tylko jeden błąd - 40

*kiedyś*

Kolejne dni macierzyństwa były już za mną. Powoli chyba zaczynałam to wszystko łapać. Znałam już na pamięć pory drzemek Liama oraz jego karmienia. Po jakimś czasie w końcu przestało mi nawet przeszkadzać nocne wstawanie. Okazało się, że nawet do chronicznego zmęczenia można się przyzwyczaić.
Gdy tylko lekarz uznał, że moja blizna się zagoiła i mogę robić, co mi się żywnie podoba, od razu wyniosłam się do salonu, by spać na kanapie. Dylan nawet tego nie skomentował. Niby żyliśmy razem, ale osobno. Prawdę mówiąc, straciłam nadzieję, że kiedykolwiek się to zmieni. Nie byłam w stanie z nim rozmawiać i nie sądziłam też, że ta rozmowa cokolwiek da. Dylan wiecznie był wściekły, burczał coś pod nosem, a gdy się do mnie odzywał, widać było, że najchętniej pewnie wystawiłby mnie za drzwi. Nie mogłam tak żyć. Nie miałam na tyle grubej skóry, by ciągle to znosić. Dylan zachowywał się okropnie wobec mnie, choć rzadko mu cokolwiek odszczekiwałam. Zwyczajnie nie miałam na to siły.
Przy moich rodzicach i gościach zachowywał się za to wzorowo, choć gołym okiem widać było dystans, jaki zachowywał względem mnie. Zaczęłam się jednak powoli z tym godzić. Jeśli tak ma wyglądać moje życie - trudno. Będzie mi je osładzała jedynie kawa oraz uśmiech mojego synka. No właśnie. Nawet w kwestii imienia nie byliśmy z Dylanem zgodni.
- Nie podoba mi się imię Josh - parsknął, gdy je zaproponowałam. Z hukiem odstawił szklankę po wodzie do zlewu. - Kojarzy mi się z jakimś dziwnym chudzielcem.
- To może Tom?
- Jak ten kot z bajki? Nie ma mowy. Nienawidziłem go.
- Serio? - warknęłam. - Dyskwalifikujesz to imię przez jakąś głupią bajkę?
- Nic nie poradzę. Ta bajka była głupia.
Miałam ochotę zapytać go, jakim cudem uważa się za ojca, skoro nie chce nadać synowi imienia ze względu na jakąś bajkę, ale ugryzłam się w język.
- To może Brad.
- To z kolei nie jest chudzielec, tylko grubas. Stary i tłusty. W dodatku śmierdzący.
Z hukiem zatrzasnęłam laptopa, w którym przeglądałam listę imion dla dzieci.
- Uważaj - warknął na mnie Dylan. - Możesz stłuc ekran.
Miał rację, ale nie o to tu chodziło.
- Dobrze. Stłukę ekran. Co mi tam. A ty za parę lat wyjaśnisz synowi, że nie ma imienia, bo każde, które proponuję, od razu odrzucasz - wysyczałam przez zęby. - Może będziemy do niego mówić po prostu "Synu". Albo może w ogóle nie będziemy się do niego zwracać, bo ty masz jakieś wizje głupich bajek oraz starych, spoconych facetów. Może sam coś zaproponuj! - wyrzuciłam, niemal trzęsąc się ze złości. Jak, do cholery, mieliśmy się w czymkolwiek zgodzić, skoro nawet z imieniem był problem? Przecież czekało nas jeszcze tyle wspólnych decyzji. Trzeba było zdecydować, do jakiej szkoły posłać nasze dziecko, w jakiej wierze go wychowamy, jakie zasady będziemy mu wpajać, żeby wyrósł na odpowiedzialnego, dobrego i rozsądnego. Sami nie byliśmy najlepszym przykładem.  
- Uspokój się. Odrzuciłem tylko trzy imiona. To nie takie proste.
- To bardzo proste. Wystarczy nie uprzedzać się głupimi bajkami.
- Skończ już z tą bajką.
