tylko jeden błąd - 30


*kiedyś*

Kolejne przełożenie rozmowy z Dylanem było dla mnie oczywiste. Gdy tylko zobaczyłam tę plamę krwi, w mojej głowie pojawiła się taka panika, że na chwilę przestałam oddychać. Stało się. Poroniłam. Tak się cieszyłam, kiedy zobaczyłam pęcherzyk płodowy, byłam przekonana, że w końcu los mi sprzyja, że urodzę to dziecko, które będzie śliczne i zdrowe. Ale w końcu karma mnie dopadła - gwałt, pobicie i stres zrobiły swoje.
W pierwszej chwili chciałam dzwonić po karetkę, ale przypomniałam sobie, że niedaleko mieszkania Dylana był postój taksówek. Zbiegłam na dół w takim tempie, że prawie się przewróciłam. Nakazałam sobie się uspokoić, ale to na nic. Kończyny nie chciały mnie słuchać. Wariowałam ze strachu.  
Z impetem wpadłam do pierwszej lepszej taksówki, którą zobaczyłam. Kierowca wyraźnie się przestraszył, bo na pewno wyglądałam jak nienormalna, ale drżącym głosem wyjaśniłam mu sytuację i błagałam, żeby jak najszybciej ruszał. Wyraźnie wziął sobie to do serca, bo od razu uruchomił silnik. Ja gorączkowo się modliłam.
Dopiero na miejscu uświadomiłam sobie, że starczy mi pieniędzy tylko na opłacenie połowy tej jazdy. Byłam tak przerażona, że zaczęłam się jąkać, że dopłacę, jak tylko wyjdę od lekarza.
- Proszę pani... nie trzeba... - powiedział, wyraźnie zaniepokojony. - Naprawdę, niech pani da, ile ma i się niczym nie przejmuje. Proszę iść szybko do lekarza. Dziecko jest ważniejsze.
W innych okolicznościach na pewno gorąco i wylewnie bym mu podziękowała, za to że okazał się być dobrym i wyrozumiałym człowiekiem, ale moje rozedrgane gardło wydusiło tylko piskliwe "dziękuję" i od razu wysiadłam, by wbiec do przychodni. Miałam wielką nadzieję, że mój lekarz będzie na dyżurze. Chociaż jakiś inny ginekolog. Ktokolwiek.
Parę minut później siedziałam na fotelu, wciąż roztrzęsiona. Zaciskałam kciuki podczas badania tak mocno, że na skórze odbiły mi się półksiężyce. Odliczałam kolejne uderzenia serca.
- Płyn owodniowy w porządku. Nie widzę krwiaka ani żadnych nieprawidłowości. Nie ma nadżerki. - Lekarz uważnie patrzył na ekranik, a ja po raz kolejny siedząc na tym samym fotelu, płakałam jak dziecko. Zaczęłam się zastanawiać, czy już za każdym razem tak będzie.  
Lekarz zerknął na mnie, widząc, że dalej się stresuję. Kliknął coś i nagle po raz drugi usłyszałam bicie serca dziecka. Miał dobre przeczucie - rzeczywiście trochę mnie to uspokoiło.
- Wszystko jest w porządku, dziecko żyje. Na pewno nie jest to poronienie. Plamienia w ciąży się zdarzają, czasem samoistnie. Ale... - Tu narzucił lekko surowy ton. - Może być to także na tle nerwowym. Czy je pani regularnie? Śpi wymaganą ilość godzin? Ogranicza stres?
Lekko uspokojona, spuściłam głowę i zakryłam krocze koszulą.
