tylko jeden błąd - 09

*kiedyś*

Moje spotkania z Dylanem zrobiły się regularne. Musiałam przyznać przed samą sobą, że nie sądziłam, że tak faktycznie będzie. Niemniej jednak, to wciąż trwało i nie zapowiadało się chyba na to, by miało się skończyć.
Chodziliśmy na długie spacery, czasem zaglądaliśmy do cukierni – choć innej niż za pierwszym razem – czasem przesiadywaliśmy w moim pokoju w akademiku, jednak znacznie częściej siedziałam u niego w mieszkaniu, które było tak duże, że mogłaby się w nim pomieścić cała rodzina. Z początku nie pytałam Dylana o to – myślałam, że nie wypada – ale chyba sam zauważył, jak rozglądam się po wnętrzu i oznajmił:
- Moi rodzice dość dobrze stoją z pieniędzmi. Kiedy byłem mały, rozwiedli się, a możesz się domyślać, jak rozwód wpływa na małe dziecko. Chyba w ten sposób chcieli mi po prostu zadośćuczynić, choć osobiście uważam, że takie mieszkanie niewiele zmienia. Ale… oczywiście nie narzekam – uśmiechnął się szelmowsko, kiedy ja dalej podziwiałam wnętrze. Za drzwiami wejściowymi znajdował się wąski korytarzyk, który z boku przeradzał się w dość duży salon, naprzeciwko którego była kuchnia. Podążając korytarzem, dochodziło się do łazienki oraz sypialni. To mieszkanie spodobało mi się od pierwszego wejrzenia – przestronne, jasne, urządzone w kolorach kremowo-beżowych. W salonie stał dość duży narożnik, który pełnił też funkcję łóżka. Czasem leżeliśmy na nim i oglądaliśmy różne filmy na telewizorze. Ciekawiło mnie, dlaczego Dylan nie prowadził mnie do sypialni i zamiast łóżka wybierał narożnik. Może wydawało mu się to mniej intymne albo chciał unikać sypialni po moim pamiętnym wywodzie o wykorzystywaniu dziewczyn. Lub po prostu nie był mną zainteresowany w tym konkretnym sensie.
Nawet nie pytałam, ile kosztowało miesięcznie to mieszkanie, ale Dylan otwarcie mówił o wszystkich sprawach.
- Nie ukrywam, że fajnie jest mieć dużo pieniędzy, ale nie chcę być leniem, który polega tylko na rodzicach. Dlatego sam też próbuję coś dorabiać. Wiem, że robienie kawy na uczelni nie jest bardzo wymagającym zajęciem, ale chcę po prostu robić cokolwiek. Wcześniej, kiedy miałem luźniejszy plan, pracowałem w schronisku dla zwierząt. To zdumiewające, jak serce rośnie, gdy patrzy się na te wszystkie zwierzęta.
Mnie także rosło serce, kiedy słuchałam Dylana i w duchu pochwalałam jego postawę. Coraz bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że jednak dobrze zrobiłam, wybierając tego mężczyznę.
Postanowiłam też poznać go nieco lepiej.
Wiedziałam już, że jego rodzice się rozwiedli, że miał dwadzieścia trzy lata i studiował finanse. Dużo opowiadał mi o swoich studiach, widać było, że go to interesuje, ja jednak skupiałam się na innych szczegółach. Po paru spotkaniach wiedziałam już, że zawsze, gdy zakładał koszulę, to nie zapinał ostatniego guzika przy kołnierzyku; kiedy pił kawę, od razu po wypiciu wlewał do kubka ciepłą wodę, by potem nie tworzyły się brudne osady, a gdy spał, strasznie się wiercił, co uważałam za urocze. Wysoki, dorosły facet wiercący się jak małe dziecko.
Raz zasnęliśmy na kanapie i obudziliśmy się dopiero rano. Nic się oczywiście nie wydarzyło – po prostu oglądaliśmy film późnym wieczorem i usnęliśmy. Obudziłam się rano ze sztywnym karkiem, piekącymi oczami – zapomniałam zdjąć soczewki – i z kompletnym zagubieniem w głowie, nie bardzo wiedząc, co się działo. Był piątek, więc jak oparzona zerwałam się z kanapy, by z głośnym okrzykiem wypaść z mieszkania, pognać szybko do akademika i spakować potrzebne rzeczy. Na uczelnię i tak się spóźniłam, w dodatku wyglądałam okropnie, ale nie chciałam tracić czasu na mycie włosów. Dopiero później, po dawce solidnej kawy, uświadomiłam sobie, że gdy się obudziłam, trzymałam Dylana za rękę. Nie byłam pewna, jak to się stało – czy to on mnie złapał, a może ja jego? Odkąd poprzednio złapał mnie za ręce, by je ogrzać, nie robił tego ponownie, choć bardzo tego chciałam. Nie byłam jednak pewna, czy powinnam to robić. Może on widział we mnie jedynie dobrą przyjaciółkę, a ja byłam zbyt tchórzliwa, by zapytać.
Mimo wszystko cieszyłam się jego obecnością. Choć z początku go unikałam, nie chciałam, żeby zniknął z mojego życia. Już nigdy.