- Sam skończ! To poważna sprawa! To imię będzie nosił całe swoje życie! Chyba że, oczywiście, na żadne się nie zgodzisz - dorzuciłam ironicznie. - Wtedy poczekamy, aż podrośnie, sam pójdzie do urzędu i wybierze sobie jakieś. Co ty na to? A może... może nazwiemy go Robert? - rzuciłam. Sama nie wiedziałam, dlaczego to powiedziałam. Nie chciałam go wspominać. Chciałam tylko wkurzyć Dylana, tak jak on wkurzył mnie. W ogóle nie rozumiał powagi sytuacji. Chciałam mu to uświadomić, ale nie w ten sposób. Czemu, czemu to powiedziałam? Dylan spojrzał na mnie lodowatym wzrokiem, po czym jak burza wypadł z kuchni. Ja zostałam na swoim miejscu, lekko oszołomiona. Mój zmęczony mózg potrzebował chwili, by zrozumieć, co się właściwie stało. Głupio zrobiłam. Nie powinnam tego mówić. Ale czy Dylan naprawdę nie mógł zachować się odrobinę poważniej?  
Poszłam spać wcześniej niż zwykle, co Dylanowi chyba było na rękę, bo zamknął się w sypialni razem z małym i w ogóle nie wychodził. Stwierdziłam, że moje piersi raczej nie będą mu potrzebne, ponieważ co jakiś czas ściągałam pokarm i robiłam zapasy, w razie gdyby mały nie chciał jeść bezpośrednio z "opakowania" albo gdyby to Dylan go karmił. Wobec tego pozwoliłam sobie na ten mały luksus - po prostu zasnęłam. I choć nie było mi za wygodnie, to cieszyłam się, że spałam sama, bez Dylana, przed którym kuliłam się jak najciaśniej i zdawało mi się, że jestem tak mała, że nic nie znaczę.
Gdy obudziłam się następnego dnia, Dylan właśnie wychodził do pracy. Przez chwilę patrzyłam na jego plecy odziane w marynarkę, kiedy zakładał buty i szukał kluczyków. Jakiś czas temu rzucił studia i zatrudnił się w banku. Normalnie nie dostałby od razu tak dobrej posady, ale właścicielem był znajomy jego ojca, więc po szepnięciu paru słówek Dylan miał na tyle dobre stanowisko, byśmy w miarę wygodnie żyli. Uznałam, że może jest to niezbyt fair, ale w końcu nie było tak, że Dylan nic nie umiał. Studiował finanse, był inteligentny i ambitny, a gdyby musiał po kolei to każdemu udowadniać, zajęłoby mu to parę dobrych lat. Uważałam, że dobrze, że ojciec załatwił mu tę pracę, bo Dylan mógł się tam wykazać. Właściwie, to była jedna z nielicznych rzeczy, którą jego tata dla niego zrobił. Nigdy z nim nie rozmawiałam, nawet go nie widziałam. Dylan chyba też rzadko z nim rozmawiał. Nie byłam pewna, czy rodzice Dylana w ogóle wiedzą, że ma dziecko, ale nie chciałam się wtrącać. W końcu jego rodzina nie była w najlepszych stosunkach. Jak my.
Zamierzałam udawać, że śpię, ale Dylan nawet na mnie nie spojrzał i po prostu wyszedł, więc po chwili przeciągnęłam się i wstałam, czując ulgę, że zostałam sama z dzieckiem. Od razu poszłam i zajrzałam do łóżeczka, ale mały jeszcze spał, co mnie w sumie zdziwiło, bo rzadko się zdarzało, żeby spał. Już miałam odejść, kiedy zauważyłam, że do łóżeczka została przyczepiona jakaś karteczka. Nie widziałam, co było na niej napisane, bo w sypialni było ciemno, więc oderwałam ją i poszłam do światła, by przeczytać. Nie wiedzieć czemu, od razu spodziewałam się jakiejś lekkiej obelgi bądź jakiegoś rozkazu, co było raczej dziecinne. Nie byliśmy dzieciakami. Żyliśmy w XXI wieku, gdzie istniały komórki oraz Internet. Gdyby Dylan coś ode mnie chciał, mógłby napisać smsa lub zostawić kartkę na blacie w kuchni albo na lodówce. Czemu przykleił ją akurat do łóżeczka?
Na kartce było napisane tylko jedno słowo. Właściwie było to imię.
"Liam"
Wiadomości towarzyszył znak zapytania. Uśmiechnęłam się delikatnie i spojrzałam na śpiące dziecko. Tak. Stanowczo.
Złapałam długopis, który leżał na szafeczce i odpisałam: Liam. Tym razem z kropką.
Może i nie był to naturalny sposób komunikacji, ale w końcu do czegoś doszliśmy.

