Nadzieja umiera ostatnia - Rozdział 21 - Kulki

DANTE

Wyszedłem z komisariatu policji chwilę przed dwudziestą. W gronie kupionych policjantów, z komendantem na czele, szkoliliśmy sobowtóra Luci. Musiał na blaszkę wykuć dane personalne i zmyśloną na potrzeby sądu historyjkę wczorajszego wieczoru.  
Według nowej wersji, Jonathan, bo tak miał na imię podstawiony przez Barry’ego chłopak, wszedł do klubu koło północy naćpany i rozjuszony – sfałszowane wyniki krwi z laboratorium leżały już na biurku prokuratora. Wywołał bójkę na schodach, po czym wyrzucony przez ochronę z klubu, wyżył się na Alexie, chłopaku z czarnego worka.  
Jonathan przez dwie godziny w kółko opisywał całą sytuację, a ja wraz z komendantem i dwoma policjantami korygowaliśmy jego zeznania, żeby brzmiały najwiarygodniej. Rozprawę wyznaczono na wtorek, więc nie miał wiele czasu żeby się przygotować.  
Pokazałem mu przelew, jaki zrobiłem na konto jego dziewczyny, żeby przypadkiem nie zmienił zdania, i wałkowaliśmy temat na okrętkę. Zażyczył sobie też butelkę whiskey, działkę heroiny i całą torbę żarcia z McDonalda – ostatni posiłek na wolności.
Odpaliłem papierosa wsiadając do samochodu i wykręciłem numer do Pika.
– Jak poszło?
– Jeśli się nie rozmyśli w ostatniej chwili, to sędzia łyknie to jak ryba haczyk. Musisz jechać do McDonalda.  
Pik żachnął się śmiesznie. – Naprawdę? Ma do wyboru wszystko, czego dusza zapragnie i chce się nawpierdalać hamburgerów z trocin?
Wyjechałem na obwodnicę i wcisnąłem gaz w deskę. Potrzebowałem odreagować. Normalnie zadzwoniłbym po jedną ze swoich regularnych dziewczyn, żeby wpadła na numerek, ale nie dziś. Teraz miałem Laylę i musiałem ograniczyć się do łamania prędkości żeby spuścić trochę pary, bo na seks liczyć nie mogłem.  
– Weź mu też działkę i butelkę whiskey.
– Heroina? Kurwa, koleś się zaćpa w więzieniu w trzy miesiące.
Tak, też o tym pomyślałem. Ćpuni od strzykawek nie wytrzymywali za kratkami długo. Jonathan, który nie miał już nic do stracenia, ani do zyskania, nie miał szans odbić się od dna.  
Na obrzeżach Chicago mieściło się stanowe więzienie o zaostrzonym rygorze, do którego trafiali najgorsi kryminaliści. Seryjni mordercy, pedofile i gwałciciele. Kilku przekupionych strażników rozprowadzało nasz towar. Rotacja więźniów była tam zastraszająca. Wszyscy odsiadywali dożywocia i nikomu nie zależało na życiu. Ćpali na potęgę i padali jak kaczki. Średnio raz w tygodniu kogoś wywoził stamtąd karawan.  
– Zawieź mu paczkę dzisiaj i jutro. We wtorek rano widzimy się w sądzie. A, i zadzwoń do Luci, żeby się kurwa nigdzie nie pokazywał do zakończenia procesu.  
– Nie ma problemu. Pojadę, zadzwonię.  
Zjechałem z obwodnicy i zakręciłem na najbliższym rondzie wracając skąd przyjechałem. – Przyjechał ładunek z Detroit?
– Właśnie czekam z Natem w magazynie. Kierowca dzwonił, że będzie za kwadrans. Jedź do domu Dante. Zajmę się tym.
