tylko jeden błąd - 10

*kiedyś*

Zbliżały się Walentynki, a ja nie mogłam wymyślić, co będę tego dnia robić. Zwykle spędzałam go w łóżku, zakopana pod kołdrą z dobrym filmem i dobrymi czekoladkami. Ewentualnie robiłam sobie mały dzień w tylu Spa, mówiąc sobie, że jeśli nikt inny mnie nie kocha, to chociaż ja sama powinnam coś dla siebie zrobić.
W tym roku było inaczej. Chyba. Spotykałam się z Dylanem, choć nadal nie było to oficjalne ani nie miało nazwy. Czekałam na jakiś ruch z jego strony, ale wyraźnie dawał mi do zrozumienia, że się go nie doczekam. Powoli traciłam cierpliwość i obiecywałam sobie, że zapytam go, kim dla siebie jesteśmy. Problem w tym, że takie pytanie nie przechodziło mi przez gardło. Może bałam się poznać odpowiedź.
Witryny sklepów wypełniały się misiami, serduszkami i wszelkimi rzeczami w kolorze czerwonym. Zaczynałam dochodzić do wniosku, że chyba sama sobie coś kupię, ewentualnie spędzę ten dzień z Mikiem – taka alternatywa dla dnia spędzonego z najlepszą przyjaciółką, która też jest singielką. Wydawało mi się to jednak dziwne, bo w końcu Mike był facetem, a ten dzień należał do zakochanych.
Miałam ferie, ale nie wróciłam do domu, bo zdecydowanie bardziej wolałam przesiadywać u Dylana. Lubiłam te nasze wieczory na kanapie, z przekąskami i z dobrymi filmami. Czasem w tle leciała po prostu jakaś muzyka, a my rozmawialiśmy. Już drugi raz zdarzyło się nam zasnąć na kanapie i obudzić się następnego dnia. W duchu śmiałam się z tej sytuacji – zasypialiśmy obok siebie, a ja nawet nie wiedziałam, co nas łączyło. Czułam się, jakbym była jego dobrą kumpelką. Nie wiedziałam, co czuł on, ale ja na pewno odczuwałam delikatne łaskotanie w brzuchu w jego obecności. Za każdym razem, gdy się do mnie zbliżał, moja krew zaczynała krążyć szybciej i zadawałam sobie pytanie, czy wreszcie się coś stanie. Nic się jednak nie działo, a mnie zaczynało męczyć moje głupie ciało, które reagowało na sam widok Dylana.
Trzynastego lutego jak zwykle siedzieliśmy na kanapie i oglądaliśmy film. Akurat leciała jakaś komedia romantyczna, typowo walentynkowa. Zastanawiałam się, czy Dylan wspomni coś o święcie zakochanych, czy może dla niego to był zwyczajny dzień.
Było już późno, jednak nie chciało nam się spać, bo były ferie i nie musieliśmy zrywać się rano na zajęcia, przez co byliśmy wyspani. Dylan jednak zażartował:
- Może powinnaś zostawiać u mnie piżamę i szczoteczkę do zębów, skoro tak często zasypiasz.
- Powiedziałeś to tak, jakbym tylko ja zasypiała – odpowiedziałam, szturchając go w ramię. – A sam zasypiasz razem ze mną.
- To prawda, ale ja przynajmniej mam tu swoje rzeczy.
- Naprawdę chcesz, żebym tu wparowała z moimi ubraniami i kosmetykami? – spytałam, zastanawiając się, czy tylko żartował, czy może składał propozycję.
- Hej, ja mówiłem tylko o piżamie i szczoteczce. Nie chcę tu widzieć żadnych wypchanych po brzegi walizek.
