Nigdy więcej - Rozdział 4

Patrzyłem, jak idzie w moją stronę, nie mogąc się ruszyć. Serce waliło mi w piersi jak oszalałe. Widziałem ją pierwszy raz od dwóch tygodni i to w takim wydaniu. Czerwona, dopasowana sukienka idealnie prezentowała wszystkie atuty jej figury. Rozpuszczone, długie, kruczoczarne włosy dodawały jej uroku, a szpilki… Wyglądała obłędnie. Nie wiedziałem, na którą część jej ciała mam patrzeć. Sunąłem wzrokiem po jej nogach w górę, zatrzymując się na chwilę na dekolcie, a potem na czerwonych ustach, by w końcu spojrzeć jej w oczy, bo była już tylko dwa kroki przede mną.  
– Siema, K – powiedziała tym swoim wiecznie zachrypniętym głosem.  
– Siema, F – wykrztusiłem w końcu. – Wyglądasz… inaczej.
– To ma być komplement? – prychnęła.  
– Ładny makijaż – rzuciłem szybko, robiąc z siebie jeszcze większego błazna.
– No, już lepiej. – Uśmiechnęła się, więc spojrzałem na jej usta i to był błąd.
     Wpadłem w pułapkę, bo nie mogłem oderwać od nich wzroku. Musiała je pomalować akurat czerwoną szminką? Zacząłem się zastanawiać, jakby to było czuć je na moich ustach albo na moim… STOP! Moje myśli podążały w zdecydowanie złym kierunku, a moje ciało od razu na nie reagowało. Z trudem zmusiłem się, żeby spojrzeć jej w oczy, ale nie było wcale lepiej, bo jej tęczówki przybrały ten piękny, ciepły odcień brązu, który tak lubię. Patrzyła na mnie w taki sposób, że zrobiło mi się gorąco.  
– Do twarzy ci z tymi rumieńcami – zamruczała.  
– Co? Ja wcale nie…
– F! – Usłyszałem męski głos gdzieś zza moich pleców.
     Wychyliła się, żeby zobaczyć kto to, a potem na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech.  
– Cześć, chłopaki! – krzyknęła, machając, a ja odwróciłem się, podążając za nią wzrokiem.
     Podeszło do nas dwóch identycznych facetów, tak na oko w moim wieku. Jasnobrązowe włosy wpadające miejscami w złoto i dwukolorowe oczy. Jedno brązowe, a drugie niebieskie. Nie mieli masek, więc pewnie byli zwykłymi agentami. F przytuliła najpierw jednego, a potem drugiego. Patrzyłem na to w szoku. Nigdy nie widziałem, żeby była dla kogoś miła, a co dopiero kogoś przytuliła. Co tu się dzieje?  
– Łał, wyglądasz szałowo, F – powiedział jeden z bliźniaków.
– Jak zawsze, z resztą – dodał drugi.  
– Też się cieszę, że was widzę – odparła F. – Znacie K? – zapytała i ich spojrzenia spoczęły na mnie.  
– Nie osobiście. Jestem Blane. – Wyciągnął do mnie dłoń, a ja ją uścisnąłem.  
– Shane. – Uścisnąłem dłoń drugiego bliźniaka.  
– To dla nas zaszczyt móc cię poznać, K – powiedział Blane.
– Nie przesadzaj, aż tak sławny nie jestem – odpowiedziałem. – Czy jestem?
– Jesteś. A teraz jak współpracujecie z F, to co chwilę o was głośno – odparł z uśmiechem Shane, przenosząc wzrok na F.  
– Nie wiedziałem – przyznałem zdziwiony, chociaż nie wiem czym.  
– Zatańczymy, F? – zapytał Shane, wyciągając do niej dłoń.
– Jasne. – Uśmiechnęła się i wepchała mi swoją dziwną, małą torebkę. – Trzymaj, K.  
– Ale co ja mam z tym zrobić? – spytałem, ale ona już podała bliźniakowi dłoń i wyszli na parkiet.  
– Jest dzisiaj w wyjątkowo dobrym humorze – powiedział Blane, podążając wzrokiem za F, więc zrobiłem to samo.
– To cisza przed burzą – odparłem.
– Tak sądzisz? A może cieszy się, że wróciła do pracy?
– Wszyscy wiedzą, że była na zwolnieniu, co? Za spokojnie było?  
– To też – roześmiał się. – Wszyscy też wiedzą, że udało ci się spacyfikować nieposkromioną F i zaciągnąć do skrzydła szpitalnego. Szacun, K.  
– Nawet mi o tym nie przypominaj.  
Szukałem wzrokiem F, bo gdzieś mi zniknęła, a kiedy w końcu ją zlokalizowałem, zamarłem. Tańczyła z Shanem, ale patrzyłem tylko na nią. Boże, jak ona się ruszała. Nie mogłem oderwać od niej wzroku. Obserwowałem ją z zapartym tchem, coraz bardziej chcąc być na miejscu bliźniaka.  
– Nie pożeraj jej tak wzrokiem, K – zaśmiał się Blane.  
– Słucham? – Z trudem przeniosłem na niego wzrok.  
– Pierwszy raz ją widzisz w takiej wersji, co?  
– A ty nie?
– To nie nasza pierwsza wspólna impreza. Poza tym, kiedyś współpracowaliśmy dość często, więc poznaliśmy ją trochę bliżej. Nie jest taką zimną suką, za jaką wszyscy ją biorą.  
– Zdążyłem zauważyć. Więc zimna suka to maska?
– I tak, i nie. Wydaje mi się, że ktoś ją kiedyś bardzo skrzywdził i teraz nie dopuszcza do siebie nikogo.  
