Krople poranionych chmur cz 6

Naturalnie, mama i tata założyli najlepsze ubrania. Ja miałem zwykłe sztruksy i bluzkę w kwiaty. Lila kupiła ją dla mnie. Sama ubrała tą śliczną sukienkę, w której widziałem ją pierwszy raz.  
Poprzedniego dnia zrobiła mi trochę porządku w mieszkaniu. Rano pojechała do domu i pomagała mamie w przygotowaniu posiłku. Potem wykroiła czas i przyjechała po mnie. Chciała pojechać, żeby zabrać moich rodziców. Ostatecznie zdecydowaliśmy, że powinni sami przyjechać.
Jerzy miał humor i robił wrażenie rozluźnionego. Zofia promieniała jak już wspomniałem i wyglądała o pięć lat młodziej. Miała ładną, szczupłą figurę. Włosy naturalnie brązowe, chociaż nie tak ciemne jak, męża. Kiedyś zapytałem Lili skąd się wziął jej blond. Powiedziała, że dziadek, czyli ojciec Jerzego miał błękitne oczy i blond włosy.
— Ale główny powód jest taki, że sama takie chciałam.
— A co, poprosiłaś Pana Boga?
— Tak, dokładnie. I to prawda, co powiedziałeś w domu. Ewa nie była ładniejsza. Ja jestem.
Potraktowałem to jako żart.  
— No może rówie ładna — dodała po chwili namysłu.
W czasie obiadu nie mieliśmy żadnych incydentów. Poza jednym. A ten, wyszedł od mojej mamy. Chodziła do kościoła i nie widziała nic niewłaściwego w jej kościele. Chciała byśmy brali ślub udzielony przez księdza. Lilia zaczęła delikatnie, bo czułem, że poza uczuciem ma również sentyment do mojej mamy. Jeszcze wówczas nie dostrzegłem, że Lila kocha wszystkich. Z tą różnicą, że mnie kochała w sposób szczególny.
— Nie mam bierzmowania i nie chodziłam na religię.
— Ależ to nic Lilianno, znam księdza proboszcza. Wyspowiadasz się i da się załatwić.
Jerzy i Teresa przysłuchiwali się bez słów. Ale czułem, że coś wiedzą, a moja mama dotknęła czułego punktu. Twarz mojej pięknej Lili nie zmieniła się wcale.
— Ksiądz proboszcz, dwanaście lat temu molestowa dwóch chłopców. Teraz współżyje z gosposią, a ja mam się przed nim spowiadać!
Zofia zbladła, otworzyła usta i łapała powietrze jak ryba.
— Słyszałam, że coś szeptano o tym, ale sądziłam, że to plotki.
Lilianna wysunęła wieże.
— Potrzebuje mama dowodów. Mój ojciec ma dojścia. Postępowanie karne wstrzymano z powodu ingerencji kardynała, ale dowody są.
— Wierzę ci kochanie, zacznę chodzić do innego kościoła.
— Kościół nie ma znaczenia, tylko Bóg.
Wierzyłem we wszystko co mówiła Lilianna. Nigdy nie kwestionowałem. Nie zastanawiałem się, skąd wie to wszystko.  
Poza tym jednym wypadkiem obiad uważałem za udany. Widziałem, że ojciec był zachwycony. Był gotowy się zgodzić na wszystko o co prosiła moja złotowłosa piękność.  
Wszyscy się rozeszli. Pożegnaliśmy moich rodziców, potem zabraliśmy Astera i pojechaliśmy do mnie.
Lila wzięła z soba kilka książek i laptop. Miała jutro zajęcia.
— We wtorek znajdziemy kogoś kto nam udzieli ślubu. Mama chce mi kupić suknię. Ja chciałam wziąść cię za męża w tej w kwiaty, ale ostatecznie powzięłam inną decyzję.
— Biel jest symbolem czystości. Naprawdę czujesz się źle, że kochamy się bez ślubu?
— Nie tak bardzo. Ty wziąłeś ze mna ślub w parku, jak złapałeś Astera.
— Tak, to prawda, kochanie.
— Powiedziałeś, że go ugryzł bąk, ale nie miałeś racji. Ja mu szepnęłam, żeby pobiegł, a kto go złapie zostanie moim mężem.
— Ale szłaś na spotkanie z Tomkiem.
— Tak, ale Tomek mnie zdradził i nie przyszedł.
— Ale jeszcze tego wówczas nie wiedziałaś, to ja ci powiedziałem.
— Kocham cię za wszystko. I za to, że nie pozwoliłeś bym spotykała się ze zdrajcą.
Poddałem się. Nie miałem ochoty o tym rozmawiać. Jej miłość mnie koiła. Podała mi moją komórkę.  
— Zadzwoń do Marioli.
Myślałem, że Lila chce z nią porozmawiać. Wystukłem numer.
— Miałam do ciebie dzwonić, czy jesteś z Lilą? Takie babskie sprawy.
Podałem jej telefon. Lila słuchała siostry dosłownie dziesięć sekund.  
