tylko jeden błąd - 42

*kiedyś*

Byłam umówiona z Davidem na przyszłą sobotę, ale stwierdziłam, że nie zachowam się tak, jak Dylan i nie będę tego ukrywać ani kłamać. Po prostu mu powiedziałam, że wychodzę w przyszłym tygodniu i czy mógłby zaopiekować się dzieckiem.
Zareagował właściwie tak, jak się tego spodziewałam. Zmarszczył brwi i zapytał:
- Gdzie wychodzisz?
Jego ton był lekko pretensjonalny, ale nie za bardzo. Wciąż było mu wstyd za jego ostatni wyskok. I bardzo dobrze.
- Umówiłam się.
- Z kim?
- Co za różnica? Umówiłam się i już.
- Powiedz, z kim. - Zacisnął nagle szczęki. Wyglądał nieco groźnie, ale nie dałam się sprowokować.
- Po prostu wychodzę. Zajmiesz się Liamem?
- Oczywiście, że się nim zajmę. Ale chyba mam prawo wiedzieć, gdzie wychodzisz.
- Ale się uparłeś - warknęłam. - Ty ostatnio nie byłeś tak uprzejmy, żeby mnie poinformować, gdzie wychodzisz, prawda?
- A potem wygłosiłaś mi wykład, że mogłem pijany wpaść pod samochód. Jeśli ty pod niego wpadniesz, to wolałbym chociaż wiedzieć, gdzie będziesz. - Jego oczy z powrotem ciskały gromy. Cały wstyd się ulotnił w jednej chwili.
- Dobrze - wysyczałam. - Będę na randce. Zadowolony?
- Na randce? - Aż podskoczył. Miał zdumioną minę, co mnie rozwścieczyło.
- Tak, na randce. A co? To takie dziwne, że ktoś zechciał się ze mną umówić? - rzuciłam wściekła. - To, że dla ciebie jestem nieatrakcyjna, nie znaczy, że dla innych też. Niby z jakiej racji ty możesz sobie pukać panienki w klubie, a ja nie mogę wyjść na randkę?
- Słucham? - warknął Dylan. Gdyby wzrok mógł zabijać, zapewne wąchałabym już kwiatki od spodu. - Za takiego mnie uważasz? Że poszedłem do klubu specjalnie po to, by posunąć jakąś laskę?
- A co, nie byłbyś w stanie? - rzuciłam. - Błagam cię. Dobrze pamiętam twoje podejście: skoro dziewczyna chce, to nie będziesz się bronił. Korzystasz z życia, nie ma co.
Chwilę siedzieliśmy w ciszy, a atmosferę można było kroić nożem. W końcu Dylan burknął:
- Zajebiście. Po prostu, kurwa, zajebiście. - Po czym z hukiem wypadł z sypialni.
Zajebiście. To dobre słowo na określenie tej patowej sytuacji.

