Nigdy więcej - Rozdział 1

Byłam spóźniona. Znowu. Kiedyś mnie wyleją za te spóźnienia, a to, że jestem jedną z najlepszych, nie będzie miało nic do rzeczy. W pośpiechu szłam przez jeden z jasnoszarych korytarzy. Jeden zakręt, drugi, a potem trzeci i pojawiły się pomarańczowe akcenty na ścianach w postaci różnej grubości linii przeplatających się wzajemnie. Oznaczało to, że wchodziłam w ulubioną strefę większości pracowników pełnej przeróżnych mini restauracji, kawiarni i mega wygodnych sof. Żeby dostać się na korytarz prowadzący do szefostwa, musiałam przejść przez sam środek tego gigantycznego pomieszczenia. Jak zwykle, z daleka dojrzałam stałego bywalca, który jakimś cudem zawsze siedział w tym samym miejscu, zawsze, gdy tędy przechodziłam i zawsze usilnie starał się mnie poderwać. Ciemnoskóry przystojniak z krótko ściętymi, zielonymi włosami właśnie żywo gestykulował, rozmawiając ze swoim kolegą siedzącym naprzeciwko. Nosili jasnozielone uniformy, co znaczyło, że pracowali w skrzydle szpitalnym. Wywróciłam oczami, bo mnie zauważył i uśmiechnął się szeroko.  
– Panie i panowie, idzie najlepszy tyłek w MAO! – Prawie krzyknął, gdy byłam już blisko, chociaż totalnie go ignorowałam.  
Jak zwykle. Czy ten facet sobie w końcu odpuści? Jakim cudem zawsze tu siedzi, kiedy mnie wzywają? Przecież za każdym razem to inna pora dnia. Westchnęłam.
– Znowu robisz z siebie debila, Tony – mruknął jego kolega, kiedy ich mijałam, nie zaszczycając choćby spojrzeniem.
– F! Umów się ze mną! – krzyknął za mną, a ja pokazałam mu środkowy palec, nawet się nie odwracając. – Widziałeś? Prawie na mnie spojrzała!
– Prawie? Ona cię totalnie zlewa – odezwał się jego kolega. – Który to już raz? Odpuść… – Więcej już nie słyszałam, bo weszłam w końcu we właściwy korytarz.
     Przyspieszyłam kroku, widząc jasnoniebieskie linie na ścianach i dwie grubsze na podłodze. Trochę obawiałam się starcia z szefostwem. Zastanawiałam się, czy to spóźnienie to już przegięcie, czy jeszcze nie, kiedy nagle z kimś się zderzyłam.  
– Patrz, jak łazisz, pajacu – warknęłam w tym samym czasie, co on przeprosił.
     Spojrzałam w górę, bo był prawie o głowę wyższy i zamarłam. Przede mną stał jeden z agentów specjalnych. Ten sam czarny kombinezon, który był praktycznie drugą skórą, miejscami wyglądający jak łuski, z bardzo cienkimi, ledwo widocznymi srebrnymi liniami. No i oczywiście maska na twarzy, zasłaniająca głównie okolice oczu. Bardziej nadawałaby się na bal przebierańców, ale jest bardzo wygodna, idealnie dopasowuje się do kształtu tej części twarzy i czasami zapominam, że ją mam. Ale nie zamarłam dlatego, że też był agentem specjalnym. Kruczoczarne włosy, kilkudniowy zarost i te oczy. Jasnoniebieskie z ciemnymi obwódkami. Przeszywały mnie na wskroś, sięgając głęboko, aż do mojej duszy. To spojrzenie odebrało mi władzę w nogach, chociaż bardzo chciałam go minąć i iść dalej. Tonęłam i nie umiałam się ratować.  
– Przecież przeprosiłem. – Jego głos przywrócił mnie do rzeczywistości.  
– Zejdź mi z drogi – prychnęłam i ruszyłam szybko dalej, póki odzyskałam kontrolę.  
     Szefostwo składało się z pięciu osób, dwójka z nich to Ziemianie, a pozostali to przedstawiciele trzech innych ras. Dwie kobiety i trzech mężczyzn, dla ścisłości. Nie odezwali się ani słowem na temat mojego spóźnienia, kiedy do nich w końcu dotarłam. Dostałam wytyczne misji, po czym życzyli mi powodzenia z podejrzanymi uśmiechami na twarzach. Może mieli dobry humor, a może już szykowali dla mnie jakąś karę. Po wyjściu od nich, udałam się do magazynu broni, żeby odebrać swoją z przeglądu, bo zwykle zabieram ją ze sobą do domu. Agenci specjalni mają pozwolenie na posiadanie broni, a pozostali muszą po misji oddać ją z powrotem do magazynu.  