I chwała mu za to. Ledwo patrzyłem na oczy. Nie miałem najmniejszej ochoty sprawdzać ładunku osobiście, choć zawsze robiłem tak z przemytami z Detroit. Tym razem Pik musiał obejść się beze mnie. Marzyłem tylko o kanapie, drinku i Layli marudzącej mi nad uchem, że się nudzi, bo skupienie się na filmie graniczyło u niej z cudem.  
– Do wtorku – powiedziałem i rozłączyłem połączenie.
Zrobiłem jeszcze dwa kółka po obwodnicy, i gotowy wracać do domu, zjechałem na stację zatankować. Zapłaciłem w kasie ignorując kokieteryjne uśmieszki niezbyt ładnej kasjerki i zadzwoniłem do Layli z nadzieją, że zdążyła się już pożegnać z Julijim i Nikołajem.
– Halo?! – krzyknęła do słuchawki. W tle głośno grała muzyka, przeplatana z rozmowami i okrzykami ludzi.  
– Gdzie jesteś?
Przez chwilę słyszałem tylko panujący wokół niej harmider zanim wszystko ucichło. – Jesteśmy na kręglach, w sumie to już kończymy. Zostało nam po kilka rzutów. Przegrywam z kretesem. Julij ma samolot za godzinę i musi zaraz jechać na lotnisko to odstawi mnie do domu. Przyjedziesz po mnie? Przyjedź, chcę jechać do ciebie. Może obejrzymy film? Albo nie... lepiej pójdziemy spać. Jestem zmęczona.
Oparłem czoło o kierownicę. Nie miałem już siły się wkurwiać, chociaż powinienem. Gadała jak nakręcana zabawka. – Ile wypiłaś?
– Dwa drinki, ale nic nie zjadłam na obiad. Zupa z grzybów… nie, krem z grzybów z mokrymi grzankami. Fuj.  
Przynajmniej miała dobry humor. – W której kręgielni jesteście? Przyjadę po ciebie.
– Och… okej. Tenpin przy State street.
– Będę za kwadrans. A, i Layla?
– Tak?     
– Nie pij już skarbie.
– Słowo harcerza.
Wyobraziłem sobie jak zasalutowała i nie umiałem się nie uśmiechnąć. Z jednej strony miałem ochotę powiedzieć Julijemu kilka nieprzyjemnych słów do słuchu, a z drugiej powinienem mu jeszcze podziękować za to, że się nią zajął.  
Zaparkowałem na piętrowym parkingu i wszedłem do budynku kręgielni. Na samym tyle ogromnej hali ciągnął się rząd torów. Po prawej była recepcja, a kawałek głębiej stało kilka stołów bilardowych. Po lewej stronie był długi bar, a za nim drzwi do kuchni.  
– Mogę w czymś pomóc? – zapytał stojący za recepcją starszy facet w fartuszku w białe paski. Wyglądał jakby stał tam za karę.  
– Nie. Szukam kogoś. – Odszedłem w stronę torów zanim zdążył zapytać o coś jeszcze.  
Wypatrzyłem Laylę w kilka sekund. Śnieżnobiała sukienka, rozpuszczone włosy i roześmiana buzia. Poczułem się jak w domu, kiedy patrzyłem jak zanosi się śmiechem trzymając w dłoniach kulę. Wyprostowała się, przybrała bojową minę i z determinacją odwróciła się w stronę toru. Zamiast włożyć palce w trzy dziurki, wyrzuciła kulę z dwóch rąk jakby grała w kosza.  
Nic dziwnego, że przegrywała. Nawet nie trafiła w swój tor. Zbiła kilka kręgli graczom z toru obok, a mina stojącego tam chłopaka mówiła mi, że nie pierwszy raz przerwała im grę. Tracił już do niej cierpliwość.  
