tylko jeden błąd - 38

*kiedyś*

Choć byłam wykończona, ocknęłam się całkiem szybko. Minęły może dwie godziny. Obudziłam się, bo ciągnęła mnie blizna, chciało mi się też pić, ale przede wszystkim czułam wewnętrzny niepokój. Uświadomiłam to sobie, kiedy zwlekłam się z łóżka i na chwiejnych nogach podeszłam do łóżeczka, choć w pierwszej kolejności powinnam chyba iść do łazienki oraz po wodę. Ale to było nieważne. Ważne było moje dziecko, jego maleńkie piąstki, maleńkie usteczka, spokojny oddech i ta śliczna buzia. Moje. Nasze. W końcu z nami. Patrząc na niego, uświadomiłam sobie, że chyba już nigdy nie zasnę spokojnie. Nie będę beztroska ani nieodpowiedzialna. Odkąd go urodziłam, straciłam bezpowrotnie poczucie bezpieczeństwa. Teraz pod moją opieką było to dziecko, tak maleńkie, które musiałam obronić przed każdym niebezpieczeństwem. A przecież tyle ich było... w mojej głowie kolejno pojawiały się takie pojęcia jak "śmierć łóżeczkowa", "zadławienie", "złamanie", "wypadek"... nie, nie mogłam dopuścić, by mojemu dziecku coś się stało. Wiedziałam, że nie uchronię go przed całym złem tego świata, ale musiałam chociaż spróbować.
- Tak bardzo cię kocham - wyszeptałam, pochylając się nad małą istotką śpiącą spokojnie w łóżeczku. Cicho syknęłam, kiedy poczułam, jak szwy lekko poruszają się w mojej ranie. Ale musiałam pochylić się i pogłaskać moje dziecko po policzku. Było takie gładziutkie i wspaniale pachniało.  
- Co robisz? - Poczułam nagle dłoń Dylana na plecach. - Myślałem, że śpisz.
- Nie mogłam spać.  
- Musisz odpoczywać.
- Wiem. Po prostu nie mogłam. A ty, gdzie byłeś?
- Siedziałem w korytarzu, nie chciałem cię budzić.
Zastanawiałam się, czy stosunki między nami jakoś się zmieniły. Może Dylan był nieco bardziej opiekuńczy w stosunku do mnie. W końcu teraz byłam po operacji, krucha i obolała. Nie był na tyle wredny, by się ze mną kłócić, kiedy byłam w takim stanie. Pytanie tylko, jak będzie wyglądało nasze życie, kiedy rana się już zagoi i nie będę już taka krucha?
- Przynieść ci czegoś? - spytał Dylan po chwili milczenia.
- Poproszę o szklankę wody.
- W porządku. - Poczułam, jak oddala się w stronę kuchni.
Ponoć kiedy dziecko śpi, ja też powinnam spać, ale choć byłam zmęczona, poczułam, że nie mogę teraz zasnąć, jak gdyby nigdy nic. Urodziłam dziecko. Cholera, przecież ja nic nie wiedziałam o macierzyństwie! Niby czytałam poradniki i chłonęłam wszelkie wskazówki, ale odsuwałam od siebie myśl, że prędzej czy później będę musiała je wykorzystać. Wizja rzeczywistego dziecka była daleka, jak coś, na co czeka się tygodniami, aż w końcu opada cały zapał. Mnie zapał nie opadł, jednak chyba nieco odpuściłam sobie czytanie setek stronic, bo nadmiar wiadomości kotłował mi się w głowie jak pszczoły w ulu. Miałam tysiące myśli, które nie chciały się uspokoić i powodowały ból głowy. Chyba musiałam to wszystko przerobić od nowa, na spokojnie.  