– Jakoś… ciężko to sobie wyobrazić.  
– No nie? Ale może tobie się uda poznać prawdziwą F.  
– Czemu akurat mnie?
– Ufa ci na tyle, że zostawiła swoją torebkę pod twoją opieką. No i jesteś na dobrej drodze do okiełznania jej.  
– Tak myślisz?
     Odszukałem wzrokiem F, zastanawiając się nad słowami Blane’a. Mógł mieć rację. Przecież już raz mi przemknęła przez głowę taka myśl. Cieszyłem się, że mi ufała, bo w końcu zaufanie między partnerami to podstawa. Moje zadowolenie prysło jak mydlana bańka, gdy zobaczyłem jak F obdarowuje Shane’a uwodzicielskimi spojrzeniami i uśmiecha się do niego w taki sposób, że… Poczułem, jak ogarnia mnie złość. Nie powinna była tak na niego patrzeć i tak się uśmiechać, bo… no właśnie, bo co? Bo to powinno być zarezerwowane dla mnie? Czy ja byłem… zazdrosny? Nagle zobaczyłem jak Shane przyciąga F do siebie. Podniosła nogę do jego biodra, a on położył dłoń na jej udzie pozwalając jej odchylić się do tyłu i prawie zamieść włosami podłogę. Wyprostowała się i była tak blisko niego, aż zacisnąłem mocniej palce na jej głupiej torebce. Shane zaczął sunąć dłonią po jej udzie, a ona… nie reagowała. Musiałem wyjść, bo obawiałem się, że zaraz zrobię coś wbrew zdrowemu rozsądkowi.  
– Muszę się przewietrzyć – rzuciłem do zdziwionego Blane’a i ruszyłem w stronę balkonu, zanim zdążył coś odpowiedzieć.
     Kwatera główna Międzygwiezdnej Agencji Ochrony była zawieszona w przestrzeni kosmicznej na przypominających latające wyspy ogromnych pozostałościach kamienistej planety, która przestała istnieć prawdopodobnie przez wybuch supernowej. Wszystkie części były połączone zarówno między sobą, jak i z gigantycznym dokiem dla różnego rodzaju statków. Każdy budynek pełnił inną rolę i zadziwiał swoją wielkością. Mieliśmy tu laboratoria, szpital nazywany zwykle skrzydłem szpitalnym, więzienie, hangary do naprawy statków, sale do zebrań i imprez, jak ta, oraz sale treningowe wyposażone w najnowszą technologię. W budynku głównym znajdowało się szefostwo, strefa komfortu z restauracjami i kawiarniami, magazyn broni oraz biura. Wszystko to otoczone było czymś w rodzaju bańki mydlanej, tyle że statki kosmiczne mogły przez nią przelatywać jak przez mgiełkę, nie powodując jej uszkodzenia. Dzięki tej bańce można było normalnie oddychać, nie zawracając sobie głowy zakładaniem masek z tlenem. Przy budynkach stworzone zostały różnej wielkości ogrody służące jako dodatkowe, zewnętrzne przejścia między budynkami. Pełniły też rolę dekoracyjną, by móc nacieszyć oko czymś innym niż przestrzeń kosmiczna. Wprawdzie widok był niesamowity, bo mgławica Oriona była na tyle blisko, że kiedy się na nią patrzyło, aż zapierało dech. Do tego dochodziło mnóstwo gwiazd, jedne mniejsze, drugie większe w zależności w jakiej odległości się znajdowały.
     Stojąc na balkonie oparłem się o barierkę i wbiłem wzrok w ogrody. Starałem się nie myśleć o F i o tym, dlaczego pozwoliła się tak dotykać. Chciałem ochłonąć, ale na samą myśl, że ona mogłaby z nim z własnej nieprzymuszonej woli… szlag mnie trafiał.  
     Nawet nie zauważyłem, że obok mnie stanęła, dopóki nie rzuciła szpilek pod moje nogi. Spojrzałem na nią zaskoczony. Przyszła, bo widziała, że wyszedłem? Czy dlatego, że już skończyła się bawić jednym z bliźniaków? Zacisnąłem szczękę i odwróciłem wzrok bez słowa.  
– Co ci jest? – zapytała, świdrując mnie wzrokiem, ale uparcie gapiłem się na jakieś krzaki.  
– Nic.  
– Właśnie widzę.  
– Skończyłaś już flirtować z bliźniakiem? – Wbiłem w nią wzrok, nie kontrolując tego, co mówię.  
– Słucham? Ja tylko z nim tańczyłam. – Zmrużyła oczy, a potem się uśmiechnęła. – Jesteś zły.  
– Tańczyłaś? Więc obmacywanie nazywasz tańcem? – prychnąłem, patrząc w te dwie czarne perły.  
– Nie, ty nie jesteś zły. K, tylko mi nie mów, że jesteś… zazdrosny? – zdziwiła się.
– Zwariowałaś. – Odwróciłem wzrok.
– Ty jesteś zazdrosny – roześmiała się. – Gorzej ci, K?
– Skończ już. Idź lepiej zajmij się swoim bliźniakiem.
– O co ci chodzi? Przecież ci się nie podobam. Nie masz prawa…
– Nigdy tego nie powiedziałem – przerwałem jej, zanim zdążyłem się ugryźć w język.  
     Co ja wyprawiam? Nie powinniśmy rozmawiać na taki temat i to w miejscu publicznym, gdzie ktoś może nas usłyszeć. Ale dlaczego z góry założyła, że mi się nie podoba? Nie wygląda na kogoś, kto ma niską samoocenę. Wręcz przeciwnie. Doskonale zdaje sobie sprawę, że jest atrakcyjna i wie, co zrobić, żeby dostać to, czego chce.  
