tylko jeden błąd - 26

*kiedyś*

Mike ostatecznie przekonał mnie, by skierować sprawę na drogę sądową i moje myśli coraz częściej biegały właśnie w tym kierunku. Rozmawiałam o tym z Kathy, która też potwierdziła, że to najwłaściwsze rozwiązanie i powiedziała, że jeśli tylko chcę, będzie przy mnie w najtrudniejszych momentach.
Ponownie poszłam na policję, by ponowić zeznania. Poprzednie były nieco chaotyczne, bo byłam jeszcze zbyt roztrzęsiona, by o tym mówić. Teraz jednak powiedziałam wszystko, co pamiętałam, dokładnie i rzeczowo. Choć nadal nie było łatwo mi o tym mówić, cały czas powtarzałam sobie, że jeśli tylko przez to przebrnę, to Jack zgnije w więzieniu i już więcej mnie nie skrzywdzi. Mike też złożył zeznania, a później podpisaliśmy protokół, który wkrótce razem ze wszelkim materiałem dowodowym miał zostać wysłany do prokuratora. Pozostawało tylko czekać.
Najtrudniejsze jednak okazało się dla mnie potwierdzenie tożsamości Jacka. Wcześniej mi tego oszczędzono, bo musiałam dojść do siebie. Wydawało mi się, że jestem gotowa, ale gdy prowadzili mnie do sali, w której siedział Jack, serce kołatało mi jak przy arytmii, jakbym lada chwila miała dostać zawału.
Mike, widząc, jak się denerwowałam, ponownie chwycił mnie za rękę. Opanowałam chęć wyrwania się. Znoszenie dotyku nadal przychodziło mi z trudem, ale odkryłam, że pomaga mi, kiedy wewnętrznie sobie coś tłumaczę - dokładnie i rzeczowo, jak dziecku, które o niczym nie ma pojęcia. Słuchałam siebie. Nie mówiłam sobie kłamstw, a jedynie fakty. Moje ciało i umysł wiedziało, że Mike nie był tym złym, że jego dotyk nie mógł mi zrobić żadnej krzywdy.
- Nie denerwuj się. Mają tu lustro weneckie. Jack nawet cię nie zobaczy.
- Ale ja go zobaczę - odpowiedziałam cicho. Chociaż właściwie, czy to miała być dla mnie jakaś nowość? Jacka widywałam niemal co noc. Przychodził do mnie w koszmarach. To jednak nie było to samo, co zobaczyć go na żywo. Brałam głębokie wdechy, licząc, że mnie to uspokoi, ale jedyne co spowodowały, to mroczki przed oczami i lekki zawrót głowy. Mike mnie podtrzymał.
- Nie denerwuj się - powtórzył, wyłącznie zatroskany. - To będzie tylko chwila. Już zaraz stąd pójdziemy.
Łatwo było mu mówić. Ja czułam jedynie zawroty i mdłości, na pewno nie spokój. Wzięłam jednak ostatni uspokajający oddech i zaczęłam sobie powtarzać: on cię nawet nie zobaczy. Będzie widział tylko swoje odbicie.
W końcu odważyłam się spojrzeć przez szybę. Ręce mi drżały, więc objęłam się ramionami i patrzyłam. Patrzyłam bez końca.
- Tak. To on.
Mój głos był dziwnie mechaniczny. Choć to była tylko formalność i mogłam sobie już iść, nagle wrosłam w ziemię. Patrzyłam na Jacka, który siedział przy stole w pomarańczowym kombinezonie i wyglądał jak duże dziecko, które zostało ukarane przez rodziców. Nie wyglądał na gwałciciela. Wyglądał tak jak zawsze - jak wysoki, dziecinny chłopak, który niezbyt ogarnia rzeczywistość, który jest zawsze trochę z boku. Minę miał obojętną. Patrzył przed siebie, a więc prosto na mnie, choć widział jedynie swoje odbicie. Zastanowiłam się nagle, czy wiedział, że jestem po drugiej stronie. Czekałam, aż uśmiechnie się jakimś obrzydliwym uśmiechem, da jakiś znak, ale nic nie zrobił. Wyglądał, jakby było mu wszystko jedno. To pozwoliło mi oderwać wzrok od tej cholernej szyby. Niemal wybiegłam na zewnątrz.
Po chwili dogonił mnie Mike.
- Byłaś dzielna - powiedział, uśmiechając się do mnie krzepiąco. Zadrżałam lekko, gdy zawiał ostry wiatr. Jak ja nienawidziłam zimy.  
Mike zauważył ten gest.  
- Zimno ci?
- Oczywiście. Mnie zawsze jest zimno - zauważyłam.
- Chcesz już wracać do domu?
Czy chciałam? Po części tak. Chciałam zamknąć się w pokoju, zajrzeć do internetu i poczytać, co w tej chwili dzieje się z moim dzieckiem. Choć lekarz zapewniał mnie, że nie miałam się czym martwić, to ja i tak cały czas czułam ciągły niepokój. W każdej chwili mogło się coś popsuć.
Ale z drugiej strony, coś mi mówiło, że nie powinnam się zamykać na ludzi i na świat. Jasne, dalej cholernie się wszystkiego bałam. Nienawidziłam być sama. Czasem, gdy budziłam się w nocy, szłam sprawdzić, czy rodzice na pewno są w domu. Słuchałam ich miarowych oddechów i cieszyłam się, że nie muszę być sama, że w razie czego ktoś ze mną jest. Kathy twierdziła, że panowałam nad bólem, nad emocjami, nad zespołem stresu pourazowego. Nie byłam tego taka pewna, ale chciałam, żeby tak było. Chciałam znowu być normalna, a nie było na to innego sposobu, niż po prostu zacząć. Może było za wcześnie, a może nie. Może będę tego żałować, a może po prostu się z tego ucieszę. Nie byłam sama - byłam z Mikiem. W dodatku był słoneczny dzień. Śnieg błyszczał w tym słońcu i wyglądał pięknie. Cały krajobraz był cichy i spokojny. Jakby na świecie nie mogło się wydarzyć już nic złego.
Mike patrzył na mnie pytająco, kiedy toczyłam walkę sama z sobą. Po dłuższej chwili wykrztusiłam:
- Może... pójdziemy gdzieś. Napić się herbaty. Potem wrócę do domu.
- Jesteś pewna?
Stres na mojej twarzy musiał być aż nadto widoczny, ale odpowiedziałam twardo:
- Tak.
Wiedziałam, że minął dopiero miesiąc, odkąd to się stało. Że zespół stresu pourazowego nie minie po trzydziestu dniach, że to nie będzie wyglądało tak kolorowo. Ale jeśli czułam się na siłach, by choć przez chwilę czuć się jak normalny człowiek i po prostu napić się z przyjacielem herbaty, to zamierzałam to wykorzystać.

✰✰✰

Mike zorientował się, że gdy tylko robiło się ciemno, na mojej twarzy pojawiał się grymas strachu, więc zadbał o to, żebym była w domu przed zmrokiem.
- Dziękuję - powiedziałam zmęczonym tonem. Męczyłam się dużo szybciej niż kiedyś - może przez ciążę, a może przez stres. Przez to wszystko - oraz moją wewnętrzną blokadę - nie potrafiłam nawet wyrazić, jak bardzo byłam Mike'owi wdzięczna za to, że był przy mnie i że rozumiał mnie bez słów.  
- Nie ma sprawy - uśmiechnął się do mnie. - Jakby co, od razu do mnie pisz. Rozumiemy się?
- Pewnie.
- Dobranoc.
Patrzyłam, jak odchodzi w stronę samochodu, po czym weszłam do domu i od razu zamknęłam drzwi na klucz. Powoli rozebrałam się z szalika, kurtki i butów, po czym przeszłam od razu do łazienki. Miałam ochotę na długą i gorącą kąpiel, ale wiedziałam, że w ciąży nie mogę sobie na takową pozwolić, więc z żalem stwierdziłam, że będę musiała zaserwować sobie niepełną wersję. Nalałam wodę jedynie odrobinę cieplejszą, a nie wrzącą i nastawiłam sobie stoper, by przypadkiem nie zasnąć w wannie. W końcu zanurzyłam się w ciepłej wodzie i zaczęłam rozmyślać.
We wszystkich witrynach sklepowych pojawiły się walentynkowe dekoracje. Była już prawie połowa stycznia, więc Walentynki były za pasem. Chciało mi się płakać, gdy myślałam o zeszłorocznych walentynkach. Mój pierwszy pocałunek z Dylanem, początek związku. Kto by pomyślał, że nasza historia tak się potoczy.
Po kąpieli owinęłam się szlafrokiem, wilgotne włosy odgarnęłam do tyłu i poszłam zrobić sobie herbatę, przy okazji rozmawiając chwilę z rodzicami. Później przeszłam do pokoju i włączyłam laptopa.  
Zbliżałam się do siódmego tygodnia ciąży i niemal codziennie czytałam, co się w danym tygodniu dzieje z dzieckiem. Umówiłam się też ponownie do lekarza. Byłam na tyle niecierpliwa, że najchętniej poszłabym do niego od razu w piątym lub szóstym, ale chciałam dostać zdjęcie z USG, a w szóstym tygodniu dziecka mogłoby jeszcze na nim nie widać. Nie chciałam się rozczarować, dlatego nakazałam samej sobie jeszcze trochę się wstrzymać.  
Zapatrzyłam się w zdjęcie moje i Dylana w ramce. Przez chwilę analizowałam je pod każdym możliwym kątem. Nie byłam w stanie go wyjąć z tej ramki. Tęskniłam za nim, nie było co ukrywać. Czy on w ogóle tęsknił za mną? Nie odzywał się, nie pisał, nie pytał o nic. Częściowo to też sprawiało, że bałam się powiedzieć mu o ciąży - ta przeklęta cisza. Jakbym z dnia na dzień przestała dla niego istnieć.

✰✰✰

*teraz*

Liam znowu zaczął rano grymasić, dziąsła miał opuchnięte. Dawałam mu gryzaki i smarowałam żelem chłodzącym, ale niewiele to dawało. Przez to nie mogłam się skupić na ugotowaniu czegokolwiek dla niego, a z moimi umiejętnościami kucharskimi - a raczej ich brakiem - nie mogłam gotować "na oko", bo byłoby to po prostu niezjadliwe. Niestety, siedziałam w tym sama, bo Dylan wychodził do pracy.
- Poradzisz sobie? - spytał, zawiązując krawat.
- Poradzę.
- Mogę zostać...
- Nie trzeba - zaoponowałam stanowczo. - Dam sobie radę. Nie jestem jakąś sierotą, tylko matką.
- Spokojnie. - Dylan podniósł ręce w geście kapitulacji. - To było tylko pytanie. Jeśli poradzisz sobie sama, w porządku.
- No, chyba, że Elena wpadnie - powiedziałam nieco zgryźliwie, ale wciąż nie opuszczało mnie nieustające rozbawienie, kiedy myślałam o tej dziewczynie.
Dylan wywrócił oczami.
- Będziesz mi ją wypominać do końca życia, prawda?
- Zastanawiam się tylko, co takiego w niej zobaczyłeś. Tę pełnię uczuć?
- Nie odpowiem na to pytanie. - Dylan wziął komórkę do ręki i skierował się w stronę drzwi.
- Czemu? - drążyłam temat, idąc za nim jak namolny piesek, trzymając Liama na biodrze. - Tak właściwie to była całkiem urocza. Mogłaby tu czasem wpadać. Umie gotować obiady? Zapłacę jej.
- Przestań. To była po prostu pomyłka. - Dylan szybko założył płaszcz, unikając mojego wzroku. - Dobra, muszę już iść.
- Pożegnaj się z tatą, Liam. - Podniosłam dziecko do góry i dałam Dylanowi do ucałowania. - A my może zaraz pójdziemy na zakupy, co? - zwróciłam się do małego, który odpowiedział mi jedynie bąbelkiem śliny.
- Lepiej nie wychodź, jest ślisko - powiedział Dylan, już jedną nogą będąc za drzwiami, ale jeszcze odwrócił się w moją stronę. - Jak chcesz, to ja zrobię zakupy albo pojedziemy razem, wieczorem.
- W porządku.
Zamknęłam za nim drzwi, po czym wróciłam do kuchni. Usadziłam Liama w nosidełku i jeszcze raz spojrzałam na przepis. W głowie jednak miałam sytuację sprzed chwili. Patrzcie państwo - byliśmy prawie jak normalna, zdrowa rodzina.
Włączyłam radio i przełączyłam na stację dla dzieci, co spowodowało, że Liam przynajmniej na chwilę skupił się na czym innym niż na bólu wychodzących zębów, a ja po raz kolejny przymierzyłam się do gotowania zupki, choć oczami wyobraźni już widziałam ją wyplutą na ścianę.

✰✰✰

Tak jak obiecał Dylan, wieczorem pojechaliśmy na zakupy wszyscy troje. On robił za kierowcę i niańkę do dziecka, a ja po raz pierwszy od dłuższego czasu poczułam odrobinę wolności. Rzadko bywały takie chwile, kiedy nie musiałam zajmować się Liamem i choć buszowanie po sklepie nie było luksusowymi wakacjami pod palmami, to sprawiło mi to całkiem dużo przyjemności. Czułam, że chyba zbliża mi się okres, więc obok rozsądnych zakupów położyłam też tabliczkę czekolady. Potem przeszłam jeszcze do drogerii, gdzie kupiłam sobie nowy olejek do twarzy, odżywkę do włosów oraz szminkę. Dylan patrzył na wszystko z uniesionymi brwiami.
- No co? - zapytałam niewinnie.
- Po co ci tyle tego?
- A ty nie używasz kosmetyków?
- Nie używam szminek i olejków do twarzy. Odżywki do włosów w sumie też.
- Bo jesteś facetem, a ja nie. Liczę, że to już zauważyłeś. Poza tym, co się tak na mnie uwziąłeś? - Też uniosłam brwi, choć czułam już, że ton naszych rozmów się zmienił - kiedyś Dylan powiedziałby to głosem ociekającym złośliwością, a teraz było to jedynie przekomarzanie się. - Chcesz mi powiedzieć, że używasz tylko wody i mydła? Błagam cię.
- W większości tak.
- Perfumy, krem do golenia, woda po goleniu... - Zaczęłam wyliczać.
- Dobra, wygrałaś - parsknął. - Chodźmy już zapłacić.
Przy kasie zewsząd patrzyły na mnie miśki, lizaki w kształcie serc i krzyczące czerwone laurki. Prychnęłam ze zdumienia, gdy zobaczyłam też prezerwatywy z przyklejoną do nich karteczką "walentynkowa promocja".
- Czemu tak prychałaś? - spytał mnie potem Dylan, uruchamiając silnik. - Już myślałem, że się czymś dławisz.
- W takim razie dziękuję ci za ratunek - powiedziałam zgryźliwie. - Prychałam na prezerwatywy.
Brwi Dylana podjechały jeszcze wyżej.
- A co one ci takiego zrobiły?
- Nic mi nie zrobiły. To walentynki mnie irytują.
Na chwilę zapadła cisza. Wyraźnie Dylan myślał o tym samym co ja - o naszych walentynkach dwa lata temu, o naszym początku.
- Zdawało mi się, że lubisz walentynki.
- Lubiłam - skwitowałam krótko. - Teraz to dzień jak każdy inny. Nie mam przy sobie żadnej Eleny, na którą mogłabym przelać pełnię uczuć - dodałam, chcąc rozluźnić atmosferę.
Dylan ciężko westchnął.
- Ja też nie mam. Mówiłem ci przecież, że z nią zerwałem.
- Wielka szkoda. Tak wspaniale zmieniała pieluchy.
- Walentynki wcale nie muszą być dniem jak każdym innym - powiedział nagle Dylan, zerkając na mnie z ukosa.  
Byłam ciekawa, co miał na myśli.
- Coś proponujesz? - spytałam, uśmiechając się lekko.
- Nie wiem. Może to ja w tym dniu zrobię obiad - rzucił lekko, też narzucając żartobliwy ton, ale nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że nie to chciał powiedzieć.
- Byłoby wręcz wspaniale.  
Tym razem to Dylan poszedł pierwszy spać. Ja położyłam się około godzinę po nim, z wilgotnymi włosami, których nie chciało mi się suszyć. Ułożyłam się wygodnie, ale jakoś nie mogłam zasnąć. Spojrzałam na Dylana. Buchało od niego takie ciepło, że równie dobrze mogłabym nie mieć na sobie piżamy, a i tak bym nie zmarzła. Bardzo chciałam się do niego przytulić, ale wolałam nie wiedzieć, co by pomyślał, gdyby się obudził i zobaczył mnie wtuloną w niego. Zresztą, to uczucie zaraz zniknęło, gdy nagle podświadomość podsunęła mi obraz Coopera. I Jacka. Dwóch pieprzonych drani.  
Tak gwałtownie wciągnęłam powietrze, że aż Dylan się obudził.
- Coś nie tak? - spytał zaspany.
- Wszystko dobrze. Śpij.
Zasnął ponownie, a ja wpatrzyłam się w sufit. Poważnie, czy moje życie już do końca miało tak wyglądać?