✰✰✰

*teraz*

Był weekend. Najgorszy dla mnie czas. Na tygodniu, gdy Dylan chodził do pracy, miałam trochę luzu – przez parę ładnych godzin spędzałam czas tylko z synkiem, który patrzył na mnie z miłością, choć przecież jeszcze tylu rzeczy nie rozumiał ani nie umiał mówić. W weekendy nigdy nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić. Nie umiałam funkcjonować, kiedy Dylan był obok. Czasem pracował, przykuty do laptopa i mogłam sobie wmawiać, że jestem w domu sama, ale w końcu i tak mijaliśmy się na korytarzu. Najczęściej jedliśmy też wspólnie obiad. Taka sytuacja wywoływała u mnie zwykle ironiczny chichot. Nienawidziliśmy się, ale potulnie jedliśmy razem posiłek. Z gotowaniem było różnie. Czasem ja robiłam całość, czasem Dylan łaskawie pomógł, na przykład przy zrobieniu surówki, jednak jeszcze nigdy nie zdarzyło się tak, żeby to on przygotował cały posiłek. Tak było i dzisiaj: Dylan zamknął się w pokoju z Liamem, a ja byłam w kuchni. Słabo znałam się na gotowaniu, ale potrafiłam przynajmniej przyrządzić coś mało skomplikowanego. Dzisiaj postawiłam na biały ryż, do tego kotlety mielone z indyka oraz surówka z kiełkami. Zastanawiałam się czasem, czy Dylanowi w ogóle smakowały moje dania. Nigdy na nic się nie skarżył, wszystko potulnie zjadał. Część mnie miała nadzieję, że po prostu w miarę dobrze gotowałam, a ta druga – że Dylanowi po prostu odechciewało się kłócić.
Surówka zrobiona, kotlety mielone jeszcze dogotowywały się na parze. Wstawiłam ryż i klapnęłam na krzesło. W tym momencie usłyszałam, jak dzwoni moja komórka. Tym razem nie był to sms, lecz nadchodząca rozmowa. Zerknęłam na ekran i zobaczyłam, że dzwoni moja mama. Czym prędzej odebrałam.
- Halo?
- Cześć, córeczko! Co tam słychać?
- W porządku – odparłam, jak zawsze, gdy mnie o to pytała. Nie lubiłam okłamywać rodziców, jednak czasem nie było wyjścia. Moi rodzice nie wiedzieli o pasywnej sytuacji z Dylanem i miałam nadzieję, że nigdy się nie dowiedzą. Gdy go poznali, naprawdę się cieszyli z naszego związku. Uważali, że jest wręcz idealny – idealny dla mnie, później dla Liama. Może i faktycznie taki był, ale nasza przeszłość siedziała w sercu jak cierń i nie chciała odejść. Nie chciałam obarczać tym mamy i rozbijać jej wizji naszego małego rodzinnego gniazdka.  
- Słuchaj, przecież zaraz jest Wigilia! – Przypomniała mi głosem nieznoszącym sprzeciwu. – Macie jakieś plany?
O rany, Wigilia! Kompletnie wyleciało mi to wszystko z głowy. Każdy dzień zlewał się w jedno, nie miałam w ogóle głowy do świąt. Poczułam lekką panikę, ponieważ już wiedziałam, co zaraz nastąpi.
- Nie, w ogóle jeszcze o tym nie myśleliśmy.
- Tak myślałam. W takim razie zapraszam was do nas na kolację wigilijną. Tak dawno się nie widzieliśmy. Jak tam Liam? Wszystko dobrze? Je regularnie? A kolki? Miałaś mnie przecież informować, a ty w ogóle się nie odzywasz, zdjęć nie przysyłasz. Wiem, że Dylan dużo pracuje, ale przecież moglibyście czasem do nas wpaść…
