Jedno słowo - rozdział drugi

Byłam zła, a może nawet wściekła na siebie za to, że puściłam bokiem okazję na poznanie kogoś, kto mógł być całkiem interesujący. Zamiast zaprosić Artura do swojego mieszkania pod pretekstem wypicia wspólnie kawy, po prostu uciekłam z przytulnego wnętrza samochodu. Całe szczęście, że chwilę wcześniej zdążył zdradzić, jak ma na imię; przynajmniej będę wiedziała o kogo pytać w sobotę. Chciałam jakoś wytłumaczyć mu swoje absurdalne zachowanie i po cichu liczyłam na drugą szansę. Z drugiej jednak strony, może wcale nie powinnam szukać go na siłę i dać sobie z nim spokój? On przecież mógł mieć kogoś, a pomógł mi, bo uznał, że tak trzeba. Mogłam nawet nie być w jego typie, a nie chciałam zostać wyśmiana za snucie wizji wspólnego życia po jednym, wspólnie spędzonym poranku. Nieprzyzwyczajona do odrzucenia, to właśnie tego bałam się najbardziej.
Nagle przypomniałam sobie życiową maksymę mojego ojca, którą dosyć często powtarzał mojemu bratu, kiedy stawiał pierwsze kroki w samodzielnym biznesie i przychodził po radę, bo sam bał się podjąć decyzję. Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana.
Ja też w tym momencie potrzebowałam porady, ale nikt nie mógł mi jej udzielić. Ani przyjaciółki, które zasypywałyby mnie idiotycznymi pytaniami, ani tym bardziej mama, z którą poruszanie pewnych tematów było krępujące, nie mogły nic wiedzieć. Nie do czasu, aż z nim nie porozmawiam i nie będę wiedziała, na czym stoję.

Tydzień upłynął mi na ścisłej nauce. Byłam tak bardzo zajęta powtarzaniem materiału do zbliżającego się wielkimi krokami kolokwium, że przestałam liczyć dni. W głowie i kalendarzu miałam zapisaną tylko jedną datę — tej, od której zależało moje być albo nie być. Miałam gdzieś stypendium przyznane mi za świetne wyniki w nauce i które mogłam stracić przez jeden oblany egzamin. Ponad wszystko zależało mi na tym, by nie zawieść rodziców. Przykładałam się do każdego projektu, byle tylko byli ze mnie dumni. Uwielbiałam ten znajomy błysk w ich oczach.
Zaraz po skończonym wykładzie, ostatnim w tym tygodniu wyszłam z sali wykładowej, nie oglądając się za siebie. Dopiero gdy zbliżałam się do wyjścia z uczelni, odwróciłam się za siebie, pewna, że moja przyjaciółka wołała za mną i w tym momencie wpadłam na kogoś. Wystraszona spojrzałam, kogo udało mi się staranować i zamarłam. Z trudem łapałam powietrze, przekonana, że za chwilę zemdleję. Patrzyłam na przystojną twarz, niezdolna wydusić z siebie słowa. Czarne tęczówki były wpatrzone we mnie, a na idealnie wykrojonych ustach błąkał się nieśmiały uśmiech. Przede mną w istocie stał mężczyzna, którego określałam mianem swojego życiowego błędu. Ręce momentalnie zaczęły mi się trząść, dolna warga drżała niebezpiecznie i walczyłam ze sobą, by nie stać przed nim, jak bezmózga ameba.
Co on tutaj robił? Szukał kolejnej chętnej idiotki na korepetycje z prawa?
- Witaj moja piękna — cały czas się uśmiechał — nie liczyłem na to, że tak szybko na siebie wpadniemy.
Wpadliśmy i to dosłownie, a raczej ja na niego. Złość zaczynała brać nade mną górę.
- Nie masz prawa odzywać się do mnie w ten sposób — posłałam mu niechętne spojrzenie — czego chcesz?
W odpowiedzi wzruszył ramionami i kopnął niewidzialny kamień.
- Dopełniam formalności — chciał złapać mnie za rękę, ale zrobiłam dwa kroki w tył — od poniedziałku będziemy widywali się częściej.
Zacisnęłam dłonie w pięści, walcząc ze sobą, by go nie uderzyć, chociaż właśnie na to zasługiwał.
- Lepiej stąd idź — warknęłam — nagle teraz przypomniałeś sobie o mnie? Nie wrócę do ciebie, więc możesz sobie darować. Nadal pamiętam, co mi zrobiłeś.
W odpowiedzi zaśmiał się.
- Będę tu pracował — powiedział powoli, jakbym była dzieckiem — więc może bądź dla mnie miła.
Pewna, że to żart wybuchnęłam śmiechem i wtedy przypomniałam sobie, jak facet od prawa karnego przebąkiwał coś o zasłużonej emeryturze. A to oznaczało, że… Kurwa mać! Tylko nie to!
- Nie możesz — jęknęłam — po prostu nie.
Przez kilka sekund mierzyliśmy się spojrzeniami. Wyprostował się i patrzył teraz z wyższością, a ja czułam, jak zaczynam tracić panowanie nad sobą.
- Lepiej przygotuj się na poniedziałek.
Chyba wyczuł co się ze mną dzieje, bo pochylił głowę i musnął moje usta swoimi i odszedł pośpiesznym krokiem w kierunku sekretariatu. Oszołomiona dotknęłam warg opuszkami palców.
- Co to kurwa było? - Anka chwyciła mnie za ramię, wyrywając ze stanu ogólnego odrętwienia — tylko mi nie mów, że wróciłaś do tego debila.
Przecząco pokręciłam głową, wzdychając głośno. Może gdyby zjawiła się przy mnie wcześniej, Mateusz nie pozwoliłby sobie na taką poufałość. Jak zwykle pojawiła się w samą porę.
-Właśnie mi oznajmił, że teraz to on będzie naszym profesorem. Chyba nie muszę mówić ci, co to oznacza?
Usłyszałam wciąganie powietrza i głośne przekleństwo. Nagle nasze, w zasadzie bardziej moje beztroskie życie studenckie zamieniło się w koszmar.







Po pierwsze przepraszam, że taki mega krótki.

Po drugie do napisania tego rozdziału podchodziłam około pięćdziesięciu razy. Pisałam, skreślałam, kasowałam i tak w kółko. Szukałam odpowiedniego wprowadzenia w historię. Chcę stopniować wrażenia i trzymać chociaż w maleńkiej niepewności, która będzie rodziła pytania " i co dalej?". Chciałabym również wzbudzić w was emocje te złe i te dobre. Bardzo mi na tym zależy.

7 279 czyt.
100%232
Minia215

opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne i erotyczne, użyła 1050 słów i 5715 znaków, zaktualizowała 24 wrz 2018

Komentarze (2)

 
  • Beti

    Beti 26 wrz 2018 ip:31082

    Kiedy cd?

  • Robert72

    Robert72 25 wrz 2018

    Będzie dalej