– Dawaj moją broń, Zack – zażądałam opierając się o ladę.
     Magazyn wyglądał jak jakiś sklep albo bar. Zaraz po wejściu do pomieszczenia ukazywała się lada, a za nią ciągnęły się regały z najróżniejszą bronią. Dostęp do niej miał tylko pracownik odpowiedzialny za wydawanie jej agentom.  
– Agentka specjalna F – wycedził przez zęby. – A jakieś „dzień dobry” albo „cześć, co słychać” nie przejdzie ci przez gardło?  
– Nie mam czasu na pierdoły – syknęłam. – Spieszę się.
     Zack skrzyżował ręce na piersi i świdrował mnie spojrzeniem. Serio? Będziemy się teraz bawić w „kto pierwszy mrugnie”? Gdybym miała więcej czasu, to chętnie bym się z nim pobawiła, ale powinnam już siedzieć w statku i lecieć na miejsce. Westchnęłam.
– Cześć, Zacky. Co tam? Dobrze ci się spało? – zaczęłam z uśmiechem, żeby już nie miał się do czego przyczepić. – Zapomniałeś się dzisiaj uczesać czy postawiłeś na artystyczny nieład? W każdym razie, do twarzy ci.  
– I co? Bycie miłym boli? – zapytał, uśmiechając się, a ja wywróciłam oczami.
     Wziął tablet do ręki, zapisał odbieranie przeze mnie broni w systemie, odwrócił się i zniknął między regałami. Wrócił z niewielkim, półprzezroczystym pudełkiem i postawił je na ladzie. Sięgnęłam do pudełka, żeby wyjąć broń, ale dostałam po łapach.
– Znasz zasady. Odcisk dłoni poproszę – powiedział, wracając do klikania w ekran tabletu.  
– Spieszy mi się, nie rozumiesz? – Westchnęłam, zdejmując rękawiczkę i położyłam dłoń na czytniku linii papilarnych.  
– Boże, za każdym razem to samo. Oszaleję z tobą. – Teraz to on wywrócił oczami. – Jakbyś się nie spóźniała, to nie musiałabyś się potem spieszyć. Takie są zasady, nie rozumiesz? – Uśmiechnął się szeroko. – Dziękuję, możesz zabrać dłoń.  
     Założyłam z powrotem rękawiczkę, a Zack zaczął wyjmować z pudełka kolejno dwa pistolety, sześć magazynków, z czego cztery zawierały pociski paraliżujące, a dwa prawdziwe, i sztylet.  
– Twoja broń – powiedział. – Nie potrzebujesz większej ilości pocisków?
– Bez przesady, nie można polegać tylko na broni – odparłam, przypinając kaburę do uda. – Poza tym lubię czasem pogruchotać komuś kości. – Spojrzałam na niego z uśmiechem i zabrałam się za przypinanie drugiej kabury do drugiego uda.  
– Po co ci ten sztylet tak w ogóle?  
     Podskoczyłam, żeby usiąść na ladzie, obróciłam się do Zacka bokiem, kładąc prawą nogę dokładnie przed nim. Spodziewałam się jakiegoś „gdzie z buciorami na ladę”, ale nie odezwał się ani słowem.
– To mój taki as w rękawie. – Schowałam sztylet do pochwy, którą przyczepioną miałam nieco powyżej kostki, ale tak, że nie wystawała z buta.
     Zack obserwował mnie wyraźnie speszony. Widziałam, jak sunął wzrokiem od mojej łydki, po udo i wyżej. Złapałam go za fraki i przyciągnęłam do siebie.  
– Czy ty się na mnie gapisz? – warknęłam i zobaczyłam strach w jego oczach. Zaśmiałam się. – Naprawdę świetnie dzisiaj wyglądasz. – Rzuciłam mu figlarne spojrzenie, zeskoczyłam z lady, łapiąc magazynki z nabojami i wyszłam.
