należący do przeszłości. Początkowo chciałam pominąć moją rozmowę z Robertem, ale przecież to właśnie od niego wszystko się zaczęło. Mówiłam więc wszystko, jak na spowiedzi. Miałam wrażenie, że opowiadałam w nieskończoność; połowa klientów kawiarni zdążyła już wyjść, a na ich miejsce przyszli nowi. Może podświadomie chciałam wynagrodzić Deborze fakt, że Dylan o niczym jej nie mówił, dlatego ja mówiłam teraz o każdym szczególe.
W końcu skończyłam. Miałam wrażenie, że ochrypłam. Upiłam łyk kawy i zamilkłam, dając Deborze chwilę na przetrawienie tego. Miała oczy pełne zmartwienia.
- Czyli jak zwykle wszystko przez tego drania – powiedziała w końcu ściszonym tonem. – Wszystko zaczęło się od niego, a potem poszło już lawinowo.  
Milczałam, ona też zamilkła na chwilę. W końcu powiedziała:
- Uważam, że to nie jest wina żadnego z was. Może i popełniliście błędy, ale wszystko zaczęło się od Roberta. Jego celem od zawsze było niszczenie innym życia. Tak bardzo żałuję, że nie dostrzegłam tego od razu.
- Od paru tygodni zbieram się, by porozmawiać z Dylanem o tym wszystkim – przyznałam. – Ale samo imię Roberta działa na niego jak płachta na byka. Boję się, że ta rozmowa wszystko popsuje, a Dylan znowu mnie znienawidzi.
- Dylan jest uparty. Zawsze był. W dodatku bardzo go skrzywdziłam, wdając się z romans z Robertem. – Debora objęła filiżankę swoimi filigranowymi palcami. Wydała mi się nagle strasznie krucha. – Przez długi czas w ogóle o nim nie słyszałam. Wyrzuciłam go ze swojego życia, pogodziłam się z faktem, że ponoszę winę za rozpad swojej rodziny. Ale jakoś ułożyłam sobie życie. A potem dowiedziałam się, że Robert zgwałcił moją przyjaciółkę.
Otworzyłam szeroko oczy i usta.
- Ale…
- Byli w związku – ciągnęła Debora, wpatrując się w czarny płyn w filiżance. – Od paru miesięcy. Nigdy jej nie opowiadałam o Robercie, nie wiedziała, kim jest ani co zrobił mojej rodzinie. Byli razem, a ona była zaślepiona. Klapki z oczu spadły jej dopiero wtedy, gdy pewnego razu odmówiła Robertowi stosunku. Źle się czuła, zwyczajnie nie miała ochoty. Każdej z nas się to zdarza. A wtedy on wziął ją siłą. To wciąż gwałt, nawet jeśli niektórzy uważają inaczej.  
- Dlaczego nie poszła z tym na policję? – spytałam przerażona, choć dobrze znałam odpowiedź.
- Policja pewnie nawet by tego nie uznała. Ciężko jest być kobietą. Wzięcie siłą wciąż oznacza gwałt, ponieważ kobieta nie zezwala na stosunek, lecz… oni byli w związku. Robert mógł to z łatwością potwierdzić zdjęciami czy wezwać jakiegoś kolegę na świadka. Pewnie by uznano, że Berta mści się na nim, być może za jakąś kłótnię. Jest sprytny. Niczego nie robi pochopnie.
Znowu upiła łyk, po czym dodała:
- Nawet nie wiesz, jak bardzo chciałam wsadzić go do więzienia, gdy usłyszałam tę historię. Chciałam poczynić w tej sprawie jakieś kroki, ale nie udało mi się, bo nie ma wystarczających dowodów. Byli w związku. Ja swojego czasu też z nim byłam, więc podświadomie godziłam się na jego okrucieństwa. Choć wyrządził tyle krzywd także w waszym życiu, tutaj też nie ma wystarczających dowodów, by go obciążyć. Mówił o zgwałceniu cię, ale cię nie zgwałcił. Pocałował cię bez twojej zgody, ale pocałunek to nie gwałt. – W jej głosie brzmiała rozpacz. – Myślałam także o zakazie zbliżania się, ale on praktycznie nie ingeruje w moje życie. Twoje i Dylana już też nie. On przychodzi i odchodzi jak zaraza, kiedy chce, kiedy mu to pasuje.
Przytaknęłam jej, choć myślami byłam gdzie indziej. Uświadomiłam sobie w tym momencie coś bardzo ważnego. Coś, o czym koniecznie musiałam porozmawiać z Dylanem.
- Nie mogę zdzierżyć, że ten drań wciąż chodzi po tym świecie. Dylan, z tego co słyszę, też nie. Myśleliście o jakiejś terapii?
Spojrzałam na nią z lekkim zaskoczeniem, bo nie przyszło mi to wcześniej do głowy.
- Sama nie wiem. Ja chodziłam na terapię w związku z gwałtem, ale terapia dla par… nie wiem, czy Dylan będzie chciał. On woli uważać, że nie ma problemu, nawet jeśli takowy wciąż nad nami wisi.
Milczałyśmy przez chwilę. Zorientowałam się, że zrobiło się późno.  
- Powinnam już wracać – powiedziałam, dopijając cappuccino i wstając. – Ale cieszę się, że się spotkałyśmy – dodałam, ubierając płaszcz. – Mam nadzieję, że pogodzi się pani z Dylanem.
Debora też wstała, po czym krótko mnie uścisnęła. Szepnęła mi do ucha:
- Jesteś bardzo dzielną kobietą, Camillo.
Po czym wyszła z kawiarni, zostawiając po sobie jedynie zapach perfum.