✰✰✰

Liam miał już dwa i pół miesiąca. Był najśliczniejszym dzieckiem na tej planecie. Robiłam mu tyle zdjęć, że wkrótce moja komórka zaczęła krzyczeć, że brakuje jej pamięci. Cieszyłam się jak nienormalna, kiedy zaczął wyciągać ręce po zabawki i nawet obracać się z pleców na bok. To wywołało u mnie sporą tyradę skierowaną do Dylana, żeby przenigdy nie odważył się zostawić go samego, bo mógłby się obrócić i spaść. Wysłuchał mnie, po czym burknął, że przecież nie jest głupi i to logiczne, ale i tak czułam się spokojniejsza, kiedy mu to powiedziałam. Obserwowałam później, jak Liam wsadzał sobie obficie uślinione rączki do buzi i był to najpiękniejszy widok na świecie. Zabawne, jak człowiek głupieje, kiedy ma dziecko.
Od kiedy Dylan zostawił mi karteczkę z proponowanym imieniem dla naszego syna, starałam się mniej na niego warczeć. W końcu mógł sobie darować wybieranie imienia i jedynie dalej odrzucać każdą moje propozycję, a jednak tego nie zrobił, dlatego próbowałam być milsza. Pewnego dnia, kiedy wyszedł do pracy, postanowiłam, że zaryzykuję i spróbuję go odwiedzić w czasie przerwy na lunch. Normalnie raczej bym tego nie zrobiła, ale dzisiaj miał urodziny. Nie byliśmy już w tak dobrych stosunkach, bym mu robiła tort, jak kiedyś. Chciałam jedynie pokazać mu, że pamiętam. Liczyłam, że i on przełamie się i spróbuje zjeść ze mną obiad. Upewniłam się co do godziny jego przerwy, po czym podjęłam próbę doprowadzenia się do porządku. Odszukałam jakieś dopasowane dżinsy i założyłam ładną bluzkę, czego ostatnio unikałam, ze względu na to, że Liam namiętnie obrzygiwał wszystkie moje ciuchy. Dzisiaj jednak postawiłam wszystko na jedną kartę. Może się uda. Może jakoś sobie poradzimy i naprawimy wszystko. Metodą małych kroczków - zacznę od lunchu. Był piątek, a to w końcu radosny dzień, który zwiastuje weekend. Miałam nadzieję, tak ogromną, jakiej nie czułam od dawna. Trochę się bałam. Bałam się mężczyzny, któremu jeszcze niedawno wyznawałam miłość. Czy może - bałam się jego odrzucenia. Tego zimnego wzroku, od którego cała kuliłam się w sobie.
Rozczesałam włosy i potraktowałam usta wiśniową pomadką, co sprawiło, że wyglądałam prawie jak człowiek. Ubrałam siebie, a potem Liama. Później przytrzasnęłam sobie palec, próbując złożyć wózek, by z powrotem rozłożyć go na zewnątrz. Palec od razu spuchł i poczerwieniał, ale usiłowałam nadal być dobrej myśli. Chociaż był już listopad, dzień był ładny, świeciło słońce, które oświetlało kolorowe liście na drzewach. Liam był nakarmiony i chyba też miał dobry humor, więc miałam nadzieję, że nie sprawi kłopotu. Wyszłam z mieszkania i razem z wózkiem oraz Liamem na rękach skierowałam się na dół. Będąc już na zewnątrz, usiłowałam jedną ręką rozłożyć wózek, cały czas trzymając dziecko na rękach. Nieźle się umęczyłam, ale w końcu mi się udało. Zapięłam Liama i ruszyłam przed siebie. Do banku, w którym pracował Dylan, było trochę daleko, ale miałam ochotę na spacer po całych dwóch miesiącach siedzenia w domu. Wyszłam na tyle wcześnie, że powinnam dotrzeć akurat na czas przerwy Dylana. Po drodze Liam zasnął, co uznałam za kolejne błogosławieństwo.
