tylko jeden błąd - 28

*kiedyś*

Wróciłam do domu, niepocieszona faktem, że nie udało mi się zastać Dylana w domu. Nie bardzo wiedziałam, co mam teraz robić. Obawiałam się, że gdy do niego zadzwonię, to nawet nie odbierze albo utnie szybko rozmowę i powie, że nie mamy o czym rozmawiać. Postanowiłam, że prześpię się z tym i wtedy zdecyduję, co dalej robić. Byłam już gotowa, by o wszystkim mu powiedzieć, nawet jeśli początki tej rozmowy miałyby być raczej niemiłe.  
Zanim poszłam spać, przypięłam do tablicy korkowej zdjęcie z USG i chwilę na nie patrzyłam, z uśmiechem gładząc się po brzuchu. Moja kochana wisienka. Z nią w środku miałam wrażenie, że od tej chwili wszystko będzie już dobrze.

✰✰✰

"Witaj, Camilla! Jak się dziś czujesz? Jesteś już w dziesiątym tygodniu ciąży. Zaczyna się trzeci miesiąc. Do porodu zostało 30 tygodni."
Taki napis przywitał mnie, gdy rano otworzyłam laptopa. Zarejestrowałam się w aplikacji, która codziennie informowała mnie o przebiegu ciąży. Choć zapewne wiedza babć i mam na ten temat też była pokaźna, czułam się jakoś spokojniej, czytając o wszystkim w Internecie.
Wisienka zamieniła się w dużą truskawkę. Aplikacja poinformowała mnie również, że dziecko potrafi już wyczuwać moje emocje - zarówno pozytywne, jak i negatywne. Aż musiałam potwierdzić tę informację też na innych stronach, bo ciężko było mi w to uwierzyć. Dziecko wielkości truskawki potrafiło wyczuwać moje emocje? Cóż, najwyraźniej tak było. Ten fakt trochę mnie zmartwił. Dziecko czuło już to, co ja - czyli przeżywało wraz ze mną stres, gdy budziłam się w nocy z koszmarów, podświadomy lęk, że cały czas ktoś na mnie czyha, że chce mnie skrzywdzić. Starałam się wszystko to niwelować. Urządzałam sobie spokojne wieczory z książką i ciepłą herbatą, zaczęłam ćwiczyć jogę, która podobno miała uspokajać, choć mnie na początku jedynie zirytowała. Po jakimś czasie jednak przekonałam się do niej. Napięcie w moich mięśniach od razu puszczało.
Często patrzyłam na siebie w lustrze, ale nie potrafiłam jeszcze dostrzec wyraźnej zmiany w wielkości mojego brzucha. Dalej był płaski i dlatego czasem było mi trudno uwierzyć, że faktycznie ktoś w nim siedział i rósł. Gdybym nie miała ciągłego ucisku na pęcherz, pewnie uznałabym, że to ciąża urojona.  
Przykładałam też uwagę do tego, co zjadałam - w większości były to ryby, chude mięso oraz warzywa i owoce. Czasami chciało mi się wyć z rozpaczy, kiedy przychodziła mi ochota na czipsy bądź jakiś fast food - niby wszystko było dla ludzi, ale wizja jedzenia takich rzeczy w ciąży nieco mnie odrzucała, dlatego trzymałam się dzielnie, choć wątpiłam, że wytrwam w tym postanowieniu aż do końca ciąży.
Tydzień później znów pojechałam do Dylana, do kieszeni kurtki chowając gaz pieprzowy - tak dla bezpieczeństwa. Najchętniej schowałabym tam pistolet, ale kto wie, czy w ogóle umiałabym się obronić przed kimkolwiek, znając moją nową skłonność do zamierania ze strachu.  
Wchodziłam powoli po schodach prowadzących do mieszkania Dylana. Liczyłam, że poprzednim razem miałam po prostu pecha, a teraz uda mi się złapać go w domu. Specjalnie pojechałam tam w sobotę rano, by zwiększyć swoje szanse. Poziom irytacji wzrósł mi do maksimum, gdy znowu drzwi się nie otworzyły po moim gorączkowym pytaniu.
