tylko jeden błąd - 49

- Dzięki, Lacey, na pewno mi to pomoże – powiedziałam, kończąc rozmowę z Lacey i pospiesznie zapisując na kartce numery telefonów do wypróbowanych przez nią opiekunek dla dziecka. – Dziękuję, naprawdę, jakoś nie mam głowy, by sama ich szukać. Skoro mówisz, że są godne zaufania, to ci wierzę. Oczywiście przyjdziecie z Mikiem za dwa tygodnie, tak?... No, to dobrze. Jeśli was nie będzie, to osobiście was zatłukę. Tylko Naomi oszczędzę. Zaadoptuję ją, żeby miała rodzinę. No, to całuski. – Zakończyłam rozmowę zwrotem, którego chyba nie użyłam nigdy w całym swoim życiu, co powiedziało mi wymownie spojrzenie Dylana, który siedział obok na kanapie.  
- Całuski? – prychnął z rozbawieniem. – Naprawdę? Powiedziałaś to?
- Może jestem całuśną osobą – rzuciłam, kładąc komórkę na stoliku i jeszcze raz patrząc na zapisaną kartkę. Właściwie to Lacey mogła wysłać mi smsa z tymi numerami, bo nie byłam pewna, czy dobrze je zapisałam. Nigdy nie miałam dobrej pamięci do cyfr. Ponownie złapałam komórkę, by napisać:
CAMILLA: Chyba wszystko zapisałam, ale jeśli możesz, to wyślij mi jeszcze te numery smsem.
LACEY: Ok, nie ma sprawy.
Po chwili miałam wszystkie numery zapisane w komórce, przez co poczułam się pewniej.  
- Nadal chodzi o opiekunkę dla Liama? – spytał Dylan, przysuwając się bliżej i patrząc na zapisane numery. – Brenda… Brenda to imię jakiejś starszej pani, co nie?
- Nie chciałam młodych.
- Bo wpadną mi w oko? – spytał Dylan ironicznie. – Myślałem, że już ustaliliśmy pewne sprawy, a ty nadal masz obawy. A ta stara Brenda może mieć niedowład, ślepotę i dystrofię mięśniową, upuści Liama, jak się będzie za bardzo wiercił, i tyle z tego będzie.
- Nawet tak nie mów – oburzyłam się. – Poza tym, Brenda nie jest starszą panią. Ma staroświeckich rodziców, to inna sprawa. To czterdziestoletnia kobieta, bezdzietna. Po prostu bardzo tęskni za dziećmi i chętnie się nimi opiekuje.  
- To też nie jest za dobry pomysł. Może nam ukraść Liama.
Westchnęłam z irytacją.
- Dobrze, w takim razie nie zatrudniamy żadnej opiekunki. Zatrudnimy ciebie. Weźmiesz urlop tacierzyński, żebym ja mogła pracować? Już cię widzę, jak całymi dniami gotujesz, sprzątasz, karmisz, w międzyczasie robisz pranie i prasujesz.
- Na pewno nie robisz aż tyle rzeczy naraz – powiedział Dylan, jednak lekko przerażony.
- Nie no, oczywiście. Ja nic nie robię, tylko leżę i pachnę. Mam całą zgraję podwładnych, którzy robią wszystko za mnie. – Posłałam mu zdumione spojrzenie. – Halo! A ty myślisz, że jak zostawiasz brudne ciuchy w koszu na pranie, to one magicznie znikają? Same wskakują do pralki, a później nagle są czyste i pachnące w szafie?
Dylan burknął coś pod nosem, ale wyraźnie nie miał ochoty na przejęcie obowiązków, dlatego przestał narzekać na Brendę. Uderzył z innej strony:
- Ciekawe tylko, ile takie opiekunki biorą za pół dnia opieki. Żebyśmy nagle nie zbankrutowali. Jesteś pewna, że nie chcesz oddawać Liama swojej mamie? Bo wiesz, może ona i jest specyficzna, ale jej nie musimy nic płacić.
Dylan wyglądał, jakby odkrył Amerykę, a mi właśnie przyszło coś do głowy.
- A może oddalibyśmy Liama twojej mamie? – spytałam delikatnie. Dylan zmarszczył brwi. – Rozmawialiśmy o niej, ale temat jakoś ucichł. Pora do niego wrócić. Rozmawiałeś z nią w ogóle? – zapytałam, choć dobrze wiedziałam, jaka będzie odpowiedź.
- Nie.
- Tak myślałam. Za dwa tygodnie Liam ma urodziny. Robimy przyjęcie, czy tego chcesz, czy nie. Zaproś ją.
Dylan westchnął ciężko, co najmniej jakbym go poprosiła o sprowadzenie astronauty na przyjęcie.
- Dawno z nią nie rozmawiałem. Ciężko mi zacząć.
- Mogę to zrobić za ciebie, tylko że będzie to źle wyglądało.
- Czyli niby ona miałaby się opiekować Liamem? – Bruzdy na jego czole się pogłębiły. – Nie wiem, czy to dobry pomysł.
- Dlaczego?
- Bo wtedy musiałaby tu zostać. – Padła cicha odpowiedź.
Tym razem to ja westchnęłam.
- Dylan, przestań. To twoja mama. Rozumiem, że przez jej romans z Robertem nie miałeś takiego dzieciństwa, jak powinieneś. Rozumiem, że to wywołuje bolesne wspomnienia. Ale ona jest twoją mamą i babcią Liama, a nawet nie wie o jego istnieniu. Powinna wiedzieć, że została babcią, Dylan – dodałam, przykrywając jego dłoń swoją. Wzrok miał wbity w stolik. – I osobiście wolałabym zostawiać Liama właśnie z babcią, a nie z nieznajomą kobietą.
Nic już więcej nie powiedziałam, dając Dylanowi to w spokoju przemyśleć.