     Kilkanaście minut później siedziałam już za sterami statku i leciałam we wskazane miejsce według współrzędnych komputera pokładowego. Celem mojej misji było uwolnienie ludzi porwanych przez bandę kryminalistów, którzy zmuszali ich do walk między sobą na arenie ku uciesze napompowanych, przebrzydle bogatych pozaziemskich osobistości. Aż zacisnęłam mocniej dłonie na sterach. Cieszyłam się, że skopię dzisiaj kilka tyłków. Nie będę musiała się wyżywać na worku treningowym na siłowni.  
     Próbowałam się skupić na locie, ale w głowie cały czas miałam to przeszywające spojrzenie. Jak można mieć tak niesamowity kolor oczu? I wtedy poczułam jakby ktoś wbił tysiące szpilek w moje serce. Już kiedyś widziałam takie oczy. Serce zaczęło tłuc się w piersi. Czy to możliwe, że to były Jego oczy? Nie, nie, nie. Nie ma takiej opcji. Przecież rozpoznałabym Go od razu. Nawet w masce. Poza tym doskonale pamiętam Jego głos. Był podobny, ale jednak inny. Wspomnienia zaczęły zalewać moją głowę jak tsunami. To nie był On. To nie był On! Facet, na którego dzisiaj wpadłam, był trochę wyższy i bardziej umięśniony. Co z tego, że kolor oczu i włosów się zgadzał. Ludzie są do siebie podobni. Istnieją przecież sobowtóry. Wzięłam kilka głębokich wdechów, żeby się uspokoić. To nie był On. Wspomnienia zamknęłam głęboko w mojej głowie w szufladzie z napisem „nie otwierać”. Serce zwolniło, ale niesmak pozostał. Pozwoliłam sobie na myślenie o Nim, ale nie jest tego wart. Nigdy nie był. Koniec analizowania. Skup się na misji, F.
     Zanim się zorientowałam, wchodziłam w atmosferę planety. Nareszcie. Musiałam kogoś uszkodzić, żeby oczyścić mój umysł z niepotrzebnych myśli o przeszłości. Kiedy podchodziłam do lądowania, widziałam wyraźnie arenę, walki trwały w najlepsze. Jeśli ludzie nie chcieli walczyć, wpuszczali do nich dzikie zwierzęta. Wylądowałam między wielkimi skałami, żeby schować chociaż częściowo statek. I tak zamierzałam włączyć funkcję kamuflażu, ale ostrożności nigdy za wiele. Z tego miejsca miałam jeszcze spory kawałek drogi do celu, ale przynajmniej nie zwróciłam ich uwagi.  
     Wyszłam ze statku i stanęłam w… wodzie. Sięgała prawie do kostek, a moje buty nie wytrzymają długo. Przecisnęłam się przez skały i zobaczyłam, że woda ciągnie się aż do niewielkiego, rzadkiego lasku, za którym znajdowało się miasteczko z areną w centrum. Wielkie kamienie wystawały ponad powierzchnię, ale dno było raczej płaskie. Miałam nadzieję, że poziom wody był wszędzie taki sam. Musiałam szybko wyjść na suchy ląd, bo nie uśmiechało mi się walczyć w przemokniętych butach. Niby miały jakąś tam powłokę odpychającą wodę, ale jak dużo czasu mogła mi kupić? Ruszyłam w stronę drzew. Z daleka było słychać wiwatujący tłum, zgromadzony na trybunach areny. Przyspieszyłam. Miałam nadzieję, że wszyscy porwani jeszcze żyli. Musiałam ich uwolnić zanim się pozabijają, albo zanim staną się przekąską dla pupilków tych świrów. Usłyszałam plusk wody gdzieś z boku, ale kiedy odwróciłam głowę było już za późno. Ktoś rzucił się na mnie przygniatając do kamienistego dna. Odczułam to boleśnie zwłaszcza na żebrach, biodrach i kolanach. Usłyszałam strzały i ciężar z moich pleców przetoczył się na bok, uwalniając mnie. Podniosłam się na łokciach, spojrzałam w prawo i znowu zamarłam. Bokiem do mnie leżał ten przystojniak, na którego dzisiaj wpadłam, z bronią w dłoni, celując gdzieś przed siebie. Panowała cisza, więc rzuciłam okiem w tamtą stronę i zobaczyłam kilka sparaliżowanych ciał między skałami.  
– Co jest, do cholery? – zapytałam, przenosząc na niego swój wzrok.