To była cała moja mama, milion słów na minutę, brak oddechu, brak czekania na odpowiedź. Pozwoliłam jej mówić, zastanawiając się, co jej odpowiedzieć. Nie mogłam odmówić – moja mama nawet nie przyjęłaby tego do wiadomości, poza tym, byłoby to zbyt dziwne. Byliśmy w końcu rodziną, do której należał teraz też Dylan.
- …więc w Wigilię widzę was u nas – dokończyła mama, w końcu biorąc oddech. – Dobrze?
- Jasne, mamo. – Wysiliłam się na tyle, żeby nadać mojemu głosowi wesoły ton. – Przyjdziemy.  
- Cudownie. Myślałam nad tym, żeby zaprosić też rodziców Dylana, ale to chyba nienajlepszy pomysł?
- No wiesz, oni są od dawna po rozwodzie… - powiedziałam wątpiącym tonem. – Wątpię, żeby nagle teraz porzucili swoje nowe rodziny, żeby przyjść do nas na kolację.
- No tak… W takim razie będziemy tylko w piątkę, chyba że dziadkowie też zechcą przyjść. A wiesz, że… - Mama zaczęła znowu coś mówić, ale ja nagle umilkłam, ponieważ do kuchni wszedł Dylan i spojrzał na mnie pytająco. Usłyszał, co mówiłam, więc już się domyślił, że mówiłam o jego rodzicach.
- …córka Lindy też ostatnio urodziła. Nie wiem, naprawdę, co to za jakaś plaga ciąż. Nie żebym miała ci to za złe, kochanie, wiesz przecież, że kocham Liama, ale… wy jesteście tacy młodzi…  
- Pogadamy później, mamo? – przerwałam jej, nie mogąc dłużej znieść pytającego i natarczywego wzroku Dylana. – Robię obiad i zaraz wszystko mi się przypali.
- No jasne, tylko odezwij się do mnie wcześniej niż w święta! – Mama posłała do słuchawki głośnego buziaka i rozłączyła się. Odłożyłam telefon i od razu wstałam, by zmniejszyć ogień pod kotletami i wyjąć torebkę ryżu z gotującej się wody.
- O co chodziło? – Usłyszałam za plecami głos Dylana.
Nie odpowiedziałam od razu. Rozcięłam torebkę ryżu i wyłożyłam go trochę na dwa talerze. Dopiero wtedy odwróciłam się, oparłam o blat i powiedziałam:
- Mama dzwoniła, by zaprosić nas do nich na święta.
Dylan pokiwał głową, jakby się tego spodziewał, ale minę miał ponurą.  
- Co z tym zrobimy? – spytałam, obserwując bacznie jego twarz.
- Co masz na myśli?
- Powiemy im?
Nie musiałam dodawać nic więcej, Dylan od razu wiedział, o co mi chodzi.  
- A chcesz im mówić?
Przez chwilę szukałam słów.
- Nie wiem. Nie lubię ich okłamywać, ale nie chcę też mówić im prawdy, bo ta prawda jest okrutna – zauważyłam. Wyraz twarzy Dylana ani trochę się nie zmienił. – Będziesz w stanie przez kilka godzin poudawać zakochanego i szczęśliwego? – spytałam, choć gardło mi się ścisnęło.
Dylan spojrzał się gdzieś w bok, po czym wziął głęboki oddech i powiedział:
- Jeśli będzie trzeba.
Odwróciłam się od niego, by nie zobaczył moich wzbierających łez. Położyłam na talerz kotlety i surówkę – dla Dylana wyłożyłam większą porcję. Wyciągnęłam sztućce i razem z talerzami położyłam je na stole, osuszając w międzyczasie oczy.
- Smacznego – powiedziałam, siadając przy stole i nawet nie patrząc na Dylana. Usiadł naprzeciwko mnie.
- Smacznego – powiedział równie ponurym tonem.
Obiad zjedliśmy, jak zwykle, w kompletnej ciszy.

