WKD

WKDCo siedem dni, niezmiennie, na horyzoncie pojawia się piątek. Nie inaczej było i tym razem - nastał piątek. Był to jedyny dzień, w całym tygodniu, kiedy korzystała z budzika. Jak tylko zadzwonił, wyskoczyła z łóżka i pognała do łazienki. Najważniejsze, to umyć szybko włosy, żeby do wyjścia zdążyły wyschnąć. Potem kawa, suszarka, jeszcze dwa łyki kawy, siku po kawie, umyć zęby po kawie i trzeba się ubierać. Znowu przyszła ta cholerna jesień, a po niej będzie ta cholerna zima. I znowu trzeba zakładać na siebie tony ubrań, kupować tony chusteczek, pocieszać się tonami czekolady, aby wiosną się zorientować, że te wszystkie tony, przykleiły się do naszego dupska. Nastrój miała co najmniej obniżony. Założyła kurtkę, złapała klucze i popędziła na kolejkę. Oczywiście uprzednio zamykając za sobą porządnie drzwi. I sprawdzając siedemnaście razy. Zawsze jak odstawiała ten rytualny cyrk z drzwiami, miała przed oczami Adasia Miałczyńskiego. Zatopiona w swoich myślach, nawet się nie zorientowała, kiedy dotarła na stację. Weszła do wagonu i usiadła na „swoim” miejscu. Kolejni pasażerowie, na kolejnych przystankach, nie mieli już prawa wybrzydzać. Siedziała i czekała cierpliwie. Czekała ze świadomością, że na następnym przystanku wsiądzie NN. Wybrany na ofiarę niecnych planów, bynajmniej nie dlatego, że ofiarę uosabia. Kilka tygodni temu zaczęła grę. Czyli zastawiała sidła. Oczywiście, że się nie zadurzyła, nie chodzi także o żaden romans. Eksperyment. Przeprowadza eksperyment. I wbrew pozorom nie testuje jego, a siebie. Nie uśmiecha się zalotnie, nie przewraca oczami, nie flirtuje. Daje mu jedynie do zrozumienia, że go widzi. W piątek. Przez resztę tygodnia nie zajmuje jej myśli. Nie jest obsesją. Prędzej wyzwaniem. Przepustką. Wrześniowy piątek jest pochmurny i chłodny. Mimo to zdejmuje kurtkę i wiesza ją. Ta kurtka wisząca stwarza możliwości. Tą kurtką powieszoną można wiele zdziałać.  Podczas zabierania kurtki może się wiele wydarzyć. Można się potknąć, pochylić, otrzeć, złapać … Można na niego wpaść. Wcisnąć kolano między jego nogi, zatrzymując je jednak bezpiecznie na krawędzi siedzenia. Wykorzystać kołysanie kolejki i dłonie oprzeć o szybę za jego głową. Można wisieć nad nim przez chwilę i patrzeć w brązowe intrygujące oczy. Nie przepraszać, nie uśmiechać się, ale pozwolić mu siebie zapamiętać. Zabrać dłonie z szyby, wyciągnąć kolano spomiędzy jego nóg, złapać kurtkę, wysiąść. Spełnić wymagania, przeżyć kilka, pod rząd, monotonnych dni i doczłapać do końca tygodnia. Na końcu tygodnia zawsze jest piątek. WKD-ka jakoś nienaturalnie pusta. Kiedy pojawia się NN jest jeszcze sporo wolnych miejsc. Jedno obok niej. Jednak on wybiera to naprzeciwko. Jeśli sobie wyobrażał, że będzie się na niego gapić, to się pomylił. Tylko dwa razy podnosi wzrok znad notatnika, aby sprawdzić gdzie się znajduje. Przed wyjściem pochyla się nad nim i wciska mu w dłoń niewielką karteczkę.  
                                   5. 10. 2017r. 13:30 Soft Hotel pokój 227.  
Ostatni piątek przed 5. To będzie zdecydowanie najciekawszy piątek ze wszystkich piątków. Nie zajmuje swojego miejsca. Zastosowała kamuflaż i założyła obszerną bluzę z kapturem. Dzisiaj się ukrywa. Zapakowana w maskujący worek, z miękkiej bawełny. Na końcu wagonu. Chce sprawdzić czy będzie jej szukał. Jest. Zjawia się. Staje obok wolnego fotela, ale nie siada. Miejsce, które dotąd zajmowała ona – nadal puste. Jest wyraźnie skonsternowany. Rozgląda się, ale tłum ludzi skutecznie uniemożliwia dokładne oględziny wnętrza wagonu. Wreszcie odpuszcza i zajmuje jej miejsce. Twarz ma ściągniętą, usta zaciśnięte. Jest poważny i skupiony. Trudno zgadnąć czy to złość, frustracja, czy rozczarowanie. Emocje dodają tej twarzy charakteru. Ciekawy profil. Mocno zarysowana żuchwa i kość policzkowa. Prosty, szczupły nos i wyraźne zakola, które ani trochę nie odbierają mu uroku. Nie wyjął nic do czytania. Wierci się niezdrowo zaniepokojony. Cała jego sylwetka, jest jak pytajnik, ale to twarz, ta ściągnięta, skupiona twarz niepokoi ją najmocniej. Musi sobie darować studium NNa i zbierać się do wyjścia. Jeszcze tylko jedno. Trzeba mu pokazać, że tu była. Przeciskając się do drzwi, potrąca jego kolano. On podnosi wzrok, odnajduje w tłumie jej oczy i robi niemądrą minę. Łapie ją za nadgarstek. Chce otworzyć usta, powiedzieć coś. Coś, co zostało gruntownie przemyślane. Co jest niewątpliwie słuszne i właściwe. Jednak nie potrafi otworzyć szuflady w komodzie swoich myśli. Szarpie się z nią i szamocze, ale celu nie osiąga. Zabiera spojrzenie z jej oczu i kładzie je sobie na kolana. Ten spuszczony wzrok ma przywrócić mu równowagę. Umożliwić odzyskanie pamięci i przywołanie tych mądrych słów, z którymi tu dzisiaj jedzie. Tymczasem ona, delikatnie obraca i uwalnia dłoń. NN po raz drugi podnosi wzrok i sprawia wrażenie jakby otworzył szufladę, odnalazł myśli, ale jeszcze nie dokopał się do tych przemyślanych. Otwiera usta i patrzy jak zbliża się do nich, kobiecy palec wskazujący, a jego właścicielka rzuca w jego stronę tylko jedną głoskę:
- Ciiiiii…
I wysiada. Zostawia mu jednak na dłoni odrobinę siebie i Kevina Kleina.  
5. 10. 2017r. 13:28 Soft Hotel pokój 227. W pokoju panuje półmrok. Całego mroku nie dało się zrobić, jest środek dnia. Czeka w kompletnej ciszy. Czeka na dźwięki. Dwa, może trzy, głuche stuknięcia. Charakterystyczne. Nie do przeoczenia i nie do pomylenia. Ma jeszcze dwie minuty. W jej głowie, wolno ale nieustannie, rośnie niepokój. Uświadamia sobie, że już od dłuższego czasu myśli tylko o tym, czy on może nie przyjść?. Ale odpowiedz jest jednoznaczna: nie- nie może. I rozlega się pukanie do drzwi. 3,2,1,0… Wciąga do płuc ogromny zapas tlenu… Jeszcze trochę, jeszcze odrobinę powietrza... W końcu musi powiedzieć to słowo otwierające drzwi, za którymi może wydarzyć się wszystko.  
- Proszę.  
Początek będzie najtrudniejszy. Ma tego świadomość. On jest jednak facetem i nie wiadomo jak zareaguje. NN otwiera drzwi i natychmiast mruży oczy, aby dostrzec coś, cokolwiek. Robi dwa kroki w przód i znajduje się w pokoju. Za jego plecami zatrzaskują się popchnięte przez nią drzwi. Odwraca głowę i odnajduje wzrokiem jej postać. Otwiera usta. Ewidentnie ma coś do powiedzenia, ale z całą pewnością, nie wie gdzie to ma. Ona musi to jego zagubienie natychmiast wykorzystać. Podchodzi do niego, odrobinę za szybko i palec: Ciiii… - ląduje ponownie na wargach. Wsuwa nogę między kolana i popycha go do ściany. W prawej ręce ma kajdanki. Teraz, lewą ręką ujmuje jego prawą dłoń i zatrzaskuje jedno kółko. NN nie stawia oporu. Bierze lewą rękę i zatrzaskuje drugie kółko. Chwyta kawałek łańcuszka znajdujący się między bransoletkami i podnosi, wysoko ciągnąc do góry jego ręce. Odnajduje wiszący na ścianie karabińczyk i zatrzaskuje na łańcuszku. Chyba jest zdziwiony. Ponownie otwiera usta, i ponownie nie dobywa żadnych słów, ale to bez znaczenia, bo to już ostatnia próba NNa. Ona rozwiązuje szlafrok i odkleja ze swojego uda wielki kawał taśmy. Ląduje on bez zwłoki na ustach, które stoją pod ścianą i które nie mogą znaleźć dla niej żadnych słów.                                                                            
– Masz wilgotne włosy, pachniesz świeżutko – przygotowałeś się na wszystko. Jest środek dnia, połowa twojego dnia pracy, a o 17:00 masz squasha. Żeby tu przyjść, musiałeś dzwonić, przekładać, zmieniać, znaleźć wymówki. Uważam więc, że to pytanie będzie zbędne, ale i tak je zadam. Czy mam przestać? Jeśli tak, mrugnij dwa razy. – I patrzą na nią dwie ogromne, czarne źrenice zdeterminowane aby nie dopuścić, by którakolwiek z powiek, opadła choć odrobinę, choć na ułamek sekundy. – Tak myślałam. Wyciąga pasek ze swojego szlafroka i przewiązuje mu oczy. To konieczne. Wystarczy, że będzie ją słyszał. Robi dwa kroki w tył, zatrzymuje się, przekręca głowę i podziwia swoją zdobycz. Jest z siebie zadowolona.  
– Mam wrażenie, że uwierają cię spodnie. – podchodzi i prosto do jego ucha, ale już zupełnie innym tonem dodaje – Mogę z tym coś zrobić. – kładzie rękę na brzuchu NNa i przesuwa w stronę guzika. Obraca go w palcach i od razu w pasie robi się luźniej. – Jeszcze cztery. Powinnam być delikatna? Nie kłopocz się, nie potrzebuję twoich odpowiedzi. Może od razu wyjaśnię, że wszystkie moje pytania będą retoryczne, za wyjątkiem tych które zakończą się wyrazem: odpowiedz. Wtedy ty pokiwasz głową, na - tak lub na – nie. Oboje wiemy gdzie znajduje się w tej chwili twoja zdolność myślenia, ale to nie będą skomplikowane pytania. Poradzisz sobie. Zrozumiałeś? Odpowiedz.
- …
- Dobrze. To wracajmy do twoich spodni. – ściszonym głosem mówi mu to prosto do ucha i jednocześnie odpina pozostałe guziki. Potem wciska swoją stopę, w jego spodnie i zsuwa je, aż do kostek. Pomijając wszelkie gry wstępne, wkłada rękę w majtki i wyciąga z nich penisa.  
- Natychmiast przestań się miotać. Chciałabym żebyś był grzecznym chłopcem, bo inaczej będę musiała Cię ukarać. – Podnosi z podłogi długi czarny przedmiot i ostrzegawczo przesuwa nim po jego nodze. Od samej pięty, aż po genitalia. NN przestaje oddychać. Na szczęście tylko na chwilę. – Będziesz już grzeczny? Odpowiedz.
- …
- Cieszę się. A teraz się uspokój. Mam dla ciebie jeszcze jeden gadżet. Chociaż właściwie nie całkiem dla ciebie - dla Niego. – I delikatnie drażni jego prącie, bawiąc się przez chwilę napletkiem. – Zawiąże na nim wstążkę, to będzie mój wskaźnik. Sprawdzimy czy w trakcie naszej zabawy wstążeczka spadnie. O tak, prezentuje się elegancko. Zostawmy go na razie w spokoju i odkryjmy kolejny kawałek ciebie. – łapie za koszulę w połowie jej długości. Pociąga mocno i zdecydowanie w dwóch różnych kierunkach. Materiał skamle, a guziki zaczynają głośno podskakiwać na podłodze. Teraz może oglądać nagi tors NNa. A wstążka zaczęła łaskotać ją po udzie.  
- Ups. Darujesz mi to, prawda. Nie kiwaj głową, to nie było pytanie. Zapamiętuj zasady, bo narobisz sobie kłopotów. – Ponownie sięga po długi czarny przedmiot i przypomina mu o jego istnieniu. – To jest jedyne ostrzeżenie. Następny występek będzie już skutkował karą. Odkleję ci teraz taśmę z ust, ale to nie znaczy, że możesz się odzywać. Za każde wypowiedziane słowo czeka cię kara. Zapamiętaj to. – Pociąga zdecydowanie koniec taśmy i odsłania jego wargi. NN łapie porządny haust powietrza i zapomina o zasadach.  
- Kim ty jesteś?
Natychmiast przy jego ustach pojawia się szpicruta. Zastępuje w tej chwili palec – Ciiiii. I to z powodzeniem. NN natychmiast zamyka buzię. A wstążka podskakuje wesoło.  
- Trzy. Trzy słowa, trzy uderzenia szpicrutą. Odwróć się. Za każde powtórzenie będę ci mnożyć twoją karę razy dwa. Nie powtórzę się więcej niż trzy razy. Jeśli się w tym czasie nie odwrócisz, dostaniesz lanie tak jak stoisz.- … - Mądra decyzja. Twoje bokserki, choć fajnie podtrzymują pośladki, muszą teraz zniknąć. Szpicruta lubi skórę. – Przestaje mówić i skupia się na wymierzeniu kary. Staje w lekkim rozkroku, podnosi rękę z dyscypliną i zaraz szybko ją opuszcza. Słychać cichy świst i szpicruta ląduje na tyłku NNa. Znosi ten raz całkiem dobrze. Choć ta ściągnięta twarz zdradza, że nie był na niego przygotowany. Spodziewał się pewnie zabawnego klapsa, a tu proszę – zabolało. Znowu słychać w powietrzu szpicrutę. Na ten dźwięk NN sztywnieje napinając mięśnie. Ale trzyma fason. Trzeci świst i słychać jak uwalnia powietrze zgromadzone w płucach. Odwraca się do niej i wygląda jakby chciał coś powiedzieć, więc szpicruta ponownie ląduje na jego wargach.
- Widzę, że ci się spodobało. Cieszę się, ale zanim się odezwiesz pomyśl, jak ty wrócisz z tym tyłkiem do domu. Podoba mi się bardzo, spuszczanie ci lania. Jednak moim celem nie jest sprawianie tobie bólu, tylko sobie przyjemności. Dlatego musisz być posłuszny. – Po tych słowach wkłada szpicrutę między jego nogi i kilka razy przesuwa nią po jądrach. Zabiera bat z jego krocza i wciska mocno w podbródek, unosząc mu wysoko głowę – zrozumiałeś? Odpowiedz.
- …
- Dobrze. Teraz, kiedy z twojej twarzy zniknęła taśma, możesz mówić: tak i nie. Sugeruję jednak wybierać pierwszą - bezpieczniejszą opcję. Zostawmy na razie kwestie „kara”. I wykorzystajmy opcję – nagroda. Moją nagrodą jesteś ty. Twoją będzie orgazm. Penisowi chyba podoba się ten plan, bo macha do mnie wstążeczką. I skoro w tej chwili jesteś mój, pozwolę sobie, ciebie spróbować. – Kładzie dłonie na jego klatce i zaczyna błądzić nimi po skórze. Angażuje usta i zęby, delikatnie ssąc i przygryzając płatek ucha. Potem robi to samo ze skórą wokół sutków. Stopą masuje jego łydkę, a kolanem ugniata jądra. Jej dłonie chwytają go mocno za pośladki. Ten gest sprawia, że biodra NNa wędrują do przodu, a penis wciska się pomiędzy jej uda. I zaczyna niebezpiecznie się wiercić.  