✰✰✰

Odkąd powiedziałam Dylanowi o randce, był na mnie wściekły jeszcze bardziej, o ile to w ogóle możliwe. Starałam się nie pokazywać, że mnie to irytowało. W końcu nadeszła sobota. Rano ściągnęłam pokarm, a później stanęłam przed szafą, zastanawiając się, którą sukienkę założyć. Dawno w nich nie chodziłam, ale przecież nie mogłam iść na randkę w dżinsach. Znaczy, teoretycznie mogłam, ale chyba nie wypadało. Musiałam się jakoś prezentować.
Wieczorem, gdy zaczęłam się szykować, David napisał, że za godzinę po mnie wpadnie. Odpisałam, że w porządku i że czekam. Później wzięłam szybki prysznic, ubrałam sukienkę w kwiaty i zrobiłam na szybko jakiś makijaż, ale byłam w tym beznadziejna, więc ograniczyłam się jedynie do podkładu, tuszu na rzęsach oraz cieniu na powiekach. Nigdy nie umiałam konturować twarzy, a na samą myśl o eyelinerach, bronzerach i różnych bazach dostawałam bólu głowy. Nigdy nie chciałam być wypindrzoną lalunią, dlatego uznałam, że chyba może być. Zresztą, gdyby to miała być miłość mojego życia, to chyba powinien mnie zaakceptować nawet i bez makijażu, prawda?
Wyszłam z łazienki i wzięłam głęboki oddech. Starałam się nadać mojemu głosowi spokojny ton:
- W kuchni jest ściągnięte mleko. Kupiłam nowe pampersy, są w tej szufladce przy łóżeczku. Jakby coś się działo, dzwoń.
- Miłej zabawy - usłyszałam jedynie sarkastyczną wypowiedź Dylana. Nie skomentowałam jej. Chwyciłam torebkę, ubrałam płaszcz, niewielkie obcasy i zdążyłam jeszcze pocałować Liama na pożegnanie, czując lekki niepokój na myśl, że właśnie wychodzę z domu i zostawiam moje dziecko. Chciałam się odegrać na Dylanie, ale teraz nie byłam już pewna, czy to był dobry pomysł, ale przecież nie mogłam teraz odwołać spotkania. Musiałam na nie pójść.
David wydawał się bardzo miły. Wysoki, uśmiechnięty, kulturalny. Co prawda zabrał mnie do baru, co było dość nietrafione, ale przecież liczyły się chęci. Nie minęła godzina, kiedy zaczął dzwonić mój telefon. W końcu odebrałam. Dylan.
- Dlaczego nie odbierasz?!
- Przepraszam. Było głośno, nie słyszałam, jak dzwoniłeś.
Naprawdę? Przeprosiłam go?
- Zostawiłaś za mało mleka. Mały jest głodny.
I to by było na tyle, jeśli chodzi o przyjemną randkę z nieznajomym. Musiałam wrócić do domu. Gdy wracałam - dość wolno, bo były korki - w głowie dźwięczały mi słowa Dylana:
- Gówno mnie interesuje, z kim się spotykasz, kiedy, gdzie i co robisz podczas tych spotkań.  
Czy on naprawdę nie widział tego, jak mnie ranił? Sprawiało mu to satysfakcję? Czuł się przez to lepiej?
Koniec końców, mój wieczór nie wypalił. Ciekawe tylko, co powiedziałby Dylan, gdybym zadzwoniła do niego w trakcie jego libacji w klubie i kazała mu wracać do domu? Pewnie by mnie wyśmiał.
Nie chciałam płakać, ale powoli kończyły mi się siły.

