Skaza Rozdział 9

Skaza Rozdział 9

Rozdział 9

– Wyjechali? – spytała niepewnie, podając mi herbatę.
– Tak. Zabrali ze sobą Hollen. Zostałaś sama, Rukia.
– Dobrze, że pojechała z nimi.
– Na pewno dobrze? – zadałem pytanie, wpatrując się w księgi.
– Tak – potwierdziła. – Podać coś jeszcze?
– Nie trzeba – odparłem i w końcu spojrzałem na nią.
Złapałem się na tym, że za każdym razem, gdy próbowałem na nią nie patrzeć, nie wytrzymywałem i z jeszcze większą uwagą, czułością spoglądałem na jej twarz.
– Będziesz siedział tu do późna? – spytała, a ja uśmiechnąłem się do niej. – Co cię rozbawiło?
– Nigdy nie nauczysz się mówić do mnie z szacunkiem, prawda?
– Szanuje cię i…
– Nieprawda – burknąłem.
– Czy kiedyś nie okazałam ci szacunku? Czy kiedyś zachowałam się nieodpowiednio? – spytała, a potem dopowiedziała: – Czy to nie ty pozwoliłeś mi na zwracanie się do ciebie tak…
– Rozumiem – przerwałem jej. – A więc to moja wina, bo pozwoliłem ci na frywolność w stosunku do mojej osoby?
– Tak – odparła bez zastanowienia.  
Spojrzałem na nią i uśmiechnąłem się, a ona odwzajemniła gest. Po raz pierwszy zauważyłem, że uśmiecha się do mnie, tylko do mnie. To było miłe.
– Będę pracował – rzekłem, przerywając niespodziewaną ciszę. – Zajmę się czytaniem tych dokumentów, aby podjąć różne decyzje.
– W jakiej sprawie?
– Moich poddanych – odparłem. – Pojawiło się wielu kupców, ale ja na nich mówię „złodzieje”. Ci, tak zwani ludzie interesu, są odłamem tych najgorszych kupców. Pochodzą z miast moich braci, którzy nie reagują na ich zachowanie.
– San Soo też ci nie pomaga?  
– Nie. Oni uważają, że to mój problem, a nie ich.
– Czasem wydaje mi się, że źle podchodzicie do pewnych sytuacji. Poza tym nie potraficie się porozumieć przez wasze skomplikowane i trudne charaktery.
– Trudne charaktery? – spytałem zaskoczony jej wypowiedzią.
Wzruszyła ramionami.
– Masz trochę racji, jednak Park nie ma trudnego ani skomplikowanego charakteru. Ja, Kim i San, a nawet Minako, jesteśmy... – zamilkłem. – Z resztą nie ważne.
– Nie musisz określać waszych cech. Uwierz mi, poznałam was aż za dobrze.
– Wątpię w to – rzekłem. Wstałem od stołu i podszedłem do okna. – Każdy z nas ukrywa prawdziwe oblicze w głębi swojego serca, duszy, a nawet ukrywamy je uporczywie w kościach, które pragną po coś sięgnąć siłą.  
– San Soo nie jest taki jak wy – szepnęła.
– Mylisz się – powiedziałem i odwróciłem się w jej stronę.  
Nastała niezręczna cisza. Potem opuściła pomieszczenie, zabierając tacę i obdarzając mnie lekkim skinięciem głowy.


          Następnego dnia wybrałem się na targ, gdzie musiałem zająć się kolejnymi kupcami z miasta Toshita, które należało do Kim Yoo. Tak jak obiecałem, zjawiłem się w domu biednego, ale szlachetnego i oddanego swojej pracy, kupca Yan Ho. Członkowie jego rodziny przyjęli mnie ze strachem malującym się na twarzach i wielkim lękiem w oczach.  
– Gdzie jest Yan Ho? – spytał Pal Hoon.  
Mój oddany żołnierzyk jak zwykle przeszedł do sedna, nie marnując naszego czasu.
– Mąż jest na targu – powiedziała spokojnie kobieta i ukłoniła się w moim kierunku.  
Odwzajemniłem gest, a następnie podążyłem na targ.  