Chciałem ją zabrać i jechać do domu, ale nie mogłem patrzeć na jej nieudolne próby. Musiała się nauczyć grać. Wróciłem do recepcji, wykupiłem kilka dodatkowych gier na ich tor, i dla graczy z toru obok, zmieniłem buty, zamówiłem drinki i z tacą w rękach poszedłem ratować moją kobietę z opresji.
– Jesteś! – Wykrzyknęła, kiedy mnie zobaczyła.  
Dobrze, że Julij stał obok i w porę zabrał mi tacę z rąk. Layla rzuciła się na mnie splatając ręce na karku i całując namiętnie.  
– Jak ci idzie gwiazdo?
– Świetnie! Strąciłam trzy kręgle!
Chłopak z toru obok popatrzył na nią z politowaniem. – Szkoda, że nie na swoim torze.
Rzuciłem mu dwa żetony na kolejne dwie rozgrywki. – To za kłopot.
Przytaknął i skinął głową wracając do gry.  
– Chodź, nauczę cię grać. – Uścisnąłem dłoń Juliego i stanąłem za konsoletą, żeby zacząć nową rozgrywkę i dopisać swoje imię do tabeli.
Layla odeszła kawałek dalej i przyssała się do szklanki z sokiem, zawzięcie obserwując graczy z innych torów, jakby szukała wskazówek.
– Mnie wykreśl – zaczął Julij – muszę złapać samolot. Ale chcę się z tobą spotkać. Mamy do pogadania, ale to nie rozmowa na telefon. Wybierasz się niedługo do Nowego Jorku?
Skinąłem głową. – Za dwa tygodnie. Mały ptaszek wyśpiewał mi, szykują się zmiany.  
Uśmiechnął się spoglądając na Laylę z sentymentem. Miałem ochotę zmazać mu ten maślany wyraz twarzy, ale zacisnąłem pięści na konsolecie. Chciałem wejść z nim w interesy, a zazdrość nie miała mi tego w żaden sposób ułatwić. Zresztą, nie miałem tak naprawdę powodu do obaw, ufałem Layli, a Julij nie śmiałby jej tknąć wiedząc, że jest ze mną. Wiedział, że skończyłoby się to pogrzebem.
– Liczyłem, że twoja ptaszyna cię poinformuję. Skoro Nowy Jork będzie niedługo w mojej kieszeni, ja będę wybierał, z kim robię interesy i liczę na to, że w Chicago nie będzie to Frank. Zadzwonię. – Uścisnął moją dłoń i podszedł do Layli. Przytulił ją, pocałował w policzek i rzucając jej ostatnie maślane spojrzenie znikł w tłumie.
– To co? – Layla złapała za kulę i ustawiła się przed torem. – Gramy?
Zabrałem jej leciutką kulę przeznaczoną dla dzieci i zamieniłem ją na najcięższą, jaka była dostępna. – Włóż tu palce.  
– Nie chcę, te dziurki są za duże i ciągle mi kulka wypada.  
Zaśmiałem się obejmując ją w pasie. – Włóż tam palce Layla. – Zrobiła co kazałem, a ja delikatnie poprowadziłem jej rękę w tył, a później w przód. – Puść.
Kula potoczyła się w żółwim tempie po śliskim parkiecie trafiając w samo centrum rozstawionych na końcu kręgli. Z uwagi na prędkość, strąciła tylko dwa, ale przynajmniej na swoim torze.  
– Ta kulka jest za ciężka! – jęknęła, kiedy podałem jej kolejną.  
– Dokładnie. I dlatego nie będziesz w stanie rzucać nią na prawo i lewo. Skup się na parkiecie, nie na kręglach. Staraj się tylko rzucić prosto, nie skręcaj nadgarstka.  
Dalej trzymała kulę w obu dłoniach. W końcu posłusznie włożyła palce w dziury i tym razem sama się zamachnęła. Zbiła osiem kręgli i skakała po parkiecie jak mała dziewczynka.  