✰✰✰

*teraz*

Trzęsły mi się nogi, trzęsły mi się ręce, w ogóle cała się trzęsłam. Chociaż powiedziałam mu, że musimy porozmawiać, to nagle głos uwiązł mi w gardle. W końcu Jack odezwał się pierwszy:
- Nie sądziłem, że jeszcze kiedykolwiek cię zobaczę.
Wzdrygnęłam się na sam dźwięk jego głosu, choć tak bardzo nie chciałam okazywać słabości. Chciałam tu przyjść i udowodnić jemu i sobie, że jestem silna. Że gwałcąc mnie, nie wyrządził mi żadnej krzywdy ani nie wpłynął na moje życie.
Oboje wiedzieliśmy, że to nieprawda.
- Bo nie zamierzałam tu przychodzić - powiedziałam wreszcie.
- Więc czemu przyszłaś?
Ha. Zabawne pytanie. Żeby to zrobić, musiałabym mu streścić prawie rok mojego życia. Nie miałam na to ochoty.
- Chciałam z tobą porozmawiać.
Cały czas oglądałam się na funkcjonariusza, by upewnić się, że na pewno tam był, tak jakby miałby zaraz rozpłynąć się w powietrzu. Nieco dziwnie się czułam, rozmawiając z Jackiem w jego obecności, ale bez niego zapewne nie miałabym na tyle odwagi, by nadal siedzieć na tym krześle.
Przyjrzałam się Jackowi uważnie. Coraz mniej przypominał chłopaka, którego pamiętałam. Schudł, jego skóra jakby poszarzała, pod oczami miał worki, a spojrzenie puste. Garbił się i wyglądał jak dziecko, na które ktoś nakrzyczał. Gdyby ktoś obcy na niego spojrzał, pewnie w życiu by nie powiedział, że taki ktoś mógł zgwałcić kobietę.
- Chciałam zapytać... - Urwałam, bo wszystko, co kłębiło mi się w głowie, brzmiało niedorzecznie. O co właściwie chciałam go zapytać? - Dlaczego? - spytałam w końcu. - Dlaczego to zrobiłeś? Dlaczego mnie zgwałciłeś? Poczułeś się przez to lepiej? Spełniłeś marzenie? Czy po prostu chciałeś zniszczyć mi życie? Dało ci to coś? - Wylał się ze mnie stek pytań, które dręczyły mnie, odkąd ocknęłam się w szpitalu. Jednocześnie chciałam poznać na nie odpowiedź i nie chciałam.
Jack nie odpowiedział od razu. Wyglądał, jakby się zastanawiał.
- Pragnąłem cię - powiedział w końcu poważnym głosem. - Chciałem, żebyś była moja. Ale ty nie zwracałaś na mnie uwagi. Żadna dziewczyna nigdy na mnie nie spojrzała. Zawsze wyprzedzali mnie inni faceci. Tacy, co byli wysocy i mieli kasy jak lodu. A ja chciałem tylko, żeby ktoś potraktował mnie poważnie. I żeby ktoś mnie pokochał.
Choć broniłam się przed tym nogami i rękami, nagle poczułam coś... jakby współczucie. Cholera. Jak? Jak mogłam współczuć człowiekowi, który wyrządził mi tak potworną krzywdę? A jednak to właśnie czułam. Patrzyłam, jak mówił z głową spuszczoną w dół, jak zbity pies. Nagle zobaczyłam w nim małe dziecko. Bezbronne. Niewinne. Pragnące tylko miłości.
Które jednocześnie było potworem.
- Pociąłeś mnie. - Mój głos drżał. - Rozciąłeś mi skórę. Związałeś. Zgwałciłeś. Tak chciałeś mnie zmusić, żebym cię pragnęła? To był ten idealny sposób?
- Nie... - Jack przetarł oczy rękoma zakutymi w kajdanki. - Nie wiem. Teraz wiem tylko, że nie było warto. Zniszczyłem sobie życie.
- Zniszczyłeś też moje! - Podniosłam głos. - Myślisz, że potrafię teraz wychodzić normalnie do ludzi? Nie bać się własnego cienia? Mogłam wtedy umrzeć. Byłam w ciąży.
Jack otworzył szeroko oczy, jakby dopiero do niego dotarło, że tu byłam.
- W ciąży?
- Tak - potwierdziłam, zastanawiając się, jakie znaczenie ma dla niego ta informacja.
- I... nic się nie stało?
Szczerze mówiąc, byłam zaskoczona. Wyglądał, jakby naprawdę się przejął. Nie sądziłam, że mój oprawca był zdolny do empatii.
- Na szczęście nie - powiedziałam po chwili. - Urodziłam syna.
- To... dobrze.
