Twoja na zawsze. 7

Rozdział siódmy

  

Siedziałem w samochodzie i jechałem w kierunku domu mojej matki. Już dawno przestałem myśleć o tamtym miejscu, jak o czymś, do czego chciałem wracać. Od śmierci ojca i wprowadzenia się tego typa, który dość szybko został mianowany na męża numer dwa, praktycznie przestałem tam przyjeżdżać. Wciąż miałem żal do Reginy, że tak szybko potrafiła zapomnieć o mężczyźnie, z którym łączyło ją dwadzieścia pięć lat wspólnego życia, dwójka dzieci i masa pięknych wspomnień. Ja nadal pamiętałem.

- Wszystko dobrze? - siedząca obok mnie kobieta, dotknęła mojej dłoni – jesteś dziwnie spięty. To tylko obiad.

Oderwałem na chwilę wzrok od drogi i spojrzałem na Jagodę.

- Łatwo ci mówić – mruknąłem – to nie ty, będziesz musiała, udawać, że tęskniłaś za wspólnym siedzeniem przy stole.

- Pomyśl sobie, że będę obok.

To było niewielkie pocieszenie.

- Jasne – odparłem i skręciłem w lewo – na pewno będziesz w stanie powstrzymać mnie, przed daniem w zęby temu pajacowi.

Pacnęła mnie delikatnie w ramię.

- Może wcale nie będzie musiał go bić?

Od ośmiu lat, czekałem tylko na impuls. I byłem pewien, że w końcu dostanę to, czego chcę. Jeden mały pretekst.

  

Siedzenie przy jednym stole nie było takie złe. Stół był wystarczająco długi, a ja specjalnie zająłem miejsce na samym jego końcu.

- To może powiedzcie, jak się poznaliście – zawsze mogłem liczyć na swoją siostrę, chodzącą kopię matki – uwielbiamy romantyczne historie.

- Nasza historia nie jest w żadnym stopniu „romantyczna” - zrobiłem w powietrzu cudzysłów – lepiej powiedz, gdzie jest twój mąż.

Kolejna czarna owca w tej wspaniałej rodzinie. Sukcesem było, gdy nie przepił całej wypłaty.

W jadalni zapadła cisza. Czyżbym powiedział coś, czego nie powinienem? Było mi tak strasznie wszystko jedno.

- Grzegorz już z nami nie mieszka – milczenie przerwał fagas mojej matki – ale nie będziemy o tym rozmawiali. Są znacznie milsze tematy do rozmów.

Poczułem na kolanie delikatny uścisk. Jagoda dawała mi w ten sposób znak, żebym dał spokój.

- Ale dlaczego nie? - zignorowałem dziewczynę – może nie przyjeżdżam tutaj zbyt często i nie zabiegam o kontakt, ale nadal są moją rodziną.

Celowo go pominąłem. Chciałem mu w ten sposób dać do zrozumienia, że nie uważam go za członka rodziny i nigdy nie będę.

- Nie zabraniam ci – odłożył nóż z impetem – ale nie chcę słyszeć o tym człowieku w swoim domu.

Puszka pandory została otwarta.

- W twoim domu? - zaśmiałem się – wykorzystałeś moment i wkradłeś się w łaski mojej matki. Myślisz, że jak zlikwidowałeś gabinet ojca i zarządziłeś kompletny remont, za który zresztą nie ty płaciłeś, to możesz teraz wszystkim dyktować warunki?

- Fabian – Regina starała się mnie uspokoić.

- Wiesz, dlaczego omijam to miejsce szerokim łukiem? - ciągnąłem – bo nie chcę na ciebie patrzeć. I nigdy nie pogodzę się z tym, że moja wspaniała i szlachetna w swoich zamiarach matka przyjęła pod swój dach, kogoś, kto nigdy nie skalał swoich rąk żadną pracą, ale za to potrafi świetnie oceniać innych.

- Dość – podniósł się gwałtownie ze swojego miejsca – nie pozwolę ci się obrażać gówniarzu.

Był wściekły. Oczy mu błyszczały i pewnie, gdybym był młodszy i słabszy, dawno poleciałaby mu ręka, a tak? Wiedział, że nie ma żadnych szans w starciu ze mną i nie może absolutnie nic zrobić.

- Bo co? Myślisz, że się wycofam i może jeszcze przeproszę?

- Wystarczy – Regina najwyraźniej wiedziała, co może się za chwilę stać i wolała w porę temu zapobiec – obaj macie się uspokoić w tej chwili. Nie będziemy dłużej tego tolerowały.

- Będzie najlepiej, jeżeli pójdziemy już sobie – Jagoda wstała ze swojego miejsca przy stole – dziękuję za obiad, był pyszny i bardzo miło było was poznać. Mam nadzieję, że kiedyś spotkamy się w zupełnie innej atmosferze.