Czterdzieści minut później, nieco zziajana, dotarłam pod bank. Zerknęłam na zegarek. Dwunasta trzydzieści. Idealnie. Za chwilę Dylan powinien wyjść na zewnątrz. Któregoś razu mówił, że niedaleko banku jest knajpka, do której zawsze chodzi. Czekałam i czułam, jak mocno wali mi serce. Zastanawiałam się, czy się oburzy na mój widok. Może i tak. Zaczynałam wątpić w swój pomysł. Co ja sobie myślałam? Że nagle zjemy wspólnie obiad w spokoju, mimo tego, jak się zachowujemy wobec siebie w domu? Wycofałam się i schowałam za kolumną, zastanawiając się, co robić. Zostać czy wracać?  
Wtedy otworzyły się drzwi banku i po chwili zamknęły. Wychyliłam się niczym szpieg. Zobaczyłam Dylana z jakimś innym facetem, który właśnie zapalał papierosa. Zaoferował jednego Dylanowi, ale on pokręcił głową. Wtedy mężczyzna zaczął coś mówić. Wytężyłam słuch, by usłyszeć, o czym rozmawiali.
- No, stary, słyszałem, że masz dziś urodziny - odezwał się kolega Dylana. - Sto lat.
- Dzięki. - Dylan stał do mnie plecami, ale słychać było po jego głosie, że chyba się uśmiechnął.
- Jakieś plany?
- Chyba nie.
- Nie masz żadnych planów? Chłopie! Masz urodziny, a dzisiaj piątek. Wyjdziesz z roboty i możesz szaleć do rana, a jutro spokojnie leczyć kaca.  
- Muszę wracać do domu.
- Co ty pierdolisz? - Zaśmiał się tamten i strzepnął papierosa. - Po jaką cholerę?
- Mam dwumiesięczne dziecko. Chyba nie sądzisz, że się samo sobą zajmie?
- No, ale chyba ma matkę?
- Ma. Sam go nie spłodziłem.
- No to nad czym się jeszcze zastanawiasz? Powiedz lasce, że musisz zostać w pracy do późna, czy coś. Kobiety łykają wszystko jak młode pelikany. Nie mówię tylko o kłamstwach. - Typ zaśmiał się bezczelnie. Czułam, jak wzbiera we mnie złość. No, to super kolegów Dylan sobie znalazł. Szacunek do kobiet bił z tego typa na kilometr. W dodatku był ordynarny i zboczony.  
- Jesteś niemożliwy - usłyszałam lekko rozbawiony głos Dylana i aż zbaraniałam. Poważnie? To go bawiło?
- Jestem realistą. Fajnie, że masz dzieciaka, ale przecież nie masz jeszcze czterdziestu lat. Musisz się trochę zabawić! Dzisiaj idziemy z chłopakami do klubu, no wiesz, tego dwie ulice stąd. Fajna miejscówka. - Facet dopalił papierosa i rzucił go prosto na chodnik, przygniatając butem. - Serio, przemyśl to. No, wracamy? Czy idziesz na obiad?
- Idę. A ty?
- Ja nie, chyba jeszcze mnie trzyma kac z wczoraj. Nic nie mogę przełknąć.  
Drzwi znowu się otworzyły i znowu zamknęły. Patrzyłam, jak Dylan przeczesuje ręką włosy, po czym wzdycha i odwraca się w moją stronę. Usiłowałam się schować, ale mi się nie udało. Zauważył mnie.
- Camilla? - Od razu ściągnął brwi i podszedł do mnie. - Co ty tu robisz? Coś się stało? Coś z Liamem? - Już kucał przy wózku.
- Nie, wszystko w porządku - odpowiedziałam słabym głosem, wciąż będąc w szoku po jego rozmowie z kolegą. - Przyszłam, bo... pomyślałam... że moglibyśmy pójść razem na obiad. No wiesz, z okazji twoich urodzin.
- Och. - Tak jak przypuszczałam, na twarzy Dylana pojawiło się zagubienie i powściągliwość. Nie mogłam się oprzeć myśli, że pewnie w tym momencie kalkulował, jak się mnie pozbyć. - To miło z twojej strony, ale... nie mam dziś czasu na obiad. Wyszedłem tylko na chwilę się przewietrzyć. Zaraz wracam do pracy.
- Och - powiedziałam, usiłując nie dać po sobie poznać, że dopiero co słyszałam rozmowę, w której mówił co innego. - No... dobrze. W takim razie wracamy. Do zobaczenia wieczorem.
