Rozdarta - Rozdział 2

Zimny prysznic, trzy warstwy podkładu i czterdzieści minut z zimnymi okładami na powiekach nawet w małym stopniu nie pomogło mi doprowadzić się do porządku. Wyglądałam i czułam się tak jak na to zasługiwałam, choć mogłam się spodziewać, że będzie jeszcze gorzej, bo alkohol nie do końca jeszcze ze mnie wyparował, tępiąc tym samym trochę potworny ból głowy. Litr soku pomarańczowego i dwie tabletki przeciwbólowe na nic się zdały.
Dziękowałam opatrzności, że była sobota i nie musiałam się stawić na lekcjach. Mimo balu zakańczającego liceum, wciąż został mi jeszcze miesiąc nauki i kolejne dwa tygodnie egzaminów nim będę mogła spakować walizki i wrócić do domu. Sześć długich tygodni ukrywania się za kotarą włosów i modlenia się, żeby nie wpaść przypadkiem na Adriana.  
Jęknęłam przypominając sobie, jakie pośmiewisko z siebie zrobiłam. Nie dość, że oddałam dziewictwo chłopakowi, którego znałam przez pół godziny to jeszcze zrobiłam cyrk jak aktorka teatralna. Jedynym pocieszeniem było to, że on też zrobi teraz wszystko byle by mnie więcej nie zobaczyć.  
Właśnie w tej chwili przydałaby mi się przyjaciółka lub przyjaciel, któremu mogłabym się wyżalić i ulżyć trochę moralnemu kacu. Niestety, moja jedyna przyjaciółka, a zarazem siostra, była teraz na innym kontynencie, spełniając swoje podróżnicze marzenia. Nawet gdybym chciała do niej zadzwonić, nie miałam pojęcia gdzie jej szukać. Eva była gdzieś w Azji, ale dokładnego jej położenia nie znał nikt.  
Wraz z dniem, gdy wsiadła do samolotu prawie rok temu, kierując się na początek do Brazylii, zaniechała wszelkich udogodnień technologicznych, żeby być jak to określała, bliżej prawdziwego świata. Od czasu do czasu przesyłała jakąś pocztówkę lub ośmio–stronnicowy list z setką zdjęć.
Tak, więc byłam zdana na siebie. Miałam oczywiście mamę, ale moja desperacja nie sięgnęła jeszcze odpowiedniego poziomu, żebym odważyła się z nią porozmawiać. Nie chodziło o to, że by nie zrozumiała. Wręcz przeciwnie, była by szczęśliwa, że jej córeczka w końcu stała się kobietą i zadawałaby mnóstwo niewygodnych, wprawiających mnie w zakłopotanie pytań. Moja matka jest bardzo nowoczesną kobietą, nie ma dla niej tematów tabu. Sama nie raz spowiadała się ze swoich młodzieńczych grzeszków, otwarcie mówiąc o mężczyznach, z którymi sypiała. W tej kwestii mogła sobie podać rękę z Evą. Obydwie były wyzwolonymi kobietami. Żadna z nich nie odczuwała wstydu czy zażenowania i obydwie patrzyły krzywo na moje ukochane za duże szare swetry, białe kołnierzyki i granatowe jeansy.  
No cóż. Miałam geny ojca.  
Lubiłam swoją przestrzeń, samotność, a ponad wszystko uwielbiałam mieć wszystko z góry zaplanowane. Pomagało mi to kontrolować swoje życie i zmierzać do już dawno obranego celu. Imprezy, alkohol, zakochiwanie się co tydzień były dla mnie stratą czasu, który mogłabym poświęcić na rozwijanie siebie. Tak też miało być wczoraj. Wyjście na bal nigdy nie było moim planem, dopóki nie dostałam od Evy paczki dwa tygodnie temu z sukienką i listem, w którym wypruwała sobie żyły, żeby nakłonić mnie do wyjścia.  
Uległam. W końcu, co takiego mogło się stać? Kilka godzin podpierania ściany, może taniec z którymś z chłopaków z klasy.  
Bardziej pomylić się nie mogłam. Jeden wieczór, jeden chłopak, jedno spojrzenie i mój świat stanął na głowie. Teraz zostało mi pozbierać resztki godności z podłogi i przetrwać kolejne sześć tygodni bez pogłębiania dołu, w którym siedziałam już tak głęboko, że nawet nie było mnie widać.
Skończyłam wypracowanie na historię sztuki i od razu zabrałam się za studiowanie materiału na kolejny tydzień. Nic odbiegającego od normy, może jedynie poza powodem. W zeszłą sobotę robiłam dokładnie to samo, ale dlatego, że chciałam być przygotowana, a nie, dlatego, że potrzebowałam zająć czymś myśli.
Niestety, nauka nie pomagała mi wyrzucić z głowy Adriana. Nie więcej niż dwadzieścia cztery godziny temu uważałam go za nienagannego, dobrze wychowanego młodego mężczyznę, a na widok dołeczków w jego policzkach miękły mi kolana. Pierwszy raz doświadczyłam czegoś, co moja siostra nazwałaby zadurzeniem. Byłam jak naćpana feromonami, a on nie pozostawał mi dłużny. Wręcz rzucił się na mnie, gdy wyszłam z nim dla towarzystwa na palarnie. Wpił się w moje usta jak szaleniec, a jego długie palce wplotły się w moje włosy jeszcze zachłanniej przyciągając mnie do siebie. Później było tylko lepiej. Adrian zachowywał się jakbym była wszystkim, czego potrzebował.  
I nagle mydlana bańka prysła. Wyrzucił mnie ze swojego domu jak tanią szmatę, w jednej chwili otwierając mi oczy. Był tylko graczem, zwykłym playboyem. Całe moje zadurzenie wyparowało, a zastąpiła je złość i nienawiść. Nie sądziłam, że jestem w stanie kimś tak gardzić jak nim. A jednak.  