✰✰✰

Dylan przyniósł mi nie tylko wodę, ale i herbatę. Nawet pokusił się o zrobienie mi jakiegoś jedzenia, co przyjęłam z wdzięcznością. Jadłam powoli, jakbym zapomniała, jak to się robi, a w głowie miałam gonitwę myśli. Na zmianę myślałam o tym, że maluszkowi trzeba obciąć paznokcie, wieczorem będzie nas czekało pierwsze samodzielne mycie. Gdzieś między tymi myślami przeplatała się jeszcze obawa o pielęgnację pępka. Zaczęłam się też zastanawiać, czy ja w ogóle poradzę sobie z rolą matki. Inne mamy znały dziesięć rodzajów płaczów swoich dzieci i od razu wiedziały, o co im chodzi. Nigdy nie myliły się w sprawie przeziębienia czy choroby i automatycznie wiedziały, co mają robić. Ja nigdy taka nie byłam. Nie wiedziałam, czy można się tego nauczyć, czy po prostu trzeba się urodzić z jakimś szóstym zmysłem. Nasze babcie nie miały Internetu, poradników ani książek kucharskich, a jednak to właśnie one gotowały najlepiej na świecie i zawsze miały na wszystko sposób. W porównaniu z nimi i ich wiedzą, czułam się jak dziecko. Zaczęłam panikować, w najgorszym możliwym momencie. Dziecko już było obok mnie, a ja łapałam się na tym, że nic nie wiedziałam. Złapałam za komórkę, by zadzwonić do mamy. Liczyłam, że trafię na jej dobry nastrój i że jakoś mi pomoże.
- Dziecko, uspokój się - powiedziała przejęta, gdy na jednym wdechu powiedziałam jej, jak się czuję i jak się boję. - To całkiem normalne. Niby skąd masz to wszystko wiedzieć, skoro to twoje pierwsze dziecko? Nie miałaś nawet rodzeństwa, nie miałaś gdzie się nauczyć tego wszystkiego. Spokojnie. Krok po kroku, zobaczysz, że wszystko opanujesz. Nie musisz wszystkiego umieć na już. Teraz będzie czas, kiedy poznasz swoje dziecko i siebie. Jesteś inteligentna, wierzę, że większość rzeczy będziesz po prostu czuła. Dasz sobie radę, ale zawsze możesz po mnie zadzwonić.
Trochę mnie uspokoiła, ale po rozłączeniu się od razu wróciłam do czytania, licząc na to, że zdążę przyswoić trochę wiedzy, zanim dziecko się obudzi i będę musiała przekuć teorię w praktykę. Dostałam też automatycznego smsa z naszej przychodni, że niedługo przyjdzie do mnie położna. To też nieco mnie uspokoiło.  
Chyba przysnęłam na fotelu, kiedy obudziła mnie dzwoniąca komórka. Wszyscy nagle rzucili się, by dzwonić do mnie z gratulacjami i pytaniami, kiedy mogą mnie odwiedzić, czy maluch śpi i dobrze je. Czułam rosnący poziom irytacji. Przecież to dziecko ledwo wyszło na świat, a wszyscy już koniecznie chcieli je oglądać. Grzecznie odmawiałam, mówiąc, że na razie jeszcze wszystko jest chaotyczne i że na pewno się spotkamy, kiedy wszystko jakoś ogarnę. Po kolejnym telefonie mały się obudził, oczywiście z płaczem. Odrzuciłam telefon na bok i delikatnie podniosłam płaczące dziecko.
- No, już, już... - szeptałam cicho, przytulając je do siebie. Chyba poczuł mój zapach i na moment się uspokoił. Potem przyszła pora na przewijanie i karmienie. Za chwilę znowu zasnął, a ja odetchnęłam.
- On to ma życie - powiedziałam cicho do Dylana, kołysząc dziecko. Nie byłam jednak w stanie się podnieść. - Ktoś go przebierze, nakarmi, a on musi tylko iść spać. Wygodne.
Liczyłam, że Dylan odpowie mi w jakiś normalny sposób, że pogadamy jak dorośli ludzie i rodzice, którymi się właśnie staliśmy, ale on tylko uparcie patrzył w bok, na ścianę, byle nie patrzeć na mnie. Poprosiłam go więc tylko o to, by odłożył małego do łóżeczka. Wziął go ode mnie i ułożył z powrotem na miękkiej pościeli. Już miałam zasnąć, gdy zobaczyłam, że przykrywa go kołderką.
- Nie! - syknęłam, a Dylan, zdumiony, spojrzał na mnie z uniesionymi brwiami.
- Co: nie? Mam go nie przykrywać? Lepiej, żeby zmarzł?
Z wysiłkiem podniosłam się z pozycji siedzącej i doczłapałam do niego.
- Nie przykrywaj go. Na razie lepiej jest go nie przykrywać, bo jeszcze sobie to naciągnie na głowę i się udusi. Ubierz go w to granatowe body, z długimi rękawami i w jakieś ciepłe śpioszki - wystękałam ostatkiem sił, przerażona, że byłam o krok od pierwszej dziecięcej katastrofy. Wzrok Dylana złagodniał.  
- Nie pomyślałem... - mruknął.
Ja na szczęście pomyślałam, ale na nowo ogarnęła mnie panika, bo takie pułapki czyhały na każdym kroku. Nie miałam jednak czasu się martwić, bo ledwie usiadłam na łóżku, zaraz zasnęłam.