- Panie doktorze... nigdy nie miałam tyle stresu, co teraz - wyszeptałam, ukrywając twarz w dłoniach. - Zostałam zgwałcona. W nocy mam koszmary. Nie potrafię wyjść na zewnątrz czy choćby do sklepu, nie dostając przy tym ataku paniki. Od jakiegoś czasu próbuję powiedzieć ojcu dziecka o ciąży. On wciąż nic nie wie... a ja... - Kończył mi się oddech.
- Rozumiem. - Głos lekarza znowu złagodniał. - Ale naprawdę, nie może się pani tak stresować, bo to może destrukcyjnie wpłynąć na płód. Niech pani załatwi wszystkie sprawy. Proszę w końcu powiedzieć ojcu dziecka. Proszę chodzić do psychologa. Takie krwawienie to sygnał ze strony organizmu, że być może jest przemęczony. Wiem, że jest pani ciężko, ale to ciało nie należy już tylko do pani.
Miał rację. Wiedziałam, że miał. Ubrałam się w milczeniu i podziękowałam mu. Jak w transie wyszłam z przychodni i z zaskoczeniem odkryłam, że ten taksówkarz wciąż stał na parkingu. Gdy tylko mnie zobaczył, wyszedł z samochodu i podszedł do mnie.
- Wszystko w porządku? - spytał, podchodząc bliżej. Odruchowo się cofnęłam.
- Tak - udało mi się wyszeptać i skinąć głową. - Bardzo panu dziękuję za szybkie przywiezienie mnie. Dlaczego pan zaczekał?
- Pomyślałem, że potrzebuje pani odwiezienia do domu. - Obserwował mnie uważnie.
- Nie mam już pieniędzy - odparłam z żalem, czując się jak biedna, mała sierotka. Dalej byłam zapłakana, choć starałam się robić głębokie wdechy. - Nie chcę pana wykorzystywać.
- Nie wykorzystuje mnie pani. Wierzę w dobre uczynki i wierzę, że właśnie takowy spełniam, pomagając pani. Chciałbym odstawić panią bezpiecznie do domu.
Na te słowa znowu się popłakałam. To było nie do zniesienia - byłam jak małe, wiecznie beczące dziecko. Ale nic nie mogłam na to poradzić. Byłam burzą hormonów, łzy same wyciskały się z oczu. Musiałam za to rozprawić się z innym problemem, który mnie paraliżował.
Taksówkarz odwiózł mnie jeszcze do domu i stanowczo odmówił przyjęcia ode mnie pieniędzy. Wzruszona, podziękowałam mu gorąco i poprosiłam o jego numer, żeby kiedyś móc mu się odwdzięczyć. Zapisał go na kartce, po czym dał mi ją i pomachał mi, wsiadając z powrotem do samochodu. Patrzyłam, jak odjeżdża i coś we mnie zakiełkowało. Nowe uczucie - nadzieja. Inny typ nadziei, inna niż ta, którą obdarzałam mój błogosławiony stan. Ten pan właśnie choć trochę przywrócił mi wiarę w ludzi. Od czasu gwałtu stroniłam od mężczyzn. Byłam przekonana, że każdy z nich ma w sobie cząstkę bestii i byłby w stanie mnie skrzywdzić. Ufałam tylko mojemu tacie, Mike'owi oraz mojemu lekarzowi prowadzącemu ciążę. Nawet nie wiedziałam, co mam sądzić o Dylanie. Wszystkich wrzucałam do jednego bolesnego worka, ale tego mężczyznę stanowczo mogłam z niego wyrzucić. Nie znałam go, nawet nie wiedziałam, jak miał na imię, ale wykazał się wyjątkowym zrozumieniem i dobrocią.  
Uroniłam jeszcze jedną łzę i weszłam do domu.