- Serio? - wysyczałam, pukając po raz kolejny. Cisza. To już było dziwne. Gdzie on, do cholery, mógł być w sobotę rano? A może się stąd wyprowadził? Poczułam pustkę. Jeśli tak zrobił, to nie było wyjścia, musiałam do niego zadzwonić. Wyszłam z bloku na zewnątrz i z mocno bijącym sercem wybrałam numer Dylana. Połączenie nawiązane. Zaczęłam liczyć sygnały. Jeden... drugi... serce biło mi niemiłosiernie prędko. Choć spodziewałam się, że nie odbierze, część mnie jednak panikowała na myśl, że zaraz usłyszę jego głos. Tak dawno z nim nie rozmawiałam, że niemal zaczęłam zapominać brzmienie jego głosu, jego twarz, sylwetkę.  
Przeleciało już kilka sygnałów, ale Dylan nie odbierał.
- Serio? - jęknęłam znowu, rozłączając się. Schowałam komórkę do torebki. Tak jak myślałam, nie odebrał ode mnie telefonu. Kończyły mi się opcje. Przecież nie mogłam jeździć po całym kraju, szukając go. Nie znałam jego znajomych, nie miałam do kogo się zwrócić o prośbę kontaktu z nim. Jeszcze raz wyjęłam komórkę i napisałam do niego smsa, licząc, że chociaż to pchnie go do rozmowy ze mną:
CAMILLA: Cześć. Musimy porozmawiać. To pilne.
Wysłałam. Czekałam chwilę, ale odpowiedź się nie pojawiła. Nagle telefon zaczął wibrować. O mało nie udławiłam się powietrzem, ale okazało się, że to tylko mama.
- Halo? - rzuciłam głosem bez entuzjazmu.
- Cześć, córeczko. Jesteś w domu?
- Nie, na mieście.
- Na mieście? - Coś zaszurało w tle. - Wyszłaś sama?
- Tak.
- Ale gdzie? Przecież nie masz dziś wizyty u lekarza.
- Pojechałam do Dylana. Nie ma go w domu.  
- Ach, tak... - Mama wyraźnie nie wiedziała, co ma powiedzieć. - Słuchaj, w takim razie... czy mogłabyś pójść do sklepu i kupić parę rzeczy? Wrócę dziś późno i chyba nie zdążę zrobić zakupów.
- Nie ma sprawy - mruknęłam, choć na samą myśl znalezienia się w ciasnym sklepie, wśród tłumu ludzi, dostałam gęsiej skórki. Od razu odezwał się mój lęk; sam fakt, że stojąc w kolejce mogę być otoczona mężczyznami, wywoływał u mnie panikę. Żałowałam, że nie było ze mną Mike'a lub Kathy. Kogokolwiek. Zaraz też zachciało mi się płakać. Nie byłam w stanie iść do sklepu, nie panikując przy tym. Wyjście na zewnątrz po zmroku też przekraczało moje możliwości. Kiedy to miało minąć? Kiedy?
- Wyślę ci listę smsem.
Specjalnie poszłam do większego marketu zamiast do lokalnego sklepiku, żeby mieć większą przestrzeń. Nagle poczułam się, jakbym cierpiała na klaustrofobię, ale przyświecał mi inny cel - nie chciałam być w ciasnocie, stać blisko innych ludzi, mężczyzn. Przemykałam między alejkami ze wzrokiem w dole, byle tylko na nikogo nie patrzeć. Szybko wrzucałam do koszyka to, co napisała mi mama - płatki owsiane, cukinia, kapusta, cebula... Miałam nadzieję, że miałam przy sobie wystarczającą ilość pieniędzy.
Nagle wpadłam na kogoś. Upuściłam koszyk na podłogę. Wszystko się z niego wysypało. Odskoczyłam od razu w tył, niczym mała piłeczka. Poderwałam głowę do góry, a gdy zobaczyłam, kto stał przede mną, od razu oblał mnie zimny pot.
- Łapy przy sobie, bo zacznę krzyczeć! - ostrzegłam, próbując brzmieć stanowczo, choć gardło ścisnęło mi się niemiłosiernie. Głos mi drżał. Przede mną stał Robert. Cholera. Zapomniałam o nim. Wszystkie moje myśli skupiły się na Jacku i Dylanie. Teraz uświadomiłam sobie, że także ze strony Roberta mogło mi coś grozić.
Przecież nie zrobi ci nic w sklepie, powiedziałam do siebie w myślach, próbując się uspokoić. Jest środek dnia, jest tu mnóstwo ludzi. Nic ci nie grozi.