✰✰✰

*teraz*

Gdy dotarłam na miejsce, przebrałam się w legginsy i koszulkę, które ze sobą zabrałam, po czym razem z innymi dziewczynami czekałam, aż przyjdzie prowadząca. Lekko się stresowałam, ale patrząc po minach innych dziewczyn, doszłam do wniosku, że one chyba też były całkiem zielone w tej dziedzinie. Niektóre były młodsze ode mnie, ale niektóre wyraźnie starsze. Było nas około dwudziestu, może dwadzieścia pięć.  
W końcu podeszła do nas wysoka kobieta ze zdeterminowaną twarzą oraz pięknie wymodelowanym i lekko umięśnionym ciałem. Miała krótkie brązowe włosy, związane w kucyk oraz zielone oczy. Ubrana była w dres. To musiała być nasza prowadząca. Od razu poczułam się lepiej.
- Jestem Brittany - oznajmiła, podchodząc. - Ale możecie mówić mi Brit. Bardzo się cieszę, że tu jesteście, bo zamierzam was nauczyć, jak sprać tyłek niewdzięcznym facetom. Zapraszam do sali.
Brittany. Silne imię, podobało mi się. Podobała mi się też jej postawa. Widać było, że wie dużo i że naprawdę chce nam przekazać tę wiedzę.
- Dziś jeszcze nie będziemy aż tak dużo ćwiczyć - odezwała się Brittany, kiedy wszystkie już weszłyśmy do sali. - Najpierw sobie porozmawiamy. Porozmawiam z każdą z was z osobna. Później omówimy teorię i, jeżeli będziecie chciały, trochę sobie pokopiemy. Zgoda?
Rozległ się pomruk, mający zapewne oznaczać zgodę, a ja zastanawiałam się, co Brit rozumiała poprzez rozmowę. Chciała nas bliżej poznać? Uznałam, że trochę to bez sensu, bo przecież po skończonych zajęciach miałyśmy się rozstać, ale kto wie. Może Brit lubiła wiedzieć, kogo uczy.
Po dziesięciu minutach nadeszła kolej na mnie. Podeszłam do niej. Siedziała w kącie sali, po turecku, w dłoniach trzymając notes. Usiadłam obok niej.
- Wpisz się tu. - Podała mi notes i długopis. Wpisałam swoje imię i nazwisko, po czym oddałam jej zeszyt, a Brit wbiła we mnie uważny wzrok. - A teraz powiedz mi, dlaczego tu jesteś.
- Bo chcę nauczyć się samoobrony - odparłam, lekko zaskoczona.
- Oczywiście. Wszystkie po to tu jesteście. Pytam, czy jest w tym coś więcej. Zwykła chęć poznania sztuk walki, czy może kryją się za tym jakieś osobiste powody?
Oczywiście, że się kryły. Nie wiedziałam jednak, czy chciałam się tym z nią dzielić. Minęło już trochę czasu od mojego gwałtu i odrobinę łatwiej mi się o tym rozmawiało, ale głównie z Kathy i z osobami, które znałam. Brittany zapewne była godna zaufania, ale i tak miałam blokadę, by otworzyć usta i opowiedzieć jej moją historię. Chyba to wyczuła.
- Nie chcę włazić z butami w twoje życie. Po prostu pytam, czy masz osobiste powody, ponieważ takie osoby zazwyczaj traktuję nieco inaczej - powiedziała łagodniejszym tonem. - Czasem przychodzą tu dziewczyny, które chcą tylko przyszpanować, a jak przychodzi co do czego, to się boją wziąć rozmach, bo im się szminka rozmaże. Zwykle je wywalam po kilku zajęciach, bo tylko tracę czas. Szukam osób, które myślą o tym poważnie. Dlatego zapytam jeszcze raz - co cię do mnie sprowadza?
Postanowiłam nie myśleć. Nie analizować. Po prostu wyrzucić to z siebie.
- Zostałam zgwałcona - powiedziałam prosto z mostu, obserwując reakcję Brit, ale jej wyraz twarzy nie zmienił się. - Potem napadnięta. Ten facet, który mnie napadł, był silny i nie wiem, czy bym dała mu radę. Ale jeśli chodzi o gwałt... wiem, że gdybym miała podstawową wiedzę z samoobrony, byłabym w stanie się uwolnić. Nie zrobiłam tego, bo zastygłam, co on wykorzystał, by mnie związać - mówiłam dalej i miałam wrażenie, że oczy Brit trochę zwilgotniały. - Mam ośmiomiesięczne dziecko i chcę móc je obronić, kiedy zajdzie taka potrzeba. Jego oraz siebie.
Brittany przez chwilę milczała, jakby nie wiedziała, co powiedzieć, ale przynajmniej udowodniłam już, że traktuję tę sprawę poważnie. Pokiwała tylko głową.
- Jest mi bardzo przykro, że spotkało cię takie okropieństwo, ale też bardzo się cieszę, że postanowiłaś wziąć swoje życie w swoje ręce i umieć się bronić - powiedziała w końcu. - Wracaj do reszty. Dziękuję, że mi powiedziałaś.