Nie czekając na moją reakcję, odeszła od stołu i posyłając przepraszający uśmiech Reginie oraz Klarze wyszła z jadalni. Zostawiła mnie z nimi.

  

Droga powrotna upłynęła nam w milczeniu. Siedząca obok brunetka, uparcie wpatrywała się w szybę. Czułem, że jest zła, ale nie uważałem, by miała powód. Gdyby ta gnida nie mówiła o domu mojego ojca, jak o swoim ignorowałbym go, aż do samego końca tego chorego przedstawienia. Odezwała się dopiero w momencie, gdy przekroczyliśmy próg mojego mieszkania.

- Masz problemy z agresją, powinieneś poszukać sobie specjalisty.

Po czyjej ona do cholery była stronie? Mojej, czy jakiegoś zasranego nieroba? Czy ona w ogóle wiedziała, co mówi? Nie miałem żadnych pierdolonych problemów z agresją. Przecież nie szukałem powodów do bójek i kłótni.

- Za chwilę, to ty będziesz miała problem – warknąłem – pieprzysz głupoty.

Odwróciła się w moją stronę i założyła ramiona na piersi.

- Zaatakowałeś go niesłusznie – starała się brzmieć spokojnie – nie powiedział absolutnie nic, co wymagałoby twojej interwencji.

- Jagoda. Specjalistka od trudnych relacji – zakpiłem.

- Skończ – podniosła na mnie głos – widziałam, jak tylko czekałeś, żeby móc go uderzyć. Uważasz za normalne i w porządku bić każdego, kogo się nie lubi?

Zacisnąłem dłonie w pięści. Czy ona go w ogóle słuchała? Cały czas dawał mi do zrozumienia, że teraz to on jest tam panem i mam się dostosować. Niedoczekanie jego, po moim trupie.

- Może będzie lepiej – wysyczałem przez zagryzione zęby – jeżeli wrócisz do swojego mieszkania. Przynajmniej do czasu, aż zastanowisz się, do której grasz bramki.

Wlepiła we mnie zaskoczone spojrzenie zielonych oczu. Chyba nie myślała, że teraz pozwolę jej zostać?

- Jak uważasz.

Czym prędzej zabrała swoją torebkę i wyszła z mojego mieszkania.

  

Dochodziła dziesiąta w nocy. Na oślep uderzałem w worek, chcąc pozbyć się wszystkich negatywnych emocji. Jagoda mnie zawiodła. Do tej pory uważałem ją za rozsądną osobę, a ona poleciała na opanowane do perfekcji pierwsze dobre wrażenie. Myślałem, że szlag mnie trafi, gdy patrzyłem, jak świetnie się ze sobą dogadują.

Odgłos kroków przerwał moje rozmyślania.

- Wciąż masz komplet kluczy – odwróciłem się w stronę drzwi – i nadal przychodzisz tutaj w nocy, gdy nikogo nie ma.

Wzruszyłem ramionami i przewróciłem oczami. Tylko jej mi tutaj teraz brakowało.

- Skąd wiedziałaś, że tu będę? - warknąłem – śledzisz mnie?

W odpowiedzi zaśmiała się i podeszła bliżej. Od razu wyczułem znajomy zapach kwiatowych perfum.

- Powiedzmy, że cię znam – odparła wymijająco i położyła dłoń na moim ramieniu – chyba lepiej, niż ty samego siebie.

Prychnąłem.

- Gówno prawda – zrobiłem kilka kroków w tył – czego chcesz?

Odrzuciła włosy do tyłu.

- Jak to czego? - sprawiała wrażenie, jakby nie rozumiała tego, co mówię – czy ostatnim razem ci nie powiedziałam?

No tak, jak mógłbym zapomnieć o jej szlachetnej obietnicy?

- Zapomnij – odparłem i zdjąłem rękawice – nie jestem tobą zainteresowany.

- Nie wierzę ci – pokręciła przecząco głową – nadal mnie kochasz.

Ta rozmowa stawała się coraz dziwniejsza.

- Nie kocham – powiedziałem stanowczo – mogę ci to przeliterować.

Bez słowa skinęła głową. Intuicyjnie czułem, że to nie jest koniec tej idiotycznej rozmowy i żałowałem, że nie mogłem wejść do jej głowy i zobaczyć, co miała dla mnie jeszcze w zanadrzu.

4 515 czyt.
100%221
Minia215

opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne i erotyczne, użyła 1407 słów i 7642 znaków

Komentarze (1)

 
  • AnonimS

    AnonimS 27 wrz 2018

    No tak....