Dobrze? Cieszył się, że urodziłam syna, chociaż mnie zgwałcił i zrobił wszystko, bym nie zapomniała tego koszmarnego wieczoru?
- Wiesz... - odezwał się po minucie ciszy. - Miałem kiedyś siostrzeńca. Fajny dzieciak. Jeździłem z nim na ryby, a wieczorami czytałem mu książki. Lubię dzieci. Lubiłem go. Był dla mnie jak młodszy brat. A któregoś dnia... - Podrapał się po uchu. - Wpadł do wody. Utopił się, choć tyle razy mu powtarzałem, żeby się nie zbliżał, bo nie umiał pływać. Ta trumna była taka mała...
Słuchałam, wstrząśnięta. Wyglądało na to, że Jack też trochę przeszedł w swoim życiu. I jednak był zdolny do uczuć. Zaczęłam się zastanawiać, w jakim stanie jest jego psychika. Może był chory, a ponieważ był trochę dziwny, nikt się nie zorientował? Może on po prostu zupełnie inaczej patrzył na świat?
- Nie wiem, czy to ma dla ciebie jakieś znaczenie, ale przepraszam cię.
Aż zamrugałam ze zdziwienia. Czy ja dobrze usłyszałam?
- Chyba tego żałuję - mówił dalej Jack. - Tak, chyba tak. Po prostu chciałem cię mieć. Choć raz kogoś mieć... kogokolwiek... - Jego głos ucichł, jakby nagle zasnął, ale Jack tylko patrzył się tępo w stół.
Miałam totalnie ściśnięte gardło i gdy się odezwałam, wyszedł z tego jakiś skrzek:
- Skrzywdziłeś mnie, Jack. Nigdy tego nie zapomnę. Nigdy ci tego nie wybaczę... ale... chyba trochę cię rozumiem - dodałam. I mówiłam prawdę. Ta krótka rozmowa wystarczyła, bym nieco lepiej przejrzała Jacka. Zrozumiałam, że on tak naprawdę nadal był dzieckiem, samotnym i zagubionym, które potrzebowało pomocy. Owszem, popełnił błąd. Niewybaczalny. Ale on był chory. I samotny. Cooper zaatakował mnie tylko dla własnej przyjemności, ale Jack... cholera, nie chciałam mu współczuć, ale gdy tak na niego patrzyłam, uświadomiłam sobie, że Kathy miała rację. Byłam silna. Gdybym nie była, to nie byłabym w stanie mu współczuć. Tymczasem dostrzegłam pewne fakty - wygląd Jacka uświadomił mi, że ktoś taki jak on nie może mieć znaczącego wpływu na moje życie. Owszem, zgwałcił mnie. Skrzywdził. Ale musiałam zaakceptować ten fakt. Patrząc na niego, czułam jedynie litość. Nagle jakby skurczył się w sobie. Siedziało przede mną dziecko, małe i zagubione, które nie mogło mieć nade mną władzy.
Wstałam. Właściwie otrzymałam już wszystko, po co tu przyszłam. Jack spojrzał na mnie udręczonym wzrokiem. Nie miałam pojęcia, co teraz powiedzieć. Pożegnać się z nim? Tak po prostu?
- Żegnaj, Jack - powiedziałam w końcu. - Raczej się już nie zobaczymy. - Odwróciłam się, skinęłam funkcjonariuszowi głową i już miałam wyjść, gdy usłyszałam:
- Naprawdę przepraszam.
Słyszałam autentyczną skruchę w jego głosie. To dało mi lekką nadzieję - nadzieję na to, że być może można zawrócić z każdej drogi, nawet tej najmroczniejszej. Nie sądziłam, by Jackowi kiedykolwiek udało się stworzyć jakiś związek. Żadna kobieta nie mogłaby być z gwałcicielem. Ale może jednak mógł zaznać jakiegoś szczęścia - jeśli nie w tym życiu, to w innym. Życzyłam mu tego. Życzyłam mu tej nadziei, która nagle we mnie zakiełkowała.
Odetchnęłam głęboko i wyszłam z pokoju, a potem z więzienia. Musiałam oprzeć się o ścianę i wziąć kilka głębokich wdechów. Czułam się jednak inaczej. Strach powoli ze mnie schodził i ustępował nowemu uczuciu - sile. To właśnie po to przefarbowałam niegdyś włosy - by ich ognisty kolor sprawił, bym była siłą nie do pokonania. Żywiołem. Jack chwilowo mnie pokonał, ale czas goił rany, a teraz miałam wrażenie, że zagoiły się prawie całkowicie.
Została mi jeszcze tylko jedna rzecz do zrobienia. Ale to już nie dzisiaj. Za dużo emocji jak na jeden dzień.