     Opuścił rękę z bronią i spojrzał na mnie zaskoczony. Kropelki wody kapały mu z mokrych włosów, które opadły mu na czoło. Cały ten czas poświęcony na układanie włosów poszedł w pizdu. Tak przypuszczam. I te niesamowite oczy.
– To ty. – Chyba był szoku, że nie powiedział nic więcej.
– Tak, to ja – warknęłam. – A to jest moja misja, więc co tu, do cholery, robisz?
– Mógłbym spytać o to samo. To moja misja, więc chyba pomyliłaś współrzędne.  
– Pomyliłam współrzędne? – Powtórzyłam niedowierzając.
– Byłem tu pierwszy – powiedział, wstając, bo jeszcze chwila i nasze kombinezony zaczęłyby przemakać. – Możesz wracać.
– Słucham? – Wstałam oburzona. – Sam sobie wracaj. To nie jest jakaś pieprzona gra „kto pierwszy, ten lepszy”. Ile ty masz lat? Osiem? Kim ty, tak w ogóle, jesteś?
– Agent K. A ty niby kto?
– Agentka F.
– Mogłem się domyślić.  
– A to, co niby ma znaczyć?
– Jesteś sławna ze swojego ciętego języka, wiesz? – Przeszywał mnie tym swoim spojrzeniem, ale dzielnie walczyłam, żeby nie zacząć tonąć. – Chyba musimy współpracować.
– Nie potrzebuję pomocy, sama sobie poradzę.  
– Ja też nie potrzebuję pomocy, ale skoro wysłali nas w jedno miejsce, to chyba coś znaczy, nie uważasz? – Zacisnęłam pięści, kiedy świdrował mnie wzrokiem. Nie podobało mi się to. – Jesteś cała? To ruszamy, bo nie ma czasu do stracenia.  
     Gdyby nie ten uciekający czas i życie uprowadzonych ludzi, to bym mu powiedziała, co o nim myślę. Ale w tej sytuacji zacisnęłam tylko dłonie w pięści i ruszyłam za nim w kierunku lasku. „Jesteś cała?” Prychnęłam w myślach. Byłam nieco obolała, a najbardziej dawał się we znaki ból żeber. Po jaką cholerę się tak na mnie rzucał? Chciał mnie uszkodzić, żeby pozbyć się konkurencji? Nie, to chyba nie w jego stylu. Z tego, co słyszałam, to K jest chodzącym ideałem, do którego wzdycha żeńska połowa Międzygwiezdnej Agencji Ochrony. Jak dla mnie, to pogruchotał mi kości, bo chciał przybohaterzyć. Wspaniałomyślne uratował mnie przed… nie wiadomo czym.
     Szliśmy szybkim krokiem w kompletnej ciszy. Oczywiście woda pluskała pod naszymi stopami, a z areny ciągle było słychać okrzyki radości, ale żadne z nas nie odezwało się słowem. Przeszliśmy przez lasek i rozdzieliliśmy się przy budynkach miasteczka, żeby obejść arenę z dwóch stron. Prawdopodobnie miała dwa wejścia, więc ja wezmę jedno, a K drugie. Na ulicach nie było żywej duszy. Wszyscy zapewne siedzieli na trybunach, podziwiając rzeź niewinnych ludzi. Bez problemu dostałam się do wejścia areny, którego pilnował strażnik z włócznią. Serio? Bawimy się w Starożytny Rzym? Na szczęście nie stał jak kołek, tylko przechadzał się wzdłuż ściany, tam i z powrotem. Kiedy tylko odwrócił się do mnie tyłem, prześlizgnęłam się przez wejście i znalazłam się w przyciemnionym pomieszczeniu, oddzielonym od wyjścia na środek areny kratami. Oczywiści wejście, którego ja użyłam, również zamykane było kratą. Gdy ją przymykałam, franca zaskrzypiała przeraźliwie głośno. Niech ją szlag. Strażnik natychmiast się wrócił, ja schowałam się w zacienionym miejscu niedaleko tej pieprzonej kraty, przylegając plecami do ściany. Żeby mnie zauważyć, musiałby wejść do środka. Rozglądając się wokół siebie, zobaczyłam jednego z uprowadzonych, przypiętego łańcuchami do jednego z filarów, który, zerkając na mnie, zaczął szarpać swoimi kajdanami. Serce zaczęło mi szybciej bić. Zwracał na siebie uwagę strażnika. Kiedy moje oczy przyzwyczaiły się do półmroku, zobaczyłam, że wszystko, co miał na sobie to zakrwawione łachmany.