- Zapanuj nad swoja miednicą i nawet nie próbuj ruszać tyłkiem. Wiem do czego zmierzasz, ale nie masz prawa nigdzie się pchać bez pozwolenia. Zdecydowanie za mało w tobie pokory. – I znowu musi mu przypomnieć, że ma narzędzie dyscypliny, którego nie zawaha się użyć. NN natychmiast nieruchomieje. Jest świadoma, że niewiele brakuje aby eksplodował. Może się to stać w najmniej odpowiednim momencie i zepsuć jej zabawę. Postanawia pozwolić mu na to teraz. Pierwszy raz. A potem będzie uruchamiać go na nowo.
- Chcesz tego? – jej usta są tak blisko, że kiedy mówi dotykają jego ucha. Odsuwa swoje uda ostrożnie, aby nie zrzucić wstążeczki i zastępuje je dłonią. Bawi się przez chwilę napletkiem, a potem klęka przed nim. Oblizuje kilka razy penis całą szerokością języka i wkłada go sobie głęboko do buzi. Tego już NN nie jest wstanie znosić w milczeniu. Wydaje z siebie głośny jęk, ale ponieważ to nie słowo, postanawia mu darować. Poza tym, nie chce sobie teraz przerywać. Kładzie ręce na jego biodrach i zaczyna nimi nieznacznie poruszać. Bardzo powoli. W przód i w tył. Tylko odrobinę, milimetry. Nie wypuszczając go z ust, przytrzymując wargami, dopuszczając jedynie, aby jeździł po jej języku. Pozwala mu złapać rytm i czeka chwilę, wiedząc, że mózg lubi powtórzenia. A jego mózg, znajduje się właśnie w jej ustach. Musi zacząć serwować to sobie na śniadanie. Postanawia okazać zainteresowanie moszną. Penis opuszcza ciepłe wilgotne wnętrze ust, a jego właściciel kwituje to westchnieniem uwalniającym zapasy powietrza z płuc. Jednak zaraz ponownie je napełnia, aż po brzegi. Powodem tego jest jego prawe jądro, które właśnie zostało wessane w ciepłe wilgotne wnętrze ust. Krótki masaż językiem i do jej buzi znowu trafia prącie. Od razu prosto do gardła. Kładzie je sobie na języku i nie robi nic więcej. Jej dłonie przytrzymują mu biodra i nie pozwalają się nawet zakołysać. NN zachowuje się jakby ktoś zakręcił butle z tlenem. Dyszy, próbuje się do niej przysunąć, ale powstrzymują go własne spodnie, znajdujące się nadal w okolicy kostek. Szybko i gniewnie uwalnia stopy. I próbuje jeszcze raz. Kajdanki  wżynają się w nadgarstki, a ściana trzyma mocno. Wreszcie nie wytrzymuje i…
- Proszę…  
Penis natychmiast opuszcza ciepłe wilgotne miejsce i ląduje w zimnym pokoju. Sterczy pod brzuchem idioty, który go tak urządził i wyraźnie ma mu to za złe.
- Odwróć się. Oberwiesz. A potem wrócimy do tego co nam właśnie przerwałeś. Ponownie uklęknę między twoimi nogami i wpakuję sobie twojego członka do buzi. Pozwolę ci wykonać cztery ruchy biodrami, a po ich wykonaniu się spuścisz. I zrobisz to dla mnie. Gotowy? Odpowiedz.
- … – Kiwa głową, bo pewnie w tej chwili nie może znaleźć nie tylko słów, ale całą komodę szlag trafił. I natychmiast się odwraca. Szpicruta przecina powietrze i zostawia imponujący ślad na obu pośladkach. Wygląda na to, że nie ma to teraz dla niego większego znaczenia. NN z determinacją realizuje polecenie, zupełnie obcej mu kobiety, która właściwie jest tylko głosem, pośrodku gęstego jak smoła mroku. I natychmiast się odwraca. Zaraz też czuje na penisie jej oddech, sekundę później jest już w środku, a cztery sekundy później spełnia jej prośbę.  
- Chciałabym żebyś się położył. – To jest najbezpieczniejszy i chyba najbardziej odpowiedni moment aby wykonać ten manewr. Ona właśnie połknęła armie wojowników, która mogła podsycać w nim wolę walki. Testosteron wyparował przez skórę, a kości i mięśnie wywiesiły prześcieradło z napisem „To bardzo dobry pomysł jest”. – Zrobimy to tak: pięć kroków przed tobą stoi łóżko. Uwolnię ci ręce, a ty wykonasz te pięć kroków i tylko te pięć kroków. Nie zdejmiesz opaski, nie będziesz próbował mnie dotknąć, nie zrobisz nic, ponad te pięć kroków. Resztą zajmę się ja.  Jeśli mnie nie posłuchasz i wykonasz, choćby najdrobniejszy dodatkowy gest – wyjdę. Natychmiast wyjdę. Zostawię cię tak jak teraz stoisz. Półnagiego w kajdankach. Nie dogonisz mnie. Nie znajdziesz. Zanim ogarniesz się do wyjścia, będę już daleko. Będziesz grzeczny? Odpowiedz.
- Tak.  
- To zaczynamy. – Odpięła go od ściany i powoli opuściła jego ręce. No to dzieje się. Teraz się okaże czy jej posłucha, czy da radę go kontrolować. Stawia pierwszy krok i jego usta rozpoczynają nieme odliczanie. Ona cały czas znajduje się tuż za nim. Zachowuje pozorny spokój, ale gotowa jest czmychnąć na pierwszy podejrzany gest z jego strony. Docierają do łóżka. Chwyta go za ramiona, odwraca do siebie i ostrożnie sadza. Jej dłoń, przyłożona do klatki, sugeruje delikatnie, chodź stanowczo, że ma się położyć. Potem chwyta go za kostki i kładzie jego stopy na poduszkach. NN marszczy czoło, jest trochę skonsternowany. Ale grzeczny. Do jego uszu dociera dziwny, metaliczny szmer, a zaraz za nim znajomy dźwięk zatrzaskujących się kajdanek, właściwie jednej. Przytrzymuje jego lewą stopę i ma miękkie futerko. Leży grzecznie. Czeka. Słyszy jak ona przechodzi obok łóżka i czuje na skórze przemieszczające się powietrze, które wprawiła w ruch. Kolejne dźwięki i jego prawa noga też jest już unieruchomiona, w miękkim futerku. Pochyla się nad nim, uwalnia ręce, a on natychmiast odruchowo zaczyna masować nadgarstki. Kiedy zdaje sobie z tego sprawę zamiera. Czy ona może to uznać za „najdrobniejszy dodatkowy gest”?. I na jego twarzy maluje się strach. Autentyczny strach.  
- Cieszę się, że nie sprawiałeś kłopotów. – Jej satysfakcja jest ogromna. Zauważyła, że zaczyna przejmować nad nim kontrolę. Przeraziła go myśl, że będzie niezadowolona. I wyraźnie ucieszyła jej aprobata. Uśmiecha się. Nie spodziewała się po sobie takiej reakcji. To takie – uzależniające. Staje za jego głową, chwyta za ręce i mocno przesuwa w swoją stronę. Teraz wyjaśnia się, że kajdanki które, przytrzymują nogi NNa, są na łańcuchach przypiętych po przeciwnych stronach łóżka. To szarpnięcie sprawiło, że łańcuchy mocno się napięły, a jego nogi ułożyły w rozlazłą literę V. NN korzystając z okazji, że jej dłonie trzymają jego oswobodzone ręce, obejmuje jej nadgarstki i zaczyna gładzić skórę. – Zdjęłam ci kajdanki, żebyś nie musiał przez następny tydzień chodzić w dwóch zegarkach. Założę je jednak ponownie jeśli twoje ręce będą przejawiały jakąkolwiek niesubordynację. Od tej pory mają leżeć na materacu i nie tracić z nim kontaktu ani na chwilę. – Odkłada ręce na materac tak, aby leżały wzdłuż tułowia, przy okazji przesuwając po jego twarzy lewą stronę swojego ciała: ramie, pierś, żebra, brzuch, aż do biodra. Zatrzymuje się. Zastyga na chwilę w bezruchu. Słyszy jak NN dyszy, czuje jak zaciska pięści i napina mięśnie, jego ręce nadal znajdują się w jej dłoniach.  Podnosi z podłogi stopę i przyciska kolano do jego ucha. Chwilkę się waha, spogląda na swój wskaźnik, wżynającą się w ciało wstążeczkę, i podnosi z podłogi drugą stopę, i drugim kolanem przyciska drugie ucho. Cały czas trzyma go za nadgarstki. Znowu chwila wahania, ale krótka i zaraz po niej kładzie swoją łechtaczkę na jego wargach. Już samo powietrze, które uwolnił otwierając usta, mało nie zmusiło jej do krzyku. Język, który zerwał się ze smyczy sprawił, że przegryzła sobie wargę. Zlizała ciepłą, lepką krew, wdzięczna opatrzności, że on ma nadal zawiązane oczy i nie widzi jej w tym stanie. Próbuje odzyskać kontrolę nad sobą, ale przez ten język, który sama do siebie zaprosiła, wpuściła i toleruje, nie jest wstanie nawet przypomnieć sobie po co jej przeciwstawne kciuki. Po jej plecach wędrują przyjemne prądy, uda zaczynają drżeć, a przez zaciśnięte zęby koniecznie chce się wydostać, tłumiony od jakiegoś czasu wrzask. Ponownie przygryza wargę i na krótką chwilę wraca do rzeczywistości. Wykorzystuje ten moment i przywraca sylwetce postawę wyprostowaną. Szczęście, że udało jej się wyrwać, zanim zaczęła wyć z rozkoszy. Nie da mu więcej swojej łechtaczki, swoich warg małych, ani dużych, nie wpuści do przedsionka pochwy - nie ma głupich. Trzeba zachować kontrolę. Także nad sobą. Ale musi coś zrobić z tym bólem podbrzusza, słodko dyndającym się na jej jajowodach. Miota się na podłodze, choć stóp od niej nie odrywa. NN leży grzecznie, ale widać, że coś go gryzie. Szybko uciekła. Nie odzywa się. Nie przemieszcza. NN zaciska pięści i wciska je w materac. Bierze głęboki oddech, jeden potem drugi i trzeci. Nie pomaga…
- Zrobiłem coś nie tak?
„Nosz kurwa i jeszcze trzeba mu przylać.” Jest zła. Wkurzona. Musi się uspokoić zanim weźmie do ręki szpicrutę. Tyłek NNa jest w niebezpieczeństwie.  
- Odwracaj się! Natychmiast! – nawet nie próbuje ukryć irytacji. Jej głos, tak wyczekiwany i taki cierpki wymusza na nim posłuszeństwo. Łańcuchy dzwonią, nakładają się na siebie, NN odsuwa się znacznie od jej głowy, obraca swoje ciało i zgodnie z poleceniem leży na brzuchu. Na jego tyłku widać jeszcze ostatni ślad bata, ale po poprzednich śladu nie ma. Nie wiedzieć czemu, trochę ją to rozczarowało. Ale może to znaczyć, że nie musi się martwić swoją złością, bo i tak nie jest wstanie zrobić mu krzywdy. No powiedzmy wielkiej krzywdy. Podnosi szpicrutę z podłogi, macha nią na próbę w powietrzu i  obserwuje reakcje NNa. Dźwięk, którym ten niewielki bat kroi powietrze, uruchamia jego mięśnie. Od razu, jak na komendę spinają się w oczekiwaniu.  
- Licz. – pochyla się nad nim i szepcze mu to tuż przy uchu. Po wydanej komendzie szpicruta uderza jego pośladki.  
- Jeden – głos ma suchy, zachrypnięty, szorstki niczym papier ścierny - dwa, trzy, cztery… - i robi naprawdę głęboki wdech. Czerwone kreski są cztery. Każda osobno. Każda imponująca. I żadna nie zniknie przez najbliższy tydzień. Ona patrzy na swoje dzieło i przez chwilę myśli: „boże!”, ale zaraz potem: „a co tam, niech ma”.
- Połóż się z powrotem na plecach. – On odwraca się bez zwłoki, a przy kontakcie z materacem chwile wierci. W końcu układa się wygodniej i nasłuchuje. Gdzieś, z wnętrza pokoju docierają do niego dźwięki. Skądś je zna. Jakby ktoś właśnie odpakowywał cukierka zawiniętego w szeleszczące sreberko. I w przypływie zupełnie niestosownej euforii, nabiera pewności, że ona zafunduje mu zaraz coś słodkiego.  
- Spleć obie ręce nad głową. Będziesz je tak trzymał do póki nie powiem, bo inaczej nie będę się z tobą bawić. – NN wykonuje polecenie i zamiera, bo jego penis masują i ugniatają jej dłonie. Trwa to chwilę, krótką chwilę. – Mam dla niego ubranko, żeby było bezpiecznie. – uśmieszek który wpełzł powoli na usta NNa, trzyma transparent z napisem „Są i cukierki”. Trochę ją to drażni, że jest taki zadowolony. Czyżby była taka przewidywalna. Wiedział od początku, że to się tak skończy. A może zrobić mu na złość, ściągnąć prezerwatywę, zakneblować, obciąć penisa i ogolić głowę. To by go na pewno zaskoczyło. Ale jak potem ugasi ten żar rozlany w podbrzuszu. On by się pewnie autentycznie zdziwił, ale i sobie zrobiłaby na złość, więc postanawia realizować pierwotny plan i po prostu go wykorzystać. Do końca. Zakładanie prezerwatywy przesunęło wstążkę w okolice brzucha, jeszcze ją dodatkowo obróciło, także kokarda leży teraz na jajkach i kojarzy się jej z Wielkanocą. Zdaje sobie sprawę, że to niestosowne, ale cóż poradzić na myśli biegające bez majtek, po pustych pokojach. Jajniki ociekające pożądaniem, sugerują dość dobitnie: olej wstążkę, po prostu wsiadaj. Obrzuca go spojrzeniem raz jeszcze i dostrzega, że uśmieszek zniknął, za to pojawiło się napięcie. Uznając, że jest ono zdecydowanie bardziej pasujące do seksu, postanawia w końcu na nim usiąść. Klęka ostrożnie na brzegu łóżka. Opiera prawą rękę na materacu i przekłada przez niego lewą nogę. Zabiera z materaca rękę. Unosi swój tyłek wysoko, tak aby się przypadkiem z nim nie zetknąć. NN nawet nie drgnie. Palce ma splecione nad głowa, a kostki białe z determinacji. Nawet w półmroku jest wstanie to dostrzec. Teraz, sama omotana pożądaniem, to go nawet podziwia. Że też ten kipiący gar testosteronu, potrafi trzymać się w ryzach. I wykonywać polecenia. Wystarczy ględzenia. Do dzieła dziewczyno. Opuszcza nieznacznie swoje uda. Kołysząc nimi na prawo i lewo ociera się pośladkami o jego penis. NN reaguje natychmiastowym uniesieniem bioder, ale jej ręce sprowadzają je z powrotem na materac. Wciska swoje stopy miedzy jego uda i rozsuwa je mocniej na boki. Unosi się i opada dokładnie w miejscu, w którym idealnie do niego pasuje. Zatacza biodrami niewielkie kółka, aby łatwiej dotrzeć do dna. Kiedy jej tyłek ląduje na jego udach, ponownie się unosi, zdejmując pochwę z jego członka. Pochyla się, nad nim, opiera ręce na materacu i zaczyna przygryzać jego sutki. Najpierw prawy, potem lewy. NN ponownie popycha biodra w górę i wciska penis w jej pośladek, nie pozostawiając złudzeń co do tego, na co ma ochotę. Jej pragnienia znajdują się tak samo nisko. Przesuwa się wiec w stronę jego krocza, i zaczyna z nim drażnić wykonując ruchy frykcyjne, ale nie pozwalając mu wejść do końca. Obserwuje go. Patrzy jak zaciska szczęki, pręży biceps, jak zbielały mu paznokcie i dochodzi do wniosku, że on nie oddycha. Żeby go przypadkiem tym seksem nie udusić, pozwala swojej pochwie wpuścić go całego. I wolno, z namaszczeniem porusza się w górę i w dół.    