✰✰✰

W końcu nadszedł ten dzień. Obudziłam się rano z mocno bijącym sercem. To dziś. Szósty września. Dokładnie rok, odkąd w bólach pojechałam na porodówkę i dałam życie najcudowniejszej istocie na tej ziemi.  
Oczywiście uparłam się, by zrobić przyjęcie, więc automatycznie wstałam, nie wylegując się, bo czułam za dużą presję. Nigdy w życiu nie wydawałam żadnego przyjęcia, a na pewno nie dla małego dziecka, więc właściwie nie byłam pewna, co robić. Gości właściwie też nie było za wiele: jedynie moi rodzice, dziadkowie, Lacey, Mike, jakiś kolega Dylana i właściwie to wszystko. No i ciocia Ruth, bo mama ją wcisnęła z taką stanowczością, że nie miałam siły protestować. Mimo wszystko rozszerzyłam listę też o jedną osobę: mamę Dylana. Nie powiedział, czy ją zaprosił, w ogóle nawet nie wspominał już o niej, ale widziałam, że chodził zamyślony i czasami siedział z komórką w ręku, wpatrując się intensywnie w ekran. Zawsze potem odkładał komórkę, do nikogo nie dzwoniąc, ale miałam nadzieję, że jednak to zrobił. Zastanawiałam się, czy w ogóle warto wspominać o tacie Dylana, ale on nigdy specjalnie nie interesował się synem, więc chyba nie było sensu. Za to mama… to co innego. Matki zawsze się przejmują. Byłam pewna, że mimo swojej niechęci Dylan tęsknił za nią, a ona na pewno próbowała się z nim kontaktować, tylko on był zbyt uparty, by coś z tym zrobić.
Ekspresowo ubrałam się w dżinsy i bluzkę, zerkając na Dylana. Oczywiście, jeszcze spał. Chyba musiałby w nas walnąć meteoryt, żeby się obudził – albo po prostu udawał, że śpi, bylebym go nie zmusiła do sprzątania albo gotowania. Miałam ochotę walnąć go w ramię i wygłosić długą tyradę na temat tego, że to nasz wspólny syn, więc Dylan też powinien uczestniczyć w przygotowywaniu przyjęcia, ale zamiast tego podeszłam do łóżeczka Liama. Spał, dzięki Bogu, więc miałam trochę czasu. Nie mogłam się jednak powstrzymać, by nie obsypać go pocałunkami.
- Moje kochane, śliczne dziecko – szepnęłam cicho, całując go w pulchne policzki. – Masz już roczek, wiesz? Mam tylko nadzieję, że będziesz miał dziś dobry humor, bo inaczej ciocia Ruth będzie miała idealny temat do plotek. No, śpij sobie, śpij. A ja idę przygotować ci imprezkę.
Wyszłam z sypialni i od razu pomknęłam do kuchni. Goście byli zaproszeni na szesnastą – była siódma, więc niby miałam trochę czasu, ale wiedziałam, że na pewno coś pójdzie źle. Uparłam się, by samodzielnie spróbować upiec tort, ale w razie czego miałam już na szybkim wybieraniu numer do najbliższej cukierni. Obawiałam się, że nawet jeśli wyjdzie smakowo, to wizualnie będzie wyglądał jak pasza dla konia, którą będę wstydziła się wyjąć na światło dzienne. Chciałam zrobić taki tort, który mógłby zjeść nawet Liam, ale byłam w tym temacie tak zielona, że włączyłam na telefonie instrukcję „dla debila”, jak zrobić dobry tort. Tak na wszelki wypadek.
Tak się zajęłam kuchennymi sprawami, że nawet nie zauważyłam, kiedy wybiła ósma trzydzieści. Liam się obudził, Dylan też, tylko że on wyglądał, jakby w ogóle niczym się nie przejmował – w przeciwieństwie do mnie. Byłam cała upaćkana kremem od tortu, w dodatku miałam wrażenie, że wszystko robię źle, a czas nieubłaganie pruł do przodu. Dlatego, kiedy Dylan wszedł do kuchni z miną „co na śniadanie, kochanie?”, miałam ochotę go udusić.