– Wypuść nas! – wrzasnął łamiącym się głosem.  
– Zamknij mordę, albo zaraz wrócisz na arenę – warknął mężczyzna z włócznią, wchodząc do środka.
– Dlaczego to robisz? Jesteś człowiekiem, jak my!
– Nie porównuj mnie do siebie, szmaciarzu! – krzyknął i wbił mu ostrze w udo.  
     Więzień zawył z bólu, a we mnie zawrzała złość. Dlaczego ludzie to sobie robią? Co jest z nimi nie tak? Zaczynałam rozumieć niechęć moich pobratymców do Ziemian. Chociaż „niechęć” to nieodpowiednie słowo. Kucnęłam i wyjęłam sztylet z buta. Strażnik znęcał się nad swoją ofiarą, kręcąc ostrzem w ranie. Wstałam, wymierzyłam i rzuciłam. Sztylet wbił mu się w ramię. Kurwa. Źle wymierzyłam w tym półmroku. Był tak zszokowany, że nie wiedział, co ma zrobić. Rzuciłam się na niego, zanim zdążył zareagować. Wyrwałam sztylet i tym razem nie mając prawa chybić, wbiłam mu w szyję, przebijając tętnicę. Kopnęłam go w brzuch, jednocześnie wyrywając ostrze i patrzyłam jak ląduje na ziemi, trzymając się za szyję, desperacko próbując zatrzymać krwawienie. Niech zdycha, zdrajca swojej rasy. Upadłam na kolana przy więźniu.
– Jestem Agentka F z MAO. Pomogę wam – powiedziałam.
– Zostaw mnie. Ratuj innych – odpowiedział, uciskając ranę na udzie.  
– Uratuję was wszystkich – odparłam, szukając czegoś, żeby zrobić mu tymczasowy opatrunek.
– Tu są dzieci – jęknął.
     Dzieci? Rozejrzałam się po pomieszczeniu i zobaczyłam ponad tuzin innych więźniów. Między nimi faktycznie były dzieci. Aż we mnie zawrzało. Pozabijam ich. Wyrżnę w pień. Rzuciłam się do strażnika i sztyletem rozcięłam jego ubrania, które posłużą za bandaż. Zabrałam też klucze do kajdan. Wróciłam do więźnia i obwiązałam mu ranę na udzie. Potem szybko kawałkiem materiału obwiązałam mu udo poniżej rany, a bliżej kolana, żeby się nie wykrwawił. Rozkułam jego kajdany, a potem zabrałam się za uwalnianie innych więźniów. Nagle krata od strony areny się otworzyła i wepchnięto zakrwawioną, ledwo żywą kobietę.  
– Następny! – krzyknął strażnik.
     Kurwa. Zostawiłam klucze w rękach wolnego już mężczyzny, porwałam z ziemi jakąś płachtę i zarzuciłam na siebie niczym płaszcz z kapturem. Ruszyłam na arenę, trzymając w dłoni sztylet. Zgarbiłam się, żeby bardziej przypominać więźnia i zwolniłam, gdy zbliżyłam się do strażnika.  
– Ruszaj się, śmieciu – warknął i wypchnął mnie na arenę. – Widownia czeka.
     Oślepiły mnie promienie słońca, więc stałam w miejscu, czekając, aż oczy przestawią się z półmroku na światło dzienne. To, co zobaczyłam chwilę później, mroziło krew w żyłach. Skąpana w słońcu arena, czerwony od krwi piasek, szczątki ciał rozszarpanych przez dzikie bestie i ludzkie zwłoki. Dostałam kopa w plecy, bo stałam jak zamurowana. Na szczęście szybko odzyskałam równowagę i nie wyryłam twarzą w piach. Zrobiłam kilka kroków w kierunku środka areny. Z naprzeciwka szedł w moją stronę więzień, w podobnej płachcie do mojej. Zasłaniał swoją głowę i twarz zupełnie jak ja. Wiatr rozwiał potargany materiał odsłaniając kawałek czarnego kombinezonu. Zacisnęłam mocniej dłoń na rękojeści sztyletu. Co on, do cholery, wyprawia? Spotkaliśmy się na środku areny, mierząc się spojrzeniami.
– Co ty odwalasz, F? – syknął.