- Natychmiast odłóż ręce za głowę. – I przestaje się ruszać. Siedzi spokojnie na nim. Obejmuje waginą jego członka i ćwiczy mięśnie kegla. – Chcesz żebym przestała? Odpowiedz.  
- Nie.  
- To musisz być grzeczny. – Przesuwa swoje ciało w stronę jego ucha, tak aby twarde sterczące sutki drapały go po skórze i dodaje szeptem, przygryzając małżowinę – Ja się nie bawię z niegrzecznymi chłopcami. – Prostuje plecy i już bez zbędnych gierek ujeżdża go z determinacją, napędzana żarzącym się w podbrzuszu pożądaniem, obsesją spełnienia. Kładzie dłonie na materacu, tuż obok jego żeber, ale nie przestaje ruszać biodrami. Wsuwa się na jego prącie, a zaraz potem z niego zsuwa. Jakaś rozwiązła myśl panoszy się w jej głowie i wrzeszczy: szybciej, mocniej, głębiej. Więc ponownie prostuje plecy, unosi się wysoko i opada na samo dno. Unosi się i opada, w górę i w dół. NN sztywnieje, otwiera usta i głośno dyszy. Jest skupiony. Ona też. Niewiele jej brakuje. Ma wrażenie, że ten rozkoszny ciężar w brzuchu, przytrzymuje jej biodra i jednocześnie zmusza ją do ich dźwigania. To już ostatni raz, więcej nie da rady. Uda jej drżą, pochwa się kurczy, uderza w nią fala kulminacyjna i zmiata z powierzchni. Zdejmuje z penisa swoją pochwę i opiera się delikatnie na udach NNa. Odpoczywa chwilkę i uzupełnia tlen. Schodzi z niego ostrożnie. Staje obok łóżka i czuje jak mocno nogi jej się trzęsą. Gani się w duchu i szybko bierze w garść. Trzeba się biegusiem ewakuować. NN może się zorientować, że to koniec i może mieć pytania. Trzeba odwrócić jego uwagę. Podnosi z podłogi długi czarny przedmiot i przesuwa po jego nodze, od kostki do biodra. Zdejmuje z penisa zużytą prezerwatywę i delikatnie drażni go szpicrutą. Jego ciało pręży się pod tym dotykiem. Skórę ma lśniącą, wilgotną. Usta nabrzmiałe. Wygląda apetycznie.  
- Leż spokojnie, zaraz wracam. – Wchodzi do łazienki, ale nie zamyka za sobą drzwi, aby go obserwować i kontrolować sytuacje. Wciąga dresy na goły tyłek, wrzuca bluzę na nagie piersi, kto by się w jej sytuacji bawił w zakładanie bielizny. Gołe stopy wciska w adidasy nawet ich nie rozsznurowując, wrzuca swoje rzeczy do torby sportowej i jest gotowa uciekać. Wychodzi z łazienki, podchodzi do łóżka, podziwia jeszcze przez chwilę swoją nagą zdobycz. Na szafce nocnej zostawia Alantan z karteczką „Na otarcia, skaleczenia i drobne rany”, kładzie mu na piersi kluczyki i pośpiesznie opuszcza pokój 227.  
Już trzy minuty później, ukryta za zasłoną, obserwuje przez okno jak NN wybiega na parking w samych spodniach. Zapewne bez majtek. Rozgląda się gorączkowo, ale metodycznie. Jest skupiony. Wiedziała, że będzie szybki, ale że aż tak, to się nie spodziewała. Nie znajdując przed budynkiem nic, co pozwoliłoby mu podjąć pościg NN, z powrotem wchodzi do hotelu. Teraz trzeba go pilnować. Musi się upewnić, że stąd odejdzie. Podchodzi do drzwi i przez judasza obserwuje schody. Już powinien być. Pewnie się zatrzymał na recepcji. Czeka. Coś długo mu się schodzi. Chyba mu tam nic nie powiedzą. Na pewno mu nic nie powiedzą. Nie mogą. Ale na pewno nie mogą? Jest. Wbiega po schodach. Wraca na miejsce akcji. Ciekawe co będzie tam robił i jak długo. Aj, gdyby tak można podejrzeć. Przez dziurkę od klucza. Nie. Za nic w świecie nie opuściłaby teraz tego miejsca. Zamelinowała się i poczuła względnie bezpieczna. Może tu siedzieć choćby do jutra. Zerka na zegarek. Piętnaście po trzeciej. To długo, czy krótko trwało? Nie może się zdecydować. Dobra nie będzie tak stać, cały czas pod drzwiami. Przechodzi przez pokój i siada na fotelu, przyciągniętym wcześniej pod okno. Opiera stopy na brzegu łóżka i sięga po swoje martini. Zamyka oczy i wsłuchuję się w odgłosy kroków szurających po suficie. - Co on tam jeszcze robi do cholery? – Pyta swoich własnych myśli. Zachowuje się tak zawsze kiedy jest zdenerwowana, zirytowana, smutna, albo zła. Często się tak zachowuje.  
Zdążyła opróżnić jeszcze trzy kieliszki, zanim zobaczyła go za oknem. 45 minut! Po co? Spodziewała się, że weźmie szybki prysznic, zabierze kajdanki na pamiątkę i pośpiesznie się oddali. Nieważne. Ważne, że już sobie idzie. Ale do samochodu? Jak ma samochód to po co jeździ kolejką? Nieważne. Nieistotne. W ogóle ją to nie obchodzi. Tylko niech już jedzie. Bo mimo tak szatańskiego planu, ukrycia się tuż pod jego nosem, trochę jest jednak niespokojna. No pakuj dupę do samochodu. Samochód, dobrze że suv, czerwony krwisty metalik, ale Ford.  Mitsubishi by do niego pasowało, albo Toyota. Nareszcie odjeżdża. Czuje ulgę. Przez chwilę. Sekundy dosłownie, bo pojawiła się właśnie odkładana cały czas na później, myśl: jutro jest PIĄTEK!  
Wróciła do domu późnym wieczorem. Po martini nie było już śladu, więc jej mózg pracował na najwyższych obrotach. Analizował, myślał, dedukował, analizował, myślał, dedukował i tak w kółko. Cały czas. Aż wreszcie postanowiła się odciąć od wszelkich wniosków. Po prostu: przykuła nieznajomego gościa do ściany i spuściła mu lanie. Koniec tematu. Na dziś. Jutro weźmie tę sytuacje na warsztat i rozłoży na czynniki pierwsze. Tylko, że musi na jakiś czas porzucić swój ulubiony środek transportu. Ten facet jest duży i silny i gdyby tak na przykład chciał wyrównać rachunki to… To i wiadro Alantanu mogłoby być mało. Trudno trzeba się na razie przesiąść do pociągu.  
Trzy piątki z Kolejami Mazowieckimi wystarczyły, aby była gotowa zaryzykować lanie i wrócić do WKD-ki. Poranek ma nędzny. Wszystko jej z rąk leci, cukru zabrakło do kawy, a gorzkiej kawy nie cierpi tak samo mocno, jak poranków bez tego trunku. Wychodzi z domu znacznie wcześniej. Cała w nerwach. Najpierw krąży wokół stacji i obserwuje. W końcu wchodzi na peron i ostrożnie się rozgląda. Ona podchodzi do kolejki, a jej serce do gardła. To już czwarty piątek. Emocje przecież trochę opadły. Może już mu nawet złość przeszła. Więc najprawdopodobniej przestał jej szukać. O ile w ogóle to robił. Na wszelki wypadek zmienia wagonik, siada w kącie i uważnie obserwuje każdego nowego pasażera.  Kolejka rusza, on się nigdzie nie czai, zaraz zrobi się tłok, będzie łatwiej się ukryć. -Przeżyj tę podróż kobieto, każda następna będzie łatwiejsza.- Kolejka zatrzymuje się na pierwszym przystanku. Wsiada kilkoro ludzi, a ona wpada w panikę. Co tak was mało?! Tłum ludzi, potrzebny mi tłum ludzi. I przypomina sobie, że przecież nie jedzie w swoim wagoniku, tylko przesiadła się do tego drugiego. Może tu panują inne zwyczaje. Od kiedy zaczęła korzystać z tego transportu, zawsze siadała w tym samym miejscu. Zawsze. Kuli się na siedzeniu i próbuje być niewidzialna. Kolejka hamuje, a jej robi się niedobrze. To tu. Tu wsiada NN. Chyba tego nie przeżyje. Po niemiłosiernie długim oczekiwaniu drzwi kolejki piszczą, zamykają się i NNa nigdzie nie widać. I jeszcze tłok się mały zrobił. Dzięki Ci Najświętsza Panienko. Zaczyna oddychać już spokojniej. Kolejny przystanek i jeszcze więcej ludzi. Wpatruje się po kolei w ich twarze, ale nie dostrzega niczego niepokojącego. Kolejka rusza, a ona jest spokojna na tyle, że postanawia przejrzeć notatnik. Wertuje stronę za stroną, coś skreśla coś dopisuje…
- Cześć.  
Słyszała wcześniej tylko dwa zdania wypowiedziane przez ten głos, ale wiedziała doskonale kto jest jego właścicielem. Kto właśnie przed nią stoi. Kogo zobaczy jak podniesie oczy. No to nie będzie ich podnosić. Matko przecież to takie proste. Nie podnosić oczu, to się go nie zobaczy. Niech sobie stoi tam gdzie stoi, jak już musi. Ona jest zajęta. Ma notatnik. Robi w nim ważne rzeczy. Nie może się oderwać. Kolejka zaczyna hamować, a jej sąsiadka zbiera się do wyjścia. W tej panice, która ją ogarnęła po raz wtóry, mało nie zaczęła krzyczeć: Gdzie pani idzie?! Proszę natychmiast posadzić tyłek z powrotem! Całe szczęście nie otworzyła ust. Przeszło jej przez myśl, żeby mu powiedzieć, że to miejsce jest zajęte, ale chyba zapomniała z domu języka. Szuka go teraz gorączkowo w torebce. Po chwili wie już, pewna jest, że języka tam nie ma, ale grzebie dalej. Co spodziewa się znaleźć, nie ma pojęcia. Przydałaby się czapka niewidka, broń, pokrowiec … o, coś takiego miała na myśli przekopując torebkę. Wreszcie odpuszcza sobie szukanie, dotarło do niej, że jest niewielka szansa na znalezienie tam czegoś przydatnego. Ponownie otwiera notatnik, ale tym razem to już udaje, że czyta, bo tak naprawdę nie widzi żadnych liter. Przed oczami ma tylko penis przewiązany kokardką. Tymczasem jego właściciel siada obok niej. Tak blisko, że już bliżej się nie da usiąść w kolejce. Uśmiecha się, tym zadowolonym z siebie uśmiechem, który poprzednio tak ją zirytował. Uśmiecha się na pewno. Nie musi na niego patrzeć, żeby wiedzieć, że ten uśmiech tam jest.  
- Nie dokończyłaś czegoś. – rzuca w jej stronę i czeka. Ale ponieważ doczekać się nie może żadnej riposty dodaje:
- Zmieniłaś przyzwyczajenia.  
- Wszystkie. – Odpowiada mu szeptem i wreszcie spogląda w jego stronę. Siedzi wyprostowany. Z nogami rozstawionymi szeroko, więc ona zaraz myśli sobie złośliwie: „Bez przesady”. Dalej omiata go wzrokiem i znajduje w jego dłoni jabłko. Piękne, czerwone, błyszczące. NN dostrzega jej zainteresowanie, chwyta koniec swojego T-shirta i zaczyna je polerować, odsłaniając spory fragment nagiego brzucha. „A może by tak zemdleć. – przechodzi jej przez głowę. Przyjedzie karetka i zabierze ją stąd. Ale on na pewno trafi za nią do każdego szpitala. Skoro przejrzał jej chytry plan, polegający na zmianie wagonika… Litości. O zgrozo, co za idiotka. Ale jesteś przebiegła. Niech cię szlag.- Uspokój się kobieto. Jesteś dorosłym przedstawicielem Homo sapiens, to znaczy jesteś, nawet jak ci się w tej chwili co innego wydaje. Weź się w garść i staw czoła osobnikowi swojego gatunku.  
- I nie wzięłaś pod uwagę praw fizyki.  
- Co takiego?
- Jeżeli ciało A działa na ciało B, to ciało B działa na ciało A siłą, o takiej samej wartości, takim samym kierunku, tylko przeciwnym zwrocie. – Nagle ją olśniło. To oto chodziło. No, Newton powinien to usłyszeć. Drań jeden. Napisał zasady do seksu i umarł. I ona musi teraz ogarnąć tę dynamikę, a przecież nie może przy nim myśleć. Jednak uświadamiając sobie kontekst wydarzeń, do których odnosi się ta zasada, postanawia po raz trzeci dzisiejszego poranka spanikować.
- Siłą, o takiej samej wartości, takim samym kierunku, tylko przeciwnym zwrocie? – Stara się aby jej głos brzmiał spokojnie, ale cała jest teraz galaretą. Z podniecenia i strachu, albo strachu i podniecenia.  
- Każda akcja wywołuje reakcję. – Patrzy na nią poważnie. To nie jest zabawne. I wgryza się w to lśniące wypieszczone jabłko. A ona słucha jak jego zęby przebijają skórkę, wbijają się w miąższ, który rozrywa się pod ich naporem. Patrzy jak obejmuje ustami to miejsce, które przed chwilą skaleczył i zlizuje krew… yyyyy to znaczy sok.  
O matko Boska trzeba uciekać. Musi mu uciec. A potem wyjechać z kraju. Zachciało ci się ujeżdżania, to teraz myśl gdzie masz paszport. Głupia babo, Homo sapiens – wolne żarty.  
- Twój przystanek. Nie wysiadasz?
- Nie. – Podjęła decyzje. Pojedzie do Warszawy. W tych pipidówach nie ma szans by mu uciec. Zostawiła go nagiego, przypiętego kajdankami do łóżka, a on w trzy minuty był na dworze w połowie ubrany. Nawet gdyby wydostała się z kolejki pierwsza, daleko nie ucieknie, dogoni ją w trzech susach. Jest jeszcze kilka przystanków do końca trasy, trzeba opracować plan. No chyba, że on wysiądzie i pójdzie do pracy. - Nie łudź się. Nie wysiądzie. - Ale to tu. Postanawia odbić piłeczkę:  
- Twój przystanek. Nie wysiadasz?
- Nie.  
- Zmieniłeś przyzwyczajenia?
- Wszystkie. – Na to jej wewnętrzny sarkastyczny głos pyta: No to jaki jest ten plan?  
Jakiś czas później NN wyjmuje z kieszeni Alantan i smaruje sobie nim dłonie. Na ten widok musi się uśmiechnąć. Postanawia też skomentować jego działanie:
- To nie jest krem do rąk.  
- Wiem. „Na otarcia, skaleczenia i drobne rany.”
- Zapamiętałeś.  
- Każde słowo. – Jego ton nie pozostawia złudzeń, że nie mówi tylko o karteczce do obsługi Alantanu. I robi jej się gorąco. Zdecydowanie za gorąco i to w niestosownych miejscach. Jednak stara się opanować: uspokój tę nierozgarniętą idiotkę, podniecać się będziemy później, teraz pomyśl. Wysmarował sobie ręce maścią, czyli zmniejszył tarcie. Będzie łatwiej, tym bardziej, że niczego się nie spodziewa, on nie ma pojęcia co chcesz zrobić.- No nie ma pojęcia bo ja sama jeszcze nie mam pojęcia.- Myśl!