✰✰✰

Święta nadeszły dużo szybciej niż się tego spodziewałam. Na dzień przed naszą wizytą u rodziców nie mogłam zasnąć. Kręciłam się na kanapie bez końca, zastanawiając się, czy damy radę udawać przed rodzicami szczęśliwą parę. Zastanawiałam się, jak Dylan będzie się zachowywał. Owszem, był dobrym aktorem, potrafił wcielić się w każdą rolę, ale czy potrafił choć na jakiś czas zapomnieć o nienawiści do mnie? Jakoś nie potrafiłam sobie wyobrazić, że będzie taki jak kiedyś – że będzie siedział, przytulając mnie, kładąc rękę na moim kolanie, że będzie mnie całował w policzek i patrzył na mnie z uśmiechem. Było to dla mnie jak abstrakcja, jakbym tylko to sobie wyobrażała, choć przecież kiedyś tak było.
Liam od samego rana był nieznośny. Ciągle płakał, nic nie potrafiło go uspokoić. Pieluchę miał suchą, był najedzony. Nie miałam pojęcia, o co mogło mu chodzić. Na ząbkowanie było jeszcze za wcześnie. Starałam się, jak tylko mogłam: nosiłam go, kołysałam, śpiewałam mu. W końcu i mnie samej zbierało się na płacz. Miałam nadzieję, że Dylan mi pomoże, ale i on nie miał dobrego humoru: widocznie i jego zniechęcała myśl o dzisiejszej kolacji.
- Możesz go w końcu uciszyć? – spytał w końcu, podnosząc na mnie umęczony wzrok. – Głowa mnie boli.
Byłam wściekła, tak wściekła, że bardzo chciałam cisnąć czymś w Dylana. Czymś mocnym i ciężkim.
- A myślisz, że mnie nie boli? – syknęłam. Kołysałam Liama, ale i tak nie przestawał rozdzierająco krzyczeć. – Myślisz, że sprawia mi to przyjemność? Myślisz, że jestem wszechwiedząca? Nie wiem, o co mu chodzi! – Starałam się nie krzyczeć, bo wiedziałam, że to tylko pogorszy sytuację, ale adrenalina buzowała we mnie tak, że nie potrafiłam mówić spokojnie. – Może śniło mu się coś złego, może ma kolkę, a może łapie go jakieś przeziębienie. Co ja mogę zrobić? – warknęłam, spuszczając wzrok na Liama i prosząc go w myślach, by się uspokoił. Jego mała buzia była już cała czerwona od wysiłku. – I przypomnę ci, że nie tylko ja jestem tutaj jego rodzicem! – Wyrzut w moich ustach zabrzmiał ostrzej niż planowałam, jednak egoizm Dylana przelał czarę. Dlaczego zawsze uważało się, że to matka powinna uspokajać dziecko, a ojciec wtedy siedział z założonymi rękoma i udawał, że nic się nie dzieje? Podzieliliśmy swoje DNA po połowie. Nie zrobiłam tego dziecka sama, a jednak to na mnie spoczywała cała odpowiedzialność, a i w tym przypadku – wina.  
- Zniesiesz trzymanie go przez pięć minut? – warknęłam, podając Liama Dylanowi. – Muszę iść do łazienki.
Nie mogłam powstrzymać łez. Były Święta – czas, który zawsze kojarzył mi się z ciepłem, domowym zaciszem, trzaskiem ognia w kominku, ciepłymi napojami. Było w tym jednak coś więcej. Święta były czymś magicznym, nagle wszystkich ogarniał dobry nastrój. Nawet, jeśli byłam z kimś pokłócona, w Święta ta atmosfera się łagodziła. Tymczasem ja znajdowałam się – po raz pierwszy w życiu – w świątecznym piekle.
Po paru minutach uświadomiłam sobie, że płacz ucichł. Wyszłam z łazienki i zobaczyłam, że Liam zasnął. Dylan kołysał go delikatnie, chodząc po saloniku.
- Co zrobiłeś? – spytałam cicho.
- Nic. – Wzruszył lekko ramionami. – Chyba po prostu opadł już z sił.
Widziałam oceniający wzrok Dylana i nagle dopadło mnie poczucie, że byłam beznadziejną matką. Nie lubiłam takich myśli, choć pojawiały się często. Owszem, byłam młoda i niedoświadczona, ale kochałam moje dziecko całym sercem i oddałabym za nie życie. Tymczasem tyle męczyłam się, by się uspokoił, a on usnął w ramionach Dylana. Tak po prostu.
Wieczór zapowiadał się cudownie – w najgorszym tego słowa znaczeniu.