✰✰✰

Wróciłam do mieszkania bardziej zmęczona niż przypuszczałam.  
- Coś nie tak w pracy? – spytał Dylan, biorąc Liama na ręce i przyglądając się bacznie mojej twarzy.
- Nie – odpowiedziałam krótko, po czym jednak zdecydowałam się kontynuować: - Wyszłam dziś wcześniej.
- Dlaczego?
- Widziałam się z twoją mamą.
Dylan zastygł, jakby ktoś rzucił na niego zaklęcie.
- Z moją mamą?
- Tak.
- A niby po co?
Wyjęłam mu z rąk Liama i postawiłam go na dywan, by sobie poraczkował. Potem wzięłam Dylana za rękę i pociągnęłam go ze sobą na kanapę.  
- Rozmawiałyśmy. O wszystkim. O nas, o Robercie.
Dylan od razu napiął mięśnie, jakby szykował się do ataku.
- Czy temat tego pieprzonego skurwysyna nigdy się nie skończy?
- Skończy się, jeśli tylko damy mu się skończyć – powiedziałam z naciskiem. – Posłuchaj mnie teraz uważnie, Dylan. Rozmawiałam z twoją mamą o dowodach, które mogłyby obciążyć Roberta na tyle, by wpakować go do więzienia. Niestety, nie mamy ich. Ciężko nam byłoby nawet wystąpić o zakaz zbliżania się. A wiesz dlaczego?
- Dlaczego? – Miał nieufną minę.  
Jeszcze mocniej ścisnęłam jego dłoń.
- Bo on nas nie nęka. Rozumiesz? Przestał ingerować w nasze życie. Nasze drogi skrzyżowały się kilka razy, bardzo niefortunnie, ale przecież jego życiowym celem nie jest niszczenie nas w każdym momencie naszego życia. Zrobił, co chciał w danej chwili i teraz już go nie ma. Nie robi nic, by pokrzyżować nam plany. Pewnie już o nas zapomniał. Stoi sobie za tym upieprzonym barem i jest sam ze sobą. A my mamy swoje życie. Wspaniałe życie – mówiłam, pragnąc, by Dylan zmył z twarzy tę nieufność i zrozumiał, o co mi chodzi. – Mamy cudownego syna. Jesteśmy zdrowi. Wszystko się jakoś ułożyło. Tylko że… - Wzięłam głęboki oddech. – Boję się.
- Czego? Roberta?
- Nie. Ciebie – przyznałam. Oczy Dylana rozszerzyły się ostrzegawczo. – A raczej twojej reakcji. Ten świat jest mały. Możemy jeszcze kiedyś wpaść na Roberta, czystym przypadkiem. Tylko że znam już twoje reakcje na niego. Obawiam się, że znowu wpadniesz w ten podły nastrój, będziesz chciał się zemścić i skupisz się na tym, a nie na nas, na Liamie. A naprawdę nie warto. Proszę cię tylko o jedno: postaraj się go zaakceptować.
- Co? – Dylan niemal warknął.
- Zaakceptuj fakt, że on gdzieś tam jest. Chodzi po tym świecie. Ale nawet jeśli go spotkamy, to nie będzie koniec świata, bo nic nam nie zrobi, jeśli mu na to nie pozwolimy, jeżeli będziemy pamiętać, co jest dla nas ważniejsze. – Puściłam dłoń Dylana i ujęłam jego twarz. – Zaakceptuj jego istnienie tak, jak ja zaakceptowałam gwałt. I bliznę na udzie, która spędzała mi sen z powiek. Tak jak ja zaakceptowałam fakt, że Jack zrobił, co chciał, ale ja nie pozwoliłam, by mnie to zniszczyło. Nauczyłam się z tym żyć. Proszę, zrób to samo. Dla siebie, swojego zdrowia, dla mnie i Liama – poprosiłam, po czym opuściłam ręce, czekając na reakcję Dylana. Odrobinę spuścił głowę i wypuścił cicho powietrze z ust. Miałam wrażenie, że miał wilgotne oczy.
- Jego pewnie i tak dosięgnie kara – odezwałam się jeszcze. – Ktoś na górze o to zadba. Ale to jest nasze życie, tylko nasze i nikt nie powinien mieć na nie wpływu. – Delikatnie uniosłam podbródek Dylana i zmusiłam, by na mnie spojrzał. – Nie dawaj mu go.
Dylan nic nie mówił. Już myślałam, że w ogóle się nie odezwie i nie zareaguje, kiedy nagle mocno przycisnął swoje usta do moich. Objął mnie władczo, a ja wiedziałam, że jakoś udało mi się do niego przemówić. W końcu oderwał się ode mnie i jedynie mnie przytulał. Oparłam głowę na jego barku, wpatrując się w dal. Nagle wrzasnęłam.
- Co się dzieje? – Dylan odskoczył ode mnie jak oparzony i patrzył ze zdumieniem, jak moje oczy wypełniają się łzami.
- Szybko! – wrzasnęłam znowu. – Aparat!
- Jaki aparat? Po co? Gorzej ci?
- Cicho bądź i popatrz! – Wskazałam palcem za jego plecy. Odwrócił się gwałtownie. Na chwiejnych nogach szedł do nas Liam, patrząc ze zdziwieniem na moją płaczącą twarz. Kiedyś to zrozumie. W tym momencie jednak ja zrozumiałam swoją mamę. Często mi opowiadała, jak emocjonujący był dla niej mój pierwszy krok. Słysząc to, zawsze pukałam się w czoło. W końcu to zwykły krok, a przez całe życie zrobimy ich jakiś milion, więc jakie znaczenie ma ten pierwszy?  
Teraz już wiedziałam, że miał.
- Aparat! – Dylan podskoczył, by wyjąć komórkę z kieszeni spodni, a ja ocierałam łzy wzruszenia, kiedy Liam podszedł do kanapy, dalej tym pokracznym chodem kaczki.
- Moje dziecko! – Złapałam go i obsypałam całusami. – Właśnie zrobiłeś swój pierwszy krok! Przyszedłeś do nas! Sam! Nawet nie upadłeś!
- Nie – powtórzył Liam, nie zdając sobie sprawy z powagi sytuacji i wyłapując z mojego monologu tylko jedno słówko. Potem nagle spojrzał na Dylana. Chwilę się zastanawiał, po czym wyciągnął paluszek i powiedział: - Tata.
A ja ponownie zalałam się łzami.