– Ulubiony owoc?  
Layla leżała na mnie na kanapie i z wrodzonym urokiem, zamiast oglądać film, który sama kazała mi kupić, nagle zdecydowała, że północ to idealna pora na grę w pytania.
– Brzoskwinia – powiedziałem, odsuwając jej rękę, którą gładziła mnie po twarzy.  
Zasłaniała mi telewizor i choć "Alicja w Kranie Czarów” nie była wysoko na liście filmów, jakie chciałem obejrzeć, zdążyłem się wciągnąć.
– Ja lubię granaty. A słowo?
– Ulubione słowo? Cisza. W tej chwili byłbym wdzięczny, gdybyś wdrożyła to słowo do swojego słownika i zamknęła buzię.  
Layla wydęła usta i przekręciła się na bok, wbijając mi boleśnie łokieć w żebra. Milczała całe trzydzieści sekund, po czym wygięła się jak kotka, oparła głowę o moje ramie, pocałowała mnie w szczękę i jęknęła cicho. – Nudzi mi się.
– Gwiazdo, to ty chciałaś oglądać ten film. Ja chciałem iść spać. Jest północ, rano musimy wstać. Muszę zawieźć cię na wykłady, a później mam tysiąc spraw do załatwienia.
Punktualnie o dziesiątej miałem stawić się w sądzie i złożyć zeznania w sprawie Jonathana.  
Leniuchowaliśmy cały dzień i prócz zakupów w centrum handlowym nie zrobiliśmy absolutnie nic produktywnego. Właśnie tam Layla prócz kilkunastu swetrów, na których punkcie miała małego bzika, kazała mi kupić film zarzekając się, że będzie oglądać.  
Znów poczułem jej wargi na swojej skórze, tym razem niżej, na szyi. Przyjemny dreszcz przebiegł po moich plecach.  
– Pocałuj mnie – szepnęła, a jej słodki oddech przy moim uchu wywołał gęsią skórkę.
Dwa razy nie musiała prosić. Przekręciłem się na bok wciągając ją pod siebie i zatopiłem się w jej ustach. Mogłem ją całować godzinami, zwłaszcza, gdy przez pół wieczoru jadła czekoladę i smakowała tak słodko.
Layla zarzuciła mi ręce na ramiona, a mnie znów nawiedziło uczucie, które towarzyszyło mi odkąd pierwszy raz pocałowałem Laylę. Od tamtej chwili, zawsze, kiedy miałem ją tak blisko, wracał ten sam przenikliwy dreszcz, wszechogarniający strach i nagły, niczym niezmącony spokój.  
Rozumiałem dreszcz i spokój, ale długo nie potrafiłem pojąć, co w tej mieszance robi strach. Zrozumiałem wczoraj, kiedy ledwie żywy dotarłem nad ranem do domu. Jeszcze zanim wysiadłem z samochodu uderzył we mnie ten osobliwy lęk. Wiedziałem, że w środku nie zastanę Layli i to mnie rozstrajało. Nie chodziło o jej nieobecność, a o to, że po sprzeczce nie byłem pewny czy wróci.
Wsunąłem dłoń pod jej bluzkę i podwinąłem materiał do góry, nieprzerwanie całując. Kilka sekund później Layla leżała pode mną w samej bieliźnie. Wyprostowałem się, żeby na nią patrzeć. W moich oczach była idealna – krągłe biodra, gładka skóra, śniada karnacja i kilka pieprzyków w bardzo seksownych miejscach.  
Uniosłem dłoń i opuszkami palców musnąłem jej brzuch. Zadrżała i uśmiechnęła się słodko. – Często ostatnio tak na mnie patrzysz.  
– Tak to znaczy jak?
Wzruszyła ramionami i przygryzła dolną wargę. – Nie z pożądaniem…
– Bez pożądania? – zapytałem rozbawiony. – Nie wiesz o czym mówisz skarbie.
– Nie przerywaj mi. Z pożądaniem też, ale nie o to mi chodzi. Wcześniej patrzyłeś i widziałeś tylko opakowanie, kręciło cię tylko to, co jest na zewnątrz, a teraz… teraz patrzysz inaczej, teraz wiem, że lubisz też to, co jest w środku.
Mogłem śmiało przyznać, że Layla cholernie mi imponowała. Jak na małolatę, zachowywała się zaskakująco dorośle. Każda inna laska w jej wieku zapytałaby niby przypadkiem czy mi zależy. Layla, mimo swojej patologicznej potrzeby bliskości, nie oczekiwała zapewnień, nie próbowała ich na siłę ze mnie wyciągnąć. Mówiła co myślała i to zaskakiwało mnie w niej za każdym razem.
Miałem zamiar uświadomić ją w niedalekiej przyszłości, że rzucę jej cały świat do stóp, ale najpierw chciałem, żeby czuła to, jak bardzo jest dla mnie ważna. Po latach kłamstw, jakich nasłuchała się od wszystkich wokół, deklaracje były dla niej tylko pustymi słowami bez pokrycia.  
Pocałowałem ją w czoło i powoli przesunąłem wargi niżej, muskając jej rozchylone usta. – Lubię. Bardzo.
Dotykałem jej ciała, a Layla coraz rzadziej się spinała. Powoli zaczynała mi ufać, ale wciąż nie była gotowa na kolejny krok. Na razie wystarczało mi to, co mi dawała, ale powoli zaczynały mnie męczyć ciągłe zimne prysznice.  
Mój telefon rozdzwonił się w samą porę, przerywając nam chwilę, której sam mógłbym nie mieć siły przerwać. Wychyliłem się z kanapy spoglądając na wyświetlacz.  
– Muszę odebrać – powiedziałem wstając. Zabrałem telefon i wyszedłem na taras zapalić. – Julij.  
– Jak Layla? Bardzo bolała ją dzisiaj głowa?
– Nie, zdążyła spalić te drinki podczas trzech godzin nauki gry w kręgle. – Odpaliłem papierosa i oparłem się o barierkę obserwując leżącą w salonie Laylę. Okryła się kocem i wyglądało na to, że w końcu wciągnęła się w film.
– Nauczyła się?
– Nikogo nie uszkodziła, a to już chyba sukces.  
Julij parsknął śmiechem. – Tak, zdecydowanie. Dobra, do rzeczy. Kiedy dokładnie będziesz w Nowym Jorku? Musimy się spotkać jak najszybciej.
– Będę z Laylą w następny weekend.  
– Layla ma o niczym nie wiedzieć… – rzucił sztywno.
Strzepałem popiół z papierosa na ziemię. – To w jednym się zgadzamy. Nieźle jak na początek. Mam dla niej zajęcie na weekend, nie będzie przeszkadzać.  
– W takim razie umówmy się na sobotę. Wyślę ci adres i godzinę.
I bez słowa się rozłączył. Schowałem telefon w kieszeń, zgasiłem papierosa i wróciłem do salonu. Uśmiechnąłem się pod nosem widząc, że Layla wcale nie oglądała filmu tylko smacznie spała. Miała niesamowitą tendencję do zasypiania w pół minuty.  
Nie pozostało mi nic innego jak tylko zanieść ją do łóżka.