✰✰✰

Wróciłam do mieszkania, a Dylan przywitał mnie przelotnym buziakiem, bo w ręku trzymał miskę ze zmiksowaną zupą. Wciąż nie mogłam się do tego przyzwyczaić. Jeszcze niedawno na siebie warczeliśmy, a teraz zachowywaliśmy się prawie jak para. Normalna para, normalna rodzina.
- Coś się stało? - spytał Dylan, obserwując mnie uważnie, kiedy usiadłam po drugiej stronie stołu. Liam właśnie wypluwał zupę, co chyba stało się jego nowym hobby.
- Nie, wszystko w porządku. - Posłałam mu delikatny uśmiech.
- Na pewno? Jesteś jakaś rozpalona.
- Może to chwilowe. Na pewno zaraz minie. - Usłyszałam, że dostałam smsa, więc wyciągnęłam z torebki komórkę i zobaczyłam, że mam smsa od Mike'a:
MIKE: Umówiłem się z Lacey i chyba panikuję. Uspokój mnie jakoś.
- Super! - ucieszyłam się.
- Co? - zainteresował się Dylan. - Wygrałaś w totka?
- Nie tym razem, ale Mike umówił się z Lacey. Tak czułam, że mu się spodobała. Dobrze, że się w końcu odważył.
Zauważyłam nieco nieobecne spojrzenie Dylana i dodałam łagodnie:
- Może powinniście się pogodzić.
- Kto? - żachnął się Dylan.
- Ty i Mike. Kiedyś się lubiliście.
- Dawno temu.
- Dylan, to, co się mi przydarzyło, nie było jego winą. Ani twoją. Naprawdę nie musisz go o to obwiniać.
- On obwiniał mnie. - Dylan wstał gwałtownie i odstawił miskę na blat. Liam dalej parskał i pluł.
- Przecież wiesz, że to wszystko było na świeżo, w emocjach - tłumaczyłam mu dalej spokojnym tonem. Wzięłam ze stołu ścierkę i podeszłam do Liama, by wytrzeć mu buzię. - Ja już pogodziłam się z tym, co się stało. Wy też powinniście. To mój przyjaciel i naprawdę chciałabym, żebyście się znów przyjaźnili.
Dylan milczał i widziałam, że przetwarzał moje słowa. Dalej tkwił w swojej upartości, ale widocznie coś musiało się w nim zmienić, bo mruknął:
- No dobra. Zobaczymy. Ale jeśli on dalej będzie chciał mnie obwiniać, to raczej nic z tego nie wyjdzie.  
Z radości pocałowałam go w policzek, na co się uśmiechnął. W międzyczasie odpisałam Mike'owi:
CAMILLA: Nie świruj! Będzie dobrze. Lacey jest wspaniała, ty jesteś wspaniały. Nie pękaj.
Po czym dosłałam kolejnego smsa:
CAMILLA: Dylan chce się pogodzić.
MIKE: Naprawdę? To brzmi nierealnie.
CAMILLA: Mówię poważnie. Musisz niedługo do nas wpaść. A póki co - powodzenia!
Ledwo zdążyłam go wysłać, kiedy mój telefon zadzwonił. Byłam przekonana, że to Mike, ale na wyświetlaczu zobaczyłam napis "Mama".
- Oho - mruknęłam, wahając się, czy odebrać.
- Czemu nie odbierasz?
- Znowu będzie mi truła, tak jak ostatnio.  
- Powinnaś odebrać.
- Żeby znowu mnie wypytywała o moje życie seksualne? - Spojrzałam na Dylana zdumiona, a on się rozkasłał, maskując śmiech. - Dziękuję, jakoś nie mam ochoty z nią o tym dyskutować. Ciekawe, jak ona by się czuła, gdybym ją zapytała, czy sypia z tatą... - Ledwo powiedziałam te słowa, od razu się skrzywiłam, bo nie chciałam sobie tego wyobrażać. Wiadomo, miłość, wierność, uczciwość małżeńska i tak dalej, ale przy tych tematach wolałam zapominać, że istniało coś takiego jak seks. - Nieważne, zapomnij. Nic nie mówiłam.
Przeleciała już zapewne masa sygnałów, ale moja mama była uparta i dzwoniła dalej. Dylan patrzył się na mnie wyczekująco, więc w końcu westchnęłam i odebrałam, starając się zachować powściągliwy ton głosu.
- Halo?
- Cześć, córeczko. - Mama miała, jak zwykle, radosny głos, ale i tak miałam się na baczności, bo z moją mamą nigdy nie było wiadomo, co zaraz powie. - Co tam?
- Co tam? - powtórzyłam.
- No, tak. Zdaje się, że to całkiem młodzieżowe pytanie. Co tam?
- Yyy... właściwie to nic - odparłam ostrożnie. Mama była w dziwnym nastroju. - Po co dzwonisz?
- A co ty od razu taka niemiła? Matka do rodzonej córki nie może zadzwonić? Wściekałaś się, że wpadam bez uprzedzenia, to teraz dzwonię.
- Dobrze. Doceniam.
- Chciałam was zaprosić do nas na kolację. Za tydzień. Pasowałoby wam?
- Myślę, że tak. A z jakiej to okazji?
- No wiesz co? Tata ma imieniny!
- No tak... - mruknęłam, z miejsca postanawiając się już o nic nie pytać. Jakoś w obliczu tylu spraw nie myślałam tylko i wyłącznie o imieninach ojca. Dla mnie zawsze ważniejsze były urodziny, ale mama kiedyś mi mówiła, że odkąd poczuła, że się starzeje, woli imieniny. Właściwie miało to sens. - Oczywiście, przyjdziemy.
