tylko jeden błąd - 39

*kiedyś*

MIKE: Gratulacje, dzielna mamo! Jak tylko znajdę chwilę to wpadnę obejrzeć i wyściskać małego. No i Ciebie.

KATHY: Jak się czujesz? Wszystko ok? Pewnie jesteś zajęta, ale pamiętaj, że możesz w każdej chwili do mnie przyjść.

MAMA: Jak tam mały? Przesypia noce? Pamiętaj, że obiecałaś wszystkim, że niedługo będą mogli go zobaczyć. Ciotki się niecierpliwią.

Minęły dwa miesiące. Dwa miesiące pełne nocnych pobudek, płaczu, ciągłego przewijania i zasypiania na stojąco. Kiedyś prawie zasnęłam przy zmienianiu pieluchy. W ostatniej chwili się ocknęłam, kiedy moje ciało zaczęło się niepokojąco pochylać do przodu. Naprawdę niewiele brakowało. Zapewne pięknie by to wyglądało - matka z twarzą w kupie niemowlaka. Gdzie jest medal dla Matki Roku?
Mimo wszystko próbowałam cieszyć się macierzyństwem, choć wiedziałam, że zapewne będę się cieszyć bardziej, gdy w końcu nieco się wyśpię. Wory pod moimi oczami zaczynały przypominać doliny, a moja dieta składała się głównie z gotowych zup, które na pęczki kupowałam w supermarkecie, bo nie miałam czasu ani siły gotować. Starałam się wybierać te z w miarę dobrym składem, ale to jednak nie było to samo, co dobra, domowa zupa. Na Dylana nie miałam co liczyć, on raczej nie umiał gotować. Jedynym ratunkiem była moja mama, która czasem coś nam podrzucała.
Sama nie wiedziałam, co mam sądzić o moim życiu. Oczywiście kochałam synka całą sobą. Gdybym musiała, skoczyłabym za nim w ogień, obroniła go własną piersią. Wiedziałam, że Dylan czuł to samo. Ta miłość była widoczna za każdym razem, kiedy wstawał w nocy do dziecka, kiedy zajmował się nim, nucąc coś po nosem, kiedy rozmawiał z nim tym specyficznym lekko piskliwym głosem, którym zawsze dorośli mówią do dzieci. Widziałam to. Widziałam tę miłość.
Ale równie dobrze widziałam też uczucia, które Dylan żywił do mnie i nie były one pozytywne.
Teoretycznie cały czas był obok. Pomagał przy dziecku. Opiekował się mną, kiedy przez pierwsze parę dni było mi ciężko chodzić i schylać się, ze względu na bliznę po cesarce. Pilnował, bym piła wodę i nie zgodził się, bym spała na kanapie, choć tak właśnie chciałam zrobić. Chciałam uniknąć spania w jednym łóżku, bałam się tej bliskości, która była teraz niemal czymś zakazanym. Dylan uparł się, żebym spała w łóżku, a on na kanapie, ale wiedziałam, że prędzej czy później czmychnę do swojej kryjówki, w której on już nie będzie mógł mnie zranić.
Bo ranił mnie. Wiedziałam, że trochę sama sobie na to zasłużyłam, ale liczyłam, że po narodzinach synka trochę mi odpuści. Ale Dylan nigdy nie odpuszczał. Odzywał się do mnie tylko wtedy, kiedy musiał. Zawsze narzucał swojemu głosowi obojętny bądź pretensjonalny ton. Przez większość czasu byłam dla niego niewidzialna, chyba że dziecko było głodne. Wtedy stawałam się chodzącą mleczarnią. Później znowu mnie ignorował. Ignorował moje próby rozmowy, moje samopoczucie, mój kiepski nastrój. Czułam, że wielkimi krokami nadchodzi depresja poporodowa, choć starałam się jej nie dać. Walczyłam z nią z całych sił. Problem w tym, że tych sił mi brakowało. Widoczna na każdym kroku niechęć Dylana powodowała, że odechciewało mi się żyć. Łudziłam się, że w końcu będziemy normalną rodziną. Że Dylan zrozumie, że nie chciałam źle. Chciałam po prostu oszczędzić naszemu synkowi naszych kłótni, wiecznych nerwów, wątpliwości. Chciałam, by miał jakieś poczucie stabilizacji. Niby jak mieliśmy to osiągnąć, wciąż się kłócąc? Chciałam tylko normalności. Zawiodłam.
Czy przejmowanie się Dylanem sprawiało, że byłam złą matką?
Któregoś popołudnia już nie mogłam wytrzymać, dlatego powiedziałam Dylanowi, że wrócę za godzinę. Wcisnęłam mu dziecko do rąk, a on nawet nie zapytał, gdzie idę. Ubierałam się w popłochu. Pobiegłam do Kathy, licząc, że nie będzie akurat miała sesji z kimś innym.
Kiedy usiadłam w fotelu i zobaczyłam jej zatroskaną minę, zrobiłam coś, czego nie robiłam od dawna. Po prostu wybuchnęłam płaczem.