- Błagam, wypij szybką kawę i pomóż mi – rzuciłam, a w moich oczach czaiła się desperacja.
- Ale z czym? Świetnie ci idzie – zdziwił się wyżej wspomniany, sadzając Liama w krzesełku i przeciągając się.
- Uważasz, że tu nie ma nic do roboty? – Moje brwi podjechały do góry tak wysoko, że prawie zniknęły z pola widzenia. – Dobrze, zaraz ci coś znajdę, nie martw się. My sobie pobędziemy z Liamem w kuchni, a ty w tym czasie mógłbyś odkurzyć mieszkanie, bo inaczej gości powita syf. Możesz też nadmuchać trochę balonów, leżą na stoliku w torebce. Jeśli nadal będzie ci się nudziło, to możesz również wyszorować sedes w łazience, bo wczoraj nie starczyło mi czasu. W piwnicy są przygotowane napoje, możesz po nie skoczyć i je tu przynieść. W sypialni stoi jeszcze suszarka z ubraniami, więc z łaski swojej zdejmij je i na razie schowaj w szafie, żeby nie raziły nikogo, potem trzeba będzie je uprasować. Trzeba też rozłożyć w salonie stolik, przynieść krzesła i przesunąć kanapy, żeby było miejsce. A jak wszystko zrobisz, to na pewno jeszcze się coś znajdzie. To co, nadal uważasz, że nie ma nic do roboty? – Skrzyżowałam buntowniczo ramiona na piersi. Dylan mruknął pod nosem coś, co brzmiało jak „dobra, niech ci będzie”, po czym wyszedł, a ja wróciłam do przygotowywania tortu – jedną ręką, bo drugą musiałam zrobić śniadanie dla Liama.  
Zbliżała się godzina zero, a wraz z nią moje nerwy były coraz bardziej napięte. Dylan nic nie mówił o swojej mamie, więc zaczęłam myśleć, że zbytnio się pospieszyłam, wciągając ją na listę gości. Najwyraźniej moje słowa spłynęły po nim jak woda po kaczce i nie zamierzał nic z tym zrobić.
Dylan odkurzył mieszkanie, przyniósł napoje i nadmuchał balony, ale o sedesie jakoś zapomniał, więc czyściłam go w ekspresowym tempie, jednocześnie zastanawiając się, czy czegoś nam brakuje. Tort chyba wyszedł mi nawet nieźle – ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu. Wczoraj wieczorem upiekłam ciastka owsiane dla dzieciaków, dla dorosłych też były jakieś przekąski, pokusiłam się nawet o zrobienie mini tortilli, sałatek oraz czegoś na kształt zwijanych paluchów pizzowych. Chyba było ok, ale nie mogłam pozbyć się myśli, że zapewne moja mama zrobiłaby wszystko lepiej i szybciej, bo ja nad tymi paluchami siedziałam do późnej nocy.
Poszłam jeszcze poszukać świeczki w kształcie jedynki, którą kupiłam parę dni temu i nie wiedzieć czemu, położyłam w sypialni, zamiast w kuchni. Zaczęłam gorączkowo przeszukiwać pudełko w sypialni, które stało na szafce. W końcu znalazłam świeczkę, ale zrobiłam przy tym niezły bałagan i zauważyłam, że szafka się nieco chybocze. Albo od moich przeszukiwań albo to był już jej czas.
- Dylan, szafka się nieco chwieje – powiedziałam, wychodząc ze swoją zdobyczą. – Dokręć ją jutro, dobrze?
- Nie ma sprawy.  
