tylko jeden błąd - 27

*teraz*

Z samego rana obudziło mnie pukanie do drzwi. Przetarłam zaspane oczy. Przez chwilę nie byłam pewna, co w ogóle się działo - dopiero potem zobaczyłam, że jest sobota, ósma rano, Dylan śpi obok mnie, Liam też, ale mimo wszystko ktoś dobija się do drzwi, zakłócając nasz sen. Trochę się przestraszyłam. No dobrze, może nie trochę, ale bardzo. Od razu pomyślałam, że za drzwiami stoi Cooper albo policja, która chce mnie poinformować, że uciekł z więzienia razem z Jackiem.  
- Dylan - syknęłam cicho, szturchając go, ale się nie obudził. Zrobiło mi się zimno ze strachu. Szybko podniosłam się z łóżka i zaczęłam powoli podchodzić do drzwi, po drodze uzbrajając się w pierwszą rzecz, która wpadła mi w ręce - czyli w tym przypadku wazon, który zgarnęłam ze stolika. Zamierzałam się tym bronić, gdyby ewentualny napastnik wyważył drzwi. Na szczęście Dylan miał w drzwiach judasza, do którego ostrożnie się zbliżyłam, by zobaczyć, kto stoi po drugiej stronie. Zdenerwowanie zastąpiła irytacja, gdy zobaczyłam moją mamę.
Otworzyłam drzwi, zanim zdążyła znowu zapukać.
- No, w końcu - zaćwierkała, wchodząc do środka, podczas gdy ja stałam osłupiała. - Dobijam się od pięciu minut. Już myślałam, że was nie ma.
- A gdzie mielibyśmy być w sobotę o ósmej rano? - Zamknęłam drzwi i przetarłam zaspane oczy. Przed kawą stanowczo nie byłam gotowa na wizyty mojej wesołej i gadającej mamy. - Spaliśmy. Tak jak robią to normalni ludzie.
- No co ty mówisz, Camilla, jest już prawie wpół do dziewiątej. Czas to pieniądz, dziecko, nie można go marnować. - Postawiła na podłodze jakieś pakunki, po czym mocno mnie ucałowała. - Boże, całe szczęście, że nie mieszkasz już u tego zbira. A przecież Dylan ci mówił, że było w tym coś podejrzanego. Wcale nie musiałaś się od nas wyprowadzać, co ty sobie w ogóle wymyśliłaś? Swoją drogą, gdzie są moi kochani chłopcy?
Od jej gadania zaczynała mnie boleć głowa. Stanowczo musiałam wypić kawę.
- Śpią. Tak jak normalni ludzie - wymamrotałam. Wzięłam głęboki wdech. - Nie budź na razie Liama, miał ciężką noc. Rozgość się, a ja pójdę się umyć i ubrać.
Dziesięć minut później byłam w kuchni z mamą, robiąc nam kawę. Ona za to bardzo głośno rozpakowywała to, co przyniosła - jakieś pudełka i słoiki z jedzeniem. Miałam ochotę zaoponować, że przecież nie jestem studentką, potrafię sama zrobić sobie obiad, ale ugryzłam się w język. Wiedziałam przecież, że chciała dobrze i w ten sposób okazywała troskę o mnie.
Modliłam się, żeby Dylan już wstał, bo mimo wszystko gadanie mamy zaczynało mnie trochę męczyć. Chyba zbliżał mi się okres i to dlatego byłam bardziej nerwowa niż zwykle. Mama ględziła beztrosko o wszystkim, o nieważnych i błahych sprawach, nie pytając mnie o nic. Zastanowiłam się, ile Dylan jej powiedział. Być może nie przekazał jej wszystkich szczegółów, a może po prostu ona nie chciała ich znać i uważała, że najlepszą terapią będzie pominięcie tematu.