Przystanek Ochota. Postanawia posłuchać instynktu, który wrzeszczy: Przygotuj się. Przełóż torbę przez głowę, zapnij kurtkę – trudniej będzie za nią złapać, pozasuwaj wszystkie kieszenie, naciągnij rękawiczki – zsuniesz je jeśli będzie próbował złapać cię za rękę i wstań. Zobaczymy jaka będzie jego reakcja. I zgodnie ze wskazaniami instynktu podnosi się i staje naprzeciwko niego. Instynkt się cieszy: Dobrze. przy okazji zagrodzisz mu drogę. Kolejka hamuje. Ludzie zaczynają wstawać z miejsc. A ona wcale nie rzuca się do wyjścia w panice. Patrzy prosto na niego i jednocześnie kątem oka obserwuje co robi dziewczyna, która siedziała naprzeciwko. Kiedy uznaje, że to odpowiedni moment, robi obrót na pięcie, staje za plecami dziewczyny zdejmuje pokrywkę z kubka, który tamta trzyma w ręce i przy kolejnym szarpnięciu kolejki popycha ją z impetem na NNa. Cała zawartość kubeczka wylewa mu się na koszulkę. Próbuje to zbagatelizować i po prostu iść, ale dziewczyna zaczyna go przepraszać. Próbując do niego podejść, potyka się o swoją torbę, wysypuje z niej wszystkie papiery i wpada na niego tak, że musi ją złapać, aby nie wylądowała na podłodze. Kilkoro ludzi natychmiast się pochyla żeby pomóc jej zbierać zawartość torebki, a przy okazji tarasują przejście. NN orientuje się, że został przyblokowany, a ona mu się wymyka, nigdzie nie może jej dostrzec. Wskakuje na fotel, wygląda przez okno i dostrzega, że opuściła kolejkę, że jest na peronie, i że ucieka.  
Udało się wysiąść, ale to nie koniec. Biegnij kobieto, biegnij i się nie oglądaj. Załóż czapkę, on jej nie widział, może go zmylisz. I wyciąga z kieszeni czarną czapkę i wciska ją sobie na głowę nie zatrzymując się ani na chwilę. Szybciej, szybciej, dzwoni jej w uszach, przez podziemia na Centralny. Matko ile ludzi. To i dobrze i źle zarazem. Ciągle kogoś przeprasza, bo ciągle kogoś potrąca. Ale biegnie, cały czas biegnie. Teraz po schodach do góry, na powierzchnie. Tu będzie luźniej i niebezpieczniej. Tu ją będzie widać jak na dłoni. Staje na szczycie schodów i upomina sama siebie: tylko się nie oglądaj, bo jak tam jest i cię jeszcze nie namierzył, to mu nie ułatwiaj i nie pokazuj swojej twarzy. Łapie oddech i znowu puszcza się pędem przed siebie mijając Pałac Kultury. Dopada schodów prowadzących do przejścia pod rotundą i postanawia zerknąć za siebie.- O kurwa jest! Tak blisko! Za blisko. Co robić?- Zbiega na dół, pokonuje niewielki odcinek po płaskim i znowu do góry. Po schodach na przystanek tramwajowy. Słyszy go za plecami, nadal ją goni, przeprasza ludzi i dyszy tak samo jak ona. Wpada na górę i zastaje tramwaj. Ma jeszcze otwarte drzwi, ale właśnie zapaliło mu się zielone światło i dzwoni ostrzegawczo. Rzutem na taśmę wskakuje do pierwszego wagonu i drzwi zamykają się. W tym samym momencie za szybą staje zdyszany NN. Maszynista go zauważa, więc ona, cała zdyszana, posyła mu do kabiny spojrzenie: błagam niech mu pan nie otwiera. Czeka. Jest napięta jak struna. I dzwoni drugi dzwoneczek. Wściekły NN wali pięścią w drzwi, ale tramwaj odjeżdża.  
- Mogę pani jakoś pomóc? Wezwać policję? – Pan maszynista wykazuje się troską i jest mu naprawdę wdzięczna. Ale od razu wyobraża sobie, siebie na komendzie, tłumaczącą policjantom, że ściga ją facet, którego biła szpicrutą podczas wyuzdanego seksu.  
- Nie trzeba. Dziękuję, już pan mi pomógł. Dalej sobie poradzę.  
Opada na siedzenie, żeby dać odpocząć nogom, które przyjęły konsystencję waty. No da jej ten człowiek popalić. Patrzy przez okno i nie może uwierzyć jak bardzo. Właśnie wypadł z podziemi i biegnie Marszałkowską w stronę Placu Konstytucji. Przed chwilą poczuła ulgę, a teraz znowu musi się spinać. Ale czy jest po co? Czy on jest wstanie dogonić tramwaj. Musi przeciąć Żurawią, Wspólną, Hożą, Wilczą... na którejś na pewno są światła. Z tym tylko, że on na pewno oleje światła. A jak go ktoś będzie próbował przejechać to go zabije, a potem znajdzie jego babke, ciotke i wujka i ich też zabije. No i mnie – myśli na koniec pesymistycznie. Coś w niej jednak woła „ nie łam się – póki piłka w grze – jeszcze cię nie złapał”. Siedzi na tym fotelu tramwajowym i próbuje szybko odpocząć. Siły mogą się jeszcze przydać. Patrzy przez okno na oddalającą się postać, ale tak zupełnie to ona nie znika. Wie, że pędzi chodnikiem ile sił i przeraża ją, jego determinacja. Tramwaj zaczyna hamować, a ona od razu wstaje i wzmaga czujność. Obserwuje ulice przez okno i widzi szybko zbliżający się punkt, który zaraz zmienia się w postać, a kilka sekund później może już rozpoznać w niej NNa. -Matko jak długo będziemy tu stali. I jeszcze to zielone światło na Marszałkowskiej.- Zastanawia się co powinna zrobić. Najlepiej byłoby jechać dalej. Na nogach ma z nim niewielkie szanse. Chociaż ten pościg już go trochę zmęczył, a ona odpoczęła. Mimo wszystko tramwajem będzie szybciej – na pewno. Więc czeka na ten cudowny sygnał odjazdu. Tym czasem NN zbliża się do pasów.- Jak on to kuźwa robi?! No jak.- Stoi w wagoniku, jakby w niego wrosła i nie odrywa od niego wzroku. Zapaliło mu się czerwone światło, ale on i tak pakuje się na jezdnie. Maszynista dzwoni, zamyka drzwi i bez drugiego sygnału odjeżdża. Ona patrzy na niego i czyta z tych oczu, że to jeszcze nie koniec. Może nie pobiegnie na Plac Zbawiciela, ale na pewno nie odpuści. Obserwuje przez okno jego postać, tak długo, jak długo się da. Chce się upewnić, że nie podejmie pościgu, że sobie odpuścił, przynajmniej dzisiaj. Dojeżdża do Placu Zbawiciela, ale nie wysiada. Jeszcze nie czuje się bezpiecznie. Jeszcze jest za blisko. Jeszcze może się gdzieś czaić. Jedzie dalej. Jak daleko? Jeszcze nie zdecydowała. Po prostu to zauważy. Będzie wiedzieć. Instynkt jej podpowie. – A tymczasem myśl. Co dalej robić?- Musi zadzwonić. Nie poszła do pracy. Na zebranie. Będzie chryja. Chwilowo ma to w dupie. Jednak musi poinformować redakcje, że już dzisiaj nie dotrze. I może przez kilka następnych piątków, też nie. Trudno. Albo się zgodzą, albo… Zgodzą się na pewno. Michałowi tak się spodobał poprzedni materiał, że mało nie dał jej podwyżki. Dobra, kwestie pracy mamy wyjaśnioną, trzeba się zająć powrotem do domu. Nie może jechać kolejką. Nie chce. Za nic na świecie. Instynkt samozachowawczy nabija się z niej na całego i drwi: wagonik zmień, wróć do pierwszego, on się na pewno nie zorientuje. Uśmiecha się do siebie rozbawiona własną głupotą. Uśmiech znika. Zostaje pytanie: jak wrócić do domu. Można by spróbować pociągiem. Podjechać autobusem na Zachodni i stamtąd Kolejami Mazowieckimi do Grodziska. Tylko, że on nie przestał polować. Na pewno. Czuje to. Każdym nerwem, mięśniem każdym napiętym. Jest w mieście i próbuje złapać trop. To jakiś szczwany lis. Ale jej się trafił egzemplarz. Trzeba było wybrać kogoś wolniejszego. Na przykład z drewnianą nogą. Niech to szlag. I na dodatek w kolejce. To było wyjątkowo złe posunięcie. Jeszcze gorsze niż dzisiejszy wypad do miasta. Ona z Grodziska i On z Grodziska. Dopiero teraz, dociera to do niej, tak wyraźnie. Wyklarowało się wreszcie. Ściągnęła kożuch z myśli, jak z mleka i ma przed oczami jasny obraz sytuacji. Zachodni odpada. Definitywnie. Gdyby to ona, siebie goniła, właśnie tam zastawiałaby wnyki. Trzeba inaczej. Pojedzie do Janek. Spod centrum handlowego jeździ darmowy autobus. Przystanek ma niemalże pod jej blokiem. Ominie linie trakcyjne i tym samym zmniejszy ryzyko. Na to wpaść nie powinien. Ok. Postanowione. To tu wysiądzie. Jeszcze przed wyjściem puka w okienko maszynisty:
- Dziękuję. – Maszynista – jej dzisiejszy cichy bohater. Dwa razy ratował jej tyłek. I to może bardzo dosłownie.  
Dobra to w którą stronę do domu. Przydałaby się orientacja w terenie. Z Mordoru do Janek to najlepiej… wcale – kończy za nią ironia. A ona myśli sobie: fajnych mam znajomych, sarkazm, instynkt, ironia… Ale przydają się czasem. Do Janek. Taki jest plan. A propos, musi znaleźć kiosk i kupić plan miasta i okolic. Idzie do galerii, tam na pewno znajdzie kiosk, przepraszam – salonik prasowy i miejsce żeby usiąść na chwilę.  
- Dzień dobry poproszę mapę.  
- Czego?
- Kanalizacji miejskiej. No przecież oczywiście, że miasta. Warszawy. Żeby ulice tam były. Z nazwami. Taka mi potrzebna.  
- W jakiej skali?
- Naprawdę?! Nudzi się pan?! A jakie są? Nieważne. Wiem, to jest pułapka - prawda. Bo to jest jakoś odwrotnie, bo to im więcej, tym gorzej. Widać gorzej. Ale dalej. Tak? Tak to jest? Pieprzona geografia, miała mi nie być do niczego potrzebna, a tu proszę. Da mi pan taką, żeby było widać Janki.  
- Jak dużo ma być widać tych Janek? Potrzebne pani ulice z nazwami?
- Nie. Może być sama kropka. Kropka wystarczy.
- Z kropką nie ma. Z kwadratem jest.
- Biorę z kwadratem. Ile?  
- Czego?
- Proszę pana, mam zły dzień. Naprawdę zły. Nie miałam dawno gorszego. Może pan przestać się nade mną pastwić?! Ile płacę?
- 5,50
- Proszę, dziękuję i do widzenia.
Miała go zapytać jak to się trzyma, żeby pójść w dobrą stronę, ale postanowiła zostawić sobie te czerwone ze wstydu resztki godności. Sama dojdzie. Do tego. Lokalizuje kawiarnie, kupuje kawę i siada. Na stoliku rozkłada, nabytą z takim trudem mapę i szeroko się uśmiecha. Ma ochotę wrócić do kiosku i pokazać panu język. Ha! Jest uratowana. Tu są napisy. Wyrazy różne: plan miasta, skala, praktyczne informacje… To na pewno tak trzeba trzymać, żeby dało się przeczytać. Nikt by przecież nie pisał do góry nogami, no nie. Super. Sama na to wpadła. No to teraz gdzie jest – o tu, a Janki – o tu. Ok, nie jest źle, ale trzeba było uciekać tramwajem na Okęcie. - Następnym razem.- kwituje ironia.  
Weszła do mieszkania. Zamknęła za sobą drzwi na klucz. Usiadła na podłodze w przedpokoju i dopiero pozwoliła sobie wyłączyć napięcie. Ale dzień. Pół dnia właściwie. Ale emocje. Może nawet szczyptę za dużo. Zamyka oczy i oddycha, jak te kobiety na porodówkach. Nagle w całym domu rozlega się głośne: Drrrrrr… Gdyby nie siedziała, to chyba podcięłoby jej nogi. Na szczęście szybko uświadamia sobie, że to telefon. Wyjmuje go z torebki i odbiera:
- Słucham?... Nie Michał, nie jestem chora… W tej chwili nie umiem ci tego powiedzieć… Gdybym mogła, to bym była… Nie trzeba… Z niczego nie chcę się wycofać, materiał dostaniesz mailem… Na pewno… Cześć.
Podniosła się z podłogi i poszła do kuchni. Zrobi sobie kawki. Swojej ulubionej i pysznej. Nastawia wodę, zerka na dwie miseczki stojące pod ścianą i stwierdza, że Mietek znowu nic nie jadł.  
- Mieciu… Kici, kici.. – próbuje wywabić kota z ukrycia. – Gdzie jesteś łobuzie? – Wchodzi do pokoju i zastaje go, w niezamkniętej przez siebie rano, szafie. – Wyłaź. Co ja mówiłam o spaniu w szafie – nie wolno. Chodź tu. – Bierze go na kolana i siadają razem w fotelu. Gładzi jego miękkie futerko i przez chwilę słucha jak mruczy. Potem przekręca go tak, że mogą spojrzeć sobie w oczy i zaczyna mu się zwierzać:
- Chyba narozrabiałam. Tym razem trochę bardziej niż zwykle. Może się nie rozejść po kościach. Może trzeba będzie ponosić konsekwencje. Ale ty się nie martw. Tobie nic nie grozi. Tylko dlaczego ty nie jesz? Co? Chory jesteś? Źle się czujesz? Powinnam cię zabrać do weterynarza? Słuchaj, umawiamy się tak, jak do jutra nie ruszysz jedzenia z żadnej miseczki, to idziemy do przychodni. Mietek, ja nie żartuje. Czekaj Mieciu, bo czajnik woła. – I odkłada kota na fotel.  
Przynosi kawę i odpala komputer. Postanawia wykorzystać zgromadzone napięcie i pisać. Niechże się te emocje dzisiejsze do czegoś przydadzą. Siedzi przed komputerem, gapi się w ekran i czyta w kółko ostatnie zdanie, które napisała ostatnio. Trochę trwa zanim udaje jej się podjąć wątek. Kładzie dłonie na klawiaturze i zaczyna stukać nieśmiało. Ale już po chwili, historia pod jej palcami, tka się jak na krosnach. I zapomina o Bożym świecie.  
Odrywa się kiedy za oknem jest już ciemno. Podnosi kubeczek do ust i próbuje odcedzić jeszcze choć kropelkę kawy, od leżących na dnie, zmienionych w skorupę fusów.
- Nie da rady. Po prostu jej tam nie ma. – Mówi do kota, który przez pół dnia nie ruszył się z fotela. – Choć Mieciu do kuchni zjemy coś. – Kot patrzy na wychodzącą z pokoju kobietę i ani myśli sobie przerywać, ale ona przypomina mu – Pamiętaj jak nic nie zniknie z miseczek, idziesz jutro na przegląd. Pamiętasz gdzie pan weterynarz zagląda ci przy każdej wizycie. Tak wiem, przy okazji masuje ci jajka. To się nazywa gra wstępna, kocie. Ja zjem twarożek – dla mocnych kości, a ty chodź na te pyszności w galarecie. – Zerka na godzinę, która znajduje się na wyświetlaczu mikrofalówki, i stwierdza, że jak zje to weźmie szybki prysznic i idzie spać. Jutro wstanie wcześniej i pójdzie na targ. Zrobi zakupy i ugotuje sobie coś pysznego.  
