Nigdy więcej - Rozdział 5

Siedziałam na swoim miejscu po boku K, który pilotował statek. Zerkałam co chwilę w jego stronę, zatrzymując wzrok raz na jego kruczoczarnych, nienagannie ułożonych włosach, w które chciałabym wpleść swoje palce, raz na profilu jego twarzy, a raz na bicepsach. Starałam się nie patrzeć za długo, bo w głowie już go rozbierałam, sunąć dłońmi po jego nagim torsie. Westchnęłam, wbijając wzrok w przestrzeń kosmiczną. Nie mogłam pozbyć się z umysłu jego uśmiechu, kiedy tańczyliśmy. Jego oczy prześladowały mnie na każdym kroku. Z każdą kolejną misją podobał mi się coraz bardziej. A to tylko wszystko utrudniało, bo nie mogłam z tym zrobić absolutnie nic. Między partnerami nie może być żadnej romantycznej więzi. Bez wyjątków.  
Naszym zadaniem było aresztowanie jakiegoś rzezimieszka. Zwykli agenci próbowali go ująć już pięć razy, ale ciągle im się wymykał, więc wysłali nas. Otworzyłam jego kartotekę, na bocznym ekranie komputera pokładowego. Kradzież, kradzież, pobicie, kolejne pobicie, włamanie się do systemu międzygalaktycznych szlaków handlowych, zniszczenie asteroidy ze stacją paliwa przy jednym z nich, oczywiście najpierw kradzież tego paliwa oraz jego nielegalna sprzedaż i na końcu ciężkie uszkodzenie ciała, które doprowadziło do śmierci jednego z naszych agentów. No proszę, wygląda na to, że się z nim „dogadam”. Ja też jestem specjalistką od ciężkiego uszkodzenia ciała. Pożałuje, że w ogóle tknął kogoś od nas. W kartotece było też jego zdjęcie. Cały zgniło zielony z wielkimi pęcherzami na skórze, łysy, nos jak u węża, zęby jak u rekina, dwie pary rąk, ale tylko jedna para nóg. Nie wiedziałam, co to za rasa i nawet mnie to nie interesowało.      
Kiedy zamykałam plik z kartoteką, K akurat lądował. Wysiedliśmy ze statku w ciszy. Rozejrzałam się dookoła. Byliśmy w górach, wszędzie mnóstwo drzew z czerwonymi igłami, niebo tutaj miało kolor pastelowego różu, a podłoże składało się z najróżniejszych kamieni w odcieniach pomarańczowego.  
– Ukrywa się, w którejś z jaskiń w tej górze przed nami – powiedział K.
– To co, rozdzielamy się? Musimy jakoś przeszukać te jaskinie.
– Niekoniecznie. Wyczytałem, że wszystkie łączą się ze sobą w jedną, wielką gdzieś w głębi góry, więc możemy wejść do jakiejkolwiek.
– Serio? Kiedy niby to wyczytałeś?  
– Jak na ciebie czekałem. Dostałem informacje o terenie. No co tak na mnie patrzysz? Chyba umiemy rozmawiać i dzielić się informacjami? Nie moja wina, że się spóźniłaś. – Kącik jego ust delikatnie powędrował do góry.
– Wcale się nie spóźniłam – warknęłam. –  Z resztą nieważne. Idziemy czy czekamy, aż sam do nas przyjdzie?
– Na to chyba nie ma co liczyć. Musimy się sami pofatygować – powiedział z uśmiechem i ruszył przed siebie.
Serio? Zacisnęłam dłonie w pięści. W sumie nie wiem, o co się wkurzyłam. Co w tym złego, że dostał dodatkowe informacje wcześniej, skoro był już na miejscu? Ale mógł mi powiedzieć wcześniej. Odezwać się podczas lotu, a nie tylko palnąć "Siema, F" i przybić piątkę na przywitanie, jak to było w naszym zwyczaju.  