✰✰✰

Zajęcia z samoobrony odbywały się dwa razy w tygodniu i szybko je polubiłam. Powiedziałabym wręcz, że pokochałam, chociaż na początku miałam takie zakwasy, że ledwo mogłam się poruszać. Brittany była niesamowita w tym, co robiła. Na pierwszych zajęciach kazała nam się dobrać w pary, niczym w podstawówce, ale potem zapowiedziała, że to tylko chwilowe, bo potem i tak będziemy się zmieniać, żeby zobaczyć, jak różnią się ciała poszczególnych osób i to, że nie wszystkie chwyty zadziałają na każdego.
Nauczyła nas, jak uwalniać się z uchwytów, pokazała wszystkie wrażliwe miejsca, które potem osobiście na sobie wypróbowałyśmy, by się przekonać, że to naprawdę bolało. Nie wszystkie były oczywiste. Każdy wie, że faceta najłatwiej kopnąć w krocze, ale nie zawsze jest taka możliwość. Okazało się, że knykcie są wyjątkowo wrażliwe, wystarczy zacząć po nich mocno przejeżdżać swoimi, a najlepiej w nie "popukać" - zaboli na tyle, że przeciwnik będzie chciał cię puścić. Można też wbić palce w zagłębienie w gardle, ponieważ od tego traci się dech. Zwykle starałyśmy się robić to łagodnie, żeby nie zrobić krzywdy drugiej osobie, ale nawet wtedy bolało.
Brit pokazała nam też, jak najlepiej upadać do tyłu, by nie zrobić sobie krzywdy, gdy ktoś nas popchnie. Potem przeszłyśmy do uników, a później do poprawnego bicia pięścią. Uczulała, żeby nie chować kciuka do środka - niby proste, a jednak często się o tym zapomina. Tak nas jednak o to ochrzaniała, że wkrótce wszystkie zapamiętałyśmy, by kciuk był na zewnątrz, ale zasłonięty palcami. Osobiście najbardziej lubiłam ćwiczenia z kopniakami. Do tego trzeba było używać tarcz, ponieważ gdy ktoś się zawziął, naprawdę mocno mógł oberwać. Kopanie piszczelem wyzwalało we mnie masę endorfin, ale któregoś razu tak się wczułam, że kompletnie zapomniałam o tym, co mówiła Brit - kopać piszczelem, a nie stopą. Szybko tego pożałowałam, kiedy poczułam ogromny ból, a później zobaczyłam, że paznokieć w dużym palcu pękł mi na dwoje.
Ćwiczyłyśmy też, jak powalić kogoś na ziemię, a także jak po uwolnieniu się z uchwytu wykręcić komuś rękę i go przewrócić. Wszystko chłonęłam jak gąbka i momentami nie mogłam się powstrzymać, by nie zastanawiać się, jak mogłam wykorzystać te chwyty w momencie, kiedy zaatakował mnie Jack. Zanim się do mnie zbliżył, mogłam podciąć mu nogi. Gdybym zaryzykowała kopniaka w krocze, mógłby złapać moją nogę i mnie przewrócić. Nie było jednak sensu robić sobie wyrzutów. Było, minęło, teraz tylko musiałam zadbać o to, by się nie powtórzyło.
Kurs minął w mgnieniu oka, choć trwał półtora miesiąca. Na ostatnich zajęciach Brit dała nam taki wycisk, że pod koniec ledwo mogłam oddychać. Podzieliła nas na dwie grupy. Pierwszą grupę poustawiała w różnych miejscach na sali i wyposażyła w tarcze, a później wytłumaczyła nam, co mamy robić: mieliśmy podbiec do każdej osoby i najpierw wykonać ciosy pięściami; potem podbiec do następnej i zafundować jej ciosy łokciem. U następnej czekał nas kopniak piszczelowy, a ostatnia wykonywała serię różnych ciosów, przed którymi trzeba było się uchylić, a na koniec powalić ją na ziemię. Nie tylko się nabiegałam, ale już po chwili bolały mnie ramiona i nogi, a w dodatku po skończonych "walkach" Brit kazała nam robić przysiady i pompki, a potem wszystko od nowa. I tak pięć razy.