W sobotni poranek realizuje plan z piątkowego wieczoru. Wstaje wcześniej i zaczyna od kawy. Jak zawsze. No chyba, że ma kaca. Jak ma kaca, to kawa jest – be. Ale przeważnie zaczyna od kawy. Wchodzi do kuchni i pierwsze co robi, to kontroluje miseczki Mietka. Z zadowoleniem stwierdza, że jadł. Sporo zjadł. Czyli nie ma ochoty na figle z weterynarzem. I dobrze. Bo ona strasznie nie lubi tam chodzić. Zawsze wpędzają ją tam w poczucie winy. Zawsze na dzień dobry komentarz, że długo jej nie było. Potem przeglądają kota, zdeterminowani coś znaleźć. Wymyślają choroby, do nich cholernie drogie badania, a po badaniach, cholernie drogie leki, których jeszcze nie może Mietkowi wcisnąć. A nawet jak jej się czasem uda, coś mu zaaplikować, to on idzie w kąt i to wyrzyguje. Ona jest zła na niego, że zwrócił drogie leki, następnie zła na siebie, że mu to wypomina i dzień, albo tydzień spaprany. Dobrze, że dzisiaj tego unikną. Dzisiaj idzie na targ. Kupi jajka od kury, kurę od baby i jabłka na szarlotkę. I co tam jej się jeszcze spodoba. A potem rzuci się w wir gotowania, sprzątania i porządkowania. Byle tylko nie myśleć, co w tej chwili robi NN w kwestii jej odnalezienia.
O 17:30, sobotniego popołudnia, pada z nóg. Na fotel pada. Rozgląda się wokół i stwierdza, że zaklasyfikuje to sprzątanie jako przedświąteczne porządki. Jest z siebie zadowolona. W mieszkaniu wszystko lśni i pachnie chemią gospodarczą. W lodówce jest sos tatarski, pieczarki faszerowane, schab ze śliwkami i sałatka z kurczakiem. Na blacie w kuchni stygnie szarlotka. A jutro ugotuje sobie rosół.  
Odpoczywa w fotelu, ze wzrokiem utkwionym w sufit, jest cicho, cichuteńko… Było, bo ktoś właśnie wali w jej drzwi, bez żadnych subtelności. Podnosi tyłek z fotela i skrada się ostrożnie do judasza, żeby sprawdzić kogo tam diabli nadali i ewentualnie go olać. Może to tylko Jehowi. Wygląda za drzwi ze swojego przedpokoju, a za nimi stoi Ironia we własnej osobie i jest wściekła.  
- Otwieraj, wiem że tam jesteś, światło się w kuchni świeci.  
Ona klnie pod nosem siarczyście. No nie, taki szkolny błąd. Słychać dźwięk przesuwającej się zapadki w zamku i drzwi stają otworem. A osoba zza drzwi pakuje się do przedpokoju i zaczyna:
- Wyobraź sobie, wracam właśnie do domu, zastanawiając się, co zrobić z tym sobotnim popołudniem, wolnym, przejeżdżam ulicą Sienkiewicza, tuż pod twoimi oknami i widzę w nich światło. Tak mnie to wyprowadziło z równowagi, że mało wypadku nie spowodowałam! To mi może wyjaśnij, czemu odwołałaś nasz wieczorek literacki?
- Cześć Gosiu.  
- Czekam.
- Bo miało mnie nie być.  
- Ale widzę, że jesteś. To czemu nie zadzwoniłaś. – I zaczyna węszyć. W sensie dosłownym. Unosi brodę, czyli zadziera nos i wącha powietrze w mieszkaniu. – Używałaś Pronto?
- Tak. Przeciw kurzowi.
- Przeciw kurzowi?- I zaciąga się po raz kolejny.- Czuję płyn do szyb?
- Polerowałam lustra.  
- Polerowałaś lustra. – I Gośka rozgląda się wokół siebie, z miną nie wyrażającą zupełnie niczego. Idąc za nosem wchodzi do kuchni i otwiera szeroko oczy – Piekłaś? – Jej głos jest piskliwy i pełen niedowierzania.  
- Szarlotkę.
- Szarlotkę? – Chwyta drzwi lodówki i otwiera je zamaszyście – Na rany Chrystusa. – I wyjmuje z torebki telefon, taki płaski i wielki jak pół telewizora, stuka w niego palcem trzy razy, przykłada do ucha i dzwoni. – No ja, a kto, przecież ci się wyświetliło. Słuchaj, nasza dziennikarka śledcza nigdzie nie pojechała. Ja, aktualnie znajduję się w jej mieszkaniu i mam poważne obawy. Natychmiast tu przyjedź… Wiem, że może trochę zająć. I kup wino… Nie wiem ile – skrzynkę. … Taka poważna… Na razie. – Kładzie telefon na stole w kuchni i zdejmuje kurtkę. – W twojej lodówce jest jedzenie. Takie robione.
- Wiem.
- W twojej lodówce, są półki, bywa wino, maślanka czasami, ale nie jedzenie. Co to jest?
- Sos tatarski, pieczarki faszerowane, schab ze śliwkami i sałatka z kurczakiem. A jutro ugotuję rosół.
- Rosół? Rosół. No może to dobry pomysł jest, rosół w chorobie najlepszy. Mierzyłaś temperaturę? Chcesz czopek? Ty nie gotujesz, nie pieczesz, nie sprzątasz… Jesteś pomysłowa i nieprzewidywalna… i chyba właśnie mam na to dowód.  
- Czasami sprzątam.
- Wyrzucasz resztki, które zaczynają śmierdzieć. Ale to! Użyłaś pronto – skąd je wzięłaś?! Polerowałaś lustra?!  Gotowałaś. Gdzie jest Mietek?  
- Myślisz, że ugotowałam kota?
- Gdzie jest Mietek?! Czy kot umarł?
- Koty nie umierają. Koty zdychają Gosiu. A Miecio dał drapaka i gdzieś się zamelinował, jak uruchomiłam odkurzacz.  
- Zuza, co się do ciężkiej cholery z tobą dzieje?
- Nie patrz tym wzrokiem i nie rób mi tego.  
- Czego?
- Analizy mi nie rób doktorze Freud. Chcesz herbaty?
- A jest co analizować? – Oj byłoby przyznaje w duchu Zuza.
- O herbatę pytałam?
- A masz zieloną?
- Gośka, doskonale wiesz, że nie mam. W ogóle nie wiem czy mam jakakolwiek. To ty zawsze robisz herbatę, nigdy mnie nie interesowało z czego. Tak powiedziałam, bo tak się przecież mówi.  
- Owszem, tak się mówi jak się chce zrobić herbatę naprawdę. A poza tym, odkąd ty się przejmujesz tym co się mówi? Ciebie nigdy nie obchodzi co się mówi, co powiedzieć wypada! – Gośka wykłada jej kolejną prawdę o niej samej, tak, jakby Zuza właśnie obudziła się ze śpiączki i nie pamiętała kim była w poprzednim życiu.
- Dobra. Darujmy sobie herbatę. Odwiesić ci kurtkę?
- Sama odwieszę.
- I zdejmij buty. Podłogi umyłam. – A po krótkiej pauzie dodaje: - Pierwszy raz w życiu.  
Mija godzina i rozlega się pukanie do drzwi. Gośka myśli sobie – Nareszcie.- A Zuza – O, jest i Sarkazm.- Gośka pośpiesznie opuszcza kuchnie i pędzi otworzyć drzwi.  
- Edyta, nareszcie.
- No sie ma. A gdzie Suzi?
- W kuchni, przekąski szykuje.
- Co szykuje?! – Edyta mało nie dusi się tym pytaniem.
- Przekąski. Chodź zobacz.
Edyta zdejmuje kurtkę, wiesza w przedpokoju i zaskakuje ją fakt, że ma ją gdzie powiesić, więc konspiracyjnym szeptem zagaduje do Gosi:
- Czy mi się wydaje, czy tu jest… czysto?
- Czysto, czysto – chodź do kuchni.  
Stają w drzwiach kuchni opierając się o framugę. Nie ryzykując i nie wchodząc dalej, bo na jej środku, przy stole, stoi Zuza. Ma w ręku ciężki rzeźnicki nóż, pamiątkę po pewnym mężczyźnie, i chechła nim schab, bo nie przyszło jej do głowy, że nóż można naostrzyć.  
- Ty jej to powiesz, czy ja?
- Edka, ja do niej nie podchodzę, dopóki jej nie zdiagnozujemy.  
- Skrzynka wina może być mało. – Edyta podchodzi do stołu i zagaduje Zuze – Gdzie jest sterta gazet z przedpokoju? Tam na okładce był taki piękny George Clooney.  
- Segregowałam śmieci. Wyniosłam do makulatury.  
- Georga, na makulaturę?  
- Edi, ty słyszysz nie to co trzeba. Ona SEGREGOWAŁA. Na tym się skup, a nie na drukowanym facecie.- krzyczy Gośka i też wchodzi do kuchni. Tymczasem Edyta wyciąga ostrożnie rękę i wybiera sobie z deski, całkiem słuszny zrzynek od schabu. Wkłada go do buzi i wolno przeżuwa. Tego Gosi jest już za dużo, więc krzyczy jeszcze raz – tylko głośniej – Edyta powiedz jej coś!
- Dobrze, że zrobiłaś sos tatarski, bo ten schab to ci wyszedł trochę suchy. – Patrzą na siebie przez chwilę, a zaraz po niej obie wybuchają śmiechem. – Daj mi ten nóż Suzi, ja się zajmę schabem. W przedpokoju stoi pudełko z winem, dobrze by było je trochę schłodzić. Gocha, a ty weź sztućce, szklanki, talerze i zanieś do pokoju. Skorzystajmy, skoro już posprzątała.  
Siedzą w pokoju, na podłodze, na mięciutkim kremowym dywanie wokół stolika kawowego. Żadna nie wie od czego zacząć, jak zacząć, czy jest sens zaczynać. Dlatego żadna się nie odzywa. Przez jakiś czas, dłuższy czas. Jednak w końcu, widząc, że szturchanie pod stołem Edyty nie przynosi oczekiwanych rezultatów, Gośka zaczyna:
- Poza tym schabem, który faktycznie jest trochę suchy, to powiem ci, że cała reszta to jest nawet bardzo dobra. Zaskakująco dobra. Bo wiesz, ja się nie spodziewałam, że żywność, którą ty przetworzysz, będzie się nadawała do jedzenia. A nadaje się i nawet jest smaczne i tak posprzątałaś, to znaczy poradziłaś sobie ze wszystkim. Rozpyliłaś Pronto. A w łazience jest odświeżacz powietrza reagujący na ruch. Czy ty się zakochałaś? Zuza bo to, to jest klasyczny syndrom wicia gniazda i ja już nie pytam czy to gniazdo jest ci potrzebne niebawem, ale na razie pytam, czy jest ktoś, kogo do gniazda przyprowadziłaś i teraz będą tego konsekwencje?!
- No wiesz, wszystko to wygląda trochę dziwnie. Ty zachowujesz się dziwnie. Nie znamy cię takiej, dlatego jesteśmy zaniepokojone. No to jak jest Zuzanno? Zakochałaś się?  
- Miłość to choroba słabych jednostek. Pozwalających aby kontrolę nad nimi przejęły emocje. Godzących się na ograniczenia, pozwalających na kontrolę, chadzających na kompromisy i wiodących życie w strachu.
- Edyta przypomnij mi dlaczego my się z nią przyjaźnimy, bo w tej chwili ta wiedza jest mi akurat bardzo potrzebna.  
- Skoro to nie miłość, to co?  - Edyta ignoruje pytanie Gośki i próbuje nadal przepytywać Suzi.  
- Praca. Dziewczyny praca.  
- To, aż tak?
- Bo to jest coś, w co musiałam się zaangażować inaczej niż zwykle. Jezu, po prostu chciałam przestać myśleć. Podobno prace fizyczne dobrze robią na niemyślenie. Skutecznie odwracają uwagę. No to postanowiłam spróbować, a tu od razu taka afera.  
- No i co udało się? – pyta Edyta, ale zaraz przekrzykuje ją Gośka, którą interesuje coś zupełnie innego:
- A od czego ty chcesz odwracać uwagę?
- Myśli chciałam uciszyć na chwilę, na jakiś czas.  
- To co tobie tam każą pisać w tej gazecie, że ty musisz uciszać myśli?
- Nie każą, sama se to wymyśliłam, a co to jest, to nie mogę na razie powiedzieć.
- Zuza…
- Pani doktor, czy ja panią pytam jakie ciekawe przypadki, dzisiaj zawitały do gabinetu. Albo od pani mecenas wyciągam soczyste kawałki. Nie. To pozwólcie mi to zrobić po staremu. Będzie gotowe, przeczytacie pierwsze. Ale Gosiu, ty naprawdę pomyślałaś, że jestem w ciąży? Jesteś urocza, naprawdę.
- Odwal się.  
Reszta wieczoru upływa im w dużo lepszej atmosferze. Weselszej. Zuza postanawia nie pić zbyt dużo. Żeby za dużo nie powiedzieć. W gruncie rzeczy dobrze, że przyszły. Odwracają uwagę lepiej niż sprzątanie. Szczebioczą, jazgoczą i się chichrają. I akurat dzisiaj zupełnie jej to nie irytuje, ani nie złości. Po 22 wyprawia je taksówką do Gośki. Proponowały, że zostaną i będą hałasować do późnej nocy. Ale zmęczenie, trochę nerwów i alkoholu sprawiają, że Zuza jest padnięta. W jej sytuacji lepiej nie ryzykować. Wleje w siebie jeszcze butelkę wina i nie daj Boże rozwiąże sobie język. Wypycha je na korytarz niemal siłą, wręcza im kurtki i zamyka drzwi za nimi drzwi.
- Nie rozumiem dlaczego nie mogłyśmy zostać. Bo to raz kończyłyśmy imprezę we trzy w jednym łóżku.    
- Chodź Gosiu, daj spokój. W tym przypadku i tak nic nie wskórasz.
Stojąca w oknie kuchni Zuza macha im na pożegnanie. Z ulgą. Dobrze, że odpuściły. Ona chce być sama. Lubi ten stan. Samotność jej nie przeraża. Samotność ją chroni. Będąc samemu nie trzeba się o nikogo martwić. Postanawia zabrać swoją samotność do wanny i delektować się z nią resztą wieczoru.
Niedzielny poranek zaczyna od kawy. Trochę to dziwne zważywszy, że piła wczoraj alkohol i od kawy powinno ją odrzucać. Jednak umiar jaki zachowała pozwala jej delektować się ukochanym trunkiem. I wyspała się solidnie. Przez ostatnie pół roku tak dobrze nie spała, albo raczej taka wypoczęta nie wstała. Może to to wino, tyle że w odpowiedniej dawce. Może to jest ten złoty środek. Może trzeba wypijać trzy lampki, a nie trzy butelki. Prawdopodobnie tak. Ale nie składa żadnych obietnic typu: od dzisiaj już zawsze jak będzie impreza… Zdaje sobie sprawę, że to bezcelowe. Innego dnia, w innym nastroju, inaczej się zachowa. Normalka. A teraz zajmie się rosołem. Słowo się rzekło i kupiła wszystko, to do dzieła. Upija trzy łyki kawy i zerka na tę kurę rosołową leżącą na stole i na desce do krojenia. Jak to rozebrać? Przecież całej jej do garnka nie wcisnę. Że też nie poprosiłam wczoraj, o poćwiartowanie zwłok, pani mecenas. Ale zaraz odezwał się instynkt – no naprawdę, przypomnij sobie szkolenie i bierz się do roboty. Skrzydła wyłam ze stawu przetnij skórę, potem mięśnie i gotowe. Nogi najpierw ponacinaj, potem złam jej miednicę tuż przy kręgosłupie. Zostało trochę żeber, szyja i piersi. Proponuję to już zostawić w całości, bo ci się rozleci w gotowaniu i będziesz musiała kości wyławiać. Można by było jeszcze próbować te cycki oddzielić, gdyby je miała. Ale w przypadku tego chuderlaka, to sobie darujemy. Gotowe. Teraz ją opłucz i możesz pakować do gara. – Zuza patrzy na swoje dzieło i ma mieszane uczucia. Czy można byś zadowolonym z ćwiartowania? Kura ląduje w garnku, a ona bierze się za obieranie warzyw. Z marchewkami idzie jej znacznie łatwiej, może dlatego, że nie mają nóg. Pietruszki, por, seler i opalona cebula. Wszystko przygotowała. Teraz tylko czeka na szumy. Odszumuje ten półprodukt, wrzuci warzywa, posoli, przykręci gaz i już dalej samo się będzie robić. W gruncie rzeczy, to jest proste. Czemu do tej pory tego nie robiła? Z braku czasu. I od razu odzywa się sarkazm – Ten brak czasu, w twoim wypadku, to lenistwo. Nazywajmy rzeczy po imieniu. – No może. Ale to gotowanie nie takie straszne. No, to niech rosół się robi, a ona idzie odpalić komputer i przeczytać to, co ostatnio napisała.  