1 520 czyt.
100%386
Ness2812

opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne i kryminalne, użyła 2807 słów i 15472 znaków, zaktualizowała 16 sie o 8:59 ·

Komentarze (6)

 
  • Iks

    Iks 31 października

    Para głównych bohaterów żyje w trudnej rzeczywistości. Pomimo kwitnącego romansu, w tle wciąż mamy świat gangsterów. Trochę przypominają kręgle, wystawione na to co zgotuje im los (czytaj: Ness). Ciekaw jestem czy przy ostatecznym rzucie nadal będą stać dzielnie, nawet jeśli nie razem.

  • agnes1709

    agnes1709 20 sierpnia

    I znów przechichotałam - kochany, literacki sarkazm. Nie wiem, który już raz to mówię, ale powtórzę tysięczny któryś - wielbię!

  • _Gosia_123

    _Gosia_123 18 sierpnia ip:89171210

    Czekam na następną Dodawaj ją jak najszybciej

  • zabka815

    zabka815 11 sierpnia

    Świetna część zresztą jak wszystkie Będę cierpliwie czekała do następnego piątku

  • szaramyszka

    szaramyszka 11 sierpnia ip:3747105

    To jest po prostu genialne opowiadanie czytam i nie moge przestać Widac ze Dante ja kocha

  • (:)

    (:) 11 sierpnia ip:83716

    Jak ja to uwielbiam