- Och... - Kathy wyglądała, jakby ją to zdziwiło. - No, już, nie płacz... - Wyciągnęła w moją stronę pudełko chusteczek, ale nawet po nie nie sięgnęłam. Dostałam jakichś spazmów. Łzy ciekły ze mnie jak z wodospadu, ciałem wstrząsały drgawki. Nie mogłam się uspokoić.
- Ja... tak... nie... mogę... - wydusiłam z siebie. - On... patrzy na mnie jak... na największego wroga - wychlipałam. Kathy nic nie powiedziała. Wyraźnie czekała, aż się uspokoję. W końcu udało mi się wziąć kilka głębokich wdechów i spojrzeć na nią przytomnym wzrokiem.
- Miałaś z nim porozmawiać.
- Nie mam jak. Ani kiedy. Poza tym, boję się...
- Czego?
- Że wszystko pogorszę - szepnęłam. - Naprawdę uważasz, że to jest dobry czas na tę rozmowę? Kiedy on mnie nienawidzi? Kiedy musimy zajmować się dzieckiem? Prawie nie śpimy, ja ciągle chodzę rozdrażniona, on zresztą też... traktuje mnie jak powietrze... przecież jak poruszę te wszystkie tematy, to rozpętam burzę. A ja muszę skupiać się na dziecku.  
Po minie Kathy widziałam, że miałam trochę racji.
- Trzeba było to zrobić, zanim urodziłaś.
- To nie takie łatwe! - Automatycznie poczułam złość.
- Wiem.
Jej krótka odpowiedź sprawiła, że westchnęłam ciężko.
- Przepraszam. Nie wiem, co się ze mną dzieje... - Przetarłam wilgotne oczy.
- Musisz się wyspać. Zacznij od tego. Później wykorzystaj to, co masz.
- Znaczy co? - Nie zrozumiałam.
Kathy pochyliła się w moją stronę, składając ręce jak do modlitwy.
- Masz język. Krtań. Masz głos. Użyj go. Dylan nie jest najwyższą instancją, która zabrania ci mówić. Możesz to powiedzieć. Musisz. Zmuś go, żeby cię wysłuchał. Inaczej to wszystko będzie cię gniotło od środka, aż w końcu zwariujesz.
Nie dałam jej dokończyć. Zerwałam się z miejsca.
- Muszę już iść - wymamrotałam i wypadłam z jej gabinetu.  
Wróciłam do mieszkania jeszcze szybciej, niż z niego wyszłam. Dylan nawet nie podniósł wzroku, kiedy przekroczyłam próg. Kolejny cios w serce.  
Nie chciałam o tym rozmawiać. Nie chciałam rozpętywać tej burzy. Ale nie mogłam tak żyć. Być traktowaną jak powietrze. Musiałam zmusić go, by mnie wysłuchał.
Na samą myśl czułam w żołądku nerwowe ssanie. Postanowiłam zaczekać z tym do wieczora. Po tym, jak umyliśmy małego, poszłam go uśpić, by się trochę uspokoić. Sama nie wiedziałam, czy chciałam, by usnął i on chyba też nie. Patrzył na mnie swoimi ślicznymi oczami, a ja cicho śpiewałam mu kołysankę. On jednak uparcie nie chciał iść spać. Może wyczuwał, że chciałam z nim zostać jak najdłużej.
W końcu jakby zmorzył go sen. Zaczął powoli zamykać oczka. Odczekałam pięć minut, dalej go kołysząc, po czym ostrożnie podniosłam się z łóżka, na którym siedziałam. Proszę, nie obudź się, nie obudź...
Obudził się. Jak to jest, że dzieci budzą się akurat w momencie odkładania ich do łóżeczka? Znowu na mnie spojrzał, tak uważnie, jakby właśnie mnie na czymś przyłapał.  
Bo może i tak było - przyłapał mnie na moim własnym strachu.
W końcu zasnął, a ja, cała w stresie, wyszłam z sypialni i zamknęłam cicho drzwi. Skierowałam się do salonu, gdzie Dylan czytał na kanapie książkę. Stanęłam przed nim, nie bardzo wiedząc, od czego zacząć.
- Dylan... - szepnęłam tak cicho, że nie byłam pewna, czy mnie usłyszał.
- Co? - zapytał, nawet nie odrywając wzroku od książki. Znów mnie ignorował. Ignorował mnie tak perfekcyjnie, że sama zaczęłam się czuć jak powietrze. Mała. Nieznacząca. Niepotrzebna.
- Chciałam porozmawiać o... - Nagle urwałam, bo poczułam jakiś skurcz w brzuchu. Potem kolejny. Zanim Dylan zdążył na mnie spojrzeć, ja już biegłam do łazienki i klękałam przy sedesie, nagle zwracając do niego cały swój obiad. Widać stres miał u mnie działanie czyszczące żołądek. Cholera. Czując palenie w gardle, przeklinałam swój los. Przeklinałam swój układ pokarmowy, siebie i Dylana. I Jacka. I Roberta. Tych dwóch skurwysynów, którzy zniszczyli nam życie.