– Co takiego?
– Słyszałaś. – Dalej na nią nie patrzyłem, ale czułem na sobie jej spojrzenie.
– F? Zatańczysz ze mną? – Usłyszałem głos któregoś z bliźniaków.  
– Nie widzisz, że rozmawiam ze swoim partnerem? – warknęła, a ja zaskoczony spojrzałem na zmieszanego Shane’a.
     Nie chciałem oglądać jego gęby, bo od razu skoczyło mi ciśnienie. Ciągle miałem w głowie jak ją dotyka.
– Przepraszam, że przeszkodziłem – powiedział, zerkając na mnie. – Mogę prosić o jeden taniec?
– Miałeś już swój jeden taniec, Shane. A teraz spierdalaj w podskokach.  
– F, no nie da… – zaczął, ale mu przerwałem, bo moja cierpliwość się skończyła.
– Jesteś głuchy czy upośledzony? Odmówiła ci – warknąłem, gromiąc go spojrzeniem. – Mam ci to przeliterować?
     Zatkało go. Na jego twarzy malowało się zaskoczenie pomieszane z przerażeniem. I dobrze, powinien się bać, bo nie dorastał nam do pięt. Kątem oka widziałem, że F na mnie patrzy, ale nie spuściłem wzroku z tego pajaca. Po chwili zjawił się jego brat i szybko ocenił sytuację.
– Odpuść, Shane – powiedział Blane, łapiąc go za łokieć. – Wycofaj się zanim K obije ci mordę, a F wbije szpile w jaja.
     Shane stał w miejscu, nie chcąc się ruszyć, wbijając wzrok w F, która go totalnie zlewała. W końcu jednak pozwolił bratu pociągnąć się w kierunku sali.  
– Nie musiałeś – mruknęła F, więc na nią spojrzałem.  
     Miała dziwny wyraz twarzy. Jakby walczyła sama ze sobą. Z jednej strony chciała na mnie naskoczyć, bo przecież poradziłaby sobie sama, ale z drugiej…
– Możliwe – odparłem i już chciałem się odwrócić w stronę ogrodów, ale złapała mnie za krawat.  
     Była zdecydowanie za blisko i tak na mnie patrzyła, że cała złość natychmiast wyparowała. Było mi gorąco, ale z zupełnie innego powodu. Serce znowu oszalało.  
– Zatańcz ze mną – wymruczała, a ja automatycznie spojrzałem na jej czerwone usta.  
     Jak mógłbym jej odmówić? W tamtej chwili zrobiłbym wszystko, o co by mnie poprosiła. Co ona ze mną robiła? Było mi tylko trochę głupio, bo to ode mnie powinna wyjść ta propozycja. Pociągnęła mnie za krawat, więc ruszyłem za nią jak posłuszny piesek. Nawet nie zarejestrowałem, kiedy założyła z powrotem szpilki. Wróciliśmy na salę i wmieszaliśmy się w tłum. Kiedy zaczęliśmy tańczyć, wszystko dookoła mogłoby się palić i walić, a mi wcale by to nie przeszkadzało. Pierwszy raz od dawna naprawdę dobrze się bawiłem tańcząc z kobietą. Nawet się uśmiechnąłem, bo widziałem, że ona bawiła się równie dobrze. Na jej twarzy pojawiło się zaskoczenie, a potem uśmiech, który tak lubię. Przyciągnąłem ją do siebie, a ona położyła swoją dłoń na moim ramieniu, bo drugą nadal trzymałem w swojej. Przylgnęła do mnie, aż za bardzo. Jej twarz była stanowczo za blisko mojej, a zbliżała się jeszcze bardziej.  
– Uśmiechaj się częściej – zamruczała mi do ucha i oddalając się, musnęła swoim policzkiem mój.  
     Myślałem, że serce wyskoczy mi z piersi, kiedy do tego rzuciła mi uwodzicielskie spojrzenie. Zacząłem coraz częściej zerkać na jej usta. Z każdą chwilą coraz bardziej chciałem ją pocałować. Chyba to zauważyła, bo przygryzła dolną wargę, patrząc na mnie w taki sposób, że zmiękły mi kolana. Czy ona robiła to specjalnie? Dlaczego musiała doprowadzać moje ciało do takiego stanu? Dlaczego musiała być taka pociągająca i seksowna? Było mi gorąco, bo moja wyobraźnia podsuwała mi obrazy, których nie chciałem widzieć, a przynajmniej nie w tym momencie. Pociągnąłem ją w stronę wyjścia na balkon, a potem przez całą jego długość, aż do wolnej ławki. Kiedy tylko usiedliśmy, F od razu zdjęła szpilki, a ja rozluźniłem krawat i odpiąłem dwa pierwsze guziki koszuli.
– Może szpilki to nie był taki dobry pomysł – powiedziała, kręcąc stopami kółka.
– Bolą cię nogi? – zapytałem jak skończony kretyn.
– Było tak nie szaleć na parkiecie. – Rzuciła mi oskarżycielskie spojrzenie.
– A więc teraz to moja wina? – oburzyłem się. – Mogłaś tańczyć boso.  
– Żebyś mnie podeptał? – zapytała z flirciarskim uśmiechem, kładąc dłoń między nami i pochyliła się w moją stronę.
– Jestem aż tak złym tancerzem? – spytałem, również pochylając się w jej stronę i zerkając na te czerwone usta.  
– Może – zamruczała, znowu tak na mnie patrząc, że serce zaczęło łomotać w piersi.  