Miał na sobie dres i zwykłą koszulkę, a i tak wyglądał pociągająco. Marzyłam, żeby zanurzyć rękę w jego czarnej czuprynie i w końcu poczuć smak jego ust. Tak intensywnie o tym myślałam, że się zarumieniłam. Dylan to zauważył.
- Gorąco ci? Przecież ty zawsze marzniesz.
- Popadam ze skrajności w skrajność – odpowiedziałam, próbując ukryć zmieszanie.
- Chcesz wyjść na balkon?
Stwierdziłam, że dobrze mi to zrobi. Ubraliśmy się w kurtki i buty i wyszliśmy na mały balkonik. Chłodne powietrze mnie orzeźwiło. Patrzyłam przez chwilę na światła miasta, na ludzi chodzących po ulicy. Zebrałam w sobie całą swoją odwagę i spytałam:
- Kim ja dla ciebie jestem, Dylan?
Nie odważyłam się jednak na niego spojrzeć. Z zapartym tchem czekałam na odpowiedź.
- A kim chciałabyś być?
Cholera, na to akurat wolałam nie odpowiadać, jeśli on nie czuł tego samego.
- Nie odpowiada się pytaniem na pytanie. – Wykręciłam się od odpowiedzi.  
Dylan cicho się zaśmiał. Poczułam, jak ujmuje mój podbródek i zmusza, bym na niego spojrzała. Moje policzki na nowo zapłonęły czerwienią.
- Nie byłem pewny, na co mogę sobie pozwolić, żebyś znowu nie nakrzyczała na mnie, że chcę cię tylko wykorzystać.
Zazgrzytałam zębami z zażenowania.
- Czy możemy już o tym zapomnieć? Proszę. Błagam.
Parsknął śmiechem, ale dalej się uśmiechał.
- No co ty, w życiu o tym nie zapomnę. Właściwie to powinnaś to powtórzyć. Zapiszę sobie każde słowo i powieszę na ścianie.
Przymknęłam oczy. Tylko tego by mi brakowało.  
- No dobrze, jeszcze raz cię za to przeproszę. Cofam wszystko, co powiedziałam. Rób, co chcesz, nie przejmuj się moją opinią.
- Na pewno?
Wciąż nie podnosiłam wzroku.
- Tak, na pewno.
Staliśmy ściśnięci na tym małym balkonie. Nie miałam dokąd uciec. Czułam narastającą panikę, ale z drugiej strony cieszyłam się, że w końcu poruszyłam ten temat. Dylan nic nie mówił, więc postanowiłam znowu przejąć inicjatywę. Podniosłam głowę, gotowa zadać następne pytanie, ale nie zdążyłam, bo złapał mnie w pasie i szybko do siebie przyciągnął, przyciskając swoje usta do moich. Były ciepłe, smakowały winem, które wcześniej piliśmy. Nie był nachalny, ale nie był też zbyt delikatny. Nie mogłam się powstrzymać i w końcu wyciągnęłam rękę, by wpleść ją w jego gęste włosy. Trzymał mnie mocno, zdecydowanie. Nie wiem, ile upłynęło czasu, ale zupełnie zapomniałam o tym, by oddychać.
W końcu oderwałam się od niego, ciężko oddychając.
- Czy to było w porządku? – zapytał Dylan. Zerknęłam na niego, by stwierdzić, że dalej sobie żartował z mojego krzyczącego monologu – jego usta układały się w filuterny uśmieszek.
- Zamknij się – powiedziałam szybko i tym razem to ja go pocałowałam. Stanęłam na palcach, zarzucając mu ręce za szyję. Zamknęłam oczy i rozkoszowałam się chwilą. Jego ręce gładziły moją twarz. Miałam wrażenie, że mój mózg częściowo przestał pracować, ale jednego byłam pewna: czekałam na to od bardzo, bardzo dawna i w końcu to znalazłam. Znalazłam jego.