–––––

Ból głowy minął wieczorem, ale pełną równowagę odzyskałam dopiero w Niedzielę. Kac fizyczny minął, moralny pozostał i gdy leżałam już w łóżku, pierwszy raz w życiu gorączkowo szukałam wymówki, żeby rano nie iść na lekcje.  
Niestety, byłam większym tchórzem niż zdawałam sobie z tego sprawę. Nie odważyłam się zadzwonić do sekretariatu i skłamać, że źle się czuję. Kłamcą zresztą też nie byłam najlepszym. Tak naprawdę jedyne, co mi w życiu dobrze wychodziło to nauka i dlatego trzymałam się tego jak koła ratunkowego.  
Wzięłam głębszy oddech nim wyszłam ze swojego pokoju w poniedziałkowy poranek. Zajęcia, jak co tydzień rozpoczynał apel. Dyrektor przekazywał nam najnowsze ogłoszenia i życzył owocnej nauki, ale dziś apel miał trwać dłużej niż normalnie, z uwagi na piątkowy bal.  
Usiadłam w pierwszym rzędzie tuż przy przejściu i czekałam cierpliwie aż wszyscy spóźnialscy zajmą swoje miejsca. Aula mieściła wszystkich ośmiuset uczniów na małych, niebieskich, plastikowych krzesełkach ustawionych w dwie kolumny po dwadzieścia rzędów. Harmider panujący w pomieszczeniu trwał do momentu, gdy na podest wyszedł dyrektor.  
Uśmiechnął się omiatając bystrym spojrzeniem całą salę i puknął w mikrofon trzy razy zanim odchrząknął. – Witam wszystkich. Mam nadzieję, że weekend wam się udał.  
Otworzyłam swój notatnik na czystej stronie i spisywałam w podpunktach ogłoszenia na ten tydzień. Biblioteka miała być zamknięta w środę na zebranie zarządu, a w stołówce zaczęto znów podawać napoje gazowane. Dyrektor płynnie przeszedł do tematu balu, co siedmiuset dziewięćdziesięciu dziewięciu uczniów przyjęło wiwatami.
– Jak zapewne większość z was wie, a przynajmniej ci, którzy na balu wytrwali do dziesiątej, koronacja Króla i Królowej się nie powiodła gdyż zabrakło ich na sali.
Ktoś z tyłu krzyknął, że poszli skonsumować swój nowy status i cała sala wybuchła śmiechem.  
Dyrektor przeczesał siwe włosy ręką w zakłopotanym odruchu, po czym uniósł dłoń do góry żeby uciszyć uczniów. – Tak, więc, postanowiliśmy wraz z nauczycielami ukoronować ową parę właśnie teraz.
Profesor Sharp, starsza kobieta, z którą miałam zajęcia z literatury podeszła na środek sceny z dwiema koronami na czerwonej poduszce.  
– By nie przedłużać. Królową balu została Panna Abigail Smith.  
Sala wybuchła brawami a chłopcy nie szczędzili gwizdów, gdy szczupła blondynka o nieskazitelnej buzi wdrapała się na scenę na wysokich szpilkach. Dyrektor założył jej koronę i uścisnął dłoń.  
– Królem balu, został Pan Adrian Livid.
Tym razem to dziewczyny piszczały, a mi krew odpłynęła z twarzy. Skuliłam się trochę na krześle i pozwoliłam włosom opaść na buzię z nadzieją, że stanę się przez to niewidzialna. Nie mogłam wybrać gorszego miejsca do siedzenia, byłam dokładnie naprzeciwko mikrofonu.