Sedes umyty, salon odkurzony i wysprzątany, balony nadmuchane, tort chłodził się w lodówce razem z napojami i szampanem dla dorosłych, Liam obudził się z drzemki i chyba wszystko było tak, jak być miało. Poprosiłam Dylana, by choć przez chwilę skupił się na dziecku i pomknęłam wziąć szybki prysznic. Później w ekspresowym tempie wciągnęłam na siebie sukienkę i rajstopy, które oczywiście mi się podarły, więc musiałam wziąć drugą parę. Czas mnie gonił, bo była już piętnasta czterdzieści, a ja musiałam jeszcze się lekko podmalować i ogólnie ochłonąć. W końcu jednak stwierdziłam, że włosy doschną mi same, a moja twarz będzie musiała się zadowolić odrobiną tuszu oraz szminki. Wypadłam z łazienki niczym burza, w samą porę, by zobaczyć, jak Dylan w salonie zdejmuje z siebie koszulkę, żeby zaraz zastąpić ją śnieżnobiałą koszulą. Z wysiłkiem przełknęłam ślinę, obserwując jego nagą klatkę piersiową. Cholera, gdyby akurat goście nie musieli za chwilę przychodzić…
Liam też był specjalnie ubrany na swoje święto, miał na sobie nowe dżinsowe spodenki i dziecięcą koszulę, choć zapewne pod koniec przyjęcia oba te ubrania będą ubrudzone i pościerane. Ledwo zdążyłam zobaczyć, czy ma czystą buzię, kiedy zadzwonił dzwonek do drzwi. Już po samym sposobie jego naciskania wiedziałam, że to moja mama. Otworzyłam z ciężkim sercem.
- Dzieci moje kochane! – Mama wparowała do środka niczym buldożer, wnosząc za sobą mocną woń perfum. – Wszystkiego najlepszego, Liamku! – Podleciała do niego, machając kolorową torbą z prezentem. Tata był mniej wylewny, najpierw zdjął spokojnie buty, a dopiero potem podszedł do Liama. – Jesteśmy trochę wcześniej, bo może z czymś ci pomóc?
- Jeśli chciałaś mi pomóc, to trzeba było przyjść godzinę wcześniej, a nie dziesięć minut – zauważyłam z cierpkim uśmiechem.
- Jakie dziesięć minut? Przecież mówiłaś, że mamy być na siedemnastą.
- Na szesnastą, mamo.
- Naprawdę? Niemożliwe. Mówiłaś wyraźnie, siedemnasta.
Zacisnęłam zęby, byle tylko się nie zdenerwować, ale w tym momencie znowu zabrzmiał dzwonek. Widocznie do innych dotarło, że mówiłam o szesnastej. Zaraz za mamą wpadła ciocia Ruth, dostałam od niej jakieś milion buziaków, po czym drugi milion dostał Liam. Biedne dziecko, nagle zostało otoczone wariatkami. Dylan był w pobliżu i starał się czuwać nad zdrowiem psychicznym naszego dziecka, ale chyba mu nie wychodziło.
Wkrótce też pojawili się dziadkowie, kolega Dylana z pracy – swoją drogą, ulżyło mi, że nie był to ten dupek od imprez – a na końcu Mike z Lacey oraz Naomi. Wszyscy się ściskali, całowali i przedstawiali sobie nawzajem, aż w końcu musiałam uchylić okno, bo zrobiło się gorąco od tego tłoku. W końcu jakoś udało mi się usadzić wszystkich przy stole, jednak w oczy rzucało się mocno jedno puste miejsce – przyszykowane dla mamy Dylana. Teraz, widząc tę pustkę, uświadomiłam sobie, jak głupio to wygląda.
- Spodziewamy się jeszcze kogoś? – zapytał mój tata.
- Ech… - Machnęłam ręką, nie wiedząc, co odpowiedzieć. – Sama nie wiem.
Dylan posłał mi wymowne spojrzenie, na pewno domyślił się, dla kogo przyszykowałam to miejsce. Unikałam jego wzroku i przebiegłam wzrokiem po gościach. Już nakładali sobie sałatkę oraz paluchy pizzowe, więc miałam nadzieję, że się nie otrują. Liam, jako król imprezy, siedział w swoim wysokim foteliku i był właśnie zajęty miażdżeniem ciasteczka na miazgę. Widocznie nie miał ochoty brać przykładu z Naomi, która swoje potulnie zjadała.