     Wydawało mi się, że zerknęła na moje usta. Nasze twarze były już tak blisko, że wystarczyłoby, żebym pochylił się jeszcze tylko trochę i… Boże, co my robimy? Jesteśmy w MAO, w dodatku na imprezie bez alkoholu, gdzie każdy może nas zobaczyć i podkablować. Jak to się stało, że dałem się jej wciągnąć w tą chorą sytuację? Wyprostowałem się natychmiast, czując falę gorąca, zalewającą moje ciało. Ciągnęło mnie do niej i nie mogłem już tego ignorować, bo traciłem nad sobą kontrolę. Gdybyśmy byli sami, gdzieś w odludnym miejscu, to pewnie posunąłbym się jeszcze dalej. I to przerażało mnie najbardziej. Jak to się stało, że w tak krótkim czasie sprawiła, że nie mogłem ufać samemu sobie? Miałem tylko nadzieję, że nikt tego nie widział. Rozejrzałem się po balkonie, ale wszyscy wyglądali na pochłoniętych rozmowami w swoich grupkach. Tyle, że to jeszcze nie znaczyło, że niczego nie zauważyli. Pochyliłem się do przodu, opierając łokcie na kolanach i ukryłem twarz w dłoniach. Co się dzisiaj ze mną dzieje? Kładłem na szali swoją karierę i to dla kogo? Tej pyskatej francy?
– K? – Poczułem jej dłoń na ramieniu.  
– Nie dotykaj mnie – syknąłem, bo jej dotyk niczego nie ułatwiał.
     Zabrała rękę, prychając i przygotowałem się na kłótnię, ale nie odezwała się ani słowem. Wyprostowałem się, przeczesując dłonią włosy i zerknąłem na nią po chwili. Siedziała ze skrzyżowanymi rękami na piersi, świdrując mnie wzrokiem. Oboje milczeliśmy. Ja nie wiedziałem, co powiedzieć, a ona? Kto ją tam wie.
– Jak twoja noga? – zapytałem, przerywając tą nieznośną ciszę między nami.  
– Zdrowa – odparła, sięgając dłonią do brzegu sukienki i odsłoniła bliznę na udzie, więc jak mogłem nie spojrzeć?  
     Czy ona to robi specjalnie? Gapiłem się zdecydowanie za długo. Odwróciłem wzrok, starając się myśleć o wszystkim, tylko nie o jej seksownym ciele.  
– Dwa tygodnie to szybko jak na taką ranę – stwierdziłem.  
– Szybko? Gdyby nie ty, była by zdrowa już po tygodniu – oburzyła się, a ja spojrzałem na nią w szoku.  
– Co ty wygadujesz? To była głęboka rana i nie ma szans, żeby tak szybko się zagoiła – powiedziałem, patrząc na nią. – I z jakiej racji znowu to moja wina?
– Gdybyś mnie siłą nie zaprowadził do skrzydła szpitalnego i nie pilnował jak kryminalisty, to zajęliby się mną moi lekarze. W prawidłowy sposób.  
– Twierdzisz, że MAO zatrudnia niedouczonych debili? Jesteś niepoważna. I co to znaczy prawidłowy sposób? Ci twoi lekarze to jacyś cudotwórcy? Szamani? A może egzorcyści?  
– Nie mam nic do tutejszych lekarzy oprócz tego, że są ludźmi. Dobra, może nie wszyscy, ale to niczego nie zmienia w mojej sprawie. A uwagę o moich lekarzach puszczę mimo uszu.  
– To teraz masz coś do ludzi? Przecież sama jesteś człowiekiem, obracasz się przeciwko swojej rasie?
– Nawet nie masz pojęcia jakie bzdury wygadujesz – zaśmiała się krótko, kręcąc głową.
– To może mnie uświadomisz?  
– Nie jestem taka jak ty. – Spojrzała mi w oczy. – Nie jestem taka jak oni.  
– A jaka?
– Inna.  
– W jaki sposób? – Drążyłem nie rozumiejąc, co próbuje mi powiedzieć.
– Może kiedyś ci pokażę. – Uśmiechnęła się w dziwny sposób. – Jak będziesz grzeczny.
– Nie przypominam sobie, żebym był niegrzeczny. Chcę wiedzieć teraz.
– Nie. Jeszcze nie.  
– Dlaczego? – Zacisnąłem dłonie w pięści, czując narastającą we mnie złość. W co ona gra? – Bo jeszcze nie zasłużyłem? – zadrwiłem.
– Jesteś głuchy czy upośledzony? – Zacytowała mnie. – Powiedziałam, że jeszcze nie teraz.  
– Nie ufasz mi? Jesteśmy partnerami, do cholery. Zaufanie to podstawa.
– Nie o to chodzi.
– A o co?  
– Kiedy się dowiesz, nie będziesz chciał już ze mną pracować.
– Boże, zaraz wyjdę z siebie. Gadaj, o co ci chodzi, kobieto.  
– Przestań drążyć, K – syknęła.
– Dlaczego? Wyduś to wreszcie.  
– Nie masz pojęcia kim jestem. Nawet sobie nie wyobrażasz…  
– To mi powiedz!
– Nie chcesz wiedzieć! – krzyknęła wstając i założyła szpilki.  
– Właśnie, że chcę! – Chciałem złapać ją za rękę, ale nie pozwoliła mi. – Chcę cię poznać, F.  
– Uwierz mi, nie chcesz – warknęła, pochylając się, żeby nasze twarze znalazły się na tym samym poziomie. – Odpierdol się ode mnie, rozumiesz?
     Wyprostowała się rzucając mi wściekłe spojrzenie i ruszyła w kierunku wejścia na salę. O co jej chodzi? Nagle zmienił jej się nastrój i zaczęła pokazywać fochy. A może zbliżyłem się za bardzo i spanikowała? Założyła swoją maskę zimnej suki, chcąc mnie odstraszyć?