- Spokojnie. - Robert wzruszył ramionami. Nie miał już takiego dobrego humoru jak wtedy, gdy widziałam go ostatni raz. Na jego ustach nie błąkał się żaden uśmieszek. Wyglądał, jakby był chory. - Przecież nic ci nie zrobię.  
- Ostatnim razem chyba słabo ci to wyszło - odcięłam się, schylając się, by pozbierać moje zakupy, mimo że drżałam jak osika.
- No cóż. Dostałem za swoje.  
Dopiero wtedy spojrzałam na niego uważniej. Jeden policzek miał pokryty siniakami, które powoli bledły, zmieniając kolor z fioletowych na żółte. Łuk brwiowy musiał być mocno rozcięty, bo widniały na nim szwy. Podbite oko też nie sprawiało najlepszego wrażenia. Gwałtownie wciągnęłam powietrze.
- Kto ci to zrobił? - spytałam, choć nakazywałam sobie uciekać.
- A jak myślisz? Dylan, oczywiście. - Robert spojrzał na mnie, unosząc pokaleczoną brew.  
- Dylan? - szepnęłam.
Robert prychnął pogardliwie, krzywiąc się.
- Oczywiście. A kto inny? Myślałem, że sobie odpuścił, jako że już wtedy mi przyłożył, ale widać chciał jeszcze.
- Kiedy ci to zrobił? - drążyłam temat.
- Czy ja wiem? Parę dni temu. Miał jakiś szał w oczach.
Zmartwiałam. Czy to dlatego w ogóle nie mogłam się skontaktować z Dylanem? Boże, a jeśli on też siedział w więzieniu za pobicie? Momentalnie spanikowałam. Próbowałam oddychać spokojnie, by dziecko nie wyczuło, że dzieje się coś złego. Musiałam jednak jeszcze wyjaśnić parę spraw. Nagle jednak coś zrozumiałam. Coś, co w sumie było oczywiste.
- Wtedy w barze... - powiedziałam powoli. - Ja naprawdę myślałam, że zaoferowałeś mi rozmowę z dobroci. Ale ty od początku to planowałeś. Od początku planowałeś mnie pocałować. Wiedziałeś, kim jestem. Chciałeś jeszcze bardziej zranić Dylana.
- No pewnie - prychnął, uśmiechając się zjadliwie. - A co, myślałaś, że tak mi się nudzi za barem, że już wolę wysłuchiwać żałosnych opowieści porzuconych dziewczynek? - Pokręcił głową z dezaprobatą. - Głupi szczeniak. Szkoda, że nie przyszedł trochę później. Wtedy by zobaczył to samo, co kiedyś. Najpierw jego matka, potem dziewczyna. - Jego uśmiech się poszerzył. - Piękny finał tej tragicznej historii.  
Ręka zapiekła mnie, zanim jeszcze zdążyłam pojąć, co się stało. Tak szybko spoliczkowałam Roberta, że nawet tego nie zauważyłam. Zakręciło mi się w głowie. W szoku patrzyłam, jak Robert się prostuje i pociera dłonią policzek.
- Cholera, nie mogłaś w ten drugi? Bolałoby mniej.
- Ty gnido cholerna - wyszeptałam, łapiąc łapczywie powietrze. - Nie masz innego celu w życiu? Musisz go dręczyć? Chciałeś... - Głos uwiązł mi w gardle. - Chciałeś mnie zgwałcić, tylko po to, by się na nim odegrać? - Powoli zaczęłam się wycofywać z alejki. Nawet nie wzięłam ze sobą koszyka. Zostawiłam go na podłodze, przy Robercie. Nie obchodziły mnie żadne zakupy. Nie w momencie, kiedy dowiedziałam się, że gwałt groził mi nie tylko ze strony Jacka, ale także Roberta. Czy na tym świecie byli sami popaprańcy? - Smaż się w piekle! - wykrztusiłam jeszcze, po czym odwróciłam się i pędem wybiegłam ze sklepu. Od razu pobiegła za mną ochrona, sądząc pewnie, że coś ukradłam. Zatrzymali mnie i obszukali. Wyjaśniłam im, że dostałam ataku paniki, w co uwierzyli mi dopiero wtedy, gdy faktycznie przekonali się, że nie zabrałam nic ze sklepu. Czym prędzej wróciłam do domu, po czym zaryglowałam drzwi i opadłam na łóżko. Okryłam się mocno kocem, bo dostałam dreszczy. Z oczu polały mi się łzy. Dlaczego? Dlaczego ten świat był tak popierdolony i okrutny? I gdzie był Dylan? Co on najlepszego narobił?