Nie znała nawet szczegółów sytuacji z Jackiem. Nigdy nie dowiedziała się, że go znałam przed gwałtem, myślała, że to był zwykły nieznajomy zboczeniec. Nigdy nie dowiedziała się o wyciętej literze J na moim udzie. Nie wiedziała o sprawach między mną a Dylanem. Myślała, że zerwaliśmy tylko na chwilę z powodu jakiejś kłótni. Po porodzie, gdy Dylan przywiózł mnie do siebie, okłamałam ją, że się pogodziliśmy i że znów jesteśmy razem. Nigdy jej nie powiedziałam, że częściowo obwiniałam Dylana za to, co się stało, a on nie mógł mi wybaczyć, że choć na chwilę pojednałam się z jego największym wrogiem. Nie chciałam jej tego mówić. Po części dlatego, że zapewne wywołałoby to falę pytań i jej gadanie nigdy by się nie skończyło, a z drugiej strony nie chciałam, by patrzyła na mnie tym litościwym wzrokiem, który widziałam przez całą ciążę. Wolałam przedstawiać jej uproszczoną wersję. Od tej pełnej miałam Mike'a albo... samą siebie. Tak było po prostu łatwiej.  
Poczułam niewysłowioną ulgę, gdy do kuchni wszedł Dylan, zapewne zwabiony głosami.
- O - powiedział, wyglądając tak samo jak ja piętnaście minut temu. - Widzę, że mamy gościa.
- W ogóle nas nie odwiedzacie, więc ja musiałam odwiedzić was - powiedziała mama z wyrzutem, który łagodziła uśmiechem. - Przyniosłam wam trochę jedzenia, bo nagotowałam za dużo. Ugotowałam też dla sąsiadki, bo złapała jakąś paskudną grypę. Pewnie zaraziła się od córki, mało to razy ją widziałam, jak chodziła bez szalika? Tak to jest, te młode nigdy nie słuchają starszych, chodzą ze wszystkim na wierzchu, a potem się dziwią, kiedy przychodzi choroba...
Wkrótce zostawiłam ją samą z Dylanem i poszłam do Liama. Zajrzałam mu w buzię i zauważyłam, że jeden ząbek już był całkiem na zewnątrz. Obudził się, więc wyjęłam go z łóżeczka, zmieniłam mu pieluchę, po czym poszłam z nim do kuchni. Dałam go mamie, żeby się nim trochę zajęła, po czym przygotowałam mu na śniadanie kaszkę manną. Burczało mi w brzuchu, bo sama jeszcze nic nie zjadłam, ale cóż, dziecko było ważniejsze. Przejęłam Liama od mamy i zaczęłam go karmić. Pierwsza łyżka weszła gładko, przy drugiej się skrzywił, a trzecią wypluł prosto na moją koszulkę. Głośno westchnęłam i przymknęłam oczy.
- Liam, no jedz... - Starłam sobie z bluzki kaszkę i spróbowałam ponownie. Tym razem nawet nie wziął łyżeczki do buzi, odwrócił się.
- Camilla, źle to robisz - usłyszałam nagle głos mamy, świdrujący moją głowę. Czułam wciąż wzrastający poziom irytacji.
- Co niby źle robię?
- Masz zły nastrój i on to wyczuwa. Daj mi to. - Mama wprawnym ruchem odebrała mi miskę, zanim zdążyłam powiedzieć choćby słowo. Dała Liamowi łyżkę pełną kaszki, a on nagle uśmiechnął się do niej i posłusznie zjadł. Świetnie. Własne dziecko się na mnie wypięło.
- Widzisz? - zwróciła się do mnie mama tonem głosu, którego nie cierpiałam. - Do dzieci po prostu trzeba mieć podejście.