Ruszyłam za nim. Mimo butów z grubymi podeszwami i tak źle się szło. Robiło się coraz bardziej stromo, a ja zdążyłam się już potknąć kilka razy. Na szczęście K tego nie widział. Wstyd jak nic. On za to nie potknął się ani razu. Chyba. Raczej patrzyłam pod nogi niż na niego. Chociaż „raczej” to nieodpowiednie słowo. Jakoś zawsze kiedy się potykałam, wynikało to z tego, że patrzyłam właśnie na mięśnie jego pleców niż pod nogi. Albo na jego zgrabny tyłek. Przyspieszyłam, żeby go dogonić, ale przeszłam samą siebie. Wyprzedziłam go, ale robiąc to, zagapiłam się na jego bicepsy i znowu się potknęłam. Złapał mnie, zanim wywinęłam orła, ale straciliśmy równowagę i wylądowaliśmy na kamieniach. To znaczy K wylądował na kamieniach. Tymi umięśnionymi plecami. A ja na nim. Nasza twarze były stanowczo za blisko. Nasze ciała również były stanowczo za blisko. Serce waliło mi jak oszalałe. Spojrzałam w te jego niesamowite oczy i czułam, że tonę.  
– Lecisz na mnie, F? – zapytał z łobuzerskim uśmiechem. Jeśli będzie się tak uśmiechał częściej, to już całkowicie stracę dla niego głowę.  
– Zwariowałeś? – odpowiedziałam szybko, ale poczułam, że się rumienię. – Tylko się potknęłam, a resztę zrobiła grawitacja.
– A więc tak to się teraz nazywa. Grawitacja – odparł dalej się uśmiechając.
Poczułam, że moje policzki płoną. Bogowie, co się ze mną dzieje? Co on ze mną robił? Jeszcze niedawno nic mnie nie obchodził, a teraz robię się czerwona, chociaż nic takiego nie powiedział. Nie mogłam skupić się nawet na czymś tak podstawowym jak chodzenie. Nie mogłam myśleć, bo wpatrywał się we mnie tymi swoimi oczami. Tonęłam i musiałam się ratować. Chociażby ze względu na misję. A to, że może i chciałabym utonąć, nie miało żadnego znaczenia.  
– K, naruszasz moją przestrzeń osobistą. – Wyrzuciłam z siebie w końcu.
Idiotka. To ty na nim leżysz, a nie on na tobie. Może raczyłabyś wstać? Ale te oczy...
– Obawiam się, że to ty naruszasz moją. Te kamienie wbijają mi się w plecy. Mogłabyś...
– A tak, no jasne. – Wtrąciłam szybko i jeszcze szybciej wstałam.  
Nie czekając aż K wstanie, ruszyłam dalej. Dogonił mnie po chwili i powiedział, trącając łokciem w ramię:
– Ładnie wyglądasz, jak się rumienisz.
Z wrażenia znowu się potknęłam. K chwycił mnie za ramię, ratując przed wryciem twarzą w te kamienie. Chociaż chyba wolałabym tą opcję, bo wtedy byłabym czerwona od krwi. F, weź się w garść kobieto. Skończcie misje i do domu. Tam będziesz mogła sobie fantazjować.  
– Nie dotykaj mnie – warknęłam. – I wcale się nie rumienię. To słońce spaliło mi policzki.
– Jasne. – Uniósł ręce do góry pokazując, że się poddaje i ruszyliśmy dalej w ciszy, ale uśmieszek z jego twarzy nie zniknął.
  


Dotarliśmy do jaskiń po około pół godziny drogi. Jednak postanowiliśmy się rozdzielić. Od kiedy wylądowaliśmy na kamieniach, co chwilę na nią zerkałem i szukałem okazji, żeby jej dotknąć. Chyba to zauważyła, więc dobrze, że się rozdzieliliśmy, bo nie wiem czy bylibyśmy w stanie wykonać misję. Byliśmy tak blisko. Czułem jak waliło jej serce, kiedy na mnie leżała i patrzyła na mnie tymi swoimi oczami. Czarne perły. Były takie ciemne, prawie czarne, ale kiedy się podnosiła zauważyłem, że przez chwilę przybrały ten ciepły odcień brązu, który tak mi się podobał, a potem znów ściemniały. Próbowałem wyrzucić ten obraz z głowy i skupić się na misji. Tak, próbowałem to odpowiednie słowo. I to mnie zgubiło. Nawet nie wiedziałem, kiedy postawiłem nogę tam, gdzie nie powinienem. W mgnieniu oka zawisnąłem głową w dół, z liną zawiązaną wokół łydki.  
– Wy, agenci MAO, macie ze sobą jedną, wspólną rzecz. Zawsze wpadacie w te same pułapki. – Zarechotał kosmita wychodząc z cienia.