Rosół się zrobił, bardzo dobry, ale i tak ma nerwy. Zapomniała o makaronie. Na pewno nie będzie go dzisiaj kleić, wyrabiać czy ugniatać, nie ważne jak to się nazywa. Może kiedyś się nauczy, ale na pewno nie dziś. Dziś wypija po prostu rosołu trzy kubeczki i idzie na spacer. Postanowiła zadbać o kondycję, mocniej niż do tej pory. Te kilkadziesiąt przysiadów, skakanka i trochę rozciągania na karimacie, to może wystarcza, żeby zapobiegać hemoroidom, ale jej jest potrzebna wytrzymałość.   Ostatnia wizyta w stolicy uświadomiła jej, w jakim jest stanie. A listopad to świetny miesiąc, żeby zacząć treningi. Chłód wymusza szybkość i nie pozwala się zatrzymywać. Rzecz jasna, trzeba się trochę zahartować, dlatego zacznie od spacerów.  Mogą być długie, byle jak najdalej od WKD-ki.  
Przez dwa kolejne piątki zostaje w domu. Jednak pisze do redakcji i utrzymuje kontakt z Michałem, tak jak się kiedyś umawiali. Jest trochę rozdrażniona. Kolejnego piątku nie zamierza już odpuszczać. Co ona robi, na co pozwala. To ona miała kontrolować jego, a tymczasem on przejmuje kontrolę nad jej życiem. Jest jeszcze inna, ważniejsza kwestia, jak zareaguje PAN Artur, kiedy się dowie, że ukrywa się jak szczur. Chociaż może to akurat zadziała na jej korzyść. Uzna ją za słabą i podatną na manipulacje. Tak. To uczyni ją idealną kandydatką. Po raz setny słyszy jak z dna jej mózgu wynurza się pytanie: czy ty na pewno wiesz co robisz? I stara się na nie, nie odpowiedzieć, bo już nie jest pewna odpowiedzi. Ostatnie wydarzenia mocno nią szarpnęły. Może za mocno, coś się mogło zerwać, skoro ugotowała zdrowotny rosół.
Następnego piątku wstaje przed budzikiem. Jest ciemno. Potrącony, przy wstawaniu, kot przeciąga się, zagląda w okno, potem zerka na nią i zdziwiony wraca do tego, co mu właśnie przerwano. Zuza idzie do kuchni, ale zamiast robić kawę, zjada banana i postanawia wyjść się rozgrzać na siłownie plenerową, przed blokiem. Tak na godzinkę. Rozrusza mięśnie, a przy tym bardzo się nie zmęczy. Ubiera się grubo, bo na zewnątrz wszystko oszronione i termometr pokazuje -1, ale tak żeby dało się ruszać. I wychodzi.  
Tak jak planowała. Po godzinie wraca. Wyjmuje słuchawki z uszu, rozbiera się szybko i idzie pod prysznic. Po tym akcie oczyszczenia, może się już zająć kawą i … śniadaniem. Zaczęła jeść regularne śniadania. To przez te treningi, które wprowadziła. Kiedyś, kiedy mieszkała w akademiku, albo wynajmowała pokój z dziewczynami, śniadania zawsze były. Ktoś je robił i nawet jak intensywnie trenowała, nie musiała sobie tym zawracać głowy. Ale zachciało jej się być sterem i okrętem, no to ma. Zrobi sobie jajko sadzone i parówkę. Nie będzie się od razu rzucać na głęboką wodę, trzeba mierzyć siły na zamiary. Kulinarnie to jest na razie max, co może na śniadanie wyczarować. Oczywiście dołoży do tego kopiec zieleniny i kromkę pełnoziarnistego pieczywa. To od razu lepiej będzie to wyglądać. Śniadanie znika, a ona kątem oka patrzy na zegarek. Trzeba się zbierać. Drogę do stacji pokonuje za szybko i ma niestety dużo czasu na czekanie. Zdając sobie z tego sprawę, postanawia od razu wejść do poczekalni i kupić sobie coś z czekoladą na poprawę humoru. Niestety. Tuż przed samymi drzwiami, z twarzy jednego podróżnego opada gazeta, a jego ręka mocno ściska jej nadgarstek.  
- Cześć. – I uśmiecha się tryumfująco. Niech go jasna cholera, albo ciemna, bez różnicy. Czemu tak się uwziął. Minęły już prawie dwa miesiące.
- Czego chcesz?
- Odpowiedzi. Co to było?
- Test.
- Czego kurwa? Wtyczki do nowego iPhone?
- Mnie.  
- Nie rozumiem.
- Nie musisz. Nie po to mi byłeś, aby rozumieć.  
- Nie robi się takich rzeczy ludziom.
- Dlaczego?
- Co? Z czystej przyzwoitości.  
- Jak się jest przyzwoitym człowiekiem to się nie szwenda po hotelach. To nie ja ci to zrobiłam, to ty, ty sam. Mogłeś wysiąść z kolejki i wyrzucić kartkę do najbliższego kosza. Mogłeś ją wyrzucić tydzień później, kiedy nie udało ci się niczego dowiedzieć. Mogłeś, wreszcie, mrugnąć dwa razy. Ja tylko sprawiłam, że krew zaczęła szybciej krążyć. Wprawiłam twoje życie w ruch. Powinieneś podziękować.– I szarpie się z nim coraz mocniej i rozgląda na wszystkie strony. NN zauważa, że ludzie zaczynają się nimi coraz bardziej interesować, więc bierze ją za rękę, splatając razem ich palce i ciągnie ją na koniec peronu. Chce wyjść z tego tłumu, boi się, że ona w tłumie może znowu zauważyć jakąś okazję i ją wykorzystać. Ciągnie ją blisko siebie i próbuje kontynuować rozmowę:
- Wprawiłaś moje życie w ruch, tak? No dobra niech ci nawet będzie. To co zamierzasz z tym zrobić?
- Nic. – Peron się kończy. Zaraz ją z niego ściągnie i powlecze do parku, a tam to już nie zdoła się go pozbyć. Ani go zgubić. Jedyna szansa to tych trzech osiłków stojących jeszcze na ich trasie.  
- Posłuchaj to się tak nie skończy. Ja mam dziewczynę.  
- Wiem. I wolną wolę. – I zaczyna się z nim znowu szarpać. A wzrok wbija w tych trzech gagatków, których wytypowała sobie na pomocników kilka sekund temu. Mijając ich odwraca głowę i wysyła kilka razy pod rząd niemą prośbę, poruszając tylko ustami: POMOCY! To i jej szklisty wzrok. Drobna postura i przerażona mina. To zapalnik. Więcej im nie trzeba. Idą zostać bohaterami. Ratować kobietę z opresji.  
- Hej! Dlaczego pan ciągnie tę panią?! Ona wyraźnie tego nie chce. – Jeden z jej pomocników zagaduje do NNa i szybko do nich podchodzi. Pozostali dwaj są tuż za jego plecami. – Wszystko w porządku? – Rzuca w jej stronę.
- Nie. – Stwierdza ona najbardziej płaczliwym głosem jaki ma w asortymencie i rzuca w stronę NNa – Możesz mnie wreszcie puścić?
- Panowie. Wiem jak to wygląda, ale zapewniam, że tej pani nie dzieje się żadna krzywda. – I dalej trzyma ją za rękę.
- Szkoda, że pan nie zapewnił, że żadna krzywda też jej się nie stanie.
- No nie zapewniłem. – I patrzy na nią wzrokiem pełnym gniewu i chyba obietnicy.  
- Słuchaj kolego, więcej nie powtórzę. Puść pani rękę. – NN widząc, że nie odpuszczą, biorąc pod uwagę, że jest ich trzech i nawet jak im dotłucze, to chwile mu to zajmie, a ona i tak w tym czasie zwieje, uwalnia jej dłoń i postanawia, że będzie ją śledził. Czeka spokojnie, przez chwilkę patrząc jak ona odchodzi pośpiesznie w stronę dworca, ale nie dochodzi do samego budynku. Skręca na schody i kieruje się w stronę miasta. Kiedy znika mu z oczu odsuwa rękę osiłka, trzymaną na jego klacie. Tamten próbuje go przytrzymać za kurtkę ale NN też znalazł sobie sojuszników:
- Mam poprosić, tych niezwykle bystrych strażników miejskich, o pomoc w wyjaśnieniu sytuacji? Na pewno zainteresuje ich brak poszkodowanej. – I oddala się pospiesznie, aby ją namierzyć. Ześlizguje się ze schodów i prawie upada na chodnik. Kiedy podnosi głowę, dostrzega jej twarz w oddalającej się spod dworca taksówce. I jadącą zaraz za nią, czarną, podejrzanie czarną limuzynę.  
- Co tu jest do cholery grane?.  
Oczywiście, że nie pojedzie tą taksówką pod dom. Musi się upewnić, że jej nie śledzi. Pojedzie na osiedle Kopernika, wejdzie do pierwszej otwartej klatki i sprawdzi, czy nie ma go na ogonie. Płaci za kurs i wysiada. Rozgląda się, namierza kobietę z dwiema siatami i dyskretnie ją dogania. Potem idzie za nią ostrożnie, a kiedy ta po otwarciu drzwi niezdarnie stara się wejść do klatki, pomaga jej łapiąc za klamkę i wchodzi razem z nią. Od razu po wejściu do środka przystaje, aby zawiązać nierozsznurowanego buta. Kobieta znika na pierwszym piętrze, a ona ukryta w ciemnym kącie przy drzwiach, czeka. Jeśli ją śledził, wie gdzie jest, powinien się zjawić z pierwszym wchodzącym lokatorem. Ma nadzieję, że nie jest na tyle sprytny i nie będzie obserwował bloku. Ma nadzieję, że pójdzie na żywioł. Stoi i marznie. I uświadamia sobie, że znowu musi zadzwonić do Michała i się tłumaczyć. Nienawidzi tego. No chyba, że nie będzie musiała już dzisiaj uciekać, to może powiedzieć tylko, że się spóźni i pojechać autobusem. Tymczasem ktoś wraca, wchodzi na klatkę. Wystukuje kod i drzwi piszczą. Ona natychmiast pochyla się i podnosi kilka drobiazgów wyrzuconych pośpiesznie z torebki. Mężczyzna przechodzi obok niej i zaczyna wspinać się po schodach. Drzwi jednak nie wydały dźwięku charakterystycznego przy zamykaniu. Podnosi głowę znad torebki i zerka w ich stronę:
- Leon?
- Zapraszam panno Weber. Musi pani z kimś pogadać.  
Czarna limuzyna zaparkowana jest tuż przy klatce. Leon nie stosuje wobec nie środków przymusu. Doskonale wie, że jemu uciekać nie będzie. Idzie za nim do samochodu. Czeka aż otworzy jej drzwi i znika w jego wnętrzu jakby pochłonęła ją czarna dziura. Leon zatrzaskuje drzwi, po chwili samochód rusza, a ona nie ma pojęcia gdzie ją wiezie.  
- Powiedź mi, jak masz zamiar kontrolować poczynania wpływowego polityka, skoro nie panujesz nad chłystkiem z kolejki. – Różne epitety miała ochotę NNowi przykleić, ale akurat chłystkiem, to by go nie nazwała.  
- To prawda, trochę spanikowałam. Nie spodziewałam się reakcji z jego strony.  
- O słodka naiwności. – Głos jej rozmówcy wypowiadając to zdanie staje się jak miód: mdły i lepki. Tu w tych ciemnościach, na tylnym siedzeniu limuzyny, brzmi wyjątkowo niestosownie. - O litości „niestosownie”?! Wyuzdanie i niebezpiecznie.- Czuje się jakby już jej wsadził rękę w majtki. – Nie spodziewała się.
- To znaczy, że będzie taki zdeterminowany.  
- Po tym co mu zafundowałaś? To było niezłe, całkiem niezłe.
- Trochę to niepokojące co pan mówi. Panie Arturze, umawialiśmy się, żadnych urządzeń elektrycznych, żadnych rejestratorów dźwięku czy obrazu i ja jestem pewna, że w pokoju ich nie było.  
- Oczywiście. Żadnych urządzeń. Tylko moje oczy. – To już jest chyba ten moment kiedy można wpadać w panikę. Ale instynkt warczy groźnie – Nawet o tym nie myśl. Chcesz stąd wyjść to bierz się w garść. Już.- Głęboki wdech, specjalnie trochę za głośny.  
- Zaskoczył mnie Pan.  
- Wiem, taki miałem zamiar. A teraz zdejmij majtki. – Patrzy na nią, a ona jest w tej chwili cała wielkim znakiem zapytania. – Chcesz to usłyszeć jeszcze raz? Dobrze. Zdejmij majtki. – Nie wierzy. Nie tylko ona. Instynkt też zbaraniał. A za chwilę nie wierzy jeszcze bardziej, kiedy jej tyłek zaczyna się unosić, ręce wędrują do pasa odpinają guzik, odsuwają zamek… Ona to robi. Wolałaby zdjąć majtki, w biały dzień, w samo południe, na Placu Defilad niż tu. W tej ciasnej, ciemnej limuzynie. Na kanapie na której razem z nią siedzi PAN Artur. Instynkt schował się pod fotel, żeby na to nie patrzeć, ale nie omieszkał jeszcze zakpić – Wiesz co robisz?!- Oczywiście, że nie wie, ale czy ma jakieś wyjście? Chciałaby wyjść z samochodu przez drzwi o własnych siłach, a żeby to zrobić musi tu chyba zostawić majtki. I właśnie to robi. Zsuwa spodnie do kostek i rozwiązuje buty, zdejmuje je zahaczając jeden o drugi. Potem wkłada rękę w nogawkę i przeciąga przez stopę. Powtarza ten ruch i spodnie leżą na podłodze. Potem podnosi tyłek jeszcze raz i zdejmuje z niego majtki. Przeciąga do stóp i podaje panu Pawłowi czarne, damskie, bawełniane figi. Nie zrobiła żadnego przedstawienia. Kręcenia tyłkiem, wywracania oczami, czy tym podobnych. Siedzi na tylnym siedzeniu w kurtce, ale bez majtek. Przez co, jej łechtaczka leży na zimnym skórzanym obiciu. Żeby tylko kataru nie dostała – myśli sobie, ale jest to w tej chwili, jej najmniejsze zmartwienie.  
- Dziękuję. Gdzie panią podrzucić, panno Weber?
- Zważywszy, że mam obecnie mocno niekompletną garderobę, to na moją klatkę schodową poproszę.
- Spokojnie. Ja biorę tylko majtki. Reszta nadal jest pani. - O co za ulga. I od razu zaczyna ubierać spodnie. Upomina się przy tym, aby nie panikować i zrobić to spokojnie. Po zawiązaniu drugiego buta i wyprostowaniu się na fotelu słyszy – Proszę zapanować nad sytuacją. Chciałbym uwzględnić panią w moich planach już niebawem, ale nie będę tolerował takiej dziecinady.  
- No tak, ale co ja mam z nim zrobić?
- Chyba nie oczekuje pani odpowiedzi.  
Samochód zatrzymuje się, a po chwili Leon otwiera przed nią drzwi. Wysiada. Drzwi się zamykają. Leon wraca na miejsce kierowcy i samochód odjeżdża. Po krótkiej chwili, w samochodzie, odsuwa się szyba oddzielająca kierowcę od pasażera i Pan Artur, rzuca czarne, bawełniane, damskie figi na przednie siedzenie, obok kierowcy.  