Po tym zdaniu puściły mi nerwy. Żeby nie wściec się przy wszystkich, wymamrotałam przez zęby:
- Zaraz wracam.
Jak burza wyparowałam z kuchni i przeszłam do łazienki. Oddychałam głęboko, ale to nic nie pomagało. Miałam zły dzień, a moja mama niczego nie ułatwiała. Twierdziła, że nie miałam podejścia do dzieci? No tak, w końcu gwałt i facet, który zostawia kobietę w ciąży wyryły mi takie blizny na psychice, że było to dla mnie niemożliwe, by mieć podejście do dzieci. Byłam złą matką, bo nie byłam w stanie nawet nakarmić własnego dziecka.
- Hej... - Usłyszałam, jak drzwi od toalety się otwierają i staje w nich Dylan ze zmarszczonymi brwiami. - Wszystko w porządku?
- Czemu tak sobie tu wchodzisz? - burknęłam, choć dobrze wiedziałam, że to nie na niego jestem zła i że nie powinnam na nim wyładowywać swojej agresji. - Mogłam siedzieć na toalecie.
- Przecież dobrze wiem, że nie z tego powodu tu przyszłaś. - Wszedł do środka i zamknął drzwi za sobą. - Nie wściekaj się. Wiem, że twoja mama jest specyficzna, ale przecież chce dobrze.
- Wypominając mi, że nie mam podejścia do dzieci? - wysyczałam. - Nie dość, że wpada tu bladym świtem, to jeszcze zarzuca mi, że nie jestem dobrą matką. I może ma rację. Własne dziecko nie chce jeść, gdy ja podaję mu łyżkę.
- Ona po prostu...
- Tak, wiem. Jej sposób troski - prychnęłam. - W takim razie, dziękuję za taką troskę. Jestem dorosła. Odpowiedzialna. Staram się, jak mogę. Ona na pewno nie była idealną matką od samego początku! - Uderzyłam prawym ramieniem o półkę pod lustrem. Strąciłam parę kosmetyków, a po chwili poczułam silny ból. Zerknęłam na swoje ramię, którym uderzyłam w ostry kant szklanej półki. Rozciął mi rękę na tyle mocno, że od razu zaczęła krwawić. - No, to pięknie - wywarczałam, obserwując krew, która zaczęła spływać mi po ramieniu.  
Dylan westchnął głęboko, po czym podszedł do mnie i delikatnie ujął mnie za ramię. Na swoje szczęście nic nie powiedział, bo byłam gotowa wybuchnąć. Zamiast tego wziął wacik kosmetyczny, lekko zmoczył go wodą i zaczął zmywać mi krew z ramienia. Nagle się uspokoiłam. Może to jego dotyk zadziałał na mnie tak kojąco, a może ból. Tak czy inaczej, jego bliskość mnie peszyła. Chciałam się odsunąć, ale on cierpliwie ścierał krew, po czym wyrzucił wacik, wziął z szafki kawałek gazy, który następnie przytknął do rozcięcia i wprawnie przykleił go plastrem tkaninowym. Dopiero, gdy puścił moje ramię i na mnie spojrzał, uświadomiłam sobie, że cały ten czas wstrzymywałam oddech. Nie byłam w stanie myśleć, gdy on był blisko.
- W porządku? - spytał.
- Tak - powiedziałam szybko. - Dzięki.
Jego dotyk był taki delikatny, ciepły, niemal czuły. Jeszcze miesiąc temu nie ośmieliłabym się marzyć o tym, żeby dotknął mnie w ten sposób. Miałam mętlik w głowie. Czy on coś w ogóle do mnie czuł, czy to ja po prostu widziałam to, co chciałam widzieć?