✰✰✰

*teraz*

Patrzyłam na Dylana niczym jak na filmik z przeszłości. Nagle, jak za dotykiem czarodziejskiej różdżki, był taki jak kiedyś: roześmiany, dowcipny, uśmiechnięty. Widziałam, że starał się unikać mojego wzroku, ale jednocześnie cały czas pamiętał, jak miał się zachowywać: czasem brał na chwilę moją rękę, ramię miał zarzucone na oparcie mojego krzesła i co jakiś czas pilnował, by moje imię pojawiło się w rozmowie. Ja raczej milczałam. Obserwowałam Liama, który siedział na kolanach babci. Wydawał się dobrze bawić – o ile czteromiesięczne dziecko mogło odczuwać jakąkolwiek rozrywkę.
- Camilla, czemu nic nie mówisz? – Mama, a jakże, w końcu zwróciła uwagę na moje milczenie. Pospiesznie się uśmiechnęłam.
- Gadacie tak, że trudno coś wtrącić – zażartowałam.  
- A ja mam inne pytanie – wtrącił się mój tata. Wcześniej mało mówił, ale teraz, kiedy już się porządnie najadł, postanowił włączyć się do rozmowy. – Kiedy ślub?
- Jaki ślub? – wymamrotałam, czując, jak oczy rozszerzają mi się z przerażenia.
- Wasz ślub! – Mama spojrzała na mnie jak na wariatkę. – No, kochani, nie chcę tutaj mówić nic o nieślubnych dzieciach, ale nadszedł czas, nie uważacie?
Zerknęłam w panice na Dylana. Uśmiechał się, ale widziałam, że i on się zdenerwował, słysząc to pytanie.
- Na wszystko przyjdzie czas. – Usiłowałam zaśmiać się kurtuazyjnie, ale nagle zaschło mi w gardle. Sięgnęłam po szklankę kompotu domowej roboty i upiłam spory łyk.
- Właśnie nadszedł! – naciskała mama, patrząc na nas uparcie. Kochałam moją mamę, ale czasem była tak uparta, że nie dało jej się odwieść od jakiegoś pomysłu. W myślach błagałam ją, żeby już nic nie mówiła, żeby ten temat się skończył. Ale ona, oczywiście, ciągnęła dalej. – Liam już się urodził, ty wyzdrowiałaś, czas powoli wszystko planować.
- No dobrze, skoczę tylko po pierścionek, a wy załatwicie resztę. Nie znam się na kwiatach ani sukienkach. – Usłyszałam głos Dylana, żartobliwy, który wyraźnie desperacko pragnął ukrócić tę rozmowę. Wszyscy wokół się roześmiali, ale chyba dali sobie spokój, bo zaczęli rozmawiać o czymś innym. Odetchnęłam z ulgą i zagłębiłam się we wspomnieniach.
Kiedyś oczywiście fantazjowałam na temat zaręczyn – później jednak szybko okazało się, że nic takiego nie wchodziło w grę. Może i by wchodziło, gdybyśmy mieli więcej czasu i gdyby nasza historia potoczyła się inaczej. To jednak nie przeszkadzało mi w wyobrażaniu sobie siebie w białej sukni ze złotą obrączką na palcu. Tylko że wszystko poszło nie tak. Dziecko miało się urodzić po ślubie. A mój mąż miał mnie kochać, a nie jedynie tolerować.
Czułam, że dostaję migreny. Nieprzespana noc dawała się we znaki. Zjadłam za dużo i czułam, że jest mi niedobrze. Robiłam się senna i chciałam już wrócić do domu. Do domu – jak to śmiesznie brzmiało. Przecież tak naprawdę mój dom był tutaj.
Poszłam na chwilę do mojego pokoju. Dawno tu nie byłam. Zapaliłam światło i obiegłam wzrokiem zasłane łóżko, w większości puste półki. Zatrzymałam się na zdjęciu w ramce. Podeszłam powoli do szafki, na której stało i wzięłam ramkę do ręki, drugą przecierając ją z kurzu. Zdjęcie przedstawiało mnie i Dylana na łyżwach, trzymających się za ręce, śmiejących się do obiektywu. Nie, poprawka – tak naprawdę tylko ja patrzyłam w obiektyw. Dylan też był roześmiany, ale patrzył się na mnie.
Przypomniałam sobie, że to zdjęcie zostało zrobione zaledwie parę dni po naszym pierwszym pocałunku. Poszliśmy na łyżwy razem z moją kuzynką, która przyjechała wtedy do miasta i koniecznie chciała się spotkać i poznać Dylana.
Uświadomiłam sobie, że mam wilgotne oczy, więc czym prędzej odstawiłam zdjęcie na szafkę i szybko zgasiłam światło w pokoju.
Godzinę później zaczęliśmy się już zbierać. Liam był zmęczony i zasypiał, ja zresztą też. Miałam już dosyć tej całej farsy, udawania. Mama zapakowała nam jedzenie w pojemniki – bardzo dużo pojemników, ledwo upchnęliśmy je w torbie, choć byłam zadowolona, bo wiedziałam, że przez parę dni nie będę musiała siedzieć w kuchni.