– F! – krzyknąłem za nią, zrywając się na równe nogi.  
     Podniosła rękę do góry i pokazała mi środkowy palec, nawet się nie odwracając. Ruszyłem za nią szybkim krokiem. Prawie ją dogoniłem, ale na sali rozdzielił nas tańczący tłum. Kiedy w końcu się przedarłem, nie było po niej śladu.



     Lecieliśmy w ciszy. Żadne z nas nie miało ochoty wykonywać tej misji. F wyglądała jak żywy trup. Zabalowała wczoraj ostro i wcale się jej nie dziwię, bo ja nie byłem w lepszym stanie. Mieliśmy mieć wolne i ciężko mi było zwlec się rano z łóżka, gdy dostałem wezwanie. Miałem lekkiego kaca, ale nie było źle. Brakowało mi po prostu snu. Byłem w stanie wykonać tą misję szybko, byle tylko wrócić do domu i iść spać. Ale F… nadawała się tylko na wsadzenie do trumny i zakopanie.  
– Zaraz mi łeb rozpierdoli – odezwała się F.  
– Mnie prawie nie boli.  
– Zajebiste pocieszenie, kurwa – warknęła. – A co to ma wspólnego ze mną?
– To, że chociaż jedno z nas jest w stanie pracować – odpowiedziałem, zerkając na nią. – Ale weź się w garść, bo nie mam zamiaru wykonywać tej misji sam. Wysłali nas oboje, więc jesteśmy potrzebni OBOJE.  
– Wiem, kurwa.  
– To dobrze.  
– Już nigdy nie tknę alkoholu. – Jęknęła.  
– W to akurat nie uwierzę. – Zaśmiałem się.  
– Co cię tak, kurwa, śmieszy?
– Zawsze tak mówisz. I przestań przeklinać w końcu.  
– Będę przeklinać, ile będzie mi się żywnie podobać.  
– Proszę bardzo, przeklinaj sobie ile chcesz, ale nie przy mnie.  
– Taki wrażliwy jesteś, K?
– Nie lubię, jak kobieta przeklina. Zwłaszcza atrakcyjna.
– To masz pecha.  
     Westchnąłem. Ta rozmowa nie miała sensu. Przypomniałem sobie o napoju z elektrolitami, który kupiłem po drodze do MAO. Sięgnąłem po niego i bez zastanowienia podałem go F.  
– Masz.
– Co to jest?
– Elektrolity. – Zerknąłem na nią. Patrzyła na mnie zaskoczona. – No bierz, zanim się rozmyślę.
– A ty?
– Ja przeżyję.  
– Jak szlachetnie – zadrwiła, ale napój wzięła.  
     Znowu westchnąłem. Nie chciałem się kłócić. Szkoda mi było na nią nerwów. Zastanawiałem się tylko, gdzie się podziała ta uśmiechnięta F z imprezy sprzed dwóch tygodni. Miałem nadzieję, że ten napój jej pomoże i nie będziemy mieć problemów, jak już dolecimy na miejsce. Zapanowała cisza. Ja skupiłem się na pilotowaniu statku, a ona przyswajała elektrolity.  
– Wiesz, co pomaga na ból głowy? – zapytałem nagle, zerkając na F.
– No? – Spojrzała na mnie biorąc łyka napoju.  
– Seks.  
     Zakrztusiła się, a ja spaliłem buraka, zastanawiając się, co właściwie gadam. Skąd mi to przyszło do głowy? I czemu powiedziałem to na głos? Kiedyś słyszałem o takiej teorii, ale jakoś nie miałem okazji wypróbować. Ale po co to mówiłem F? Przecież ja wcale nie chciałem z nią… Ech, jednak oszukiwanie samego siebie nie najlepiej mi wychodzi.
– Czy ty właśnie zaproponowałeś mi…
– Co? Ja nie… – przerwałem jej szybko czując, że moja twarz robi się jeszcze bardziej czerwona. – Ja wcale nie… znaczy… to była taka ciekawostka… – dukałem, pogrążając się jeszcze bardziej. Czemu robiłem z siebie takiego błazna?
– A, no tak. Ciekawostka – rzuciła niby obojętnie, ale wydawało mi się, że wyczułem w jej głosie… zawód?
     Spojrzałem na nią i zaskoczony zauważyłem, że jej policzki są tak samo czerwone jak moje. Nie patrzyła na mnie, ale po chwili obróciła głowę w moją stronę i nasze spojrzenia się spotkały. Zmieszałem się jeszcze bardziej i oboje natychmiast odwróciliśmy wzrok. Boże, zachowujemy się jak nastolatki. Chłopie, masz dwadzieścia cztery lata, weź się w garść.  
– Jesteś prawiczkiem? – zapytała nagle F.
– Co? Nie, ja… oczywiście, że nie. – Zerknąłem na nią totalnie zmieszany, a ona świdrowała mnie wzrokiem. – Ale co to ma do rzeczy? Chyba nie jesteś dziewicą? – Znowu na nią zerknąłem, czekając na odpowiedź, ale jej spojrzenie mówiło wszystko.  
– Czy ja ci wyglądam na grzeczną dziewczynkę?  
– Skądże. Ani na grzeczną, ani na dziewczynkę.  
– Otóż to. – Zaśmiała się krótko.  
– W łóżku też jesteś taka niegrzeczna? – Nie zdążyłem się ugryźć w język.  
     Co ja, do jasnej cholery, wyprawiam? Dlaczego w ogóle rozmawiamy na taki temat? I dlaczego wypowiadam swoje myśli na głos? Skoro nie potrafię zapanować nad własnym językiem, to jest naprawdę źle. Spojrzałem na F i to był błąd. Patrzyła na mnie takim wzrokiem, że od razu zrobiło mi się gorąco.