✰✰✰

*teraz*

Zasnęliśmy przytuleni. Boże, nie pamiętałam, kiedy ostatnio Dylan mnie przytulał. Nie rozmawialiśmy już o tym, co się stało. Resztę dnia spędziliśmy tak jak zawsze. Nakarmiliśmy Liama, pobawiliśmy się z nim, potem Dylan go nakarmił i poszedł, by go uśpić, a ja poszłam się myć. Zanurzyłam się w ciepłej wodzie, wciąż czując dreszcze. Na twarzy miałam głupi uśmiech, który nie chciał zniknąć. Zastanawiałam się, czy to jawa, czy jednak sen. Pocałował mnie. Tak długo na to czekałam, już zapomniałam, jakie to uczucie, zapomniałam, jakie to przyjemne. Te dreszcze, ta iskra pożądania, przechodząca po ciele...
Nie ubzdurałam sobie tego. On też coś do mnie czuł. Nie mogło mu chodzić tylko o seks. Gdyby chciał, mógłby pójść do Eleny, do Hilary, do którejkolwiek dziewczyny, która z pewnością zaraz by mu się oddała. Gdyby chodziło mu tylko o to, nie powiedziałby, że rozumie, prawda? Musiało być w tym coś więcej.
Wiedziałam, że jeszcze długa droga przed nami, ale w końcu postawiliśmy na niej pierwszy krok.  
Już w piżamie oraz z suchymi włosami poszłam do sypialni, mijając się z Dylanem. On poszedł się myć, a ja wsunęłam się pod kołdrę i przygasiłam światła, jednocześnie nasłuchując oddechu Liama. Zamierzałam zaczekać, aż Dylan wróci, ale chyba zasnęłam. Ocknęłam się w momencie, kiedy światło całkiem zgasło. Mgliście pamiętam, że Dylan położył się obok mnie i chyba mnie objął. A może to ja objęłam jego? Tak czy inaczej, obudziłam się rano w jego ramionach. Prawie jakbyśmy znów byli parą. Szczęśliwą parą z cudownym dzieckiem.
Byłam tak podekscytowana tym wszystkim, że prawie zapomniałam o moim zaliczeniu z kursu samoobrony. Nie mogłam sobie przypomnieć nawet wtedy, gdy Dylan spojrzał się na mnie pytająco, podczas gdy siedziałam na kanapie, popijając w spokoju herbatę.
- Co ty tu robisz? - zapytał, marszcząc brwi.
Odpowiedziałam mu oburzonym spojrzeniem.
- Jak to: co tu robię? Piję herbatę. O co ci chodzi?
- O to, że powinnaś być gdzie indziej.
- Znaczy w kuchni? Boisz się, że wyleję herbatę na kanapę? Nie jestem aż taka nieuważna, wiesz.
- Powinnaś być na zaliczeniu z samoobrony! - rzucił wreszcie Dylan, wyraźnie zniecierpliwiony moim brakiem zrozumienia.
Patrzyłam na niego z oburzeniem przez kolejną sekundę, zanim zorientowałam się, że miał rację.
- Kurde! - wrzasnęłam, podrywając się na równe nogi. Oczywiście wylałam przy tym herbatę - na szczęście na podłogę, a nie na kanapę. - Zupełnie zapomniałam! - Odstawiłam kubek i zaczęłam biegać po mieszkaniu w poszukiwaniu stroju. Gdzie ja go zostawiłam? - Cholera! Ale nie ćwiczyłam! Jak ja mam niby pokonać dwóch kolesi? - Na nowo ogarnęła mnie panika.
- Przecież ćwiczyłaś. Umiesz to.
- Teraz już wszystko zapomniałam! - lamentowałam, dalej biegając. - A nawet jeśli nie, to pewnie będą kolesie wielkości głazów. I co ja im zrobię, taka mała istotka?
Zamknęłam się dopiero, kiedy potknęłam się o parę butów i wyrżnęłam o podłogę. Szybko się podniosłam, ale na twarzy Dylana i tak malowała się dezaprobata.
- Uspokój się, bo zaraz się połamiesz. Strój masz w łazience. Prałaś go niedawno - przypomniał mi.
- Rany boskie, masz rację! - Popędziłam do łazienki, w pośpiechu trąc łokieć, o który się uderzyłam. Chwyciłam strój, wróciłam do przedpokoju i zaczęłam wkładać buty, skacząc na jednej nodze. - Życz mi powodzenia! - zawołałam, w pośpiechu chwytając kurtkę i wypadając przez drzwi.