Był taki jazgot, że ledwo mogłam zebrać myśli. Patrzyłam na stosik prezentów na kanapie i miałam nadzieję, że nie są to wyjątkowo głośne zabawki. Już miałam proponować herbatę bądź kawę, kiedy zabrzmiał dzwonek do drzwi. Serce nieco mi drgnęło. Spojrzałam na Dylana. Nie wyglądał na specjalnie uszczęśliwionego, ale ledwo zauważalnie skinął głową w moją stronę. Czyli jednak miałam rację. Wstałam i szybko poszłam otworzyć.
- Dzień dobry – powiedziała kobieta stojąca za drzwiami, posyłając mi niepewny uśmiech. – Przepraszam za spóźnienie.
- Nic się nie stało – powiedziałam szybko, przesuwając się, by zrobić jej miejsce. Mama Dylana wsunęła się do środka powolnym krokiem, po czym zdjęła z siebie płaszcz. Obserwowałam ukradkiem jej szczupłą figurę i elegancki strój. Miała średniej długości ciemne włosy, delikatny uśmiech oraz dobrotliwy wyraz twarzy.  
- Ty musisz być Camilla? – Bardziej stwierdziła niż zapytała, wyciągając rękę w moją stronę.
- Tak.
- Bardzo mi miło w końcu cię poznać. Jestem Debora.  
Uścisnęłam jej rękę, po czym poprowadziłam ją do jej miejsca.
- Dzień dobry wszystkim – powiedziała delikatnym głosem, siadając na swoim miejscu, tuż obok Liama. – Witaj, Dylan – zwróciła się do syna. Miałam wrażenie, że choć starała się być powściągliwa, to ledwo powstrzymywała łzy. – A to musi być mój wnuk. – Popatrzyła na Liama, który wydawał się być nieco przestraszony nieznaną twarzą, ale nie protestował, kiedy wyciągnęła rękę i pogłaskała go po główce. – Jaki śliczny.
- To pani wcześniej nie widziała Liama? – wtrąciła moja mama donośnie wścibskim głosem, za co miałam ochotę ją zakneblować.
- Niestety… mój syn nie powiedział mi wcześniej, że mam wnuka. – Debora spojrzała na Dylana z lekkim rozbawieniem, ale w jej głosie słychać było żal.  
- Komu sałatki? – wtrąciłam, przerażona, że moja mama może chcieć dalej pociągnąć tę niezręczną rozmowę. – Komu herbaty albo kawy?
Gdy już większość przekąsek i napojów zniknęła ze stolika, przyszedł czas na tort i szampana. Niosłam tort na chwiejnych nogach, modląc się, by się nie potknąć i by nie wywalić tortu na kogoś. Na szczęście jednak wylądował tam, gdzie miał wylądować. Dylan rozlał szampana, a ja trzęsącymi się rękami zapałałam świeczkę. Liam uśmiechał się szeroko, jakby doskonale wiedział, że ten tort jest dla niego. Bez niczyjej pomocy zdmuchnął świeczkę, po czym zaczął sam sobie bić brawo. Wszystkich to oczywiście rozczuliło, więc też zaczęli klaskać i śpiewać „sto lat”. Mi też chciało się płakać ze wzruszenia, ale zamiast tego złapałam aparat i zaczęłam wszystko uwieczniać: uśmiech na twarzy Liama, wzruszenie w oczach Dylana i całe zgromadzenie gości, świętujących razem z nami ten dzień. Dawno już nie byłam taka szczęśliwa.
Przyjęcie trwało do dwudziestej, aż dzieciakom zaczęły zamykać się oczy, więc wszyscy zaczęli się żegnać i wychodzić. W końcu zostały po nich już tylko zapachy oraz bałagan na stole – rozwalone ciastka, brudne talerze, rozsypane konfetti… aż westchnęłam, patrząc na to wszystko.
- Ale będzie jutro sprzątania.
- Ja posprzątam – zaoferował się Dylan.
- Czyżby?
- Praktycznie sama przygotowałaś to wszystko, za co cię przepraszam. Ale dałaś radę. – Dylan przyciągnął mnie do siebie i pocałował. – Więc ja jutro to posprzątam. Odkurzę i w ogóle. Zobaczysz.