Jadąc do miejsca, gdzie znajdowało się stoisko pracy Yan Ho, dostrzegłem przy pierwszych stoiskach Hoi w towarzystwie Ruki. Kobiety robiły zakupy. Wymieniliśmy z moją opiekunką spojrzenia, podczas gdy Rukia przyglądała się wisiorkowi w kształcie motyla. Wpatrywała się w niego, nie zauważając niczego, co znajdowało się dookoła.
W końcu Pal ponaglił mnie i dotarliśmy bezpiecznie do stoiska kupca. Kiedy znaleźliśmy się dość blisko, dostrzegliśmy, że pomiędzy Yan Ho i człowiekiem z miasta Toshita wywiązała się bijatyka.
Zeskoczyliśmy z koni i ruszyliśmy do walczących mężczyzn. Pal Hoon odciągnął kupca z Toshita, a ja szarpnąłem Yan. Kiedy mnie zobaczył, natychmiast się uspokoił.  
– Co tu się dzieje?! – krzyknąłem.

             Kątem oka zauważyłem, że kupiec odpycha mojego przyjaciela i wyciąga nóż. Nie czekając na rozwój sytuacji, wyszarpnąłem zza pasa miecz i szybkim ruchem prawej ręki wymierzyłem cięcie na jego klatce piersiowej. Jego ciało zachwiało się, a gdy spojrzał na mnie, przybliżyłem się do niego i układając miecz na jego krtani, przeciągnąłem go w górę, a następnie w dół. Mężczyzna upadł na ziemię.
Rozejrzałem się dokoła i zatrzymałem wzrok na przyjacielu. Przez chwilę wpatrywałem się w towarzysza, a kiedy poczułem wiatr oplatający moje ciało, zrobiłem krok w tył. Odwróciłem się w stronę poddanych oraz wrogów nasłanych przez Kima. Byłem pewny, że to on zesłał na moją krainę swoich ludzi, aby zniszczyli mój spokój. On pragnął obudzić we mnie bestię.
Uśmiechnąłem się sam do siebie, a potem rzekłem:
– Powiesić wspólników tego człowieka, a ciała nabić na pale i postawić przed główną bramą do Narmi.
Odwróciłem się w stronę konia. Obok niego stała przerażona Rukia, która patrzyła na mnie i chyba niedowierzała w moje okrucieństwo. Podszedłem do wierzchowca, wsiadłem na niego i odjechałem w stronę głównej siedziby.


          Zdążyłem się rozsiąść na prowizorycznym tronie, a w pomieszczeniu pojawił się mój doradca Kon Yong.
– Musimy porozmawiać – rzekł i zbliżył się do schodka, który prowadził do podestu. – Król chce, abyś pojechał do Dinando.
– Ja? – spytałem zaskoczony.
– Tak, ty.
– Nie pojadę – burknąłem. – Odmów w moim imieniu.
– Nie zrobię tego. W końcu król powierzył ci ważne zadanie.
– Niby jakie? – spytałem, wpatrując się w list, który trzymał w dłoni.
– Masz zastąpić go w dyskusji o przyłączeniu sąsiedniej wioski do Gonero.
– To jest jeszcze ktoś, kto chce się przyłączyć do Gonero?
– Tak. To lud uciekający przed wschodnią wojną domową. Kryje się w wiosce, która sąsiaduje z Dinando oraz Gonero – zaczął tłumaczyć. – Gonero potrzebuje wiernych poddanych…
– Jak mogłeś tak postąpić?! Jesteś zwierzęciem!
W sali głównej pojawiła się Rukia. Nie zwracała uwagi na mojego doradcę. Stanęła na środku pomieszczenia i wpatrywała się we mnie z żalem i złością.
– Potrafisz rozwiązywać problemy za pomocą…
– Co to ma znaczyć? Tsume, jak służąca może odzywać się do ciebie w ten sposób? – spytał Kon.
– Zostaw nas samych – powiedziałem do poddanego, a gdy wyszedł przemówiłem do niej: – Uspokój się.
– Mam się uspokoić? Zabiłeś człowieka. Pozwoliłeś mu się wykrwawić na oczach innych podanych.
Dostrzegłem krew na jej odzieniu.
– Dlaczego? – spytała, gdy ja wpatrywałem się w jej drżące dłonie i bladą twarz. – Dlaczego jesteś taki okrutny?
– Jestem sprawiedliwy – odpowiedziałem, a ona miała jeszcze bardziej przerażony wyraz twarzy. – Czemu moi poddani mają cierpieć przez błędy ludzi z wiosek moich braci?
– To po co ich przyjmowałeś, jeśli odbierasz im przy każdej sposobności życie i wiesz, że będą sprawiali ci kłopoty? Po co? Czy sprawia ci przyjemność patrzenie na krew niewinnych?
– Tak – powiedziałem.
– Co „tak”? – spytała.
– Tak, sprawia mi przyjemność patrzenie na wykrwawiających się ludzi. Lubię widok krwi, bo tylko ona jest w nich prawdziwa. Ludzie są zakłamani, mało prawdziwi…
– Dość! – krzyknęła. – Nie chcę tego słuchać! – Zakryła rękoma uszy.