- Ja nadal jestem zdania, że ona się nie nadaje.  
- Leonie, daj jej szanse. Jest trochę nieporadna, ale brak jej doświadczenia. Wyrobi się.    
Zuza ledwo jest wstanie wstukać kod do drzwi i wejść na klatkę. Siada na schodach. Stara się uspokoić i pomyśleć jasno. Pora jeszcze wczesna. Dobrze by było dotrzeć do tej cholernej redakcji i uniknąć tłumaczeń. Gonił ją psychol, przewiózł psychopata, co jeszcze może się wydarzyć. Limit na dziś już chyba wyczerpała? Pojedzie. Nie będzie siedzieć w domu, bo to do niczego nie prowadzi. Ponadto nie ma ochoty zostawać sama z myślami. Instynkt, ironia, sarkazm – na pewno szykują niezłą wiązankę. Musi odwrócić ich uwagę, zająć myśli czym innym. Weźmie taksówkę. Zafunduje sobie ten komfort. W Warszawie mogą być korki to pojedzie tylko do zajezdni i przesiądzie się w miejski autobus. Kiedy ma już plan, chociaż dotyczący tylko kilku następnych godzin, od razu czuje się raźniej. Odzyskuje względną równowagę. Nie zaglądając nawet do mieszkania, wychodzi z klatki i idzie na taksówkę. Na dworze, listopadowy chłód, przypomina jej o braku bielizny, na niektórych częściach ciała. Olewa to. Bo to raz łaziła bez majtek. Ma przecież spodnie. A ludzie nie chodzą z rentgenem w oczach, więc i tak tego nie dostrzegą. Wsiada do taksówki:
- Do Warszawy poproszę. Do zajezdni, może być na Kleszczową.  
- Oczywiście, bardzo proszę.
Zdecydowanie woli kolejką, albo już nawet koleją. Dojeżdża do śródmieścia, a stamtąd to już nawet z buta sobie dojdzie. Jak ma ochotę. I możliwość taką. Jednak dzisiaj jest stan wyjątkowy i nic na to nie poradzi. Obrotowe drzwi wpuszczają ją do holu nowoczesnego biurowca. Przykłada swoją plastikową przepustkę do bramki i kieruje się do windy, aby dotrzeć na piętro redakcji. Jest zdenerwowana. Nie cierpi się spóźniać. Zebranie na pewno już trwa, zerka na zegarek i stwierdza, że może nawet już się skończyło. Winda zatrzymuje się, otwiera i jej uszy bombarduje hałas. Rozmowy, krzyki, telefony, nerwowy śmiech i stukanie w biurko tym, co jest pod ręką, ostatecznie ręką. To dowód, że już po zebraniu. Może i dobrze. Może to i lepiej, nie będzie jak szkolniak przepraszać całej klasy. Te zebrania to też jakiś poroniony pomysł. Poronił go naczelny pod pretekstem „burzy mózgów”. Tylko te mózgi, to by musiał najpierw jakieś sprowadzić. Jak ona swojego nie przyniesie, to Michał w pojedynkę jest wstanie co najwyżej wietrzyk zainicjować. Domowe przedszkole dwadzieścia lat później. Zanurza się w ten zgiełk, aby przejść na koniec pomieszczenia i dostać się do klatki z Michałem. On jest od tego chaosu oddzielony. Co prawda ścianami z dykty, ale ma drzwi i może je zamykać. Nie musi siedzieć w zagrodzie. On i naczelny. Z tego też powodu ona pracuje w domu. Nie znosi tej atmosfery. Zaglądania sobie we wszystko przez ramię. Kilka mijanych przez nią osób rzuca zdawkowe „cześć”, ale nie specjalnie interesują się jej osobą. Nie przepadają za nią tutaj. Pojawia się raz w tygodniu, nie uczestniczy w ich życiu, nie dzieli ich losu, nie nawiązuje relacji  i nie buduje więzi. Nie chce. Naprawdę tego nie potrzebuje. Jedynie z Michałem łączą ją jako takie stosunki, bo jest przełożonym i rozmawiać z nim musi. Nie puka do tej jego klatki, od razu chwyta za klamkę. Otwiera drzwi i pakuje się do środka. Natychmiast też zamyka je za sobą, bo wszystkie głowy na dźwięk szurania po wykładzinie od razu skierowały się w ich stronę. Mogą nie wiadomo jak być zajęci, kiedy ktoś otwiera jedne, z tych dwojga drzwi, w tym małpim gaju, od razu cała sala monitoruje sytuację.  
- O witam. Kto to się zjawił?
- Nie drwij. Poranne przejścia miałam.
- Może mdłości?
- Mdłości też miałam, ale wywołane przejściami. – i opada na krzesło, stojące przed biurkiem, naprzeciwko jego fotela, to które jest zarezerwowane na przesłuchania. I pozwala sobie na ulgę. On jeden wie, mniej więcej, w co się wplątała. – Wiesz kto mnie dzisiaj przewiózł limuzyną? A w niej zażądał moich majtek? – I wstaje z krzesła, zsuwa zamaszyście spodnie z uda i pokazuje mu nagie biodro i kawałek pośladka.  
- Zuza na Boga! Wciągaj gacie! Bo zaraz ktoś tu się zjawi z niewiarygodnie pilną sprawą. Te ściany nie tylko mają uszy – i specjalnie podnosi głos – one mają radary! Musiałem przestawić ekspres w inny kąt, bo jak tylko ktoś do mnie wchodził, zaraz cała ta zgraja przychodziła pić kawę.  
- To tu raczej nie pogadamy o limuzynie…
- Chodź na dach. – Patrzy na niego przez chwilę, pochyla się nad torebką i wyjmuje z niej klucze. Macha nimi, jednocześnie unosząc brwi, po czym chowa je w dłoni i kierują się do wyjścia. Szurnęły drzwi i ponownie wszystkie oczy powędrowały w ich kierunku. Olewając to totalnie, podeszli do windy i zawołali ją. Guzikiem rzecz jasna. Stali, czekając i nie używając przy tym żadnych słów. Kiedy pojawiła się winda, wsiedli i pojechali na górę. Na ostatnie piętro. Stamtąd schodami kawałeczek i byli generalnie na miejscu. Jeszcze tylko klucz do zamka, przekręcić i gotowe. Droga wolna. Za każdym razem kiedy tu przychodzi, zaskakuje ją fakt, że stają przed nią otworem, że nadal nikt nie zmienił zamka. Pokazał jej to miejsce pewien przystojny ochroniarz, licząc zapewne, że zrobi wrażenie i zasłuży na jakieś figle, tymczasem dwa dni później ona podwędziła mu klucze. Widocznie tego nie zgłosił. Najpewniej ze strachu. Widok był stąd fantastyczny. Całe centrum jak na dłoni. Jej wzrok zawsze najpierw padał na Kościół Wszystkich Świętych - wizerunek wartości stałych. Potem Pałac Kultury i Nauki, nienawidzony i uwielbiany, tak jak jego twórca – socjalizm. Konstrukcje z wielkiej płyty, teraz śmiesznie małe, przy tych nowoczesnych molochach ze szkła i stali. Jaka symbolika. Sąsiadująca ze sobą technologia komunizmu i kapitalizmu. Ulice powiązane pętlami z pierścieni. Kilka wyrastających wprost z betonu drzew. Trochę przelewającej się w kamiennych misach wody. Panorama na kontrast. Fragment miasta, który jest jednocześnie jego charakterystyką. Zapewne wielu by się z nią nie zgodziło, ale ona tak to widzi. I nie wyobraża sobie Warszawy bez Pałacu Kultury. Dla niej nigdy nie był pomnikiem stalinizmu, tylko epizodem w życiu miasta. Miasta zdeterminowanego aby przetrwać, uwarunkowanego na życie. Tu, w tym miejscu, ma wrażenie jakby kładła na tętnicy miasta dwa palce i czuła jego tętno. I wie, że żyje. Że obie żyją – ona i Warszawa. Z tym tylko, że ona ma duże szanse niebawem żywota dokonać.  
- No to do rzeczy, więcej prywatności już nie będzie. Ten twój materiał, to znaczy to co dostałem, to na razie więcej pytań niż odpowiedzi. Bądźmy szczerzy, same pytania.
- Myślisz, że nie wiem. Od pierwszego kontaktu minęło pięć miesięcy, a ja go dzisiaj widziałam po raz drugi. Ale powiedział, że ma wobec mnie jakieś plany. Więc może teraz to wszystko nabierze tępa.  
- Zuza, jakie wszystko? Wiesz kim oni są?
- Wydaje mi się, to znaczy jestem prawie pewna, że to coś w rodzaju sekty, tylko dużo bardziej nowoczesnej.  
- Nowoczesna sekta? Czyli, że co?
- Nie wiem! Jeszcze nie wiem. Michał przecież ja na razie byłam dwa razy w jakimś lofcie w Żyrardowie na „przesłuchaniach”, że tak to ujmę, potem ta niby próba i dzisiejsza przejażdżka. Zapewne po to, żeby sprawdzić moją uległość i determinację.  
- Jaka próba? Kazali ci ukręcać łeb kogutowi i wymazać się krwią? Dlatego mówisz, że to sekta?  
- Nowoczesna. Rozumiesz znaczenie tego słowa. Myślę, że oni nie stosują jednego konkretnego rytuału. Każdego poddają innej próbie, aby dostrzec jego predyspozycje. Potencjał.  
- Jaka była twoja? Jakie predyspozycje dostrzegli? Kazali ci zmieszać z błotem przypadkowo spotkaną osobę? Dostrzegli to? – Michał jest wyraźnie ubawiony.  
- Prawie. Miałam uwieść nieznajomego, sprawić by przyszedł z własnej woli do hotelu i zaprezentować na nim moje zdolności podporządkowania sobie kogoś i kontroli. – Ogólnie rzecz ujmując, dodaje w myślach. A potem nastaje cisza. Długa, ciągnąca, rozwleczona cisza. A po niej, już nie tak ubawiony, jak jeszcze przed chwilą Michał pyta:
- Zrobiłaś to? – A jego głos jest cichy i chropowaty.
- Myślisz, że gdyby było inaczej, to chciałby mnie angażować w swoje plany?  
- Kurwa! Zuza!
- Adekwatne zestawienie. – zauważa sarkastycznie, ale nie jest zła. Ma świadomość jak to wygląda.  
- Ta „kurwa” była dla mnie. To ja ponoszę za to odpowiedzialność. Dałem, materiały zgromadzone przez Justynę, właśnie tobie, bo wiedziałem, że ty się nie cofasz. A ty zachowałaś się zgodnie z moimi oczekiwaniami i to jest największa katastrofa. Nie przewidziałem, że wydarzą się rzeczy, przed którymi cofnąć się trzeba.  
- Nie dramatyzuj. Ja się zabezpieczyłam, a tamtemu się podobało. I to jest katastrofa! Bo próbuje mnie teraz wytropić.
- To przez niego ostatnie piątki nie mogłaś dotrzeć do biura?
- Tak! Człowieku jaki mi pościg urządził na Marszałkowskiej! I dzisiaj znowu, tyle że bardziej lajtowo.
- Zaraz, to z którym jeździłaś tą limuzyną?  
- Limuzyną przewiózł mnie Pan Artur – psychopata. Ale wcześniej na stacji gonił mnie NN – psychol. Taki pokręcony fan.
- Czemu NN?
- „Non Notus” – nieznany.
- To jest niewiarygodne. Zbajerowałaś zupełnie obcego gościa?  
- Jap. – Uznaje, że trochę dziwnie o tym mówić, ale do spowiedzi nie pójdzie, na psychologa szkoda jej kasy, a jednak dobrze by było komuś o tym powiedzieć i pozbyć się tego kamyczka z ogródka. Michał i tak czuje się winny, to na pewno da jej rozgrzeszenie. To znaczy, to ona musi sama się rozgrzeszyć, przed sobą, ale potrzebny jej do tego udział osoby trzeciej.  
- Jak go wybrałaś? Wsiadłaś do kolejki i pomyślałaś, że bierzesz pierwszego, który nie będzie śmierdział? Wyliczankę im zrobiłaś? Powiedz mi jak się wybiera człowieka, którym będzie się manipulować?
- Jak dziecko, no jak dziecko. Coś ty taki oburzony? Po pierwsze – ja go zmanipulowałam tylko dlatego, że mi na to pozwolił. Bez broni, tortur i narkotyków, nie da się robić z człowiekiem nic, bez jego zgody.  
- Jest jeszcze szantaż, zastraszenie…
- Podpada pod tortury – psychiczne. Ja nie zastosowałam, żadnej z tych trzech rzeczy.  
- Kontynuuj.  
- Matko, ale że co? Szczegóły chcesz znać?  
- Tak!
- Jak drobne?!
- Najdrobniejsze!!!
- Dobrze. – Niech będzie. I tak chciałam ci się wyspowiadać. – Przykuł moją uwagę oczywiście swoim wyglądem. Szczupły, ale nie chudy. Wyższy ode mnie, trochę więcej niż o głowę. Delikatne dłonie, nie mające do czynienia z pracą fizyczną. Strój luźny, biurowy. I glany. W telefonie aplikacja Endomondo. Wodoszczelny zegarek, więc pewnie basen, umięśnione łydki, prawdopodobnie od biegania. To wszystko było istotne, żeby poradzić sobie z nim fizycznie. Nie mogłam wybrać dwumetrowego kolosa, ani kuzyna Pudzianowskiego, ale zakompleksiony chuderlak, też nie wchodził w grę. Jakby to świadczyło o mojej pewności siebie. A rola, którą miałam zagrać, wymagała pewności siebie, cholernie dużo tej pewności. I gdyby tak przypadkiem zabrakło jej we mnie, to musiała być w wybranym przeze mnie obiekcie. Kiedy go wytypowałam, zaczęłam obserwację. Trafiło mi się kilka odebranych rozmów telefonicznych. Raz potwierdzał wyjście na squasha: „Jak zwykle w czwartek”. Dwa razy rozmawiał z kobietą. Nie żoną, nie miał obrączki, poza tym tłumaczył się. Nie matką, matki nie dzwonią z wyrzutami, że wypiłeś całe mleko. Matki kupują następne mleko i jeszcze wyrzucają za ciebie butelkę. Dziewczyna. Świeża lub jak kto woli nowa, od niedawna. Jeszcze wierzy, że go zmieni, nauczy. Drugi telefon dotyczył skarpet bez pary. Wiem już, że istnieje jakiś znajomy – od squasha i dziewczyna. Jednak w kolejce nie widuję go w żadnym towarzystwie. To istotne. Brak znajomych sprawi, że nie będzie się krępował. Dziewczyna jest potrzebna po wszystkim. Wepchną go w jej ramiona wyrzuty sumienia i będą tam trzymać z dala ode mnie. To że jest świeżutka , też miało pomóc, ale właśnie te ostatnie elementy nie zadziałały zgodnie z planem. I teraz mnie tropi. To te glany. Czułam, że mogą nieść kłopoty i zaryzykowałam – niepotrzebnie.  
- Trochę mnie przerażasz.
- Żebyś widział czasem minę mojego kota…
- Zuza, opowiadasz o tym tak rzeczowo, że nawet jestem wstanie się oszukiwać, że cię to wcale nie obeszło, ale jest już zbyt niebezpiecznie, pozwól mi siebie chronić. Proszę. Wynajmę ci pokój w Warszawie na jakiś czas, zaniosę wszystko co mamy do prokuratury. Złożę zeznania.  
- A ten znowu swoje. I do tego nic nie rozumiesz. A ja cię miałam za posiadacza mózgu. Jeśli zrobisz teraz, to co powiedziałeś, to tak jakbyś im wręczył łopatę do ręki. Sam powiedziałeś, że jedyne co mamy, to pytania. Justyna też po pół roku nie miała jeszcze odpowiedzi.  
- Pozwoliłem jej szukać dalej i teraz nie żyje! Tobie nie pozwalam. Koniec z tym.  