— Nie trać czasu. To nie ten, spotkamy się po ślubie, to ci doradzę.
Oddała mi komórkę.
— Czy można jej ufać? — zapytała Mariola.
— Ona się nigdy nie myli, ten następny będzie twoim księciem. Pa, muszę kończyć.
Lila patrzyła na mnie wnikliwie.
— Skąd wiesz, że ten następny będzie właściwy?
— Wiesz, kochanie. Od chwili jak cię poznałem, mam jakiś dar.
— Och, tak. Tak czasem jest.
— Wtedy Mariola została długo.
— Została na noc.
— Spałeś na kanapie?
Poczułem się dziwnie. Wewnętrzną panikę. Nigdy jeszcze nie wypytywała mnie o nic.  
Postanowiłem poczekać. Jeszcze jedno pytanie.
— Pół nocy — powiedziałem krótko.
— Została długo, bo miała powód. Zasnęła na twoim łóżku, a potem pewnie uznała, że się nie wyspisz i spaliście razem, tak?
— Tak.
— Kochanie. Przecież wiem, że z nią nie spałeś. W sensie, no wiesz...
Wówczas puściły mi zawory. Pomyślałem bowiem, że może to nie było w porządku. Nie w stosunku do mnie. W stosunku do Lili. Byłem gotowy jej wyznać całą prawdę. Bez wzgledu na cenę.
Ale nie musiałem. Wzięła mnie za ramiona. Popatryła na mnie swoimi cudownymi chabrami i wyszeptała.  
— Mówiłam ci, że możesz wszystko. Nie możesz tylko zwątpić w moją miłość!
                                                                               *  
Nie wiem jak go znalazła. W przeddzień ślubu pojechaliśmy wieczorem na Żoliborz. Zatrzymaliśmy się przed małym, dość zabiedzonym domkiem.  
— Ma na imię Lubomir, pochodzi z Ukrainy. On udzieli nam ślubu.
Drzwi otworzył starszy człowiek, pewnie dobrze po siedemdziesiątce.
— Witaj, Lilio — rzekł z silnym akcentem. O, a oto twój wybrany, Janko!
— John — poprawiła go.
— Tak, chcecie ślub o czwartej?
— O czwartej szesnaście. Do czwartej osiemnaście powinno się zakończyć.
Lubomir popatrzył na Lilę jakby zrozumiał. Ona oczywiście wiedziała co mówiła. Tylko ja, nie.
— Dobrze, kochani. Przyjedziecie po mnie. Chcesz wziąść ślub w Łazienkach, tak?
— Tak.
— A kawaler też tam chce?
— Tak, przy tej ławce. To szczęśliwa ławka.
— Przyjedziemy o drugiej, dobrze?
— Niech będzie, kochanie.
Lila pocałowała dziadka w czoło. Ja podałem mu rękę, a on przytulił mnie mocno.  
— Dbaj o nią, bo to skarb wyjątkowy.
Poszliśmy do samochodu.
— Cywilny mamy pojutrze. O drugiej po południu — powiedziała patrząc na domek dziadka.
— Przeważnie cywilny jest najpierw.
— Kochanie, dla mnie liczy się bardziej przed Bogiem. Panu ambasadorowi nie udało się załatwić wcześniej.
— Czemu tak mówisz o tacie?
— Bo mi trochę podpadł. Z takimi wpływami!
— Dziadek Lubomir jest z prawosławnego kościoła?
— Był, ale anioł mu powiedzia, żeby przyjechał do Warszawy.
— Dawno?
— Dwadzieścia dwa lata temu.
— Jak go znalazłaś?
— Znalazłam, czy to ci nie wystarczy?
— Wystarczy, kochanie.
Prowadziłem ostrożnie.
— Anioł mi powiedział we śnie. Wierzysz mi?
— Wierzę ci we wszystko — powiedziałem cicho.
Wtuliła się w moje ramie. Chyba zasnęła.
                                                                               *
Na ślub przyszło więcej osób niż sądziłem. Brat mamy, siostra ojca z mężem. Oczywiście Hania. Ze strony Lilianny: brat Jerzego z żoną i z dwojgiem dzieci. Dwie siostry Teresy no i oczywiście Aster. Dobrze, ze braliśmy ślub w parku. Do normalnego kościoła pewnie nie pozwoliliby wejść z psem.  
Lilia wyglądała ślicznie. Miała długą suknię i welon. Kupiliśmy obrączki. Cienkie i proste z żóltego złota. Chciałem jej kupić pierścionek zaręczynowy, ale nie chciała. Dziadek Lubomir udzielił nam ślubu o czwartej szesnaście i rzeczywiście trwało to nie dłużej niż dwie minuty. Kiedy powiedział, że mąż może pocałować pannę młodą, spojrzałem w oczy mojej ukochanej. Wiedziałem, że nie chce. To należało do nas. Lilianna zebrała sporo prezentów ślubnych. Oznajmiła wcześniej, że żadnego przyjęcia weselnego nie będzie. Widziałem grymas na twarzy mojej mamy. Kiedy już ostatni ślubni goście się rozeszli, został tylko Lubomir i Aster.