– Zwłaszcza w łóżku. – Uśmiechnęła się w taki sposób, że musiałem odwrócić od niej wzrok, żeby skupić się na wyrzuceniu z głowy obrazów, które się w niej pojawiły. – Ale co cię to interesuje? Przecież to była tylko ciekawostka. Nie składałeś mi żadnych propozycji. A może zmieniłeś zdanie?
– Ja… – zacząłem, ale szybko się zamknąłem, zanim powiedziałbym za dużo.  
     Co jej miałem powiedzieć? Że w mojej głowie już nie raz była w moim łóżku kompletnie naga? Że jednym spojrzeniem, jednym uśmiechem potrafi doprowadzić mnie na skraj szaleństwa? Nie powinienem myśleć o niej w ten sposób. To moja partnerka i między nami nie może być absolutnie nic. Takie są zasady. Ale byłoby o wiele prościej, gdyby mnie nie prowokowała.  
     Żeby uniknąć odpowiedzi, pod pretekstem ominięcia asteroidy, skręciłem nagle robiąc beczkę, a potem postanowiłem powtórzyć to jeszcze kilka razy, aż przestanie mnie męczyć.
– Kurwa, K! Wyrównaj ten jebany lot albo… – wrzasnęła F, ale przerwała nagle, zatykając usta dłonią.
     Natychmiast wyrównałem lot i spojrzałem na nią zaniepokojony.  
– Będziesz rzygać? – zapytałem, a ona spojrzała na mnie takim wzrokiem, że gdyby spojrzenie mogło zabić, to już leżałbym martwy. – Już niedaleko. Zaraz wchodzimy w atmosferę. Wytrzymasz? – Zerknąłem w jej stronę.
     Nadal patrzyła na mnie tym morderczym wzrokiem. Wchodzenie w atmosferę nie jest takie złe, czasem trochę trzęsie, ale przy jej obecnym stanie to nie najlepszy pomysł. Kompletnie zapomniałem, że miała mega kaca. Gdyby nie mój genialny pomysł z beczkami, nie byłoby teraz problemu.
– Może zaczekamy na orbicie? – zaproponowałem i spojrzałem na nią.
– Ląduj jak najszybciej, żebym mogła ci zajebać – warknęła. – Bo jesteś skończonym debilem.
– Ale nie zarzygasz mi kokpitu?
– Nie martw się, upewnię się, że poleci na ciebie.  
     Jak miło. Westchnąłem i skierowałem statek w stronę planety, przygotowując się do wejścia w atmosferę. Miałem nadzieję, że z F będzie dobrze i się nie pochoruje. Trochę przerażała mnie ta wizja. Na szczęście nic takiego nie miało miejsca. Wylądowaliśmy w spokoju. F oczywiście chciała spełnić swoją obietnicę i próbowała mi „zajebać”, ale zdążyłem zrobić unik, wpieniając ją jeszcze bardziej. Miałem w tym swój cel, bo im bardziej się wściekała, tym szybciej wykonalibyśmy misję. Musiałem ją tylko zaprowadzić w odpowiednie miejsce, gdzie mogła się wyżyć na wszystkich poza mną.  
Mimo, że elektrolity i złość postawiły ją na nogi, nadal nie wyglądała najlepiej, ale misja poszła jak z płatka. Staliśmy i patrzyliśmy, jak tutejsze władze zabierają nieprzytomnych kryminalistów, a potem ruszyliśmy do naszego statku.  
– K, ty krwawisz – odezwała się nagle F, zrównując się ze mną.  
– Co? – Spojrzałem na nią zaskoczony, zatrzymując się, a ona złapała mnie za nadgarstek i podniosła moją rękę na wysokość oczu.  
     Na wnętrzu dłoni miałem ranę ciętą. Przyglądałem się jej zaskoczony, bo nie pamiętam nawet, żeby ktoś mnie zranił. Krwawiła dosyć mocno i trzeba było to jak najszybciej opatrzeć.
– Jakim cudem masz ranę w takim miejscu? – zapytała F, patrząc na mnie.  
– Nie wiem. Nie wiedziałem, że ją mam, dopóki mi nie pokazałaś – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.  
– Nie boli cię? – Patrzyła na mnie zaskoczona.
– Teraz jak o tym wspomniałaś, to trochę boli – odparłem, a ona pokręciła głową.  
– Sierota. Chodź, opatrzymy to. – Puściła mój nadgarstek i ruszyliśmy do statku.  
     Gdy weszliśmy na pokład, F od razu sięgnęła po apteczkę, a ja usiadłem na fotelu, odsuwając go od sterów, żeby zrobić więcej miejsca. Podeszła do mnie i uklękła, rozkładając potrzebne rzeczy na podłodze. Podwinęła mi rękaw kombinezonu, po czym zdjęła swoje rękawiczki i założyła jednorazowe, a potem nożyczkami przecięła moją. I tak nie nadała się już do użytku. Odłożyła ją do plastikowego pudełka i zabrała się za oczyszczanie rany. Syknąłem, kiedy dotknęła jej wacikiem nasączonym płynem dezynfekującym.  
– Ale z ciebie twardziel, K – zadrwiła. – Tylko mi tu nie zemdlej.  
– Widzę, że czujesz się już zdecydowanie lepiej. Zrobimy kilka beczek w drodze powrotnej?  
– Spierdalaj.  
– Tak myślałem.
     Obserwowałem, jak kończy dezynfekować ranę i nakłada opatrunek. Potem wzięła się za bandażowanie, ale zaciskała co chwilę szczękę ze złości. Nie wiedziałem czemu, nie szło jej tak źle. Wręcz przeciwnie.