- Właściwie... - Dylan nagle jakby na coś wpadł. - Muszę dzisiaj dłużej zostać w pracy. Muszę nadgonić robotę. Pewnie wrócę dopiero w nocy. Nie czekaj na mnie.
Poczułam się, jakby walnął mnie w twarz. Właśnie mnie okłamał. Okłamał mnie, patrząc mi prosto w oczy i najwyraźniej podzielał zdanie kolegi - myślał, że uwierzę w jego kłamstwo. Miał mnie za idiotkę? Jaką pracę miał nadganiać w piątek wieczorem? Do której niby pracują banki - do siedemnastej, osiemnastej? A on chciał wracać do domu w środku nocy? Serce mi się rozdzierało. Miał dwumiesięczne dziecko w mieszkaniu. I mnie. Ale w tym momencie pokazał, że widocznie urodzinowa impreza z kumplami jest dla niego ważniejsza. Nie chciałam robić mu awantury, ale to zabolało. Bardzo. W swoje poprzednie urodziny poszedł do baru i się upił, nawet mi o tym nie mówiąc. Dziś znowu mnie odrzucił, w dodatku okłamał. Nie miałam nawet siły się kłócić, bo i tak bym nic nie wskórała. Dylana nie obchodziły moje uczucia.
- W porządku - powiedziałam ze ściśniętym gardłem.
- Zamówię wam taksówkę. - Wyjął z kieszeni komórkę i szybko wystukał jakiś numer. Przez chwilę rozmawiał, zamawiając samochód. Ja stałam, milcząc. Dylan rozłączył się i dodał: - Słuchaj, naprawdę mi miło, że tu przyszliście, ale mam masę pracy. Mam nadzieję, że rozumiesz.
- W porządku - powtórzyłam, gapiąc się na swoje buty i chodnik. Ostatkiem sił powstrzymywałam płacz.
- Zobaczymy się jutro - dodał, po czym schylił się, pocałował Liama w policzek i odszedł. Czekałam, stojąc jak posąg, aż w końcu podjechał samochód. Kierowca pomógł mi złożyć wózek, który schował do bagażnika, a ja wsiadłam, mocno trzymając Liama. Nie spodziewałam się, że kierowca będzie miał fotelik dla dziecka, dlatego nawet nie pytałam. Całą podróż do mieszkania siedziałam jak w transie. Ocknęłam się dopiero, kiedy kierowca powiedział, że jesteśmy już na miejscu.
- Dziękuję - odpowiedziałam odruchowo i sięgnęłam do torebki. - Ile jestem panu winna?
- Nic pani nie musi płacić, płatność została już zrealizowana.
Cóż za hojność, Dylan, pomyślałam, wysiadając z taksówki. Kierowca był na tyle miły, że pomógł mi jeszcze zanieść wózek do mieszkania. Podziękowałam mu i zamknęłam drzwi. W końcu mogłam się rozpłakać. Nie chciałam tego, ale świadomość, że Dylan będzie dziś wieczorem imprezował w jakimś klubie, wywoływała u mnie ogromny ból. Nawet nie wiedziałam, co czułam: smutek, złość, a może zazdrość? Wyobrażałam go sobie tańczącego z jakąś wysoką ślicznotką. Pewnie był już zmęczony byciem ojcem bez partnerki, która by go zaspokoiła w nocy. Na tę myśl poczułam złość. Ja też byłam rodzicem. I też byłam zmęczona. Też nikogo nie miałam, a jednak nie wciskałam mu dziecka i nie wychodziłam wieczorem, by imprezować. Do tej pory. Ale skoro on tak robił, dlaczego ja miałam być gorsza?
Nawet nie zastanawiając się nad tym, co robię, chwyciłam komórkę i zainstalowałam jakąś aplikację randkową. Liam dał o sobie znać głośnym płaczem, więc wzięłam go na ręce i dałam mu jeść, przez co się uspokoił. Jedną ręką przytrzymując go przy piersi, zaczęłam przeglądać aplikację. Godzinę później napisał do mnie jakiś David, proponując spotkanie. Obejrzałam jego profil i po dłuższej chwili wahania odpisałam, że się zgadzam.