✰✰✰

"Witaj, Camilla. Jak się dziś czujesz? Jesteś już w dwunastym tygodniu ciąży. Twoje dolegliwości ciążowe powinny już ustąpić. Dziecko ma wielkość dużej śliwki. Jego ramiona i nogi są już w pełni uformowane."
Faktycznie, większość mdłości i senności ustąpiła. Stałam się jakaś żywsza, energiczna. Już nie wymiotowałam tak często, ale częste oddawanie moczu jak najbardziej było wciąż obecne. Cieszyłam się jednak, że wreszcie przestałam się czuć jak na wiecznym kacu. Wciąż jednak uczyłam się ograniczać stres. Chwilowo odsunęłam od siebie wszystkie myśli o Dylanie. Uprawiałam jogę, gimnastykę, robiłam ćwiczenia oddechowe, słuchałam relaksującej muzyki. O dziwo, pomagało. Pewnie pomógł też brak wymiotów.
Poza tym, wreszcie zauważyłam zmianę w wielkości mojego brzucha. Delikatnie się zaokrąglił i gdy obracałam się bokiem do lustra, widać było, że delikatnie odstaje. Ten widok mnie rozczulał jak nic innego. Mimo tylu nerwów, dziecko tam było, żyło, rosło, a ja miałam zamiar donosić je zdrowe.  
Ostatnio trochę zaniedbywałam wizyty u Kathy, ale w końcu się zebrałam i poszłam do niej na godzinną sesję. Zrelacjonowałam jej wszystko, co się ostatnio działo. Westchnęła głęboko. Za głęboko i za długo.
- Camilla... nawet nie wiem, co na to powiedzieć.
- Psycholog nie wie, co powiedzieć? - zażartowałam.
- Zdarza się i tak. Rozumiem, że nie powiedziałaś Dylanowi?
- Nie. Najpierw nie mogłam go złapać w mieszkaniu ani nijak się z nim skontaktować. A później... no cóż, poczułam krwawienie. Rozmowa zeszła na dalszy plan.  
- Absolutnie cię rozumiem. Ale... wiesz, że i tak musisz mu powiedzieć.
- Przecież wiem - żachnęłam się. - A niby co od dłuższego czasu próbuję zrobić? Chciałam teraz się tylko trochę uspokoić po tym wszystkim, co się stało. Przemyśleć wszystko.
- Rozumiem. Jakieś decyzje?
- Tak - powiedziałam stanowczo. Wzięłam głęboki oddech. - Powiem Dylanowi. On pewnie się wścieknie, że nie powiedziałam mu od razu, ale nie dam mu się stłamsić. To on mnie zostawił, a ja miałam za dużo na głowie, żeby biec za nim i mu wszystko wyjaśniać. Jeśli mnie zostawi... - Urwałam na chwilę. Bardzo nie chciałam, żeby ten scenariusz się spełnił. - No cóż. Wtedy będę najlepszą samotną matką, jaką tylko moje dziecko może mieć. Jeśli zdecyduje się ze mną zostać, to dobrze. Dziecko będzie miało tatę. Ale pewnie do siebie nie wrócimy. Tak naprawdę nasz związek był wspaniały przez jakieś pół roku. Potem wszystko się pochrzaniło. Zrobił się prawie że toksyczny. Sama nie wiem, jak mi starczyło sił, żeby od niego odejść - przyznałam. - Ale teraz już wiem, że to był błąd. Błędem było moje myślenie, że możemy być razem szczęśliwi, że się dopasujemy do siebie... że on kiedykolwiek powie mi, co do mnie czuje. - Uniosłam hardo brodę do góry, choć miałam ochotę spuścić ją w dół. - Dylan był błędem. A ja skończyłam z błędami. Minął już czas, kiedy mogłam podejmować głupie decyzje i patrzeć, co z tego wyniknie. Od teraz nie mam już takiego przywileju. Każda decyzja w moim życiu będzie przeanalizowana, nie spontaniczna. Będę je podejmować z myślą o moim dziecku, a nie o mojej wygodzie. Skończyłam z błędami - powtórzyłam. - Skończyłam z Dylanem. A na pewno skończyłam z jego wersją z przeszłości.  