✰✰✰

*teraz*

Nadeszły te długo wyczekiwane - zależy przez kogo - Walentynki. Nie ukrywałam, że byłam lekko podekscytowana. Zastanawiałam się, czy Dylan faktycznie coś zrobi, tak jak mówił, czy to były jednak zwykłe żarty. Zazwyczaj skłaniałbym się ku drugiej opcji, ale ostatnio zbliżyliśmy się do siebie, więc po cichu miałam nadzieję, że może jednak coś zacznie się między nami zmieniać.
Już się nie kłóciliśmy. Może nie prowadziliśmy długich rozmów o wszystkim, ale nie byliśmy do siebie wrogo nastawieni. Dylan był spokojny w rozmowach ze mną, a i ja nie miałam o co się na niego wściekać. Spaliśmy w jednym łóżku, choć poza spaniem oczywiście nic innego nie miało miejsca. Funkcjonowaliśmy prawie jak rodzina. Poniekąd cieszyłam się, że miało miejsce zajście z Cooperem, bo to pewnie w dużej mierze dzięki niemu Dylan zmienił do mnie podejście.
Czternastego lutego pojechałam zrezygnować z pracy. Choć pracowałam online, rezygnację musiałam złożyć osobiście. Bez sensu. Myślałam nad tym od jakiegoś czasu i w końcu się zdecydowałam. Ta praca była nudna, typowa dla mężczyzny informatyka. Ja ciągle bałam się, że coś źle robię. W efekcie wszystko sprawdzałam po kilka lub kilkanaście razy, zanim ostatecznie wprowadzałam zmiany, a to czasem powodowało opóźnienia. Nie chciałam czegoś takiego - pracy, która w ogóle mnie nie interesowała i w której nie czułam się pewnie. Postanowiłam, że najpierw zrezygnuję, a potem znajdę coś innego, co będzie dużo przyjemniejsze.  
Nie ubierałam się jakoś specjalnie, bo nie miałam pojęcia, czy było na co. Dylan był w domu, ale z niczym się nie zdradzał, choć i tak nie powstrzymało mnie to przed wymodelowaniem lekko włosów oraz nałożeniem nowej szminki.
- Ładnie wyglądasz - powiedział, patrząc na mnie przelotnie, gdy wyszłam z łazienki.
- Dzięki.
- Jesteś pewna, że chcesz zrezygnować?
- Tak. To stanowczo praca nie dla mnie.
Sam fakt, że w ogóle interesował się moim życiem i tym, co czuję, był naprawdę godny podziwu.
Trochę mi się zeszło ze wszystkim. Były lekkie korki. Zanim dotarłam do biura, minęło pół godziny. Złożenie rezygnacji też nie poszło jakoś błyskawicznie, bo wszyscy wciąż chodzili po kawę albo czegoś im brakowało do zatwierdzenia dokumentu. W końcu jednak się zirytowałam i powiedziałam, że nie obchodzi mnie, czy to zatwierdzą; ja i tak rezygnuję i nie mam całego dnia, by tu stać i czekać. O dziwo, to zakończyło dyskusję. Ja sama byłam zdziwiona swoim podejściem. Jeszcze parę tygodni temu uważałam się za nieasertywną. Zapewne czekałabym potulnie, aż wypiją kawę i łaskawie zgodzą się rozpatrzeć moją rezygnację. Zmarnowałabym tu pół dnia, ale i tak nic bym na to nie powiedziała.
Nie wiedziałam, skąd we mnie taka zmiana, ale podobała mi się.
Później jeszcze weszłam do sklepu kupić parę rzeczy. Przy okazji, jak typowa matka, zatrzymałam się na dziale z dziecięcymi ubraniami, które przyciągnęły moją uwagę, bo były niesamowicie śliczne, a przy tym niedrogie. Liam rósł jak szalony, więc kupiłam mu parę koszulek i spodenek w różnych rozmiarach.
W końcu wyszłam ze sklepu, wsiadłam w autobus i po dwudziestu minutach wspinałam się po schodach do mieszkania. Lekko zmęczona, pchnęłam drzwi i postawiłam torebkę na podłodze. Od razu zmarszczyłam brwi, bo mocno było czuć spaleniznę.
- Dylan? - zawołałam, w ekspresowym tempie ściągając kurtkę i buty.
- Jestem w kuchni! - odkrzyknął mi.
Tego zdążyłam się już domyślić, zwłaszcza po wydobywających się z niej kłębów czarnej pary. Dylan właśnie otwierał okno, a drugą ręką machał nad naczyniem żaroodpornym, z którego się dymiło.
- Cholera - warknął. - Chciałem... próbowałem zrobić obiad. Ale widocznie nie jestem w tym dobry. Zapomniałem, że wstawiłem to do piekarnika...  
To też łatwo było zauważyć, zwłaszcza że zawartość naczynia miała mocno czarny kolor. Zacisnęłam wargi, żeby się nie roześmiać, bo bezradny wyraz twarzy Dylana utwierdził mnie w przekonaniu, że to niewłaściwa chwila.
- A co próbowałeś zrobić?
- Lasagne. Częstuj się - dodał ironicznie.
Choć smród był okropny i trochę żałowałam tych wszystkich składników, które się zmarnowały, to w środku czułam dziwne ciepło. A jednak Dylan się postarał, chciał zrobić dla nas obiad. Liczą się chęci. W naszym przypadku liczyły się one niemal podwójnie.
- Nie martw się - powiedziałam, uśmiechając się do niego delikatnie. - Starałeś się. Doceniam. Zamówimy pizzę?