Pod koniec byłam już ledwo żywa, podobnie jak inne dziewczyny. Brit w końcu dała nam usiąść, po czym oznajmiła, że czeka nas egzamin.
- Oczywiście nie będę wam wystawiać żadnych ocen, niemniej jednak kurs musicie zaliczyć. No i muszę sprawdzić, czy coś z moich słów i ruchów zostało w waszych głowach. Będziecie miały do pokonania mnie... - Uśmiechnęła się szelmowsko. - A także moich dwóch dobrych kolegów, których specjalnie zaproszę na tę okazję.
Cholera. Jeszcze nigdy nie walczyłam z Brit. A teraz mam pokonać ją i jeszcze w dodatku dwóch facetów? Jak niby miałam to zrobić? Może i byłam w stanie powalić na podłogę koleżankę z kursu, ale nie mogłam sobie wyobrazić, jak robię to samo z wysokim stukilogramowym facetem.
Nieco zmartwiona, ale też zmordowana wróciłam do domu. Dylan akurat bawił się z Liamem, który podskakiwał jak szalony i śmiał się. Uśmiechnęłam się i od razu opadłam na kanapę.  
- Żyjesz? - Dobiegło mnie pytanie Dylana.
- Ledwo. Brittany dała nam taki wycisk, że właściwie nie wiem, jak tu wróciłam.
- Może się połóż.
- Właśnie leżę.
- W sensie połóż się już spać.
- Spoko, dam radę. Tylko muszę chwilę odsapnąć - westchnęłam i po prostu słuchałam śmiechu synka. Później zjedliśmy obiad, pooglądaliśmy telewizję, pobawiłam się z Liamem i po kolacji padłam do łóżka, nawet nie przebierając się w piżamę. Dobrze, że nazajutrz była sobota. Okazała się zresztą całkiem leniwa. Wstaliśmy dopiero po dziewiątej, zrobiłam na śniadanie naleśniki, a dla Liama kaszkę z owocami. Dylan później pojechał zrobić zakupy, a ja zostałam w mieszkaniu i trochę je sprzątałam, w międzyczasie zajmując się Liamem. Potem poszedł spać, Dylan wrócił z zakupami, więc zaczęłam je rozpakowywać, jednocześnie mówiąc mu o tym, co wymyśliła dla nas Brit.
- Wyobrażasz to sobie? Pokonać wysportowaną kobietę i zapewne jeszcze bardziej wysportowanych facetów? - mówiłam, wkładając do lodówki jogurty naturalne. Dylan siedział na krześle. - Cholera, nie wiem, czy dam radę. No, bo może i czegoś się nauczyłam, ale oni ważą więcej ode mnie. Prędzej mnie przygniotą. Certyfikatu za ukończony kurs chyba nie dostanę - westchnęłam, zamykając lodówkę i odwracając się do Dylana. Oparłam się o blat i chwilę mu się przyglądałam. Ładnie dziś wyglądał. Nie paradował już bez koszulki, czego odrobinę żałowałam, ale i tak ładnie wyglądał. Dzień był chłodny i pochmurny, dlatego Dylan miał na sobie czarny sweter i czarne spodnie. Było coś niesamowicie pociągającego w tej czerni.
- Mogę ci pomóc - usłyszałam i postanowiłam zejść na ziemię.
- W czym?
- W gotowaniu obiadu. - Dylan parsknął śmiechem, widząc moją minę. - No, w przygotowaniu się do sprania tych facetów na kwaśne jabłko, rzecz jasna.