– Trzymaj – rzuciła, podając mi bandaż. – Jebane rękawiczki. Nienawidzę tego dziadostwa.  
     Zdjęła jednorazówki, wrzuciła je do plastikowego pudełka i wróciła do bandażowania mojej dłoni. Robiła to dokładnie i jakoś tak… delikatnie, a to słowo zdecydowanie do niej nie pasowało. Ona nie bywała delikatna. To było dziwne, ale podobało mi się. I nie tylko to. Podobało mi się też to, że była skupiona na swoim zadaniu i chyba nieświadomie wysunęła język. Wyglądała naprawdę uroczo. Aż się uśmiechnąłem i miałem ochotę pogładzić ją po policzku. Już wyciągałem dłoń w kierunku jej twarzy, gdy nagle zamarła, a ja od razu cofnąłem rękę. Przejechała delikatnie palcem po bliznach poniżej mojego nadgarstka, a moje ciało przeszedł dreszcz. Szlag. Zauważyła. Nie były bardzo widoczne, więc żeby je zauważyć trzeba się dobrze przyjrzeć i to z bliska. W innym wypadku zobaczyłaby je już na ostatniej imprezie. Wpatrywała się w nie jeszcze przez chwilę, a potem skończyła bandażować moją rękę, jak gdyby nigdy nic.  
– Dzięki – powiedziałem i zsunąłem podwinięty rękaw.
     Złapała mnie za zdrową rękę tak nagle, że nie miałem szans na ucieczkę. Bez wahania odsłoniła nadgarstek. Niech ją szlag. Akurat o tym nie chciałem rozmawiać. Z nikim.  
– Co to, kurwa, jest? – warknęła, kiedy zobaczyła takie same blizny i na tej ręce.
– Blizny – odpowiedziałem spokojnie.
– Serio, kurwa? Taki z ciebie śmieszek? – Złapała mnie za fraki i nasze twarze znalazły się bardzo blisko. – Skąd je masz? – Świdrowała mnie wzrokiem, a jej tęczówki były czarne jak noc.
– Nie twoja sprawa – powiedziałem ostrzej niż zamierzałem.
– Nie moja sprawa? – wycedziła. – Chyba powinnam wiedzieć, że mój partner ma skłonności samobójcze i może coś odpierdolić podczas misji.  
– Z góry założyłaś, że to blizny po próbie samobójczej.
– A po czym, kurwa? Operacji cieśni nadgarstka? Nie pierdol mi tu. – Ledwo nad sobą panowała, ale o co się tak wściekała? Tak się przejęła? To do niej nie podobne.
– Po pierwsze: opanuj się z tymi przekleństwami, dobrze ci radzę. Po drugie: powiedziałem ci już, że to nie twoja sprawa. Po trzecie: co cię to w ogóle obchodzi? A po czwarte: puść mnie. – Złapałem ją za nadgarstek oczywiście tą ranną ręką i syknąłem, ale nie zabrałem dłoni.
– A ja już ci powiedziałam, że to JEST moja sprawa – warknęła, przybliżając się do mnie jeszcze bardziej.
     W tym momencie nasze twarze dzieliło zaledwie kilka centymetrów, a ona niemal siedziała mi na kolanach. Gdyby nie była taka wściekła i uparta, to mogłoby to się skończyć zupełnie inaczej. Nie miałem zamiaru rozmawiać z nią o mojej przeszłości.  
– Jak chciałaś usiąść mi na kolanach, wystarczyło powiedzieć – powiedziałem chłodno.  
     Zbiłem ją totalnie z tropu. Nie była świadoma pozycji, w jakiej się znajdowaliśmy. Zarumieniła się zaskoczona i puściła mnie, wstając. Odchrząknęła, nie patrząc na mnie.
– Powinniśmy lecieć – rzuciła szybko i zaczęła zbierać rzeczy z podłogi, potem schowała apteczkę, a ja w tym czasie przysunąłem z powrotem fotel. – Gdzie, kurwa? – warknęła, jak tylko wróciła. Spojrzałem na nią zaskoczony. – Na moje miejsce. Ja pilotuję.  
     Posłusznie wykonałem polecenie. Nie bardzo dałbym radę pilotować z tą ręką. Obserwowałem, jak F zakłada swoje rękawiczki, zapina pasy i uruchamia silniki. Dziwnie mi się siedziało na jej miejscu, bo rzadko zastępuje mnie za sterami. Wystartowaliśmy i wyglądało na to, że odpuściła, więc wbiłem wzrok w przestrzeń kosmiczną, jak tylko przebiliśmy się przez atmosferę.  
– Więc? – odezwała się F po długiej ciszy.  
– Co więc?  
– Co z tymi bliznami? – Rzuciła mi spojrzenie pełne irytacji.
– Nie będę z tobą o tym rozmawiał.  
– Bo co?
– Bo to moja prywatna sprawa.  
– Więc uważasz, że nie powinnam wiedzieć? Zaraz, jak to było? Zaufanie to podstawa? Czy to nie twoje słowa?
– Czyli twierdzisz, że ci nie ufam?
– Tak. A teraz ja tobie też nie.
– A ufałaś mi wcześniej?
– Oczywiście. – Zerknęła na mnie. – Teraz będę ciągle myśleć czy mi czegoś nie odwalisz podczas misji, albo czy w ogóle się stawisz w MAO. A skoro przy tym jesteśmy, to szefostwo wie?
– Martwisz się o mnie? – zapytałem zaskoczony.  
– Chciałbyś.  
– Martwisz.
– Bzdura.  
– Martwisz. – Na mojej twarzy pojawił się uśmiech, bo im bardziej zaprzeczała, tym bardziej się zdradzała.  