Adrian przeszedł obok mnie. Zapach jego perfum niesiony podmuchem wiatru zaatakował mój nos sprawiając, że skóra na moich policzkach delikatnie się zarumieniła. Obserwowałam jak podchodzi do dyrektora i ściska mocno jego dłoń. Adrian omiótł spojrzeniem uczniów i sekundę później jego oczy natrafiły na mnie. Pod naciskiem jego szarych tęczówek spuściłam wzrok na spocone z nerwów dłonie. Targały mną skrajne emocje. Jakaś część mnie, ta racjonalna, chciała wykrzyczeć mu w twarz wiązankę najokropniejszych obelg, ale była też ta część mnie, która marzyła tylko o tym, żeby znów skosztować jego ust.
– Możesz pocałować Pannę Królową! – wrzasnął ktoś z tyłu, zapewne jeden z chłopaków z drużyny rugby. Oni wszyscy mieli kiepskie poczucie humoru.
Adrian spojrzał za siebie na Abigail, która rozpływała się, pożerając go wzrokiem. – Nic dwa razy się nie zdarza Jake – powiedział do mikrofonu, a Abigail uśmiechnęła się szeroko, jakby chłopak sprawił jej komplement.  
– Tak. A więc gratulacje dla naszej królewskiej pary. – Dyrektor machnął na nich ręką, żeby zeszli ze sceny. – Życzę owocnej pracy na następne pięć dni. Widzimy się w tym samym składzie za tydzień o tej samej porze. Jesteście wolni.
Na te dwa ostatnie słowa, sala znów wybuchła harmidrem. Wszyscy podnosili się z miejsc, szurali krzesłami, rozmawiali, śmiali się i przekrzykiwali. Ja schowałam notes do torby i skierowałam się do drzwi mijając po drodze, co najmniej setkę guzdrających się pierwszo–klasistów.
Trzy pierwsze lekcje minęły szybciej niż się spodziewałam. Gdy zadzwonił dzwonek obwieszczający godzinną przerwę obiadową, zebrałam swoje książki z biurka i jako ostatnia wyszłam z klasy. Jak co poniedziałek, kupiłam makaron z tuńczykiem i serem i butelkę niegazowanej wody, po czym zajęłam swoje stałe miejsce przy najmniejszym stoliku w najbardziej odległym kącie stołówki. Z torby wyciągnęłam wyświechtany egzemplarz ‘Kodu Leonarda Da Vinci’ i zanurzyłam się w lekturze podjadając powoli obiad.
– Głowa już nie boli? – Usłyszałam nad sobą znajomy głos i z wrażenia przewróciłam stojącą przy mojej dłoni, otwartą butelkę z wodą na książkę.  
Adrian złapał ją nim narobiła wielu szkód. Spojrzałam na niego mając nadzieję, że wysyłam wystarczająco negatywnych wibracji, żeby go odstraszyć.
– Chcesz czegoś? – zapytałam oschle, wycierając wodę z blatu.
– Chciałem sprawdzić jak się czujesz. Jak kolano? – Był niewzruszony moim jadowitym tonem i morderczym spojrzeniem. Usiadł na wolnym krześle i przyglądał mi się badawczo.  
– Czuję się wyśmienicie.  