– Ja? A ty, to niby co? Czemu nie ratujesz tych ludzi? – odwarknęłam.
– Byłem w trakcie, ale ktoś musiał wyjść na arenę.  
– Wyobraź sobie, że u mnie było tak samo. Miałam pozwolić, żeby zabrali któregoś z więźniów? Tam są dzieci, K. Dzieci.
– Wiem. Posiłki MAO są już w drodze.
– To co? Rozpierdolmy to gówno.
– Z przyjemnością.
     Jednocześnie zerwaliśmy z siebie te brudne płachty. Widownia zamarła na moment, a potem zawrzała oburzona. Doskonale wiedzieli, kim jesteśmy. Wypuszczono jedną z dzikich bestii. Rzuciłam w nią sztyletem, który wbił się w jedno ze ślepi. Bestia zatoczyła się, wydając dziwne dźwięki i padła na piach. Ruszyłam w jej stronę, wyciągając pistolety. Teatralnie wyrzuciłam magazynki z paraliżującymi pociskami i wsadziłam te z prawdziwymi. Nie ma litości dla potworów w ludzkiej skórze. Wypuścili do nas dwie kolejne bestie. Jednej wpakowałam kulkę między oczy, a drugą zajął się K. Byłam w połowie drogi po mój sztylet, kiedy zaatakował mnie strażnik z włócznią. Odskoczyłam w ostatniej chwili. Schowałam pistolety z uśmiechem na twarzy, bo koleś nie wiedział, w co się wpakował. Zaatakował ponownie, więc odskoczyłam raz, drugi, a potem trzeci kończąc przerzutem w tył.  
– Co tak skaczesz? – zapytał poirytowany. – Nie uciekniesz, w końcu i tak cię trafię.  
– Taki jesteś pewny? – odparłam, robiąc kolejny unik.
– Jesteś tylko słabą kobietą. Mam nad tobą przewagę.
     Wyśmiałam go. Naprawdę myślał, że ze mną wygra? Dobra, koniec zabawy w kotka i myszkę. Kiedy zaatakował znowu, byłam gotowa. Unikając ostrza, złapałam za trzon blisko jego dłoni. Zaskoczenie na jego twarzy znikło tak szybko, jak się pojawiło. Pewnie pomyślał, że miałam głupie szczęście. Byliśmy blisko siebie, a dzielił nas tylko trzon włóczni.  
– To słodkie, że myślisz, że nadajesz się do czegoś innego niż usługiwania mężczyźnie. – Uśmiechnął się w obrzydliwy sposób, a ja zacisnęłam mocniej dłonie na włóczni. Nie daj się wyprowadzić z równowagi, F. – Może zamiast walczyć, od razu mi się oddasz? Przecież i tak nie wygrasz, więc po co ranić takie piękne ciało?
– To słodkie, że nadal myślisz, że możesz mnie pokonać – powiedziałam, starając się kontrolować moją wściekłość. – Jestem od ciebie silniejsza, zarozumiały gnojku. – Parsknął mi w twarz, nie zdając sobie sprawy z powagi sytuacji. – Bo ja nie jestem człowiekiem. – Uśmiechnęłam się triumfalnie i wyrwałam mu włócznię.
     Kopnęłam go z półobrotu w brzuch i patrzyłam, jak upada na plecy zszokowany. Zakręciłam włócznią w powietrzu i przebiłam mu tchawicę razem z rdzeniem, wbijając ostrze głęboko w piasek. Widownia zawrzała, a raczej to, co z niej zostało, bo większość zaczęła uciekać, gdy nas zobaczyła. Nie tracąc czasu, pobiegłam po mój sztylet. Złapałam za rękojeść i szarpnęłam, ale ani drgnął. Postawiłam stopę na łbie bestii i wkładając w to całą swoją siłę, pociągnęłam. No wyłaź, gamoniu. No szybciej, do cholery. Wyłaź!  
– F! Za tobą!