- Byłoby super, ale... - Zawahałam się.
- Co?
- Nie chcę zrobić ci krzywdy - powiedziałam z wahaniem. Zabrzmiało to, jakbym naprawdę się tego obawiała. Liczyłam, że Dylan jedynie uśmiechnie się którymś ze swoich bezczelnych uśmiechów. Na pewno nie spodziewałam się, że wybuchnie takim śmiechem, że aż będzie musiał przytrzymać się stołu.
- Ty... mi... krzywdę? - wyjąkał po chwili. Ja dalej stałam, lekko oburzona. Splotłam ręce na piersiach i patrzyłam na niego z uniesionymi brwiami. - To naprawdę urocze - dodał.
- Hej, nie traktuj mnie z góry - upomniałam go. - Ja naprawdę sporo się tam nauczyłam.
- No dobrze, w takim razie przećwiczmy to.
- Teraz? - Spłoszyłam się.
- Teraz. - Dylan podniósł się i poszedł do salonu. Z obawą poszłam za nim i patrzyłam, jak przesuwa stolik i kanapę, by zrobić więcej miejsca. Z kieszeni wyciągnęłam gumkę i związałam włosy, choć teraz czułam się głupio. Może i na zajęciach mogłam się czuć jak Karate Kid, ale nagle nie wiedziałam, co mam robić, od czego zacząć. W końcu to był Dylan. Dylan, który stanął na środku i patrzył na mnie, wyraźnie czegoś oczekując.
- No, dawaj. Powal mnie na ziemię - powiedział, lekko ironizując. Rzuciłam mu oburzone spojrzenie.
- Tak od razu?
- A co, czekasz, aż cię zaatakuję? Mogę to zrobić. - Ruszył w moim kierunku tak szybko, że automatycznie odskoczyłam do tyłu, ale chwilę później zrobiłam unik. Znalazłam się za nim i najmocniej jak potrafiłam, podcięłam mu nogi. Dylan grzmotnął ciałem o podłogę, co nieźle mnie wystraszyło. Po pierwsze: nie sądziłam, że naprawdę uda mi się go przewrócić. Zaraz też zadałam sobie pytanie, czy naprawdę mi się udało, czy on po prostu specjalnie ułatwił mi zadanie. Po drugie: mógł obudzić Liama. No i po trzecie...
- Kurczę, powinniśmy tu położyć jakiś koc.
- Nic mi nie jest. - Dylan dźwignął się na nogi. - No, tego się nie spodziewałem.
- A mówiłam ci, żebyś nie traktował mnie z góry. Jestem całkiem silna. - Lekko walnęłam go łokciem. Nie chciałam mocniej, bo czułam jakąś wewnętrzną blokadę. W końcu nikt mnie nie atakował, to był tylko Dylan, w dodatku nie miał na sobie tarcz ochronnych.
Zanim zdążyłam się zorientować, okrążył mnie i zamknął mnie od tyłu w uścisku.
- A teraz? Co zrobisz?
Udało mi się uwolnić jedną rękę, którą zacisnęłam wokół nadgarstka jego zewnętrznej ręki, przez co rozluźniłam uścisk, w którym mnie trzymał. Wykręciłam jego rękę lekko do tyłu, odskoczyłam w bok, po czym wbiłam łokieć w jego kręgosłup tak, że się zgiął, a rękę wykręciłam mu na plecach. Pamiętając, co mówiła Brit, wbiłam łokieć jeszcze mocniej, by Dylan jeszcze bardziej się zgiął, po czym zrobiłam parę szybkich kroków do przodu. Szło mi ciężej niż na zajęciach, bo Dylan stanowczo ważył więcej niż wszystkie moje koleżanki, ale udało mi się w połowie go przewrócić.
- Auć - syknął, ale widziałam, że dalej się śmiał.
- Obyś więcej nie kwestionował mojej mocy.