— Pojedziemy tam teraz? — zapytała.
— Jak chciałaś, kochanie.
— Tylko się przebiorę, poczekajcie.
Pobiegła do kawiarni w której byliśmy na lodach. Wróciła za kwadrans. Lubomir siedział w milczeniu. Ja nie miałem pojęcia gdzie jedziemy. To była tajemnica Liliany i Lubomira. Wszystkie prezenty położyliśmy na tylnim siedzeniu. Lilianna miała na sobię sukienkę w kwiaty. Tą ulubioną. Jechaliśmy w milczeniu. Zatrzymaliśmy się przed małym domem. Dobrze się domyśliłem. Dom dziecka.  
Dom liczył osiemnaście dzieci. Dziesięciu chłopców i osiem dziewczynek. Najmłodsze dziecko miało pięć, najstarsze dwanaście.  
— Damy im wszystko co dostśmy, zgadzasz się?
— Tak, kochanie — głos dławił mi się w gardle.
Przwieziono jedzenie: pizze, spagetti i owoce. Oczywiście ciastka i torty.  
Tańczyliśmy razem ze wszystkimi. Co było zadziwiające, Lila jadła spagetti razem z innymi. Mimo, ze nie było werandy!  
Domyśliłem się, że była tu już wiele razy. Na koniec zaśpiewała piosenkę z ,,Titanica”. Musiałem przyznać, że zaśpiewała lepiej niż Celine Dion. I nie dlatego, że kochałem Lilę...
                                                                               *
Pierwszej walki o mnie, nie słyszałem i nie widziałem. Odbyła się w domu jej rodziców. Miałem urlop w lipcu. Pojechaliśmy w Sudety. Mieszkaliśmy w małym domku u prywatnych ludzi. Chodziliśmy na wycieczki. Oczywiście zabraliśmy Astera. Dwa tygodnie minęły szybko. Zacząłem pracować od początku sierpnia. Już wówczas zaczęły się małe sprzeczki z szefem. Powód był taki, że ja już nie potrafiłem kłamać. Oczywiście wszyscy sie starają być uczciwi, ale w sprzedaży jest to ciężko zrobić.  
Na razie moje wyniki były nadal dobre. Ale w pewnym momencie firma straciła. Szef dowiedział się powodu i wezwał mnie na rozmowę. Nie pojmował mojej obrony. Nie mógł zrozumieć, że musiałem powiedzieć o uchybieniach w gwarancji.  
— Jeszcze raz taka wpadka i wylatujesz.
Przyjąłem to bez słów.  
Lila coś wyczuła. Do tej pory nie rozmawiałem o mojej pracy. Poprosiła mnie abym opowiedział.  
     Nie sądziłem, że tak się stanie. Byłem na przerwie obiadowej. Roman był szefem i właścicielem tego drogiego bussinesu od ośmiu lat. Rozmowę powtórzyła mi Lila w domu.

— Ja do pana Romana — rzekła Lila do sekretarki.
— Miała pani umówioną rozmowę, teraz jest lunch i pan Roman jest zajety.
— Postawiłaś samochód w złym miejscu, lepiej go przestaw, bo ci go odholują i dostaniesz mandat.
— Och, rzeczywiście — powiedzia Krysia.
Pobiegła na dół. Lila weszła bez pukania do Romana.
— Co to ma znaczyć, jak pani...
Uroda robi swoje. Nie co dzień widzi się anioła.
— W czym mogę pomóc? — zapytał miło.
— Jestem żoną Johna, on mnie nie przysłał, sama przyszłam.
— Żaden John tu nie pracuje.
— Jak śmiesz go straszyć. Sądzisz, że kłamstwem wygrasz. Bo wygrywałeś do tej pory. Nie śmiej go upominać. Możesz go zwolnić, ale jeśli to zrobisz w ciągu mięsiąca stracisz wszystko. Nie tylko bussines. Kochankę, przyjaciół. Dom. Wszystko. Będziesz żebrał i złamią ci trzy żebra. Wtedy znajdziesz go i na kolanach go będziesz prosi o wybaczenie.
Roman zaniemówił.
— Proszę natychmiast wyjść, bo wezwę ochronę!
— Nie śmiej mu powiedzieć słowa dzisiaj, ani nigdy. Jeśli to zrobisz to co powiedziałam stanie się w ciągu dwóch tygodni.
Roman nie uwierzył. Wezwał ochronę  
— Proszę ta panią wyprowadzić — rzekł do barczystego osiłka, wygolonego na zero.
— Proszę pani, proszę opuścić gabinet.
— Sama wyjdę. Lepiej zadzwoń do ojca, nie czuje się najlepiej.
Ochroniarz uwierzył. Zadzwonił do ojca i tym pewnie uratował mu tym życie.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii miłość i obyczajowe, użył 2069 słów i 11839 znaków.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto