tylko jeden błąd - 21

*teraz*

Obudziłam się po jakimś czasie, nie bardzo wiedząc, co się stało i gdzie jestem. Odpowiedź na drugie pytanie dostałam bardzo szybko, gdy tylko otworzyłam oczy. Zobaczyłam, że jestem w szpitalu. Musiała być noc, bo wszędzie panował półmrok. Światło dawały jedynie podłączone do mnie maszyny. Na fotelu obok leżał Dylan, spał skulony. Przyglądałam mu się przez chwilę, po czym wspomnienia uderzyły mnie z całą siłą.
Nowe mieszkanie. Cooper. Jego dotyk na mojej skórze. Ten obrzydliwy szept. Ostatkiem sił powstrzymałam torsje. Nagle całkowicie się rozbudziłam. Ponownie zalała mnie fala paniki, ale nie dałam się jej. Wzięłam głęboki oddech i zaczęłam sobie powtarzać szeptem:  
- Nic ci nie grozi. Jesteś bezpieczna. Jesteś bezpieczna. Nic ci się nie stanie.
Poczekałam, aż oddech mi się wyrównał, po czym z powrotem opadłam na poduszki. Miałam wiele pytań, ale nie chciałam budzić Dylana, więc postanowiłam jeszcze raz przeanalizować sytuację. Pamiętałam, jak do mieszkania wchodziła policja, więc na pewno Cooper został aresztowany, a policja dokładnie przeanalizowała jego "biznes" i wiedziała, co ten człowiek zrobił, czego mogą się po nim spodziewać. Czy było więcej takich kobiet jak ja? Na pewno. Tylko być może nie każda miała tyle szczęścia.
Jeszcze raz spojrzałam na Dylana. Wzrok przyzwyczaił mi się już do ciemności i zobaczyłam, że rękę miał owiniętą lodem. Nigdzie nie widziałam Liama. Z jednej strony to dobrze, że Dylan nie przywiózł dziecka do szpitala, gdzie dominowały zarazki oraz wszechogarniające uczucie strachu. Miałam pewność, że Liam był bezpieczny i to mnie uspokajało, choć z drugiej strony bardzo chciałam przytulić synka do siebie.
Usłyszałam jakiś ruch przy drzwiach i automatycznie skuliłam się ze strachu. Po chwili zobaczyłam jednak, że to tylko dyżurna pielęgniarka. Odetchnęłam z ulgą, choć serce biło mi jak szalone.
- Nie śpi pani. - Pielęgniarka podeszła do mnie powolnym krokiem i zapaliła delikatne światełko nad łóżkiem. - Obudziłam panią?
- Nie, obudziłam się przed chwilą. Która jest godzina?
- Wczesna. Dopiero świta. Przyszłam panią zbadać.
Pozwoliłam, by wykonała podstawowe czynności, po czym zapytałam:
- Czy wie pani, gdzie jest moje dziecko?
Pielęgniarka schowała stetoskop do kieszeni fartucha i obdarzyła mnie lekkim uśmiechem. Wyraźnie była zdziwiona moim względnym spokojem.  
- Niech się pani o nic nie martwi. Słyszałam, że pani synek jest z pani rodzicami. Pani oprawcę aresztowano. Teraz niech się pani skupi tylko na dojściu do siebie.
Wciąż czułam niepokój, ale informacje od pielęgniarki podziałały na mnie kojąco, więc tylko skinęłam głową i czekałam, aż niepokój minie.
- Dziękuję. Jeszcze jedna prośba... - dodałam, czując, że na nowo ogarnia mnie senność. - Gdybym zasnęła, a on się obudził... - Wskazałam na Dylana. - Proszę mu powiedzieć, żeby poszedł do domu i tam się porządnie wyspał, dobrze? Tutaj połamie sobie kręgosłup.
Pielęgniarka uśmiechnęła się do mnie ciepło i przykryła moją dłoń swoją.
- Już mu to mówiłam, ale on stanowczo odmówił. Nie odchodził od pani nawet na krok. Był tu cały czas.  

✰✰✰

*kiedyś*

W pewnym momencie chłód zamienił się w ciepło, wiatr przestał huczeć, ból nieco zelżał. Miałam wrażenie, że frunę, lewituję, cokolwiek. Nie byłam w stanie jednak otworzyć oczu. Czułam, że wokół coś się działo, ale w mojej głowie była pustka, cisza, która aż krzyczała. Nie chciałam otwierać oczu, bo to by znaczyło, że wróciłabym do żywych, a ja wcale nie byłam pewna, czy tego chciałam.
Czułam się zbezczeszczona, brudna, zużyta, jak lalka, którą ktoś sobie wziął, a potem wyrzucił na śmietnik, poniszczoną, już nic nie wartą. W głowie mi się nie mieściło, jak mogłam nie zauważyć znaków, jak mogłam się nie domyślić. Czy to była moja wina? Może faktycznie powinnam poświęcić Jackowi więcej uwagi? Może to wszystko by się nie stało. Nic z tych złych rzeczy.
Choć próbowałam zapaść się w pustkę, ona się ode mnie oddalała, a ja coraz bardziej zbliżałam się do rzeczywistości. W końcu byłam już świadoma tego, gdzie byłam. Usłyszałam syrenę, podniesione, rozgorączkowane głosy. Ktoś trzymał mnie za rękę. Nie miałam siły się wyrwać. Wiedziałam tylko, że to nie była ręka Jacka.
Chyba zasnęłam. Może straciłam przytomność. Tak czy inaczej, na chwilę zrobiło się bardzo ciemno, a później wszystko odczuwałam już wyraźnie. Głosy ostre jak brzytwa przecinały mój mózg, a ja kuliłam się w sobie, chcąc uciec, zostać sama, skulić się w kącie i już nigdy się nie poruszyć.
- Camilla, trzymaj się, wszystko będzie dobrze. - Głos drżał, jakby od powstrzymywania płaczu, ale głos był męski, a przecież mężczyźni nigdy nie płaczą...
Odważyłam się otworzyć oczy. Musiałam kilka razy zamrugać, by wzrok mi się wyostrzył. To był Mike. Siedział obok mnie w karetce. To on trzymał mnie za rękę. Chyba miał wilgotne oczy. Patrzyłam na niego bez wyrazu, dokładnie tak, jak się czułam w środku.
Później pamiętam szarpnięcie noszami. Wjechanie do dużego, białego budynku. Barwy były zbyt jasne, zbyt krzykliwe, więc znowu zamknęłam oczy i starałam się odpłynąć. Słyszałam, jak Mike coś komuś tłumaczy, a później wykręca jakiś numer w komórce.  
Nie chciałam tego słuchać. Z przyjemnością zatapiałam się w letarg, który przypominał stan wegetatywny. Był tego, czego właśnie potrzebowałam. Chciałam się wyłączyć, wyłączyć to pieprzone życie, zatrzymać się.  

✰✰✰

Obudziły mnie krzyki. Wydawało mi się to z początku dziwne, bo szpital zawsze kojarzył mi się z cichym miejscem, tymczasem gdzieś obok mnie słyszałam wrzaski. Zamrugałam. Zobaczyłam, że leżałam w łóżku, w szpitalnej koszuli, podłączona do różnych maszyn i kroplówki. Wszystko mnie bolało, a gdy obróciłam się w stronę źródła hałasu, wszystko zabolało jeszcze bardziej, jednak mnie to nie obchodziło.
Przynajmniej na razie.
Drzwi od mojej sali były uchylone, wyraźnie widziałam korytarz. Widziałam Mike'a oraz Dylana, czerwonego ze złości, z wymalowanym na twarzy szokiem. Mike, choć zwykle spokojny, wyglądał, jakby miał ochotę rozszarpać Dylana gołymi rękami.
- Zamknij się! - warknął Mike, chwytając Dylana za ramię. - Zamknij się, człowieku, jesteśmy w szpitalu!
- W szpitalu! - powtórzył Dylan, cedząc słowa ze złości. - A dlaczego tu jesteśmy? Może wreszcie łaskawie mi to powiesz! Myślisz, że powierzchowna informacja o napadzie mnie zadowoli?
- Przymknij się! Obudzisz ją.
- Idę do niej - usłyszałam zdeterminowany głos Dylana, ale Mike znowu go złapał.
- Kurwa, stój. - Po raz pierwszy słyszałam, żeby Mike się tak wyrażał. Kątem oka widziałam, jak przygwoździł Dylana do ściany. Na twarzy miał furię. - To nie był, kurwa, zwykły napad. Zgwałcili ją, rozumiesz? Nie możesz do niej iść, nie teraz.
- Że co? - Głos Dylana nagle osłabł. - Powtórz to, kurwa, bo chyba się przesłyszałem.
- Dobrze słyszałeś.
- Kto? Kto, do kurwy nędzy, jej to zrobił?
- Ten pierdolony koleś, który tak za nią łaził. - Mike wypluł te słowa z największym obrzydzeniem. - Widziałem go. Skurwysyn się ukrył i jeszcze patrzył, jak zabierali ją do karetki. Wyglądał na zajebiście zadowolonego z siebie.
- Widziałeś go? To na co, kurwa, czekasz? Trzeba to powiedzieć policji! - Dylan wyraźnie próbował odepchnąć Mike'a, ale on mocno go trzymał.
- Już im wszystko powiedziałem. Podałem im wszystkie dane, znalazłem gdzieś nawet jego zdjęcie. Już go szukają i na pewno znajdą, ale ty musisz się, kurwa, uspokoić.
- Jak mam się uspokoić?! - Dylan ryknął tak głośno, że drgnęłam. Z daleka słyszałam biegnących w naszym kierunku ludzi, zwabionych krzykami. - Byłem tam, ale odszedłem od niej tylko dlatego, że wiedziałem, że po nią przyjdziesz i że ją odprowadzisz! A ty? Gdzie byłeś? Dlaczego nie przyszedłeś wcześniej?! - W tym momencie pięść Dylana z głuchym łoskotem wylądowała na twarzy Mike'a.
- Proszę się uspokoić! - zawołała jakaś kobieta.
- Powinieneś był jej pilnować! To twoja wina!
- Moja?! - wrzasnął Mike, ocierając krew z twarzy. - Moja wina?! A kto od niej odszedł? Kto zostawił ją samą na pastwę tego psychola?! Ty, kurwa, ty! Poszła tam z twojego powodu i przez ciebie tak skończyła!
- Proszę przestać! - Usłyszałam stanowczy głos jakiegoś mężczyzny i zobaczyłam, jak dwa umięśnione ramiona oddzielają Dylana od Mike'a. Słyszałam też płacz. Przez chwilę nie wiedziałam, skąd dochodził. Dopiero po chwili zorientowałam się, że to ja płaczę.
Zjawiła się ochrona i zabrała chłopaków, a ja płakałam dalej. Po chwili weszła do mnie pielęgniarka, wyraźnie zmartwiona.
- Proszę pani... proszę się nie martwić - szepnęła, podchodząc do mnie i podając mi chusteczki. - Proszę się nie przejmować tymi kłótniami... oni sobie poradzą. Panią też się zajmiemy, wykonamy wszystkie badania, obiecuję, że pani wyzdrowieje. A na razie... - Kliknęła jakiś przycisk, a ja poczułam falę senności. - Proszę spać. To w tej chwili najlepsze rozwiązanie.

✰✰✰

Obudziłam się znacznie spokojniejsza i udało mi się wykrzesać z siebie lekki uśmiech, gdy zobaczyłam siedzącego obok Mike'a. Wyglądał okropnie z podbitym okiem, ale i tak widziałam troskę na jego twarzy.
- Camilla, dzięki Bogu... - Odruchowo wyciągnął rękę w moją stronę, ale ja pisnęłam i odsunęłam się gwałtownie w głąb łóżka. Serce podskoczyło mi do gardła. Nie chciałam tak zareagować. Wiedziałam przecież, że to Mike, mój kochany Mike, w życiu nie zrobiłby mi krzywdy.  
Ale gdy zobaczyłam jego dłoń, męską, zmierzającą w moją stronę... nie potrafiłam. Nie potrafiłam się powstrzymać. W jednej sekundzie moją głowę zalała fala wspomnień, tak brzydzących, że miałam ochotę szorować się gąbką, aż to wszystko z siebie zmyję.
- Przepraszam. - Mike wyglądał na przerażonego. Odsunął się powoli, podnosząc ręce do góry, jak w geście poddania się. - Przepraszam. Nie chciałem. Boże...
- Co... co się właściwie stało? - wyszeptałam, usiłując uspokoić skołatane serce.
- Camilla... tak cię przepraszam. - Mike wyglądał, jakby miał się zaraz rozpłakać. Włosy miał w nieładzie, wyglądał, jakby długo nie spał. - To przeze mnie. Byłem daleko, gdy do mnie zadzwoniłaś, po drodze spotkałem jeszcze znajomego, chwilę się zagadaliśmy. Gdybym przyjechał szybciej... to on... - Zacisnął pięści tak mocno, że aż zbielały. - To ten chuj... nic by ci nie zrobił...
- Mike, nie winię cię - przerwałam mu szeptem. Chciałam dotknąć jego ręki, ale nie potrafiłam. Strach nadal mnie paraliżował. Czułam się bezpiecznie tylko kuląc się jak najdalej od męskiej postaci. - Przecież gdyby nie ty, to... to nadal bym tam leżała. Przez niego, przez Jacka, nie przez ciebie. To nie twoja wina. Naprawdę.
Mike wziął głęboki oddech, po czym zaczął mówić:
- Najpierw wszedłem do klubu, ale cię nie znalazłem. Hilary też nie było. W końcu poszedłem sprawdzić z boku. Leżałaś na ziemi... w postrzępionych ubraniach... ledwo cię widziałem, dopiero potem zobaczyłem, że ten skurwiel cię pociął. Pływałaś w krwi. Zadzwoniłem po karetkę. Kiedy przyjechali, stałem z boku i czekałem, aż cię załadują do środka. Wtedy zobaczyłem tego całego... - Szczęki miał zaciśnięte, wyraźnie nie chciał nawet wymawiać jego imienia. - Stał ukryty i patrzył. Z uśmiechem na twarzy. Przysięgam, chciałem go zatłuc, ale chciałem też pojechać z tobą jak najszybciej do szpitala. Zdobyłem trochę informacji na jego temat i już powiedziałem wszystko policji. Pewnie będą cię jeszcze przesłuchiwać, ale to tylko formalność. Złapią go, wsadzą do paki i już stamtąd nie wyjdzie. Obiecuję ci.  
Bardzo chciałam go przytulić, podziękować mu, poczuć, że wszystko będzie już dobrze, ale nie potrafiłam. Oczy napełniły mi się łzami, a ja byłam przerażona. Czy teraz właśnie tak będzie wyglądało moje życie? Nie będę potrafiła nawet dotknąć czyjejś ręki? Ręki przyjaciela, osoby, która mnie uratowała - i tylko dlatego, że był mężczyzną? Nie chciałam taka być. Boże, jak wszystko mogło się tak popieprzyć w ciągu zaledwie kilkunastu godzin?
- A gdzie Dylan? - wyszeptałam przez łzy.
Wyraz twarzy Mike'a stał się tak pochmurny, jakby ledwo powstrzymywał się od krzyku.
- Powiedziałem mu, że nie ma prawa do ciebie przychodzić. Na pewno nie teraz. Nie, kiedy jesteś w takim stanie. Nie mogę, kurwa, uwierzyć, że on tak po prostu odszedł, nie upewnił się, czy wszystko z tobą w porządku.
- Tak... ja też - wyszeptałam, czując falę znajomego już bólu. - Masz rację. Chyba nie chcę go widzieć. Jeszcze nie.
- Posiedzę tu z tobą. Nie musisz nic mówić. Idź spać. - Mike patrzył na mnie z niepokojem, którego zaczynałam mieć dość. Nie chciałam dopuszczać do siebie myśli, że właśnie zaczynał się nowy etap mojego życia - i że miało ono już na zawsze pozostać takie, jak w tym momencie. Pełne strachu, poczucia winy, uczucia brudu. - Jesteś już bezpieczna.  
Bardzo, bardzo chciałam mu wierzyć.




/ Rozdział dość intensywny, ale z mojej strony tylko spokojna wiadomość: szczęśliwego nowego roku! Ja jestem z tych osób, co już nie robią postanowień noworocznych. Chcę tylko życzyć - sobie i każdemu, kto to czyta - dużo szczęścia, miłości, zdrowia i spokoju. To najważniejsze, a z resztą sobie poradzimy

988 czyt.
100%195
candy

opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne i dramaty, użyła 2551 słów i 13969 znaków, zaktualizowała 2 sty o 23:00.

5 komentarzy

 
  • agnes1709

    agnes1709 · 3 stycznia

    Także życzę NAJ W 2019, weny, wspomnianego szpona, a tego całego Jacka, co go swędzą zęby i glacka, do któregoś z moich wypocion; tam sobie laski z nim poradzą, dziewczyny mają jaja A tak na poważnie to jakieś w pierdol na pewno mu nie zaszkodzi  

  • Speker

    Speker · 3 stycznia

    Czy Robert i ta cała tragedia jest powodem sytuacji (teraz)?  Stan emocjonalny i psychiczny kobiety po takim akcie jest burzliwy i jak już ktoś wyżej napisał dość indywidualny. Ciężko jest podjąć właściwą decyzję. Mike zachował świetną postawę zostawiając zemstę organom. Jednak wyrzuty sumienia są znacznie silniejsze i nie zależne od tłumaczeń.
    Dziękuję

  • Lolissss

    Lolissss · 3 stycznia · 211660575

    Coś czuje ze teraz zaczną się wyrzuty z przeszłości właśnie tego zdarzenia i i tak się nie pogodzą mimo ze mam na to ciągła nadzieje ❤️ Dziękuje za super początek roku i oby jak naszybciej do kolejnego

  • Lula

    Lula · 2 stycznia

    Za ciekawej tej przeszłości to nie ma dziewczyna 😪

  • AlexAthame

    AlexAthame · 2 stycznia

    Cześć bardzo emocjonalna.Szok u Camilli, ale decyzję i oceny słuszne. Niestety trauma po gwalci trochę trwa. Zalezy od psychiki ofiary.Nawet bardziej łagodna forma gwałtu jest straszna.Opisalas to bardzo dobrze i z klasą. Mam nadzieje ze teraz (kiedys)wszyscy będą dla niej wyrozumiali. Odnosnie teraz (teraz) może to dobry moment do pogodzenia się. Pozdrawiam