- Powodzenia! - Usłyszałam głos Dylana w oddali, bo już zbiegałam po schodach, przeklinając swoją pamięć. Jak mogłam zapomnieć o mojej ostatniej "walce"? Na szczęście zdążyłam na czas. Co prawda, wpadłam do sali jako ostatnia, w dodatku prawie zderzając się z jakimś wysokim kolesiem. Żadni faceci nie uczęszczali na nasz kurs, więc musiał być to jeden z tych, których musiałam pokonać.
Brit zrobiła krótki wstęp, ale właściwie nie musiała nic mówić, bo wszystkie wiedziałyśmy, co nas czeka. W skrócie: ona i dwóch kolesi, którzy wyglądali, jakby dopiero co wyszli z siłownianej strefy budowania muskułów, zamierzali skopać nam tyłki. Przedstawiła ich jako Toma i Walsha. Modliłam się tylko, bym mogła po tym wszystkim siadać.
Byłam chyba szósta. Wszystkie dziewczyny przede mną jakoś dały sobie radę, ale były ode mnie większe i silniejsze. Denerwowałam się strasznie, choć przecież był to zwykły kurs, nie żaden poważny egzamin. Nie uśmiechała mi się jednak wizja bycia trzepaczką dla salowej wykładziny.  
Oczywiście, najpierw musiałam pokonać Brit, ale nie stresowałam się przez to ani trochę mniej. Gdy na mnie ruszyła, wyglądała jak buldożer. Odruchowo zrobiłam unik, po czym podcięłam jej nogę. Niemal z satysfakcją patrzyłam, jak upada, jednak zdążyła pociągnąć mnie razem ze sobą. Upadłam tuż obok niej, a wtedy ona przetoczyła się na mnie i unieruchomiła, niemal tak jak Dylan. Cholera! Silna była.
Nie chciałam jej zrobić krzywdy, ale bardzo chciałam zaliczyć ten kurs. Uderzyłam ją lekko czołem - Brit wiedziała, że mogłabym zrobić to mocniej, ale w końcu liczyły się tu podstawy, a nie ilość wylanej krwi, więc posłusznie rozluźniła uścisk, a wtedy udało mi się ją z siebie zrzucić i wstać. Zanim się obejrzałam, zostałam pochwycona od tyłu. Widać koledzy Brit już od razu ruszyli do ataku. Przez chwilę się wierzgałam, kiedy Walsh uniósł mnie tak, że stopy zawisły mi nad ziemią. Potem jednak udało mi się złapać go za nadgarstek, rozluźnić splot, wbić mu łokieć w żebra i podciąć nogę. On jednak szybko wstał, chwycił mnie wpół i powalił na matę. Zabolało, niezbyt mocno, ale jednak. Sekundę później musiałam jednak wstać i od razu zrobić unik przed kolejnym buldożerem zmierzającym w moją stronę. Cholera, ale się uwzięli. Odskoczyłam w bok i potraktowałam Toma kopniakiem piszczelowym. Miałam wrażenie, że zabolało to bardziej mnie niż jego, ale udało mi się przejść za jego plecy, złapać jego rękę i ją wykręcić. Już miałam nadzieję, że to koniec, ale gdy wbijałam mu łokieć w kręgosłup, usłyszałam, że w moją stronę idzie Walsh. Niech go szlag. Jak miałam pokonać ich obu naraz? Nie robili tak z dziewczynami, które były przede mną. Czyżby Brit powiedziała im, że mają mnie potraktować szczególnie ze względu na moje przeżycia? Z jednej strony może i dobrze zrobiła, ale z drugiej... miałam nieodparte wrażenie, że zaraz będę się nadawała tylko do wyżymania.
Jakimś cudem udało mi się oprzeć na plecach Toma na tyle, by posłać w stronę Walsha soczystego kopniaka. Kończyły mi się jednak pomysły. Walsh na chwilę odskoczył, ale zaraz znowu próbował mnie pochwycić. Nie miałam możliwości uniku, bo próbowałam utrzymać Toma, więc wykorzystałam wolną rękę, by wszczepić mocno palce w zagłębienie gardła Walsha. Jednocześnie zmęczyłam się już wbijaniem łokcia w kręgosłup Toma, więc po prostu podcięłam mu nogę, mając nadzieję, że to ostatni raz na dzisiaj.