     Sztylet w końcu wyszedł z czaszki, więc korzystając z okazji, w mgnieniu oka odwróciłam się i rzuciłam nim we wroga. Ostrze wbiło mu się w klatkę piersiową. Dobrze. Przez ułamek sekundy bałam się, że nie trafię go w ogóle, bo nie widziałam, gdzie celuję. Zaraz po tym rzucił się na mnie następny strażnik. Tym razem bez włóczni, a z krótkim mieczem. Przynajmniej coś nowego. Odskoczyłam sekundę za późno i ostrze zostawiło krwawy, piekący ślad od ramienia do łokcia. Zacisnęłam szczękę, żeby nie syknąć z bólu. Doskoczyłam do niego i zaprezentowałam mu kopa z półobrotu. Liczyłam na to, że się schyli robiąc unik i tak właśnie się stało. Podarowałam mu pięknego, prawego sierpowego, po czym złapałam jego głowę i przywaliłam mu kolanem w nos. Koleś sięgnął rękami do tego, co z niego zostało, wypuszczając swoją broń z dłoni. Nie dałam mu odpocząć, kopnęłam go w krocze, a gdy się skulił jęcząc z bólu, dostał z łokcia w tył głowy i padł na ziemię.  
– Nie znęcaj się tak. – Usłyszałam głos K gdzieś za plecami.  
     Zignorowałam go. To jeszcze nie było znęcanie, tylko zasłużona kara za zbrodnie. Podniosłam krótki miecz z piasku i wbiłam strażnikowi w lewą nerkę. Na sekundę ogłuszył mnie jego wrzask.
– Przestań – syknął K, ale ja obróciłam ostrze w ranie, a facet zawył z bólu. – Powiedziałem dość. – Szedł w moją stronę, zaciskając dłonie w pięści. – Dlaczego nie słuchasz?
– Nie jestem tresowanym pieskiem – warknęłam, kiedy stanął przede mną.
– Ja tu dowodzę – odwarknął, świdrując mnie wzrokiem.
– A niby od kiedy? To, że jesteś wyżej w rankingu nie znaczy, że będę przyjmować od ciebie rozkazy.
     Im dłużej patrzyłam mu w oczy, tym bardziej zaczynałam tonąć. Nieważne, że akurat się z nim kłóciłam. Musiałam się jakoś ratować, ale przecież nie odwrócę teraz wzroku, bo będzie oznaczało to uległość z mojej strony. Nie poddam się. Nie podporządkuję mu się. Nie zatonę. O ile pierwsze dwa postanowienia były banalnie proste do wykonania, tak z tym ostatnim miałam coraz większy problem. Kątem oka widziałam, że ktoś się do nas zbliża. Prawdopodobnie jeden ze strażników ocalał.
– Wiesz, co oznacza słowo „współpraca”? – zapytał i oddał dwa strzały w stronę wroga, nie spuszczając ze mnie wzroku. Ciało upadło na piasek, więc mogliśmy kontynuować naszą głupią sprzeczkę.
– Oczywiście, ale obawiam się, że ty nie wiesz.  
– Rozczaruję cię. Doskonale znam znaczenie tego słowa, ale ciebie ktoś musi okiełznać.  
     Zrobił krok w moją stronę. Był tak blisko, że musiałam wyżej podnieść głowę, by nie stracić kontaktu wzrokowego. Myślał, że się przestraszę, jak będzie tak na mnie patrzył z góry? Naprawdę myślał, że może mnie okiełznać? Nikomu się to jeszcze nie udało. I jemu też się nie uda.  
– I że niby ty chcesz to zrobić? – prychnęłam. – Powodzenia.
     Już otwierał usta, żeby mi odpowiedzieć, ale usłyszeliśmy odgłosy silników nad nami. Spojrzeliśmy w górę i zobaczyliśmy statki MAO. Część z nich już lądowała. Otoczyli arenę, żeby resztki widowni nie mogły uciec. Prawdopodobnie pozbyliśmy się wszystkich strażników, ale może gdzieś w budynku schowali się jacyś tchórze. Oddział medyczny zajął się rannymi, a inny przeszukaniem pomieszczeń. Nasza robota skończona. Szefostwo było zachwycone naszą „współpracą” i oznajmiło, że od tej pory będziemy pracować razem jako partnerzy. Zajebiście. Nie dość, że oczy tego bohaterzyka będą mi się śniły po nocach, to jeszcze będę go musiała oglądać na porządku dziennym. Dodając do tego moją słabość do czarnowłosych przystojniaków o niebieskich oczach, będzie prze-kurwa-cudownie.

437 czyt.
86%71
Ryunique

opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne i science fiction, użyła 4476 słów i 25370 znaków.

1 komentarz

 
  • Speker

    Speker · 6 września

    Bardzo ciekawe. Inicjały jak z MiB
    Oby się rozwinęło
    Powodzenia.