✰✰✰

*teraz*

Obudziłam się wcześnie rano i zaczęłam od razu szperać w internecie. Wpisałam w google "seks po gwałcie", a ponieważ obawiałam się, że Dylan mógłby przeglądać historię przeglądarki, przeszłam na tryb incognito. Wstydziłam się. Czego? Sama nie wiedziałam. Chciałam się po prostu przekonać, czy inne kobiety też czuły to, co ja w tej chwili.
Kathy mówiła, że dobrze sobie radziłam. Po gwałcie miałam na głowie tyle innych ważniejszych spraw, że w pewnym momencie odpuściłam temat gwałtu oraz Jacka. Po prostu nie byłam w stanie o tym myśleć i jakoś się z tym pogodziłam. Pogodziłam się też z Cooperem i z faktem, że życie wyraźnie mnie nienawidzi. Potrafiłam funkcjonować, potrafiłam żyć ze świadomością tego, co się stało, ale nie spodziewałam się, że nagle sytuacja między Dylanem i mną się tak odmieni. Nie ma się co oszukiwać, wiedziałam, do czego to prowadzi. Problem w tym, że nie umiałam sobie tego wyobrazić - nas, ponownie połączonych. To od razu wywoływało wspomnienia z tamtego wieczoru, kiedy Jack siłą rozsuwał mi nogi, kiedy wycinał mi swoją literę na udzie. Ta blizna ciążyła mi jak worek kamieni przywiązany do ciała, choć przecież była tylko zabliźnioną skórą. Reprezentowała jednak coś więcej, coś obrzydliwego, na co nie mogłam patrzeć i co zaburzało mi obraz samej siebie. Gdy na to patrzyłam, ponownie czułam się brudna i sponiewierana. Bezbronna. A gdyby Dylan na przykład chwycił mnie mocniej? Gdyby rozsunął mi nogi, tak jak Jack? Znowu byłabym tam, w śniegu, pod klubem? Znowu bym się tak czuła?
Przeglądając internet i czytając wpisy na forach, uświadomiłam sobie, że nie byłam w tym sama. Mnóstwo kobiet przeżyło to, co ja, one też się bały i też miały wątpliwości. Nie uspokoiłam się jednak od samego czytania. W końcu odstawiłam laptopa i zaczęłam myśleć. Doszłam do wniosku, że powstrzymują mnie głównie dwie rzeczy: pierwszą było to, że miałam o sobie tak niską samoocenę, że nie uważałam, że zasługuję na cokolwiek dobrego. Drugą było to, że nie wiedziałam, co Dylan do mnie czuł. Nie miałam żadnej stabilizacji, gwarancji, że zaraz ode mnie nie odejdzie. Nigdy nie powiedział, że mnie kocha, a więc w jaki sposób miałam poczuć się bezpiecznie? Jak miałam zapomnieć o tym, co było złe i skupić się na dobrych rzeczach? Nigdy nie porozmawialiśmy w pełni o tym, co się stało. Dylan nigdy nie wyznał mi swoich uczuć. Zakopywaliśmy wszystko pod dywan i coś mi mówiło, że gdy pójdziemy do łóżka, to już nigdy nie odkopiemy tych spraw. Musiałam być silna i nie dać się pokusom. Tylko jak niby miałam to zrobić, gdy Dylan wyglądał tak, jak wyglądał?
- Hej... - usłyszałam jego zaspany głos. Zerknęłam na niego, gdy leniwie budził się ze snu. - Czemu nie śpisz?  
- Nie mogłam. - Nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Zaspany Dylan wyglądał uroczo, z tymi rozczochranymi włosami i na wpół otwartymi oczami. - Jest wcześnie. Śpij dalej.
- A ty ze mną. - Stanowczym ruchem pociągnął mnie tak, że z pozycji siedzącej opadłam jak kłoda na materac. Zachichotałam.
- Nie rób tak, bo wyrwiesz mi ramię ze stawów.
- No i dobrze. Nie będziesz mogła mnie powstrzymać, żebym nie zrobił... - Nagle pochylił się nade mną i pocałował kawałek brzucha, który wystawał spod koszulki. - ...tego.
Mój oddech znacznie przyspieszył.
- Albo tego... - Przeniósł się wyżej i pocałował zagłębienie obojczyka, muskając włosami mój policzek. Serce chciało wyrwać mi się z piersi. Nigdy mnie tak nie całował. Nawet kiedy byliśmy razem. To było coś zupełnie nowego, w momencie, kiedy przyzwyczaiłam się już, że do końca życia pozostanę w celibacie.  
- Niby czemu miałabym cię powstrzymywać? - Usłyszałam swój urywany szept.
- No, nie wiem. Może nie chcesz, żebym to robił. - Przeniósł się z pocałunkami na moje ramię.
- Chcę - szepnęłam jeszcze ciszej, bo brakowało mi tchu.
- Więc mam nadzieję, że będziesz niedługo gotowa, bo nie wiem, ile jeszcze wytrzymam - usłyszałam jego szept, który spowodował, że właściwie to miałam ochotę zrzucić z siebie ubrania. Tu i teraz. Nie przejmować się niczym. Na ziemię sprowadził mnie jednak zdrowy rozsądek: obok nas spało dziecko, a ja musiałam trzymać się swoich postanowień, by w końcu wyjąć spod dywanu te wszystkie niedokończone sprawy.
- To... - Przełknęłam ślinę, nie wiedząc, co na to odpowiedzieć. - To może po prostu weźmiesz zimny prysznic?
Dylan oderwał się ode mnie i zaczął się śmiać.
- To właściwie bardzo dobry pomysł. - Wstał z łóżka, a ja ponownie przełknęłam ślinę na widok jego wyraźnie wybrzuszonych w okolicach krocza spodenek. Wyszedł z sypialni, a ja skierowałam wzrok na moją bliznę na udzie, która zdawała się patrzeć na mnie kpiąco.  
Jack, niech cię szlag.