✰✰✰

*kiedyś*

Planowaną wizytę u lekarza musiałam przesunąć na dwa tygodnie później, ponieważ dostałam wezwanie do sądu na rozprawę. Od momentu przeczytania listu wszystko wypadało mi z rąk, tak się denerwowałam. Wiedziałam, że znowu zobaczę Jacka, że znowu będę musiała przytaczać ten okropny dzień, nie wiedząc nawet, czy coś osiągnę. A jeśli przegram? Jeśli nie będzie dowodów? Jeśli Jacka uniewinnią i wypuszczą, a on będzie mnie gnębił do końca moich dni?
- Chyba żałuję, że się zgodziłam. Teraz nie mogę nawet zasnąć ze stresu. A co, jeśli nie będzie wystarczających dowodów? - panikowałam.
- Na pewno wszystko będzie dobrze - uspokajała mnie Kathy. - Prawo stoi po twojej stronie.
- Ale i tak wszystko może się zdarzyć.
- Będę tam z tobą. Będzie też Mike. Twoi rodzice. Będziesz miała w nas wsparcie. Zobaczysz, że wszystko się uda.
Jej słowa nie trafiały do mnie, ale i tak kiwałam głową.  
Dzień przed rozprawą zaczęłam się gorliwie modlić. Nie miałam pojęcia o sądowych procesach, o prawie, o tym całym bajzlu. Chciałam tylko jednego - żeby Jack został skazany, żeby zgnił w więzieniu, żeby już nigdy nie dotknął mnie ani żadnej innej dziewczyny na tej planecie. Tylko tego chciałam.
Dzień rozprawy był dla mnie jedną wielką białą plamą. Odczuwałam też ogromne mdłości i tuż przed rozpoczęciem procesu byłam zmuszona pobiec do łazienki. Ledwo dotarłam do ubikacji. Na szczęście większość z nich była wolna, bo inaczej byłam pewna, że zwymiotowałabym prosto na podłogę.
Byłam tak zestresowana, że nie byłam w stanie później powtórzyć, co dokładnie się działo. Pamiętam tylko, że poprosiłam, by Jack nie był obecny na sali, gdy będę składała swoje zeznania. Sędzia uwzględnił moją prośbę i dzięki temu mogłam złapać oddech. Po raz kolejny powtórzyłam wszystko, co się stało. Później mówił Jack, a ja niemal zatykałam uszy, byle tylko nie słyszeć jego skrzypiącego, okropnego głosu. Chyba mówił coś, że mnie kochał. Że byłam dla niego ideałem, a on sam nie widzi nic złego w tym, co zrobił.  
Byłam w jakimś transie aż do ogłoszenia wyroku. Nie usłyszałam nawet tego, co mówił sędzia. Wszystko powiedziały mi twarze moich rodziców oraz Mike'a, który potem osobiście wszystko mi powtórzył, kiedy już się trochę uspokoiłam. Zeznania moje oraz Mike'a być może by nie wystarczyły, by skazać Jacka, ale badania laboratoryjne potwierdziły, że sperma, którą znaleziono w wymazie z mojej pochwy należała do niego. Dodatkowo kamery wokół klubu zarejestrowały mnie, kiedy wychodziłam na zewnątrz z Robertem. Chwilę po nas wyszedł Jack i poszedł w przeciwną stronę. Zrobił to po to, by czyhać na mnie od drugiej strony. Gdyby poszedł za nami, na pewno bym go zauważyła. Później obraz był ciemniejszy, ale widać było na nim Jacka zmierzającego z powrotem drogą, którą szedł wcześniej oraz błysk noża, który chował do kieszeni. Dostał dziesięć lat. Dotarło to do mnie dopiero po kilku godzinach. Byłam wolna, a Jack miał siedzieć w więzieniu. Już nie mógł mnie dopaść.
Gdy tylko wróciłam do domu, opadłam na łóżko i spałam kilka ładnych godzin. Dopiero wtedy spłynął ze mnie ten cały stres i gdy się obudziłam, serce już nie galopowało mi tak gwałtownie i byłam w stanie się znowu uśmiechać bez drżenia warg. Dopiero wtedy poszłam z powrotem do lekarza.
Byłam w dziewiątym tygodniu. Dziecko - jak podawał Internet - miało rozmiar wiśni. Zawsze lubiłam te owoce, więc nieco bawiła mnie wizja noszenia takiej wisienki w brzuchu. Moje piersi zrobiły się obrzmiałe i jakby większe, co było dla mnie sporą nowością, ponieważ zawsze były raczej małe. Ciągle oczywiście biegałam do toalety. Ku mojemu początkowemu niezadowoleniu przytyłam półtora kilo. W dodatku moja twarz wyglądała, jakby ktoś obsypał mnie przyprawami - ciągle pojawiały mi się jakieś krosty, wypryski. Na początku irytowało mnie to, ale potem pomyślałam sobie, że to znaczy, że dziecko żyje, rozwija się i jest z nim wszystko w porządku. Od tej pory każda nowa krosta mnie cieszyła. Brzmiało to idiotycznie, ale podtrzymywało też radość i nadzieję.