✰✰✰

Pizza przyjechała prawie po godzinie. W pizzerii pewnie mieli tłok, ale na szczęście była jeszcze ciepła, gdy do nas dotarła. Z lekkim uśmiechem wspominałam ten sam dzień dwa lata temu. Piliśmy wino. Teraz niestety nie mogłam sobie na to pozwolić, bo wciąż karmiłam piersią, ale na pizzę rzuciłam się niczym wygłodniałe dziecko. Nie pamiętałam, kiedy ostatnio ją jadłam. Byłam niesamowicie głodna. Dopiero po dwóch kawałkach postanowiłam sprawdzić, co u Liama. Byłam przekonana, że spał, ale zobaczyłam, że łóżeczko było puste i zniknęła część jego rzeczy i zabawek.
- Co zrobiłeś z naszym dzieckiem? - spytałam, wracając do salonu i nadając swojemu głosowi groźny ton.
- Zawiozłem go do twoich rodziców. Niech twoja mama się nacieszy. - Dylan pociągnął łyk piwa, które wyjął z lodówki.
- Do moich rodziców? - Byłam lekko zaskoczona. - A oni nie mają żadnych planów na dziś?
- Podobno mieli, ale musieli odwołać, bo twojego tatę złapała jakaś niestrawność. Twoja mama wspominała, że zamknął się w łazience i ma randkę z sedesem. - Dylan uśmiechnął się kącikiem ust.
Jak romantycznie.  
Wróciłam na kanapę. Dojedliśmy pizzę i włączyliśmy telewizję. Może nie były to wyszukane walentynki, ale po raz pierwszy od dawna byliśmy sami, bez dziecka, które w każdym momencie mogło się rozpłakać lub wymagać zmiany pieluchy. Czułam między nami napięcie. Podobnie jak dwa lata temu, zastanawiałam się, co to wszystko znaczyło dla Dylana. Wtedy byliśmy przyjaciółmi, którzy nagle się pocałowali. Teraz było między nami za dużo zaszłości, żeby wszystko można było naprawić jednym pocałunkiem. Ja jednak i tak o tym myślałam. Siedziałam blisko Dylana, tak blisko, że niemal czułam ciepło jego skóry. Patrzyłam na jego usta i zastanawiałam się, kiedy ostatni raz czułam ich smak. Tak bardzo brakowało mi jego bliskości, że przypominało to niemal fizyczny ból. Marzyłam o tym, by wpleść rękę w jego włosy, by on złapał mnie stanowczo w talii i pocałował, tak jak wtedy.  
Obserwowałam go ukradkiem. Nagle w mojej głowie zakiełkowała szalona myśl - może to ja powinnam go pocałować? Może on czekał na jakiś ruch z mojej strony? Trochę się bałam, że to za wcześnie, że wszystko popsuję... ale w końcu do odważnych świat należy, prawda?