- Byłoby wspaniale – mruknęłam między pocałunkami. – Ale i tak część naczyń muszę umyć dzisiaj, bo inaczej zostaną na nich smugi.
- Pomogę ci – usłyszałam nagle głos Debory i aż drgnęłam. Nie sądziłam, że jeszcze tu była, byłam przekonana, że wyszła razem z innymi. Natychmiast odskoczyłam od Dylana, co najmniej jakby nas na czymś przyłapała.
- Dziękuję – powiedziałam, w sumie zadowolona, że będę miała okazję porozmawiać z Deborą. Dylan oczywiście zaraz się ulotnił pod pretekstem położenia Liama spać. Razem z Deborą zaczęłyśmy sprzątać naczynia i wynosić je do kuchni.
- Było bardzo miło. – Przerwała w końcu ciszę.
- Mam nadzieję. Stresowałam się tym przyjęciem – przyznałam.
- Jeszcze wiele takich przed tobą. Jak na pierwszy raz, poradziłaś sobie znakomicie.
Debora miała w sobie jakąś klasę i wytworność, miałam wrażenie, że wyglądam przy niej jak niedoświadczony kocmołuch, ale byłam wdzięczna, że tu była. Dobrze, że Dylan się przemógł i ją zaprosił. Nie mogłam sobie wyobrazić jej z Robertem, ale może właśnie dzięki niemu stała się taka, jak teraz.
- Chciałabym się z tobą spotkać – powiedziała nagle, gdy w milczeniu szorowałyśmy naczynia. – Kiedy tylko będziesz miała czas. Mogłybyśmy wyjść na kawę i porozmawiać. Poznać się trochę. Co ty na to?
- Pewnie – przytaknęłam. – Bardzo chętnie. Cieszę się, że Dylan w końcu do pani zadzwonił. Ja też chciałabym panią lepiej poznać.
- Podejrzewam, że ty go na to namówiłaś. – Ciepłe oczy Debory spoczęły na mnie, więc nieśmiało skinęłam głową. – Dziękuję. On jest… - Szukała przez chwilę słowa, aż w końcu potrząsnęła głową. – Zawsze był trudny, nawet jako dziecko.
- Jest uparty – przyznałam ostrożnie. – Ale bardzo się zmienił. Dzięki Liamowi.
Skinęła powoli głową.
- Dobrze. W takim razie, kiedy miałabyś czas?
- Zobaczę, jak będę miała ustalony grafik w pracy i dam pani znać. Popołudniami zazwyczaj jestem wolna.
- Świetnie.
Skończyłyśmy myć naczynia i odprowadziłam ją do drzwi. Ubrała się szybko i powiedziała:
- Przekaż, proszę, Dylanowi, że cieszę się, że mnie zaprosił. I ucałuj Liama od babci.
Uświadomiłam sobie, że Dylan nawet z nią nie porozmawiał podczas całej tej wizyty. Cholera, aż mi było nieco za niego wstyd. Musiałam z nim porozmawiać.
- Dobranoc – powiedziałam, a ona pochyliła się i uścisnęła mnie. Potem wyszła, zamykając za sobą cicho drzwi. Odetchnęłam. Choć byłam zmęczona, zamiast pójść do łazienki, opadłam jeszcze na fotel, omiatając wzrokiem bałagan po imprezie. Chyba mogłam uznać, że jakoś mi to wyszło.

1 247 czyt.
100%165
candy

opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne i dramaty, użyła 3816 słów i 21303 znaków, zaktualizowała 9 mar o 20:03

Komentarze (5)

 
  • Lula

    Lula 10 mar 7:39

    Poznanie Debory to kolejny krok 😘

  • AlexAthame

    AlexAthame 9 mar 20:56

    Piszesz tak fajnie...Pewnie gdybyś miała napisać tym,  że Camilli wyszła z kuchni i udała się do pokoju, to by wyszło  ciekawie i barwnie.Masz dziewczyno talent.   Co do Debbie. Babcia ma prawo poznać wnuka. Dziekuje ci Camilo, ze ja zaprosiłas    

  • Speker

    Speker 9 mar 20:03

    rewelacja !

  • agnes1709

    agnes1709 9 mar 19:20

        

  • Ela

    Ela 9 mar 18:59 ip:91240130

    Super jak zwykle idziesz jak rakieta