- Ani mi się śni. - Znowu się podniósł i tylko czekałam, aż znowu coś zrobi. Obawiałam się, że jak tak dalej pójdzie, to naprawdę obudzimy Liama. Automatycznie obróciłam głowę w stronę sypialni, gotowa usłyszeć płacz, ale nic takiego nie usłyszałam. Poczułam za to, że Dylan rzuca się na mnie, a ja przewracam się na podłogę. Zanim się obejrzałam, leżałam jak długa, a on unieruchomił mi ręce tak, że mogłam się tylko wierzgać.  
- Cholera - wyjęczałam. - To było nie fair.
- Cenna uwaga: nigdy nie odwracaj się plecami do przeciwnika. - Dylan wyszczerzył zęby, przygniatając mnie dalej do podłogi. - No, a teraz? Jak się teraz uwolnisz?
Leżał na mnie, przygniatał mnie całym swoim ciałem. Szczerze mówiąc, ciężko mi było się uwolnić. Mogłabym próbować kopnąć go nogą. Mogłabym zamachnąć się głową i rąbnąć go w czoło. Mogłabym. Ale...
Ale on tak świetnie dziś wyglądał. I tak ładnie pachniał. Jego oczy przewiercały mnie na wskroś. Był blisko, czułam jego oddech na swojej szyi. Tak strasznie za nim tęskniłam.  
- Chyba nie chcę się uwalniać - wyszeptałam. Widziałam, jak jego oczy lekko się rozszerzają, a szczęki napinają. Aż wstrzymałam oddech. Zaryzykowałam w tym momencie wszystko. Przez chwilę bałam się, że to skończy się tak, jak w walentynki. Że zaraz się podniesie i będzie udawał, że nic się nie stało.
Dylan jakby chwilę się zawahał, po czym pochylił się i nagle jego usta dotknęły moich. Świat nagle wybuchł. Przestałam myśleć. Po tylu miesiącach, po tylu kłótniach, po tylu okropnych słowach, nagle jakby doszliśmy do porozumienia. Całował mnie. Jego usta otulały moje. Już nie unieruchamiał moich rąk, poczułam, że je puścił, dzięki czemu mogłam go objąć. Poczułam, jak jedna jego ręka wślizguje się pod moją koszulkę. Nagle gwałtownie się podniósł, ciągnąc mnie za sobą. Oparł się o brzeg kanapy, a ja siedziałam na nim okrakiem, dalej go całując. Obejmowałam rękoma jego twarz, a jego ręce błądziły gdzieś po moich plecach. Brakowało mi tchu, ale mnie to nie obchodziło. Liczyło się tylko to, że go całowałam, zachłannie, chcąc nadrobić stracony czas. Smakował kawą i pachniał tymi perfumami, które wyzwalały we mnie najbardziej dzikie instynkty.  
Mogłabym zostać tak w nieskończoność, ale przez głowę przemknęła mi nagle myśl, że o ile nagle świat się nie zawali, to zaraz będziemy uprawiać seks na podłodze, nie ruszając się nawet z salonu. A przecież ostatnią osobą, która mnie dotykała, był Jack. Ta myśl była jak kubeł zimnej wody. Oderwałam się od Dylana, ciężko dysząc. Spojrzał na mnie lekko nieprzytomnym wzrokiem.
- Czemu...?
- Nie mogę - szepnęłam i poderwałam się do góry, drżąc na całym ciele. - Przepraszam... jeszcze nie mogę. Nie jestem jeszcze gotowa.
Dylan chyba zrozumiał, o czym mówiłam. Podniósł się i przez chwilę stał w miejscu, wyrównując oddech. Nie bardzo wiedziałam, co mam zrobić, jak się zachować, więc jedynie podeszłam do niego i szepnęłam:
- Jeszcze do tego wrócimy.
Skinął głową, a ja poczułam niewyobrażalną ulgę, że rozumiał, a także, że w końcu zrobiliśmy duży krok naprzód.