1 402 czyt.
100%185
candy

opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne i dramaty, użyła 2770 słów i 14644 znaków

Komentarze (5)

 
  • angie

    angie 15 stycznia

    Chociaż nie lubię różu, to opowiadanie ładnie napisane. Poprawnie. Wciąga. Brakuje mi tylko dopełnienia jak skończył gwałciciel i jakie emocje przeżywała bohaterka. Wiem, że chciałaś przeskoczyć czas i pokazać, że wyszła na prostą. Ale ile po drodze musiało się dziać. Choćby sprawa dziecka, które, choć niewinne, jest żywym, codziennym przypomnieniem...  

  • niutria

    niutria 12 stycznia ip:8320242

    Kooooooocham!

  • agnes1709

    agnes1709 11 stycznia

    Postanowione - też idę na studia!, widzę, że pomagają wenie Miszcz!

  • AlexAthame

    AlexAthame 11 stycznia

    Następny bardzo dobry odcinek.Biorac pod uwagę wiek autora jestem pod wrażeniem. Znajomość tych wszystkich spraw.Dojscie do siebie po gwalci jest długie. Czasami albo zawsze zostawia ślad. Kiedy czytam teraz nie widać tego ale z pewnością siedzi to gdzieś w Cami. Wracając jeszcze do gwałtu. Jeden drugiemu nie równy. I jaka powinna być kara?Śmierć?  Kto wie czy wówczas byłoby mniej żywych ofiar.Bardzo ciężka sprawa.Wiem na pewno ze pewne rodzaje tego czynu są sprawa ducha i żadna terapia nie pomoże. Szczegolnie jeżeli dotyczy to dzieci.Dziwne ze w prawie Mojżesza nie ma wymienionego tego czynu.Czyzby Bóg nie przewidział ze człowiek może upaść tak nisko? W każdym razie żeby zakończyć optymistycznie, opowiadanie jest klasy Q.Brawo     

  • Speker

    Speker 11 stycznia

    Normalna rodzina, nie ma co twarz Jacka i jej wyraz nasuwa mi tylko jedną myśl- psychicznie chory. Mike jak zwykle okazał się the best.. Dobrze jest mieć kogoś na kim można bezwarunkowo polegać. Dylan coś kombinował na Walentego? No proszę, zmienia się facet- cholernie mu zależy.  
    Tak gadasz, że niby sesja niby brak czasu a tu rozdział za rozdziałem. Jesteś wielka ! Dziękuję