- No dobra... dajcie jej już spokój - usłyszałam głos Brit. Byłam tak zmęczona, jakbym przebiegła dziesięć kilometrów. Tom i Walsh posłusznie się ode mnie odsunęli. Brit podeszła do mnie z uśmiechem. - Oficjalnie ogłaszam, że zaliczyłaś kurs. Na moim biurku czeka na ciebie dyplom.
- Już podpisany? - wymamrotałam, z wrażenia prawie połykając własne włosy, które przykleiły mi się do ust.
- Wierzyłam, że dasz radę. - Poklepała mnie po ramieniu, po czym odwróciła się i zawołała: - Ursula! Twoja kolej.
Udało mi się? Naprawdę? Było już po wszystkim? Cała obolała ruszyłam w stronę biura Brit, słysząc po drodze jakieś gratulacje. Nie wiedziałam, czy Walsh i Tom dawali mi fory, ale i tak byłam z siebie dumna. Wiedziałam, że skoro udało mi się ich załatwić chociaż częściowo, to byłabym teraz w stanie obronić się przed Jackiem albo kimś jego pokroju.
Wracałam do mieszkania piechotą, rozkoszując się powietrzem i moimi nowymi umiejętnościami. W dłoni dzierżyłam mój certyfikat. Niby banał, ale cieszyłam się z niego. Chciałam od razu pochwalić się Dylanowi, że dałam radę, że naprawdę mi się udało.
Gdy zamknęłam za sobą drzwi, postanowiłam najpierw wziąć szybki prysznic. Nie chciałam pokazywać się Dylanowi cała spocona i czerwona na twarzy. Po prysznicu przebrałam się w codzienne ciuchy i powlokłam się do kuchni, gdzie Dylan z wypiekami na twarzy mieszał coś w garnku.  
- Co to? - spytałam zdziwiona, bo Dylan raczej nieczęsto zabierał się do gotowania.
- Zrobiłem zupę - powiedział, zerkając na mnie, po czym ponownie przeniósł wzrok na garnek. - A przynajmniej próbowałem. Chyba zapomniałem czegoś dodać, tylko nie wiem czego.
Podeszłam do garnka, z szuflady wyjęłam łyżkę i ostrożnie skosztowałam zupy.
- Może soli? - zasugerowałam. Oczy Dylana zrobiły się okrągłe jak spodki. - Ale w sumie, po co to komu - dodałam, próbując powstrzymać śmiech.
- Czy ty się ze mnie śmiejesz? - Zmrużył figlarnie oczy. - Bo nie dodałem soli?
- Ależ nie śmieję się. W końcu to dość niecodzienny składnik, bardzo rzadko używany w jakiejkolwiek potrawie. - Nie wytrzymałam i w końcu parsknęłam śmiechem. - Może już sobie usiądź, kucharzu. Spróbuję uratować tę zupę.
Dylan jednak nie usiadł, tylko wpatrywał się we mnie.
- Jak ci poszło?
Sięgnęłam po certyfikat, który położyłam na stole i podałam mu.
- Skopałam im tyłki - powiedziałam, śmiejąc się cicho. No dobrze, może trochę koloryzowałam, ale uznałam, że skoro Brit powiedziała, że dałam sobie radę, to mogłam jej uwierzyć. Była w końcu profesjonalistką.
- Cholera. Chyba będę musiał zacząć się ciebie bać. - Dylan odłożył mój certyfikat z powrotem na stół, po czym pochylił się ku mojej twarzy. Owionął mnie jego cudowny zapach.
- Chyba tak - szepnęłam, po czym tym razem to ja wychyliłam się i go pocałowałam. Coś mi się w końcu należało za te wszystkie bijatyki. Poczułam, jak jego ręce obejmują moje biodra. Po chwili jego usta zjechały na moją szyję, a ja czułam, jak dudni mi serce. Pewnie stałabym tam w nieskończoność, gdy nagle dobiegł mnie przykry zapach zza moich pleców.
- Zupa - wymamrotałam, po czym odwróciłam się i szybko zmniejszyłam ogień pod garnkiem. Westchnęłam z niezadowoleniem. Znowu coś nam przeszkodziło. Ale może to i dobrze. Przed pójściem na całość musiałam jeszcze coś załatwić.
- Poczekam - usłyszałam głos Dylana. Odwróciłam się, a on przeciągnął palcami po mojej skórze. Zadrżałam. - Wiem, że nie jesteś jeszcze gotowa, dlatego zaczekam.
- Dziękuję - szepnęłam, po czym wtuliłam się w niego, tak jakbym nigdy nie przestała tego robić.