✰✰✰

*teraz*

Poszłam do sypialni. Mój chwilowy wstyd minął, więc nie miałam już zamiaru gnieździć się na ciasnej kanapie. Coś jednak się zmieniło. Moje podejście. Moje potrzeby.
Moja dotychczasowa piżama składała się z luźnej koszulki i długich flanelowych spodni. Nie nosiłam innej. Przede wszystkim dlatego, że wiecznie było mi zimno, ale po prostu nie chciałam oglądać mojej blizny na udzie. Dziś jednak pomyślałam sobie: a może...?
Wzrok, którym obdarzył mnie Dylan, gdy zobaczył mnie w ręczniku... to było jak przebudzenie. Bardzo długo żyłam bez seksu. Przez jakiś czas nawet o nim nie myślałam. Za bardzo się bałam, byłam za bardzo skrzywdzona i sterroryzowana przez Jacka. Teraz jednak czułam się, jakby te więzy strachu nieco mnie puszczały. Byłam młoda, miałam swoje potrzeby. Nie chciałam do końca życia pozostawać w celibacie, żyć jak zakonnica. Chciałam z powrotem być normalna.
Powoli odłożyłam piżamę do szafy. Z dolnej półki wyciągnęłam mój dawny komplet do spania sprzed lat. Służył mi głównie na lato, bo był krótki i cienki - koszulka na ramiączka oraz króciutkie spodenki. Patrzyłam na to przez chwilę, zastanawiając się, czy to, co robię ma w ogóle sens. W końcu wzruszyłam ramionami. Nie było sensu zastanawiać się nad głupią piżamą. Wciągnęłam ją, skrzętnie omijając wzrokiem moją bliznę.  
Gdy się ubrałam, po chwili Dylan przyniósł Liama i podał mi go. Liam wyraźnie był śpiący, co mnie ucieszyło, bo to oznaczało, że być może uda się mi w miarę szybko położyć go spać.
- Idę się umyć - powiedział Dylan.
- W porządku.
Myślałam, że sobie pójdzie, ale on dalej stał w progu sypialni. Spojrzałam na niego z uniesioną brwią.
- Co jest? - spytałam, choć nawet nie musiał odpowiadać. Wiedziałam, o co mu chodziło. Widziałam jego wzrok, prześlizgujący się po mnie. Przez chwilę poczułam się niemal osaczona, ale zgasiłam w sobie pokusę ucieczki. Sama tego chciałam, a przecież Dylan nie był Jackiem.
- Ładna piżama - powiedział w końcu. - Nie pamiętam jej.
- Raczej rzadko ją nosiłam.
- A dzisiaj co się zmieniło?
- Sama nie wiem - powiedziałam, patrząc mu prosto w oczy. - Może po prostu czas na jakieś zmiany.
Nie odpowiedział. Odwrócił się i wyszedł z sypialni, a ja spojrzałam na Liama. Uśmiechnęłam się, widząc, że już zasnął. Odłożyłam go ostrożnie do łóżeczka i miałam ochotę zawyć z radości, kiedy się przy tym nie obudził.
Położyłam się do łóżka, zanurzając się w ciepłej pościeli. Piżama może i wywarła pożądany efekt, ale nie była najcieplejsza, dlatego szczelnie otuliłam się kołdrą. Czekałam, aż Dylan wróci, ponieważ nawet jeśli nie leżał blisko mnie, jego ciało zawsze buchało żarem.  
Wrócił, kiedy już przysypiałam. Zgasił światło i cicho podszedł do łóżka. Nie wiedzieć czemu, nagle przypomniała mi się nasza pierwsza wspólna noc. I to, co Dylan zrobił, kiedy jeszcze nie byłam gotowa - ten dogłębny, czuły masaż. Uśmiechnęłam się do tego wspomnienia. Lubiłam tamtego Dylana. Przypominał swoją aktualną wersję. Gdy taki był, aż trudno było uwierzyć, że mógł być w jakikolwiek sposób okrutny. Bardzo chciałam, żeby już nigdy się nie zmieniał, bo pragnęłam zobaczyć dla nas jakąś przyszłość. Problem jednak leżał w tym, że Dylan był impulsywny i potrafił w jednej chwili zmienić się z czułego faceta w rozwścieczoną bestię. A gdy już był na tej granicy, zawsze ciężko było mu wrócić.
- Dobranoc - usłyszałam cichy szept. Nagle poczułam jego dotyk na moim przedramieniu. Chwilę sunął palcem po mojej skórze, wywołując gęsią skórkę. Po chwili zabrał rękę, jakby się rozmyślił, ale mi od razu zrobiło się gorąco.
Ta przyszłość mogła wyglądać bardzo obiecująco, jeśli tylko tym razem niczego nie spieprzymy po drodze.  




/ Dziś króciutko. Nie mam w ogóle weny na życie i pisanie. Może następne rozdziały będą dłuższe, postaram się przynajmniej.

1 195 czyt.
100%175
candy

opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne i dramaty, użyła 2521 słów i 13610 znaków.

5 komentarzy

 
  • AlexAthame

    AlexAthame · 20 stycznia

    Dobrze ze taxi driver przywrócił jej wiarę. W końcu nie każdy facet jest jak Robert czy Jack.Dylan tez nie odpuszcza.Oczywiscie ze wie.Bardzo fajna cześć.

  • agnes1709

    agnes1709 · 20 stycznia

    Pani*

  • agnes1709

    agnes1709 · 20 stycznia

    Jak na brak weny całkiem dobrze Pano idzie

  • Lolissss

    Lolissss · 20 stycznia · 211660575

    A mnie nawet taka krótka cześć zadowala i znowu widać ze na dobrej drodze sa. Jeszcze ciekawa jestem jak Dylan dowie się o ciąży i oby to szybko nastąpiło! Do kolejnej cudownej części

  • Speker

    Speker · 20 stycznia

    Takiego Dylana to lubimy #TeamDylan   . Camilia zaczyna żyć, to trudne ale bardzo ważne. Kiedyś potrafi zostawić wszystko dla dziecka, to nie pojęte dla zwykłego człowieka czym kieruje się matka..
    Super rozdział, no krótko ale zawsze
    Mnóstwa weny !