Wstałem i powoli podszedłem do niej. Będąc już blisko, nachyliłem się do jej twarzy i swoimi dłońmi zabrałem jej ręce. Mocno ścisnąłem jej nadgarstki i spojrzałem w oczy.  
– Jestem prawdziwy, oni nie są i nigdy nie będą. Moja matka wolała oddać mnie służce niż wychowywać dziecko ze szramą na twarzy. Ojciec, czy też mężczyzna nazywający siebie królem, potrafi pięknie mówić i chronić swój lud, ale nie potrafi strzec swojego dziecka. Moi bracia... – westchnąłem. – Jeden gorszy od drugiego. Nie wiem, czy bardziej zakłamany jest Kim Yoo, czy San Soo. Może Park Yoo nie zatracił się w tym bagnie i krwi oraz jako jedyny chce kochać. Chce wierzyć w swoją rodzinę... No i oczywiście pragnącą pomścić śmierć matki Minako. Najchętniej wbiłaby nóż w pierś królowej, ale nie chce robić tego jawnie. Woli zabić po cichu.
– A ty? – spytała Rukia, pozwalając mi trzymać swoje dłonie w uścisku.
– Ja? Jestem tylko człowiekiem, trochę zwierzęciem i zagubionym chłopczykiem czekającym na pierwszy deszcz, który obmyje jego winy. Czekającym na pierwszy śnieg, który pozwoli mu poczuć chłód na ciele rozpalonym od ran fizycznych.
Opuściła twarz, a ja puściłem ją i sięgnąłem do maski. Powoli, bez pośpiechu odwiązałem sznurki i zdjąłem ją. Następnie dotknąłem ręką brody Ruki i nakierowałem jej twarz na moją. Nie zobaczyłem w jej spojrzeniu obrzydzenia, strachu, ale ujrzałem współczucie i żal.
– Ta szrama jest tak boleśnie prawdziwa, że nie pozwala mi spokojnie spojrzeć w lustro. Do końca życia nie będę potrafił zaakceptować siebie, a oni potrafią, choć są…
– Wszystko w porządku? – spytała wchodząca do pomieszczenia Hoi.
– Tak – rzekłem.
– Nie – odezwała się Rukia. –  Chciałabym stąd odejść.
Spojrzałem na nią i zakrywając maską poniszczoną twarz, powiedziałem:
– Nigdy stąd nie odejdziesz.
Popatrzyłem na Rukie, a następnie na opiekunkę i pospiesznie opuściłem salę.

387 czyt.
100%7
NataliaO

opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne i dramaty, użyła 1678 słów i 9689 znaków ·

Dodaj komentarz