✰✰✰

Podkrążone oczy zamaskowałam korektorem i założyłam granatową sukienkę, do której dołączyłam srebrne kolczyki i delikatną bransoletkę. Pakowałam torbę z rzeczami Liama – ubraniami na zmianę, pieluchami, zapasem mleka, smoczkami. Dylan ubierał się w sypialni. W końcu wyszedł i wziął kluczyki od samochodu, zakładając równocześnie płaszcz. Ja założyłam mój i delikatnie ułożyłam Liama w nosidełku. Nadal spał – bardzo mu tego zazdrościłam.  
Zeszliśmy powoli do garażu, gdzie Dylan przypiął nosidełko do fotela, po czym zamknął za mną tylne drzwi, usiadł za kierownicą i wycofał auto. Do moich rodziców mieliśmy około godziny drogi i spodziewałam się, że całą pokonamy w milczeniu. Niespodziewanie jednak Dylan odezwał się, patrząc na mnie w lusterku:
- Tę komedię odstawimy tylko dzisiaj. Długo nie jestem w stanie udawać.
Te słowa zabolały mnie niczym policzek wymierzony prosto w twarz, jednak nie dałam po sobie tego poznać. Odparłam krótko:
- To dobrze. Ja też nie.
Dom moich rodziców był przystrojony kolorowymi lampkami – cała mama. Lubiła, kiedy w święta wszystko wokół się świeciło, podobnie jak ja. Pukając do drzwi, przywdziałam na twarz uśmiech, choć mięśnie twarzy miałam dziwnie sztywne. Zerknęłam na Dylana. On też zaczynał wczuwać się w rolę.  
Po chwili rozpromieniona mama otworzyła nam drzwi.
- Jesteście! Wchodźcie, wchodźcie! – Przesunęła się, robiąc nam miejsce. Wtaszczyliśmy się do środka, niosąc nosidełko, torbę oraz symboliczny prezent dla rodziców, który Dylan zdążył kupić tydzień temu. Poczułam, że pomaga zdjąć mi płaszcz – niemal mnie to zaskoczyło, ponieważ od dawna tego nie robił. Przypomniałam sobie jednak, że teraz graliśmy.
Mama trajkotała, jak to ona, o różnych sprawach, prowadząc nas do salonu, który był jak zwykle wypełniony ciepłem kominka, lampkami oraz różnymi ozdobami świątecznymi. Przy stole siedzieli także moi dziadkowie ze strony mamy – rodzice taty zmarli przed moim narodzeniem. Wszyscy zaczęli się witać, całować, plotkować wesoło, jak to dawno się nie widzieliśmy. W międzyczasie Liam się obudził. Całe szczęście, widocznie był już w lepszym humorze, choć przez chwilę rozglądał się po nowym miejscu, lekko zagubiony. Wzięłam go na ręce i po kolei podchodziłam do każdego. Wszyscy automatycznie zmieniali głos, gdy mówili do Liama, a on po chwili zaczął się lekko uśmiechać. Ja też się uśmiechałam – czułam się jak w domu. Tak, jak powinno być.
Z jednym, małym detalem.
W końcu wszyscy usiedliśmy do stołu. Zastawiony był przeróżnymi daniami. W panice uświadomiłam sobie, że chyba niczego nie przywieźliśmy, ale po chwili przypomniałam sobie, że zrobiłam przecież sałatkę. Przeprosiłam wszystkich i poszłam przynieść ją z samochodu, o mało co nie wywalając się na śliskim lodzie. Naprawdę nienawidziłam zimy – chyba miało się to już nigdy nie zmienić.  