- Cudownie. Przyprowadźcie Liama. Będzie ciocia Ruth i jeszcze parę innych. Na początku nie dałaś im odwiedzić małego, a potem każdy miał co innego na głowie i w końcu go nie zobaczyły.
- Oczywiście, że go weźmiemy - odpowiedziałam, mimowolnie puszczając mimo uszu uwagę o ciotce Ruth i innych krewnych, których widziałam na oczy jakieś dwa razy, a oni wszyscy nagle uparli się na moje dziecko. - A co niby miałabym z nim zrobić? Zostawić samego w mieszkaniu?
- Oj, tak mi się powiedziało.
Cała moja mama. Gadałam z nią jeszcze jakieś pięć minut, co szczerze mówiąc, kompletnie mnie wyczerpało. Musiałam wypić mocną herbatę, po czym przeszłam do sypialni i na chwilę się położyłam. Musiałam ochłonąć po spotkaniu z Jackiem, choć i tak czułam jakiś dziwny wewnętrzny spokój. Jakby wszystko powoli wracało na swoje miejsce.
Czułam, że odpływam, a ponieważ nie mogłam sobie pozwolić na luksus zasypiania w środku dnia, wstałam i podeszłam do szafy, przeciągając się. Chciałam przejrzeć moje sukienki i wybrać którąś z lepszych, skoro mieliśmy iść na imieniny taty. Pewnie gdybym ubrała się za minimalistycznie, wszystkie ciotki zaraz by mnie obsmarowały. Z drugiej strony, nie mogłam też pokazać za dużo, bo pewnie zaraz by gadały, że matką jestem, a ubieram się jak nastolatka.
Mój wzrok przykuło duże pudło stojące na dnie szafy. Pochyliłam się i wyjęłam je. Z uśmiechem przeciągnęłam ręką po moich ciążowych ubraniach. Już zdążyłam zapomnieć, że je tu wsadziłam. Te obszerne dżinsy, legginsy, szerokie koszulki, za duże staniki... Zaczęłam wszystko wyjmować i segregować. Zastanowiłam się nagle, co powinnam z tym zrobić. Zostawić? A może sprzedać? Albo zrobić z tego różne paczki i oddać do domu samotnej matki? To byłby chyba dobry pomysł.
- Co robisz? - Dylan stanął w progu, dźwigając Liama. Zerknęłam z uśmiechem na pulchne policzki mojego dziecka. Jakimś cudem pulchna twarzyczka u dzieci wyglądała uroczo. Swoją drogą, od czego on był taki pulchny, skoro wypluwał każde jedzenie?
- Zastanawiam się, co zrobić z moimi ciążowymi ubraniami. Może je komuś oddam.
- A może zostaw? - Dylan położył Liama do łóżeczka i włączył mu grzechotkę, która zaczęła wirować nad jego głową.  
- Zostawić? - spytałam z powątpiewaniem. - Ale po co? Żeby zalegały w szafie?
- Mogą się jeszcze kiedyś przydać...
Odwróciłam się do Dylana i uniosłam pytająco brwi.
- Naprawdę?
Dylan jakby się zmieszał.
- To znaczy... sam nie wiem. Zawsze możesz mieć kolejne dziecko. Nie opłaca się wywalać tych ubrań, a potem kupować nowych.
- Hm... - mruknęłam, składając koszulkę. Wbiłam w nią wzrok, jakby była moją deską ratunkową. - Myślisz, że będę miała kolejne dziecko?
- Nigdy nie wiadomo.
- Z tobą?
Cholera. To pytanie wyleciało ze mnie tak szybko, że nie zdążyłam go powstrzymać. To było wybieganie w bardzo daleką przyszłość, a przecież Dylan i ja nie uporaliśmy się nawet z przeszłością. Nie chciałam go wystraszyć, a niechybnie to zrobiłam, bo nie odpowiadał.
- Nie wiem... - Dobiegł mnie w końcu jego cichy głos. - Chyba jeszcze za wcześnie, by o tym mówić.
Oczywiście, że tak. Moje usta wyprzedziły w działaniu mój mózg. Wcale nie chciałam zadawać tego pytania. Podniosłam się z klęczek i posłałam Dylanowi mój najbardziej spokojny uśmiech, na jaki mogłam się zdobyć.
- Wiem. Nie było pytania. Mamy na razie jedno dziecko, na którym musimy się skupić.
Chyba mu ulżyło. Pewnie spodziewał się, że zacznę zaraz rozmowę o przyszłości i zacznę planować nam życie. Nadal nie był gotowy, a ja zachodziłam w głowę, jak mam mu to ułatwić i ile jeszcze będę czekać, aż w końcu łaskawie powie, co do mnie czuje. Bardzo brakowało mi naszego związku, tego ciepła, radości. Byliśmy szczęśliwi. Znów chciałam taka być.
- O czym myślisz? - spytał Dylan, bacznie mnie obserwując.
Przywołałam na twarz mój spokojny uśmiech.
- O niczym. Pójdę zrobić kolację - dodałam, stając na palcach i całując go w policzek. W głowie opracowywałam już mój prywatny plan na szczęście. Znudziło mnie czekanie, aż samo do mnie przyjdzie.  