745 czyt.
100%196
candy

opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne i dramaty, użyła 3261 słów i 17972 znaków.

6 komentarzy

 
  • agnes1709

    agnes1709 · 11 marca

  • Lolissss

    Lolissss · 11 marca · 369223569

    Jejku w sumie to nudne bo to znowu kolejna super cześć, ale taka inna bo bardzo mnie za serce chwyciła, tutaj żarty, później poważne rozmowy a na koniec cudowny pierwszy krok i pierwsze słowo! Mam nadzieje ze kolejna cześć rozpocznie się od reakcji dylana bo jej jestem ciekawa ❤️

  • AlexAthame

    AlexAthame · 11 marca

    Następna wspaniała cześć. Poza początkiem. Słyszałem ze gey  dla kobiety może być najlepszym kumplem, ale...Nieważne. Szkoda ze nie napisalas co Cami mówiła Debbie, bo byśmy mieli nastepne 50 czesci Tak w ogóle to gratulacje z okazji 50 czesci, Sandro. No i dalej kolejne wejście na szczyt mądrości. Akceptacja wroga.Cami uczy go,to dobrze.Nie wiemy nic o Robercie.Dlaczego jest taki.Czy mu życzę źle?Nie.Zycze mu by zrozumiał żałował i odnalazł pokój i miłość. I pierwsze kroczki Liama.Moja Pszczolka zaczęła chodzić i gadać jak miała 11 miesięcy. Pamiętam ze byliśmy w parku i mówię do zony:Kiedy córcia zacznie chodzić. I wtedy wstała z trawy i zaczęła dreptac. Dzieki Candy za następna cudna, czesc

  • Lula

    Lula · 11 marca

    A juz myslalam że pierwsze słowo to bedzie mama 😛

  • Ela

    Ela · 11 marca · 284352576

    Super

  • Speker

    Speker · 11 marca

    Strasznie emocjonująca część. Chyba się udało zapomnieć o tym wszystkim. Budują zdrową relację, zdrowy układ i rodzinę. Liam zaczął chodzić no i to "tata" coś pięknego. Zabrakło tylko reakcji Dylana.  
    Super jak zwykle.