Jedna rzecz jednak mnie nie cieszyła - miałam wyraźnie podwyższone libido. Nigdy nie odczuwałam tego aż tak mocno, a teraz na dodatek nie mogłam nic z tym zrobić. Chodziłam poddenerwowana i marzyłam o kimś, kto mógłby mnie porządnie "rozruszać". No właśnie - o kimś, czy o Dylanie? Bardzo chciałam znowu czuć na sobie ciało Dylana, ale... zawsze w tym momencie pojawiały się myśli z wieczora, kiedy zostałam zgwałcona. Choć próbowałam, nie potrafiłam przekroczyć tej bariery, nawet w myślach. Zawsze wtedy czułam nagły niepokój, strach, kuliłam się w sobie, choć przecież fizycznie nikogo oprócz mnie nie było.
Czekając w przychodni, myślałam tylko o zdjęciu, które prawdopodobnie dostanę, o tej małej wisience w moim brzuchu. Badanie ponownie miało być wykonane przez pochwę, ale wyjątkowo mi to nie przeszkadzało. Nie chciałam tylko patrzeć na tę cholerną bliznę na udzie.
- No dobrze, co my tu mamy... - Lekarz wpatrzył się uważnie w ekran. - Na pewno możemy stwierdzić, że ciąża nie jest pozamaciczna. Nie widzę żadnych krwiaków ani innych nieprawidłowości. A tutaj... - Nagle coś kliknął i obraz się powiększył. - Mamy dzidziusia. - Znowu coś kliknął i nagle usłyszałam dudniący łomot. Otworzyłam szeroko oczy.
- Czy to...?
- Tak. Bicie serca. - Lekarz uśmiechnął się do mnie szeroko. Zapewne widział już taki widok setki razy, ale w tym momencie poczułam, jakby cieszył się tak samo jak ja. Jakby wszystko ze mną współodczuwał. - Dziecko jest zdrowe, ma prawidłowe wymiary, tętno w porządku...
Znowu się popłakałam, jak dziecko, znowu siedząc bez majtek. Nie umiałam się powstrzymać. Kto by się przejmował takimi detalami, kiedy właśnie słyszałam bicie serca swojego dziecka? Płakałam częściowo ze szczęścia, a częściowo z żalu. Żałowałam, że obok mnie nikogo nie było. Żadnego ojca dziecka, którego mogłabym złapać za rękę i który też byłby szczęśliwy, patrząc na ekran.
Wyszłam z gabinetu, w dłoni ściskając kurczowo zdjęcie z USG. Obraz musiał zostać powiększony, żeby wyraźnie było widać na nim dziecko. Cały czas na to zerkałam, na tę małą fasolkę - wisienkę - i nie mogłam się nadziwić, jakie piękno człowiek może stworzyć. Dobrze, że nie malowałam rzęs tuszem, bo na pewno cały by mi się rozmazał.
Wracając do domu stwierdziłam nagle, że nie chcę już być sama, że chcę się podzielić tym zdjęciem. Oczywiście wysłałam je Mike'owi i rodzicom, ale wciąż czułam niedosyt. Najważniejsza osoba wciąż o niczym nie wiedziała. Emocje wzięły górę i dlatego na następnym przystanku wysiadłam z autobusu, by wsiąść do innego, jadącego w przeciwnym kierunku. Jechałam do Dylana.
Serce waliło mi jak młotem, kiedy dotarłam do jego bloku. Wchodziłam po schodach z duszą na ramieniu. Nie miałam w głowie żadnego planu, jak mam mu to powiedzieć. Po prostu chciałam mu pokazać to zdjęcie, chciałam, żeby poczuł to, co ja. Wzięłam głęboki oddech i delikatnie zapukałam do jego drzwi.
Czekałam, ale nikt mi nie otworzył. Zapukałam drugi raz, tym razem głośniej. Wciąż nic. Westchnęłam ze zrezygnowaniem. Wyraźnie nie było go w domu. Chciałam do niego zadzwonić, ale przez głowę przeszła mi myśl, że być może nawet nie odbierze ode mnie telefonu, nie będzie chciał ze mną rozmawiać. A ja przecież musiałam mu to powiedzieć.
Postanowiłam zaczekać, aż wróci. Osunęłam się po drzwiach, by usiąść na zimnej podłodze. Czekałam.  
Minęła godzina. Półtorej. Dwie. Byłam już mocno zniecierpliwiona, w dodatku bardzo pilnie musiałam iść do toalety, ale ciągle sobie powtarzałam, że jeśli posiedzę tu jeszcze chwilę, to Dylan w końcu się zjawi. Później dopadła mnie myśl, że może on w tym momencie był z jakąś dziewczyną. Od razu zrobiło mi się zimno. Podniosłam się pokracznie, owinęłam szalikiem i westchnęłam cicho. Pierwsza próba zakończyła się fiaskiem.