Niby niechcący, przysunęłam się jeszcze bliżej, tak że oparłam się lekko na jego ramieniu. Zwrócił głowę w moją stronę. Czułam takie nerwy, że niemal nie słyszałam już grającego telewizora. Światło jakby przygasło. Wiedziałam już, że się nie powstrzymam, że pocałuję go i może wreszcie wszystko naprawimy.
Lekko wychyliłam się w stronę jego ust, przymykając powieki. Dylan przez chwilę zastygł w bezruchu, po czym też lekko się do mnie przybliżył. Dzieliły nas centymetry. Serce waliło mi jak młotem.
Nagle czar prysł. Dylan gwałtownie się ode mnie odsunął. Ja też odskoczyłam, udając, że w ogóle się do niego nie przybliżałam, że w ogóle nic nie miało miejsca. Policzki zalała mi paląca czerwień. Co się właśnie stało? Dlaczego się odsunął?
- Pojadę po Liama - oznajmił nagle Dylan i zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, wstał z kanapy i szybko odszedł w stronę drzwi. Ja zostałam na kanapie, zdumiona i zraniona.
Cholera. A było tak blisko...

992 czyt.
100%175
candy

opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne i dramaty, użyła 3540 słów i 19067 znaków, zaktualizowała 17 sty o 18:25.

5 komentarzy

 
  • AlexAthame

    AlexAthame · 18 stycznia

    Kobieta w ciąży czasem bardzo się zmienia na dobre.Piekny stan.Niestety jestem mężczyzną wiec nie przeżyje. Ale miała niefortunnie,  że spotkała Roberta.Zastanawiam się kto jest większym psychlem, on czy Jack.Teraz. Wyglada ze juz są blisko pogodzenia.Trzymam kciuki za Cami i Dylana. Kolejna super część

  • niutria

    niutria · 17 stycznia · 201432688

    O matko jakie to wciągające jest!  ❤czekam na ciag dalszy 😍

  • Speker

    Speker · 17 stycznia

    No już myślałem, że będą całusy ale jednak nie. Ale idą w dobrą stronę. Dylan i gotowanie? Postarał się nawet.

  • agnes1709

    agnes1709 · 17 stycznia

    Skoro tata urzęduje w toalecie, to może jego powinni poczęstować tą lasagną? Węgiel bardzo pomaga Czułam, że typ ucieknie, zamiast całować. Wkurzył mnie

  • Lolissss

    Lolissss · 17 stycznia · 211660575

    Ahh ten dupek Robert... mam nadzieje ze i on dostanie za swoje! A co do obecnej sytuacji.. wiedziałam ze nie pyknie ale jeszcze nie teraz... ale widać ze już jest blisko, są na dobrej drodze  
    Cieszę się ze chyba jako jedyna dodajesz systematycznie kolejne części bo w sumie to jedyne opowiadanie do którego wracam! Także do następnego