Wróciłam do ciepłego salonu. Mama łamała opłatek, który potem każdemu rozdała. Zaczęliśmy składać sobie życzenia. Zapanował lekki chaos, gdy wszyscy zaczęli się poruszać po salonie, w którego centrum stał duży stół. Po kolei podchodziłam do mamy, taty oraz do dziadków, którzy uściskali mnie mocno, komentując – a jakże – że jestem za chuda, pewnie w ogóle nic nie jem. Standardowo. Poczułam się znowu jak nastolatka.
Chcąc nie chcąc, musiałam też podejść do Dylana. Tutaj w mojej głowie pojawiła się pustka. Zupełnie nie wiedziałam, co powiedzieć, czego mu życzyć. W końcu były Święta – nie mogłam go zignorować, nie powiedzieć nic. Zaczerpnęłam dużo powietrza i powiedziałam cicho:
- Życzę ci jak najwięcej szczęśliwych dni, sukcesów w pracy, jak najmniej zmartwień. Żeby twoje życie było dokładnie takie, jakie chcesz, by przynosiło ci radość… - Tutaj urwałam, ponieważ wiedziałam, że Dylan nie był szczęśliwy, tak jak i ja nie byłam.
Patrzył na mnie z delikatnym uśmiechem, ale miałam wrażenie, że pod nim krył się ból.
- Dużo radości – powiedział cicho. – Doceniania tego, co masz, i żebyś miała jeszcze więcej. Żebyś zapomniała o przeszłości, która wciąż cię dręczy.
Po tych słowach pochylił się i delikatnie pocałował mnie w policzek. Moje serce przyspieszyło – nie tylko dlatego, że poczułam jego dotyk, ale też dlatego, że uderzyła mnie ironia sytuacji. Przecież to nie tylko mnie dręczyła ta przeszłość, jego też. On nie mógł wybaczyć mi, a ja nie mogłam wybaczyć jemu, zwłaszcza że oboje do dzisiaj odczuwaliśmy skutki. Jak niby mieliśmy o tym zapomnieć?
Pomyślałam o tych świętach, kiedy się poznaliśmy. Wszystko było jeszcze takie niewinne. Nie miałam pojęcia, że parę lat później będę się znajdowała w tak parszywej sytuacji, kiedy to Dylan będzie się zmuszał do pocałowania mnie, będzie to robił tylko na pokaz.
Po policzku pociekła mi łza, którą szybko otarłam.
Radości. Chciałoby się.

952 czyt.
100%143
candy

opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne i dramaty, użyła 3615 słów i 19953 znaków.

3 komentarze

 
  • Mikki

    Mikki · 4 gru 2018 · 230360661

    Fajnie by było gdybyś napisała czemu się tak nienawidza  😑😑 oraz super by było gdyby sobie po jakimś czasie uświadomili że to co było kiedyś nie mogą przenosić na teraźniejszośc ze względu na Liama. Mam wrażenie że oni nadal się kochają tylko mają zbyt duże ego żeby zrobić pierwszy krok

  • AlexAthame

    AlexAthame · 2 gru 2018

    Wyczuwam ta sytuacje.Udawac super parę w obecności rodziny.Az przykro to czytać. Jakby się chciało wkroczyć,  potrzasnoc nimi i zapytać czemu nie mogą się pogodzić. Przeciez widać ze nadal tkwi w nich to, co ich łączyło. Tylko nawet to boi się otworzyć ust...

  • Lula

    Lula · 2 gru 2018

    A może Dylana na Mike zmieni? 😉