1 067 czyt.
100%288
candy

opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne i dramaty, użyła 4635 słów i 24859 znaków

Komentarze (8)

 
  • Lilu

    Lilu 18 lutego ip:31086

    Nie mogę się doczekać następnej części ❤❤❤ super

  • agnes1709

    agnes1709 17 lutego

    Nadrobione. Teraz czekam na pokaz siły karateczki na ulicy

  • elegancjafrancja

    elegancjafrancja 15 lutego ip:94254147

    Jeeej w końcu, kiedy następna część? 💓💓

  • Lula

    Lula 14 lutego

    No TAK to się stało 😍 pierwszy namiętny pocałunek todobry początek na porozumienie 😉😁

  • AlexAthame

    AlexAthame 14 lutego

    Bardzo miła cześć. Fajnie ze juz przełamali pierwsze lody.

  • niutria

    niutria 13 lutego ip:8320242

    TAK TAK TAK !! W końcu ten moment ! Uwielbiam Cię Kochana autorko liczę na kolejną część  

  • Lolissss

    Lolissss 13 lutego ip:18548129

    O BOŻE  
    TAK TAK TAK TAK TAK TAK TAK  
    W końcu!! Rozumiem ze Camilla nie jest gotowa i mam nadzieje ze również Dylan to zrozumie! Małymi kroczkami do przodu i będzie lepiej! Jejku dziękuje ci za ten kolejny rozdział ❤️

  • Speker

    Speker 13 lutego

    Nareszcie!!!   lepszej scenerii nie można sobie wymarzyć. Kolejny krok, mały, ale jakże ważny. Teraz będzie już tylko z górki. W końcu, w końcu normalna rodzinka. Super, dziękuję