– Wal się.
– Martwisz.  
– Dobra! Martwię! – Spojrzała na mnie. – I co z tego? Nie chcę cię stracić .– Chyba oboje byliśmy zaskoczeni tym, co powiedziała. Zmieszała się, rumieniąc lekko. – Jako partnera, oczywiście. – Dodała szybko i wbiła wzrok przed siebie, niby skupiając się na locie, a ja westchnąłem.  
– Powiem ci, ale pod jednym warunkiem. – Miałem szansę się czegoś o niej dowiedzieć, więc musiałem ją wykorzystać. – Ty też powiesz mi coś o sobie.
– Niech ci będzie. – Zgodziła się, nawet na mnie nie patrząc.
     Zapadła cisza. Wiedziałem, że to ja muszę zacząć, ale nie wiedziałem, jak się do tego zabrać. Do tej pory powiedziałem o tym tylko mojemu przyjacielowi. Tyle, że wtedy nie byłem trzeźwy. Pod wpływem alkoholu było jakoś łatwiej. Zerknąłem na F. Poczuła na sobie mój wzrok i też na mnie zerknęła, ale nie odezwała się ani słowem, tylko spojrzała z powrotem przed siebie. Wziąłem głęboki wdech. Teraz albo nigdy.  
– Bliska mi osoba… – zacząłem, ale to było trudniejsze niż sądziłem. Nie chciałem wracać do tych wspomnień. – Zginęła przeze mnie… zabiłem ją… i nie mogłem sobie poradzić z wyrzutami sumienia… podciąłem sobie żyły, bo to ja powinienem wtedy zginąć, a nie ona... – Zacisnąłem dłonie w pięści i syknąłem z bólu. Zapomniałam o tej gównianej ranie. Na bandażu widniała czerwona plama. – Jak widzisz, nie udało mi się. Znalazł mnie… z resztą nieważne. Odratowali mnie i to się liczy.  
– Kochałeś ją? – zapytała.  
– Skąd… – zacząłem, ale rzuciła mi znaczące spojrzenie. – Tak, chyba tak. Tylko dotarło to do mnie, jak było już za późno… – westchnąłem. Nie bolało już tak bardzo, jak wtedy. – Ale nie martw się, nigdy więcej nie zrobię czegoś tak głupiego i nigdy więcej nikt przeze mnie nie zginie. – F nie odzywała się przez dłuższą chwilę, więc musiałem zainterweniować. – Teraz ty.  
– Skoro już jesteśmy w temacie… – zaczęła. – Ja też miałam próbę samobójczą, tylko że moja była udana.
– Co? – Patrzyłem na nią w szoku. – Nie rozumiem…
– Zaraz zrozumiesz. – Uśmiechnęła się smutno. – Przyjęłam na siebie atak wymierzony w takiego jednego kretyna… jemu nic się nie stało, a ja… trafiłam do szpitala w stanie krytycznym. Umierałam w męczarniach, a on… nawet się nie pofatygował, żeby podziękować… nie mówiąc już o sprawdzeniu czy w ogóle żyję… moje serce nie biło przez siedem minut…  
– Siedem minut? – Powtórzyłem zszokowany. – Ale przecież mózg umiera po czterech…  
– Mówiłam ci, że nie jestem taka jak ty. – Nawet na mnie nie spojrzała, ale w jej głosie wyczułem dziwną nutę. – Poza tym lekarze mają odpowiednią technologię, żeby utrzymać mózg przy życiu dopóki nie przywrócą krążenia… a przynajmniej moi lekarze.  
– Chyba nawet gdzieś o tym czytałem.
– Byłam taka głupia… po tym, co mi zrobił… – Zacisnęła mocniej dłonie na sterach. – Ochoczo oddałam za niego życie… bez chwili wahania...
– Złamał ci serce?
– Zdradził mnie z cycatą blond szmatą.  
– Szmaciarz.  
– Wyjąłeś mi to z ust. – Kącik jej ust uniósł się lekko w górę.
     Nie tolerowałem takiego zachowania. Ja bym nigdy nie zdradził kobiety, z którą byłbym w związku. Nie rozumiem, jak mógł zdradzić taką dziewczynę jak F. Przecież jej niczego nie brakowało. Jej figura była idealna. Widocznie wolał blondynki z wielkimi piersiami. Tylko dlaczego musiał tak skrzywdzić F? Blane miał nosa z tą swoją teorią. Coraz bardziej chciałem poznać prawdziwą F. A ta chwila szczerości była pierwszym krokiem w tym kierunku.
– Przykro mi. – Powiedziałem, przerywając ciszę.  
– Niepotrzebnie. To było dawno, a tamta wersja mnie umarła.  
     Na moment zapanowała cisza, bo zacząłem się zastanawiać jaka była tamta F i czy bardzo różniła się od tej, którą znam.
– Mamy ze sobą więcej wspólnego niż myśleliśmy.  
– Czyżbyśmy byli parą idealną? – Zerknęła na mnie z uśmiechem, który tak lubię.
     Uznałem, że słowa nie były potrzebne i uśmiechnąłem się w odpowiedzi. Przez moment w mojej głowie pojawiła się myśl, że mógłbym posklejać jej złamane serce, bo moje też nie było w całości. Moglibyśmy nawzajem się naprawić.

354 czyt.
100%51
Ryunique

opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne i science fiction, użyła 6672 słów i 37157 znaków.

1 komentarz

 
  • Speker

    Speker · 10 wrz 7:30

    Tak mnie zaciekawiłaś, że jestem zmuszony lecieć dalej i czytać. Nie wytrzymam czekania na LoLa
    Świetne!