Nagle przeszedł mi apetyt. Schowałam mokrą książkę do torby i odeszłam w stronę wyjścia. Czułam się jakbym dostała czymś ciężkim w głowę. Kac moralny powrócił ze zdwojoną siłą. Przyprowadził ze sobą wstyd, zażenowanie i upokorzenie, ale i nieopisywalną wściekłość.
– Viv, poczekaj. – Adrian dogonił mnie kilka metrów dalej tarasując mi drogę.  
Unikałam jego spojrzenia jak mogłam, bojąc się, że rzucę się na niego z rękami, jeśli zobaczę ten triumfalny uśmiech wyższości na jego ustach.  
Poprawiłam zniecierpliwionym gestem okulary i próbowałam go obejść, ale zrobił krok w lewo i znów stanął mi na drodze. – Zejdź mi z drogi.
– Nie – odparł stanowczo, ale w jego oczach nie czaiła się wesołość, której oczekiwałam.
Robił ze mnie pośmiewisko na oczach całej szkoły. Stojący najbliżej przyglądali nam się z zaciekawieniem i zdziwieniem.
– Zostawiłaś buty w moim samochodzie – ponowił. – Przywiozę Ci je wieczorem.
Pięknie. Za dwie godziny plotka o tym, że się z nim przespałam dotrze nawet do tych, którzy mają ciekawsze rzeczy do roboty niż życie czyimś życiem.
– Wyrzuć je – powiedziałam przez zaciśnięte zęby, purpurowa ze złości.  
Tym razem udało mi się go minąć. Uderzyłam go ramieniem, torując sobie drogę, ale zamiast ulgi i satysfakcji poczułam dreszcz na plecach. Wystarczał tak znikomy dotyk żebym znów była jak naćpana feromonami zakochana nastolatka.  
Wypadłam ze stołówki czując jak pieką mnie oczy. Łzy bezsilności, złości i upokorzenia szukały ujścia. Popełniłam w życiu tylko ten jeden błąd, a teraz miałam odczuwać jego konsekwencje przez kolejne kilka tygodni.  
Na resztę przerwy zamknęłam się w łazience i powtarzałam sobie jak mantrę, że to, co inni pomyślą lub powiedzą nie ma najmniejszego znaczenia, bo nikogo z nich nigdy więcej już nie zobaczę, gdy skończą się egzaminy.  
Trzy ostatnie lekcje trwały pół wieku, a Profesor Sharp opowiadała o Shakespearze jeszcze długo po dzwonku i gdy wyszłam z klasy, szkoła była już prawie pusta. Ja jednak nie miałam opuścić tych murów przez jeszcze trzy godziny. Dorywczo, dla zabicia czasu i kilku drobnych na bzdurne wydatki pracowałam po lekcjach w szkolnej bibliotece. Odkładałam wypożyczone książki na półki, rozsyłałam listy po klasach do uczniów, którzy zalegali ze zwrotem i uaktualniałam listę książek, gdy pojawiało się coś nowego.
– Vivienne, dyrektor wspominał na apelu, że biblioteka będzie nie czynna w środę? – zapytał Marcus, bibliotekarz na pełen etat.  
Pokiwałam twierdząco głową. – Mam wolne, czy spotkanie skończy się przed szesnastą?
– Masz wolne.
Rzuciłam się w wir pracy i prawie udało mi się zapomnieć o Adrianie i naszym dzisiejszym spotkaniu w stołówce. Wróciłam do akademika tuż po dziewiętnastej. Wspięłam się po betonowych stopniach na pierwsze piętro i zamarłam widząc po drzwiami Adriana. Siedział na ziemi z telefonem w ręku, a obok leżały moje buty.