1 345 czyt.
100%226
candy

opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne i dramaty, użyła 4092 słów i 21706 znaków.

6 komentarzy

 
  • AlexAthame

    AlexAthame · 22 lutego

    kiedyś: W jego języku znaczy : zależy mi na tobie i cię kocham. No ale Camilla tego nie wie. Jakkolwiek ma facet swoisty sposób wyznawania uczuć. Teraz. Scena z Jackiem wzruszająca. Ale czy gdyby mógł, nie zrobiłby tego jeszcze raz? Mam swój pogląd na tego rodzaju ludzi, ale nie napiszę, bo znowu będę źle zrozumiany. Część jak zawsze super

  • agnes1709

    agnes1709 · 21 lutego

    No i zepsuł jej randkę. Tylko chłop tak potrafi...

  • Speker

    Speker · 21 lutego

    Świetnie, po prostu świetnie ! Jak ja lubię tą pełną emocji i zawirowań przygodę. Rewelacyjne opisy uczuć i sytuacji. Genialnie!

  • Lolissss

    Lolissss · 21 lutego · 198285590

    Cieszę się ze chociaż u cami i dylana zaczyna się powoli układać, ale wiem ze pewnie zaraz czymś tu namieszasz jak zwykle super!

  • Lula

    Lula · 21 lutego

    Jak słodko że miedzy nimi sytuacja się poprawia 😍 jestem dumna z Camilli

  • szaramyszka

    szaramyszka · 21 lutego · 284358654

    Genialne życzę im szczęścia należy im się 😊