- Odzywajcie się częściej! – zarządziła mama, całując nas na pożegnanie. – Bo będę musiała robić wam naloty na mieszkanie.  
W końcu, po tysiącach pożegnalnych formułek, drzwi się zamknęły, a my poszliśmy do samochodu. Usadowiłam się z Liamem z tyłu, a Dylan odpalił silnik i skierował się na główną drogę prowadzącą do jego mieszkania. Lekko przysypiałam, próbowałam jednak zostać przytomna.
Nie odzywaliśmy się do siebie. Chyba przysnęłam – obudziłam się dopiero, gdy Dylan zaparkował samochód. Wciąż czułam mdłości. Wchodząc na górę, myślałam o dzisiejszym dniu. Myślałam też o naszym pierwszym pocałunku, jaki był emocjonalny, piękny. Nie do porównania z tym żałosnym buziakiem w policzek, wymuszonym, na pokaz. Czułam, jak na nowo wzbiera we mnie złość – przypomniałam sobie dzisiejszy poranek, kiedy Dylan nawet nie kiwnął palcem, by uspokoić syna. Cała wina leżała jak zwykle po mojej stronie. Życzyłam mu radości, on mnie też, ale jak niby mieliśmy jej doświadczać, wciąż uprzykrzając sobie nawzajem życie?
Zmieniłam wysokie botki na wygodne kozaki. Dylan zmarszczył brwi i zapytał:
- Co ty robisz?
- Muszę się przejść – odpowiedziałam, zawiązując sobie szalik wokół szyi. – Za dużo zjadłam. Spacer dobrze mi zrobi.
- Nie wychodź. Jest już po północy. – Dylan złapał mnie mocno za rękę, mówiąc do mnie jak do upartego dziecka.
- No i co z tego? Wszyscy albo jedzą albo już śpią – powiedziałam, zadzierając głowę i patrząc na niego. – Poza tym jestem dorosła. Mogę wyjść na spacer, kiedy mam na to ochotę. I nie chcę cię już dzisiaj oglądać.  
Wyszarpnęłam ramię z jego uścisku, nie patrząc na jego zdenerwowaną twarz i czym prędzej czmychnęłam za drzwi. Zbiegłam po schodach, nagle rozbudzona i po chwili znowu znalazłam się na mrozie. Wyjątkowo mi jednak nie przeszkadzał. Zaczęłam powoli iść ulicą, po raz setny rozmyślając nad tym, jakie to wszystko jest popieprzone.
Wokół mnie było prawie pusto, ale i tak, gdy emocje lekko opadły, poczułam niepokój. Było ciemno, w różnych zakątkach mogli się czaić różni ludzie. Kiedyś chodziłam z gazem pieprzowym w kieszeni i czułam się przez to bezpieczniej, jednak ostatnio w ogóle nie wychodziłam z domu, więc i gaz nie był już stałym wyposażeniem mojej torebki.
Minęło zaledwie około dziesięciu minut, kiedy poczułam wibracje komórki. Wyciągnęłam ją z kieszeni płaszcza. Dzwonił do mnie Dylan, co było raczej niecodzienne. Chwilę się wahałam, po czym wcisnęłam zieloną słuchawkę.
- O co chodzi? – rzuciłam, przykładając komórkę do ucha. Spodziewałam się usłyszeć potok pretensji, dlaczego wyszłam z domu i żądanie, żebym natychmiast wracała. Zamiast tego usłyszałam prośbę:
- Camilla… wróć już do domu.
- Chciałam tylko pospacerować.
- Wiesz przecież, że nie powinnaś chodzić sama wieczorem po ulicy.
Zadrżałam. Wiedziałam to aż za dobrze. Przez chwilę poczułam ból żebra, które kiedyś było złamane. Przez głowę przemknęły mi znowu te straszne wspomnienia. Szpital. Kroplówki. Przeszywający ból. Jeden wielki chaos. I płacz. Płacz bezsilności. I krzyk: „Powinieneś był jej pilnować! To twoja wina!”. Słyszałam go w głowie do dziś.
- Wiem – wyszeptałam.  
- Wróć do domu – powtórzył Dylan, a w jego głosie nie było ani cienia złości. Bardziej niepokój. Chwilę się zawahał, po czym dodał: – Proszę.

999 czyt.
100%154
candy

opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne i dramaty, użyła 2593 słów i 14146 znaków.

4 komentarze

 
  • ja

    ja · 6 gru 2018 · 193143488

    Coś mi się zdaje, że Dylanowi na Camilii nadal zależy. Nie znamy póki co motywu, który spowodował, że się od siebie oddalili. Sądzę jednak, że trochę jeszcze pocierpią ale w rezultacie kiedys będą razem z sobą szczesliwi. pozdrawiam. czytelniczka

  • Mikki

    Mikki · 5 gru 2018 · 193143490

    Czyżby jakieś światełko w tunelu ? ❤ Mam nadzieję że się pogodzą czuje się troszkę jakbym była jedną z tych osób 😍😍

  • AlexAthame

    AlexAthame · 5 gru 2018

    Może jakaś zmiana.Ze tez się nie zmęczyli tymi wzajemnymi uprzejmosciami.Nadal super.

  • Lula

    Lula · 4 gru 2018

    Ooo czyżby Dylan odopuszczał negatywnym emocjom? 😍