Dopiero teraz zauważyłem, że znajduję się w wielkiej jamie oświetlonej światłem. Wszędzie było mnóstwo kabli, pudełek po gotowym jedzeniu i butelek po napojach. Było też długie biurko, na którym stały trzy monitory, podpięte do komputera. Przy biurku stał wielki fotel na kółkach, na którym rozsiadł się cel. Niedaleko niego znajdowała się kanapa i ogromny telewizor. No nieźle się tu urządził. O, była też lodówka. Prawie nie zwróciłem na nią uwagi. Zgiąłem się w pół sięgając do nogi. Próbowałem wyplątać łydkę z liny, ale ona zaplątywała się w nią jeszcze bardziej.
– Nawet nie próbuj się uwolnić. Nie uda ci się. Inni też próbowali – powiedział kosmita. – Jesteś sam? – Westchnął. – Znowu popełniają ten sam błąd. Czy MAO się nigdy nie nauczy?
Wstał z fotela i zaczął spacerować po pomieszczeniu, uważnie się mi przyglądając. Nie miałem zamiaru się odzywać. Przecież nie będę z nim dyskutować. Gdzie jest F? Jeśli powiszę tu jeszcze trochę, to chyba zwymiotuję. Że też nie chowam sztyletu w bucie, jak ona. Uwolniłbym się nie czekając na jej pomoc, niczym księżniczka zamknięta w wieży na księcia.
– Jesteś inny niż tamci. Rozumiem, że skoro nosisz maskę, to jesteś jakiś specjalny? Lepszy niż twoi poprzednicy bez masek?
Patrzył na mnie wyczekująco. Czy on naprawdę myśli, że będę z nim rozmawiał?
– Ach, rozumiem. Twoja duma nie pozwala ci odpowiedzieć. Skoro jesteś taki specjalny, to czemu jeszcze tam wisisz? Czemu w ogóle zawisnąłeś?
Skrzyżowałem ręce na piersi, żeby nie widział jak zaciskam dłonie w pięści. Mógłbym do niego strzelić i go sparaliżować, ale niewiele by mi to dało. No, przynajmniej by się zamknął. Zacząłem sięgać po broń, kiedy nagle coś przeleciało w powietrzu i przecięło linę. Zanim zdążyłem zareagować, gruchnąłem o ziemię z takim impetem, że mi dech zaparło. Pozbierałem się tak szybko jak mogłem i zobaczyłem jak F walczy z celem. Kopnęła go z pół obrotu prosto w twarz, aż ten stracił równowagę.
– K! Co to za feng shui odpierdalasz pod sklepieniem zamiast go łapać?! – wrzasnęła do mnie i rzuciła się na kosmitę, który zdążył już wstać i zamachiwał się na nią.
Kucnęła szybko unikając ciosu, jednocześnie podcinając mu nogi. Upadł, ale zaczął się turlać w stronę wyjścia z jaskini. Rzuciłem się za nim biegiem, bo bardzo sprawnie wstał i zaczął uciekać. Wybiegliśmy na coś w rodzaju klifu. Nie było żadnej ścieżki w dół ani z boku przy ścianie góry. Zaraz za krawędzią była przepaść. F przybiegła za nami i od razu się na niego rzuciła z pięściami. Zablokował jej ciosy jedną parą rąk, a drugą w tym czasie uderzył w brzuch. Zaszedłem go od tyłu, bo przecież nie może mieć oczu z tyłu głowy, jak to się mówi.  
Myliłem się. Tam gdzie jeszcze przed chwilą nie było nic, teraz patrzyły na mnie ślepia. Aż zrobiłem krok do tyłu. Szybko się otrząsnąłem i zaatakowałem równocześnie z F. Jedna para rąk zablokowała jej cios, druga mój. Na ułamek sekundy spojrzenia moje i F się spotkały. Zaatakowaliśmy, ale on zrobił unik i prawy sierpowy F spotkał się z moja twarzą. Aż mnie zamroczyło. Cel wykorzystał sytuację. Uderzył mnie pięścią w brzuch i niemal od razu kolanem w twarz, gdy zginałem się w pół. Zatoczyłem się i upadłem. Miałem mroczki przed oczami, w uszach mi szumiało. Czułem jak coś ciepłego i mokrego spływa mi po brodzie. To była krew. Chyba z mojego nosa, który okropnie bolał. A to wszystko trwało sekundy.  
Kiedy podniosłem wzrok, zobaczyłem jak F z okrzykiem wściekłości rozbiega się, skacze w górę z przygotowaną pięścią, by nadać ciosowi więcej siły. Kosmita kopnął ją w brzuch z pół obrotu pchając w stronę krawędzi. F upadła na ziemię, przeturlała się po niej i... Spadła w przepaść. Serce mi zamarło, a potem zaczęło bić jak szalone. Nie, to niemożliwe. Nie spadła, nie zginęła. Musiała się chwycić jakiejś wystającej półki. Na pewno. Wstałem na trzęsących się nogach, ale zamiast iść do przodu, zrobiłem kilka kroków do tyłu i oparłem się plecami o skałę. Kosmita stał odwrócony główną twarzą, że tak powiem, w stronę przepaści i rechotał. Nagle coś bardzo szybko wyleciało z przepaści i zawisło nad krawędzią klifu. Serce podskoczyło mi do gardła i zsunąłem się po ścianie na ziemię. Wielkie, kruczoczarne skrzydła z łatwością utrzymywały ją w powietrzu. Długi, łysy ogon zakończony wachlarzem z piór bujał się delikatnie na boki.  
– Popełniłeś śmiertelny błąd – wycedziła F, wyciągając sztylet z buta.  
– Bha… Bha… – Dukał się przerażony cofając.  
F machnęła skrzydłami i ruszyła na niego. Zaczął uciekać, ale nie miał z nią szans. Dopadła go, zanim dotarł do wejścia jaskini. Wbiła mu sztylet w bark przewracając na ziemię, po czym wykręciła jedną z jego rąk i szarpnęła, wyrywając ze stawu. Kosmita zawył z bólu. F siedząc na nim, wyciągnęła sztylet z jego ciała i wbiła mu go w drugi bark, a następnie złamała drugą rękę. Zrobiła tak z pozostałymi dwoma, a potem wróciła do zabawy sztyletem, kilka razy wyrywając i wbijając ostrze w różne miejsca na ciele, przeciągając nim tworząc rozległe rany. Cel wył wniebogłosy, rzucając się pod nią coraz słabiej, a ja patrzyłem z przerażeniem na to wszystko. F wyrwała sztylet i uniosła go do góry. Zamierzała zadać ostateczny cios, a mieliśmy dostarczyć go żywego.  
– F! Zostaw go! Mamy go wziąć żywcem! – krzyknąłem, sięgając po broń.
– O tym też zapomniałeś mi powiedzieć?! – warknęła, rzucając w moją stronę mordercze spojrzenie.
     Zanim zdążyłem otworzyć usta, by odpowiedzieć, rzuciła się na mnie tak nagle i tak szybko, że moje ciało sparaliżował strach. Przybiła mnie do skalnej ściany, wbijając w nią zakrwawiony sztylet, tuż obok mojej głowy. Serce tłukło mi się w piersi, a w żołądku czułem nieprzyjemny ucisk. Z jej czarnych oczu ziała ciemność. Zauważyłem, że jej uszy zrobiły się spiczaste jak u elfa, a ich krawędzie pokrywały małe pióra. W dodatku kły jej się wydłużyły i nie przypominały już tych u człowieka. Dodać do tego skrzydła, ogon, szybszą regenerację, zwiększoną siłę oraz wytrzymałość i nasuwa się tylko jeden wniosek. Bhalorianka.  
     Bhalorianie byli dumną rasą nadludzi, jedną z najniebezpieczniejszych we wszechświecie. Słynęli z wywyższania się ponad inne rasy, a w szczególności ludzi, którymi gardzili bardziej niż innymi. Szczycili się swoim potężnym wojskiem i zaawansowaną technologią. Nazywano ich Aniołami Śmierci, bo wszędzie, gdzie się zjawiali, zostawiali za sobą tylko śmierć. Jeszcze do niedawna żaden przedstawiciel jakiejkolwiek innej rasy nie miał wstępu na ich planetę, ale obecnie pod rządami prawowitego króla, zawierają traktaty pokojowe, a nawet sojusze, otwierając się na świat.  
Powoli docierało do mnie, że F jest Bhalorianką. Pieprzonym Aniołem Śmierci. Zostawia za sobą tylko trupy, co potwierdza misja, na której się poznaliśmy. Wtedy myślałem, że nie mieliśmy wyjścia. Musieliśmy zabijać, by uratować siebie i tych biednych ludzi. Ale to wcale nie znaczyło, że lubiłem to robić. A teraz nie jestem już taki pewien z jakich pobudek zabijała F. To, co zrobiła dzisiaj utwierdziło mnie w przekonaniu, że znęcała nad swoimi ofiarami z czystej przyjemności.
– Boisz się mnie, K? – zapytała F, przekrzywiając lekko głowę.
– Ja... – zacząłem, nieświadomie przykładając broń do jej piersi.  
– Boisz się – prychnęła, zerkając na pistolet. – Śmiało, naciśnij spust. – Przybliżyła się do mnie świdrując mnie wzrokiem, jednocześnie wbijając sobie lufę pistoletu w ciało. – Śmiało, zabij bestię. – Zniżyła głos do szeptu. – Zabij, zanim ona zabije ciebie.  
Patrzyłem jej w oczy, próbując się uspokoić. Widziałem w nich ten sam dziki błysk, który miała też w ludzkiej formie. Przecież to była F. Ta sama, z którą spędziłem ostatnie cztery miesiące. Ta sama F, z którą tańczyłem na imprezie w kwaterze głównej. Nie wierzyłem, że mogła mnie zranić, a co dopiero zabić. Serce zwolniło do prawie normalnego rytmu. Dziwny ucisk w żołądku zniknął. Opuściłem broń.
– Jesteś moją partnerką. Nie zrobiłabyś mi krzywdy – powiedziałem, choć nie do końca byłem tego pewien.
– Jesteś pewny? Twoje oczy mówią coś innego.  
– Tak? A co takiego mówią, bo nie słyszałem?
– Bardzo śmieszne – warknęła. – Przestań kręcić i przyznaj, że się mnie boisz.  
– Nie boję.
– Kłamiesz – prychnęła. – Widziałam w twoich oczach przerażenie, słyszałam jak wali ci serce, bo w tej formie mam lepszy słuch. Dlaczego nie możesz powiedzieć mi prawdy? – Zaczęła się odsuwać ode mnie, a w jej oczach dostrzegłem żal.  
– F, to nie tak. – Złapałem ją za rękę, żeby przytrzymać przy sobie. Już otwierała usta, żeby coś powiedzieć, ale wyprzedziłem ją. – Chcesz prawdy? Proszę bardzo. Prawda jest taka, że gdybyś rzuciła się na mnie z mordem w oczach nawet w ludzkiej formie, to byłbym posrany ze strachu. Znam ciebie i twoje umiejętności, a w dodatku jesteś nieobliczalna. Tylko świr by się nie bał.
– Czyli co? To, że jestem Bhalorianką nie ma dla ciebie znaczenia?
– Najmniejszego. – Zobaczyłem na jej twarzy zaskoczenie. – Chociaż muszę przyznać, że byłem w niemałym szoku. Ze wszystkich ras przyjmujących ludzką formę, akurat Bhalorianki się nie spodziewałem.  
– Więc nadal chcesz, żebym była twoją partnerką?
     Patrzyłem na nią zdziwiony, a potem przypomniałem sobie naszą rozmowę na imprezie. Bała się, że nie będę chciał z nią współpracować, jak się dowiem kim jest? A jakie to miało znaczenie? Widocznie ona postrzegała to inaczej niż ja.  
– Już dawno zaakceptowałem cię taką, jaka jesteś i nie mógłbym pracować z nikim innym.  
     Na jej twarzy pojawiła się nieopisana ulga, a oczy zabłyszczały.  
– Nawet nie wiesz… – zaczęła, ale nie pozwoliłem jej dokończyć.  
     Przyciągnąłem ją do siebie, bo nadal trzymałem za rękę i przytuliłem. Na początku cała zesztywniała, zupełnie się tego nie spodziewając, ale po chwili rozluźniła mięśnie, ukrywając twarz w zagłębieniu mojej szyi i odetchnęła głęboko. Serce waliło mi w piersi, ale zupełnie z innego powodu niż poprzednim razem. Była tak blisko, że bez skrupułów mogłem wdychać jej zapach. Przyjemne ciepło rozlewało się po moim ciele i im dłużej trzymałem ją w ramionach, tym bardziej nie chciałem puścić.  
– Zawsze możesz na mnie liczyć, wiesz? – zapytałem cicho.
– Skoro o tym mowa… – Poczułem jej usta na moim uchu. – To Zack mnie zabije za ten sztylet. – Odsunęła się wyplatając z moich objęć, a ja poczułem rozczarowanie. Chciałem więcej.  
– Co? Dlaczego?
– Wbiłam go w jebaną, litą skałę. Chyba go już nie wyciągnę.  
– Właściwie to jak ty to zrobiłaś? – zapytałem, zerkając na sztylet wystający ze skały. Był wbity prawie po samą rękojeść.  
– Byłam wściekła i jakoś tak wyszło. – Uśmiechnęła się niewinnie, a ja przełknąłem ślinę, bo mogła mi wtedy rozłupać czaszkę jak orzecha. – Przesuń się, spróbuję go wyciągnąć. – Wstała i ustawiła się odpowiednio przy ostrzu.  
     Również wstałem i oddaliłem się kilka kroków, obserwując ją. Chwyciła rękojeść obiema dłońmi próbując wyciągnąć, a po chwili oparła stopę o skalną ścianę, żeby sobie pomóc. Potem dołożyła drugą, ale to też nic nie dało. Pomagała sobie machając jeszcze skrzydłami, ale sztylet ani drgnął. Stanęła z powrotem na ziemi i westchnęła.
– Pomogę ci. – Zaproponowałem, podchodząc do niej. – Może razem nam się uda.  
     Ująłem dłońmi jej dłonie, zaciśnięte na rękojeści i zaczęliśmy ciągnąć. Z początku nic się działo, a potem nagle wylazł cały. Wylądowaliśmy na ziemi, a sztylet poleciał z impetem w przepaść. F zerwała się na równe nogi gotowa za nim skoczyć, ale zerwałem się razem z nią i złapałem za ogon w ostatniej chwili. Rozległ się nieludzki wrzask i dostałem kopa z pół obrotu. Zatoczyłem się, tracąc równowagę i runąłem na ziemię.  
– K! – Usłyszałem głos F i po chwili już pochylała się nade mną. – Żyjesz?
– Żyję i zapamiętam sobie, że ogona się nie tyka.  
– Ty kretynie, mogłam ci zrobić krzywdę!
– Złamałaś mi już nos, więc… – Usiadłem powoli. – Zapomnij o tym sztylecie.  
Uśmiechnęła się łagodnie i delikatnie ujęła moją twarz w swoje dłonie, przyglądając się uważnie.
– Trzeba cię opatrzeć. Całą twarz masz we krwi. Zawołaj statek, a ja zwiążę tą ropuchę.  
Zabrała dłonie i chciała ruszyć w stronę celu, ale gdy się obracała przydeptała sobie pióra. Prawie wrzasnęła z irytacji. Machnęła skrzydłami dwa razy, a te zaczęły znikać razem z ogonem. Po chwili rozpłynęły się w powietrzu i nie było po nich śladu, a uszy wróciły do normalnego kształtu. Zdalnie uruchomiłem silniki naszego statku i czekałem, aż po nas przyleci.  
– Nie wiem czy jest sens go wiązać – powiedziała, stojąc nad ledwo żywym kosmitą i spojrzała na mnie. – Nie wiem czy w ogóle go dowieziemy w tym stanie. Prędzej się wykrwawi.
– Nie patrz tak na mnie. Ty się będziesz tłumaczyć.  
– A co się stało z „zawsze możesz na mnie liczyć”? – oburzyła się.
– Załatwię sprawę z Zackiem, ale szefostwo musisz wziąć na siebie. To nie ja go tak urządziłem.
– Z Zackiem poradzę sobie sama. Nie musisz się fatygować. – Skrzyżowała ręce na piersi. – Ale chyba zdajesz sobie sprawę, że jesteś współwinny, bo nie przekazałeś mi szczegółów misji?  
– Taka jesteś? Wiesz, jesteś pierwszą Bhalorianką, którą spotkałem. Z moimi znajomymi z Bhalory mam raczej niemiłe wspomnienia. Chyba nie chcesz dołączyć do tego grona?
– To szantaż, K?
– Szantaż? Za kogo ty mnie masz? Jestem porządnym człowiekiem. Bezcześcisz moje dobre imię, F.  
– Śmieszne, bo to zabrzmiało jakbyś jakieś miał. – Roześmiała się.  
– Zawsze musisz mieć ostatnie słowo? – zapytałem i po chwili także się roześmiałem.
– Może – odparła, patrząc na mnie takim wzrokiem, że zrobiło mi się gorąco.
Szybko go jednak odwróciła, bo właśnie nasz statek zawisnął w powietrzu, tuż przy krawędzi klifu. Nareszcie, ból dawał mi się we znaki i chciałem jak najszybciej oddać się lekarzom, żeby poskładali mój nos.

393 czyt.
100%72
Ryunique

opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne i science fiction, użyła 4030 słów i 22125 znaków.

2 komentarze

 
  • emeryt

    emeryt · 2 dni temu · 202091556

    Bardzo lubię tego typu opowiadania, a tym trafiłaś w mój gust, dziękuję i pozdrawiam.

  • Speker

    Speker · 4 dni temu