999 czyt.
100%218
candy

opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne i dramaty, użyła 4265 słów i 22777 znaków.

8 komentarzy

 
  • angie

    angie · 21 lutego

    Pierwsze co bym zrobiła to usunęła tę bliznę. Choćby tępym nożem do warzyw. Choćby samodzielnie. Choćby mając Jacka .... Danielsa za pomocnika.

  • AlexAthame

    AlexAthame · 21 lutego

    Kiedys.Teraz mnie lekko wnerwiła.Ale tylko lekko.Dobrali się w pewnym sensie.Teraz.Bidulka.Ten cholerny Jack.

  • Lilu

    Lilu · 20 lutego · 193143484

    Zaczynam lubieć Dylana na nowo :-) super opsujesz uczucia. Ciekawe jak długo potrwa ta sielanka

  • Speker

    Speker · 20 lutego

    Pamiętam jeszcze niedawno #TeamDylan. na beszczela, prosto w oczy? Cham. Świetnie ujmujesz jego przemianę. Dziecko zmienia jego osobowość, wspaniale to opisujesz. Czekam z niecierpliwością na kolejną część

  • agnes1709

    agnes1709 · 20 lutego

    "Synu"Kocham te złośliwości

  • Lula

    Lula · 19 lutego

    Z tego Dylana to surwiel był kiedyś ale jest nadzieja na poprawę 😁

  • Lolissss

    Lolissss · 19 lutego · 193629787

    Bardzo się cieszę ze jest kolejna! Ale mi się smutno zrobiło, nie sądziłam ze Dylan może tak po prostu okłamać Camille :/ może jednak coś zmądrzał. Mam nadzieję ze jak najszybciej powie w końcu o swoich uczuciach wprost! Do następnego

  • szaramyszka

    szaramyszka · 19 lutego · 193629787

    Pisz kolejna jest genialne