980 czyt.
100%205
candy

opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne i dramaty, użyła 3359 słów i 17714 znaków, zaktualizowała 15 sty o 22:45.

5 komentarzy

 
  • agnes1709

    agnes1709 16 stycznia

  • AlexAthame

    AlexAthame 16 stycznia

    I znowu miałem chwilę radości w moim życiu bo przeczytałem sobie kolejny rozdział.  
    Kiedyś. Bidulka. Jestem cały z nią, oczywiście w ubraniu i niewidzialny, bo w tym czasie poza Mikem i Dylanem nie chciałaby widzieć nikogo innego z męskiej rasy. Mam nadzieję, ze Jack będzie siedział 10 lat i nie wypuszczą go po dwóch, jak to się dzieje w moim kraju. Przesyłam zatem Camilli niewidzialne   i z dużą ilością bezwarunkowej i bezinteresownej Mam nadzieję, że ultra sondy nie będą zbyt częste, bo to szkodzi. Pamiętam jak moja dzidzia zawsze zatykała uszka. Przy drugim dziecku...Nigdy nie zapomnę tego widoku.( sad)
    Teraz. No cóż muszę jej (Camilla) wybaczyć, bo w końcu rosną jej ząbki, Dylan ma okres i Liamm za dużo mówi, a mama nie chce jeść zupki. Ale jest nadzieja, że znowu (Camilla) się skaleczy i ktoś na kim jej najwięcej zależy, znajdzie się blisko. Szkoda, że jej odczuwanie uczucia jest tak jednostronne. Ale jest nadzieja, że w końcu usłyszy ,,Kocham Cię" od Dylana i wówczas nawet wizyty mamy z obiadkiem o 7:45 am będą mile widziane. Bidulka, nie pomyślała, iż lepiej, że to mama przyszła, niż gdyby mieli to być Świadkowie Jehowy.

  • Lolissss

    Lolissss 15 stycznia ip:18548129

    Tak w ogole to aż czytam drugi raz to opowiadanie już spokojniej i coś mi się w oczy rzuciło- zostawił mnie w ciąży- czyżby spojler co do kolejnych części ze Dylan najpierw odrzucił dziecko? :o nie mogę się w takim razie doczekać kolejnych i powodzenia na egzaminach !!

  • Speker

    Speker 15 stycznia

    Pamiętam jak ja towarzyszyłem podczas takiego USG, naprawdę emocje są nie do opisania.
    Cieszy mnie fakt, że Dylan zbliża się coraz bardziej.
    Dziękuję.

  • Lolissss

    Lolissss 15 stycznia ip:517348

    Nie wiem czemu ale czytając o niej i Dylanie teraz jakoś mi tak ścisnęło brzuch.. chyba z radości ze się do siebie zbliżają. A mamy zawsze takie są, co poradzić... No nic nie zrobisz