812 czyt.
100%176
candy

opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne i dramaty, użyła 3629 słów i 19476 znaków.

6 komentarzy

 
  • Lilu

    Lilu · 19 lutego · 230360610

    No no zaskakujesz :-) oby tak dalej. 😘😘 Może dorobią się drugiego dzieciaczka ❤❤ i oby nic im nie stawało na przeszkodzie ❤❤❤ czekam na kolejną część 😘😘 całuje mocno 😘

  • AlexAthame

    AlexAthame · 18 lutego

    Kiedys: Biedna Cami.Teraz: Wszystko idzie ku dobremu o ile oboje wyciągnęli naukę z przeszłości. Swietnie ci idą te opisy odczuć. No i jesteś mistrzem w detalach.

  • agnes1709

    agnes1709 · 18 lutego

    Dba o dietę, sól jest niezdrowa

  • Lula

    Lula · 18 lutego

    Cudowna ta część jest, Dylan staje się normalny 😁😍

  • Lolissss

    Lolissss · 18 lutego · 193629778

    Jeeeej! Bardzo mi się podoba teraźniejszość i to, że Dylan zaczyna być cierpliwy i  wyrozumiały oby tak dalej i do następnego!

  • Speker

    Speker · 18 lutego

    Cholera tak bardzo lubię teraźniejszość... Banan na mojej twarzy świadczy o świetnym rozdziale. Dziękuję. Super i na tak.