Serce biło mi jak szalone, gdy próbowałam po cichu się wycofać.
– Viv. Przestań się bawić w kotka i myszkę – powiedział zirytowanym tonem.  
– Mówiłam, żebyś je wyrzucił. – Wskazałam na buty. – Jakbyś umiał czytać między wierszami to zrozumiałbyś, że grzecznie dawałam ci do zrozumienia, żebyś trzymał się ode mnie z daleka.
– Szkoda butów. Ładnie w nich wyglądasz. – Zignorował mój wywód. – Cała jesteś śliczna.
– Daruj sobie. W cokolwiek teraz grasz… przestań.  
Otworzyłam drzwi do swojego pokoju i zabrałam buty z ziemi.
Adrian wstał. – Nie zaprosisz mnie? – zapytał wciąż niezrażony moim wulgarnym zachowaniem.  
Albo był tak głupi, albo specjalnie ignorował sygnały, które mu wysyłałam. Jak na mój gust, wyrażałam się jasno, jednak najwidoczniej niewystarczająco jasno.
Prychnęłam przewracając teatralnie oczami. – Nigdy w życiu.  
Zamachnęłam się żeby trzasnąć mu drzwiami przed nosem dla lepszego efektu, ale Adrian przytrzymał je ręką.  
Jego usta wykrzywił uśmiech i w dwóch krokach znalazł się w moim pokoju. – Jesteś niemożliwa. – Zamknął za sobą drzwi.  
Nim zdążyłam zareagować, złapał mnie w talii i brutalnie przyciągnął do siebie. Jego usta odnalazły moje i wbrew mojej nienawiści, kolana się pode mną ugięły. Osunęłam się trochę i Adrian momentalnie przytrzymał mnie mocniej, jego język delikatnie musnął moją dolną wargę, jakby błagał o namiętniejszą pieszczotę. Wszystko wokół wirowało, całe moje ciało łaknęło jego bliskości. Cichy głosik rozsądku przebił się przez pożądanie, nakazując mi przerwać to natychmiast.  
Odepchnęłam go z całej siły. – Co ty sobie wyobrażasz?! – krzyknęłam. Złość szybko opanowywała mój umysł. – Wynoś się!
Adrian uśmiechnął się delikatnie. – Uwielbiam cię Viv.  
Patrzyłam na niego wielkimi oczami. Chłopak miał nie po kolei w głowie. Zachowywał się jak psychicznie chory. Najpierw wyrzucił mnie z domu a później prawi mi komplementy.  
– Jesteś nienormalny.– Otworzyłam drzwi na oścież. – Wynoś się! Nie chcę cię więcej widzieć
Adrian stał przez chwilę zdumiony, ale w końcu się poddał. Spojrzał na mnie po raz ostatni nim zatrzasnęłam za nim drzwi.

2 781 czyt.
100%166
Ness2812

opublikowała opowiadanie , aktualizowała 12 sty, 20:15 w kategorii miłosne, użyła 2841 słów i 16193 znaków. ·

Komentarze (6)

 
  • monis2112

    monis2112 11 stycznia

    Super :-)

  • Emily99

    Emily99 11 stycznia

    Świetne

  • Malawasaczka03

    Malawasaczka03 11 stycznia

    Meega

  • Mala11

    Mala11 11 stycznia ip:5172255

    Cudo☺

  • lila

    lila 10 stycznia ip:93105214

    Cudowne

  • cicha2591

    cicha2591 10 stycznia

    super