- Ty naprawdę nie rozumiesz. Gdyby możliwość odwrotu istniała, to może nawet bym z niej skorzystała. Ta wizyta w limuzynie… Coś śliskiego i obłego pełza mi po kręgosłupie kiedy o tym myślę, ale odwrotu nie ma. – Zsuwa przed nim spodnie jeszcze raz, tyle że tym razem z prawego biodra i pokazuje bliznę – wypalony na skórze kształt klucza.
- Wielkie nieba.  
- Wiesz co się stanie jeśli teraz zniknę. Myślisz, że zdołam ukryć się ludziom, którzy znakują kobiety jak bydło. Chcesz iść z tym niczym do prokuratury, to już mnie lepiej zepchnij z tego dachu, to przynajmniej nie będę musiała błagać, żeby ktoś mnie dobił.
- Nie mów tak. Boże!!!  
- To mi nie wspominaj więcej o prokuraturze! Od znalezienia ciała Justyny minęło siedem miesięcy. Policja wie tylko, że została uduszona, chociaż ciało wyłowiono z fontanny. Nie wiedzą czym ją uduszono, nie wiedzą gdzie ją uduszono, nie trzeba już nawet wspominać, że kto ją udusił to się nigdy nie dowiedzą. Boże! Ale idiotka! Przez to, że pozwoliłam sobie na te głupie emocje.
- O czym ty gadasz?
- Miała znak?
- …
- Kluczyk wypalony czy miała?
- Nie wiem. Pojęcia nie mam.  
- Identyfikowałeś ją.
- Tak, ale do identyfikacji pokazują głowę nie dupę! Przepraszam.
- A akta sprawy masz?
- Nie. Śledztwo w toku, standardowa śpiewka.
- No to masz zadanie. Dowiedz się czy miała kluczyk. To będę mogła określić na jakim była etapie.
- Etapie czego?
- Rekrutacji.
- To ci pomoże?
- Nie wiem. Justyna popełniła jakiś błąd. Ja muszę tego uniknąć. Może próbowała się wycofać. I to będzie wtedy istotna informacja, bo z kluczykiem wycofać się już nie da.  
- Kiedy ci …
- Kiedy mnie przypalał? Podczas drugiej wizyty w Żyrardowie.  
- To ten Artur?
- Tak. PAN Artur robi to osobiście. I od tego momentu jest twoim PANEM.  
- Czy, czy oni robią to siłą?
- Nie. Negocjujesz z nimi umowę. Korzyści mają być obopólne. Oni mają pewne oczekiwania, ale ty możesz mieć warunki. Dobrze żeby nie było ich zbyt dużo i żeby nie były specjalnie pruderyjne. Podczas pierwszej wizyty, przy której nie ma PANA Artura, dowiadujesz się kogo miej więcej szukają. Do czego jesteś im potrzebna. Drugie zaproszenie, jest już właściwie wstępem do rozmów. Bo jeśli przyjmujesz drugie zaproszenie, to jest sygnał, że jesteś zdecydowany. I teraz wszystko zależy od tego czy znajdziecie wspólny mianownik. Jeśli tak się stanie, to znaczy jeśli ty nie masz zbyt wielu warunków, a oni zbyt wygórowanych oczekiwań, zawierasz pakt z diabłem. A on wypala ci na skórze znak. Za twoją zgodą. Takie przypieczętowanie umowy. Na podwórku robiliśmy „ przyplute, przydeptane”, a tutaj taka technika.  
- Boże. Czemu nie powiedziałaś nic o tej pierwszej rozmowie?  
- Bo byś mnie przekonywał. Słuchaj, ja naprawdę chcę to doprowadzić do końca. Nie wiem jeszcze jak ten koniec będzie wyglądał, ale teraz zostawić tego nie mogę. Po pierwsze dlatego, że myślę, że bym tego nie przeżyła, po drugie dlatego, że musiałabym uciekać, bo przecież nie ułatwiałabym im sprawy, a ja nie cierpię oglądać się przez ramie. Po trzecie wreszcie i chyba koronne, przyznam nieskromnie, że chyba jestem jedyną osobą w mieście, która nadaje się do tego, żeby przynajmniej spróbować ich udupić. Inaczej będą kolejne Justyny. Potrafię traktować moją dupę przedmiotowo i korzystać z niej, jak z kubka do herbaty. Zasadami kieruję się w czasie pokoju, to natomiast jest wojna i obowiązuje tylko jedna reguła: nie dać się zabić. Reszta chwytów dozwolona.  
- Nie mamy innego wyjścia?
- Nie mamy. – Hej kto tu kogo miał rozgrzeszać, co? – Telefon ci dzwoni dziesiąty raz.
- Słuchaj, a ta umowa…
- Michał odbierz. I chodźmy stąd bo zmarzłam na kość. Ja przecież nie mam majtek.  
- Zaraz! Powiedz, czego oni od ciebie chcą?!
- Seksu, generalnie seksu. Mam tresować jakiegoś polityka. – I podaje mu srebrny pendrive – Masz. Tu opisane wszystko, co wydarzyło się do dzisiejszego poranka. Jeśli będzie taka potrzeba, to sam dopiszesz fragment o limuzynie. Nie chciałam wysyłać mailem. Nie jestem pewna, czy to bezpieczne.  
- Jaka potrzeba?
- Uzupełnienia materiału dowodowego.  
- Przestań. Nie jestem wstanie myśleć. Mózg mi puchnie.  
- No właśnie widzę jaki z ciebie herbatnik. Miejscami będziesz musiał chyba wprowadzić cenzurę, mogłam być zbyt dosłowna.  
- Może zostań dzisiaj w mieście, na noc. Przenocuję cię.
- Kusząca propozycja, ale wolę nie zmieniać zwyczajów, tuż po wizycie w limuzynie. Nie wiem co oni robią, ale jeśli mnie obserwują, to lepiej aby ich nic nie zaniepokoiło.  
- To cię chociaż odwiozę.  
- Odmawiam, z tego samego powodu.
- Odwoziłem cię już przecież i nie masz majtek.
- No nie wiem. Kiedy ty mnie ostatnio odwoziłeś?  
- No, będzie ze dwa miesiące temu.  
- Nie boisz się?
- Gangsterów czy ciebie?
- Przyznaj, że jesteś ciekaw, jak wyglądam w lateksowym kombinezonie.
- Jestem cholernie ciekaw. I przydałbym ci się.  
- …?
- No potrzebny ci trening, jeśli masz być wiarygodna.
- Nadawałbyś się do tego. Ale zdecydowanie w roli „PANA”. Te twoje nordyckie rysy. Gdybyś się jeszcze do tego nauczył kilku zdań po niemiecku… Uuua… A teraz chodź już z tego dachu, bo tu wieje, a ja nie mam majtek.  
Wrócili do biura. Co niektórzy skwitowali wymownym wzdychaniem i wywracaniem oczu. Zuza też pozwoliła sobie na kilka niestosownych gestów. Doskonale wiedziała, co sobie myślą. – Michał ją trzyma bo z nim sypia. - Prawda była taka, że nigdy nie uprawiali seksu. Znali się siedem lat, a połowę tego czasu pracowali ze sobą. Michał był osobą z którą potrafiła kooperować. Z innymi się nie udawało. Nawet naczelny nie potrafił trzymać jej w ryzach. Ale pozbywać się jej nie chciał. Przez jej potencjał. Dlatego dostał ją Michał. I musiał oswoić. Chwalić szorstko, ganić siarczyście, ale przede wszystkim nauczyć ogłady. Posługiwanie sztućcami miała opanowane, chodziło bardziej o opanowanie języka. W mowie i w piśmie. I może dlatego, że mu się to udawało, że potrafił się z nią obchodzić i nawet stawiał czasem na swoim, może to sprawiło, że koledzy uznali, że temperuje ją w łóżku. Teraz poziom podejrzliwości niebezpiecznie się podniósł, bo to co teraz robili, to od początku było inne. Tematy sama sobie przeważnie wymyślała, z tym przyszedł Michał. Zawsze miała wolną rękę, tym razem zażądał raportów, telefonów i maili. I miała się meldować w biurze raz w tygodniu. Żeby mógł ją na własne oczy zobaczyć całą i zdrową. Zgodziła się. Nie dla tematu. Dlatego, że poczuła, że ich relacje wkraczają na inny poziom. Skończyli z rywalizacją i zaczynali współpracę. Oboje byli siebie pewni. Oboje mieli dystans, a nie mieli ochoty na emocjonalną szarpaninę. Pozbierali rzeczy osobiste i udali się na parking. A niech ją odwiezie. Ostatecznie przecież był już u niej, w czasie kiedy znała PANA Artura. Chyba nic mu nie grozi.
- Nowe auto. A ła Lexus. To najbardziej snobistyczny samochód w Polsce.  
- No wiesz? No może i tak, ale go uwielbiam.
- Jak podjadę czymś takim pod blok, a oni mnie obserwują, pomyślą, że znalazłam klienta i dorabiam na boku. – Ten żart ich rozśmieszył. Powoli zaczęli się odprężać i lawina ruszyła. Wyli ze śmiechu nie mogąc się opanować.
- No już przestań. Aż tak śmieszne to to nie było. – I nowa salwa śmiechu. Kiedy przestali, bolały ich wnętrzności, od tego trzęsienia. Ale zeszło z nich wreszcie to napięcie, które wytworzyli na dachu. Całą drogę słuchali radia z hitami wszech czasów i śpiewali na całe gardło z Budką Suflera. Kiedy dotarli na miejsce było już ciemno.  
- Może lepiej nie wchodź. Pójdę sama i zadzwonię do ciebie jak będę w mieszkaniu.
- Nawet mnie nie denerwuj. Idę do ciebie na herbatę i koniec tematu. Masz przeze mnie wypalony na biodrze klucz. Gdyby to było możliwe chodziłbym teraz z tobą nawet do kibla. Ale wiem, że po pierwsze się nie zgodzisz, a po drugie niewiele w ten sposób zdziałasz. Jednak teraz mnie nie próbuj powstrzymać. Ja chcę, żeby wiedzieli, że jestem.  
- To nie jest twoja wina. To ja, ja sama pozwoliłam im na to. Zapamiętaj to, zrozum i daruj sobie. A teraz chodź. Ale ja chyba nie mam herbaty. Ostatnio proponowałam ją Gośce, ale to się chyba nie skończyło herbatą.  
- Nie szkodzi.
Weszli do klatki , potem do mieszkania i nie było żadnych incydentów. Nikt ich nie pobił, nikt do nich nie strzelał, nawet majtek nikt nie kazał ściągać. Herbaty faktycznie nie było. Zostało jednak kilka butelek wina po ostatniej wizycie dziewczyn.
- Zaproponowałabym ci wino, ale ty nie zostawisz Lexusa pod moim blokiem.  
- Otwieraj wino. Zostanę. Prześpię się na kanapie, pojadę jutro. I tak nie mam żadnych planów. Daj to wino. I odpal laptopa, to sobie przeczytam te twoje wypociny.  
Postanowiła przyjąć to do wiadomości. Nie miała w tej chwili szans wygrać z jego poczuciem winy. Niech zostanie, niech wierzy, że coś robi w tym temacie. Posadziła go przed komputerem z lampką wina, a sama wróciła do kuchni, żeby coś do tego wina zorganizować. Dobrze, że ostatnio zaczęła jeść, to i niespodziewani goście mogą coś dostać. Pokroiła na desce kilka serów, położyła obok kiść winogron – no, to jest chyba idealny zestaw do wina – nie ważne, że wino miała czerwone, winogrona białe, a sery zbyt intensywne. Zrumieniła tosty, posmarowała je pastą łososiową, pokroiła w trójkąty i poukładała połówki koktajlowych pomidorków. Przydałoby się jeszcze coś, ale w lodówce zostały już tylko parówki i jajka. Z jajkami za dużo roboty, a parówek mu po prostu nie da. On jeździ Lexusem.  
- Dokąd dotarłeś?
- …?
- No w moich relacjach? – I stawia na stoliku kawowym te specjały, co je właśnie wyczarowała.  
- Aaaa, w Żyrardowie jestem po raz drugi. To jest jedzenie? Ty to ugotowałaś?
- To nie jest ugotowane, tylko przygotowane. Pokrojone i położone, tyle. Czemu wszyscy robią takie sceny kiedy daję im jeść.
- Kiedy byłem u ciebie ostatnio, to w lodówce była tylko puszka żarcia dla kota.
- Nie martw się, nie dodawałam jej do niczego. To tylko ser i tosty, więc proponuję coś zamówić. Kuchnia chińska, japońska, turecka, włoska, polskiej na wynos nie polecam. Czekaj, nie mów, zgadnę. Pizza!
- Jak? Jak zgadłaś?
- Jeździsz Lexusem. Sam. Nie masz obrączki. Wysyłasz sygnał „poszukuję stałego związku”.
- Naprawdę? To jest aż tak czytelne? Kiedyś szukałem, już nie szukam.
- Michał, przecież ty nie masz problemu z poderwaniem dziewczyny. Ten bezkresny błękit twoich oczu, włosy jak rozświetlone łany sierpniowego zboża i ten zniewalający uśmiech, który trafia wprost do serca. Reszta też jest w porządku. – Oboje muszą się uśmiechnąć, po tej charakterystyce.
- Z dziewczynami jest ten problem, że chcą, poza tym wszystkim czego chcą, to jeszcze chcą ciebie. Twojej obecności i czasu.
- No to ci powiem, że ta teoria dotyczy znacznie szerszej grupy. Ludzie, człowieki chcą czasu i uwagi. Zamówię pizzę i pójdę pod prysznic, a ty wracaj do czytania, teraz będzie najciekawsze, a i jakby przyjechała pizza - to jej otwórz.  
I zostawia go sam na sam z laptopem. I udaje się do swojej ciasnej łazienki, w której upchała i wannę i prysznic. Nie było kompromisu. Ani prysznic z brodzikiem, ani wanna z kabiną, nie wchodziły w grę. Dlatego miejsca zostało tylko odrobinę na środku. Tyle, by się rozebrać, co też uczyniła i weszła pod strumień ciepłej wody. Stała chwilę z zamkniętymi oczyma i słuchała jak krople stukają o ścianki kabiny. Ulga. I odprężenie po całym dniu napięcia. Sięgnęła po żel, rozprowadziła go na dłoniach i zaczęła oczyszczający masaż, delikatnie ugniatając swoje ciało. - Matko, znowu mi jakaś krosta wyskoczyła, czyżby to znaczyło, że nie zakończył się jeszcze mój proces dojrzewania? – Może być odpowiada złośliwie sarkazm. – I te cycki. Kurwa znowu mniejsze. – A czego się spodziewałaś, trenujesz, to eliminujesz tłuszcz otaczający tkankę gruczołową, a że tej tkanki masz mało, to efekt jest, jaki jest. – Czemu, czemu cycki zawsze chudną pierwsze? Co to jest za zasada. Nie brzuch, nie dupa, tylko cycki, piersi. Jakim to podlega regułom? No gdyby zaczynać od góry, to najpierw powinien znikać podbródek- ten drugi. Potem te wałki z ramion i dopiero cycki. Od dołu, to jeszcze dłuższa droga. Łydki, uda, biodra, dupa, brzuch i dopiero cycki. Więc czemu? Dlaczego chudnąć zaczynamy pośrodku ciała?  – Nie podoba jej się to, bo piersi to by sobie akurat zostawiła. Wychodzi z kabiny, wyciera się bardzo dokładnie i zakłada swoją ulubioną kraciastą piżamę z cieniutkiego płótna. Piżamowe szerokie spodnie i koszulę z długim rękawem. Nie zamierza przecież nikogo uwodzić. Zastanawia się nad odrobiną perfum, ale może lepiej nie. Niech zostanie po prostu czystość – szampon i żel. Kończy czesać włosy, kiedy do jej uszu dociera dźwięk domofonu, pośpieszne kroki Michała, a po chwili słyszy jak odbiera ich pizzę od dostawcy. Dziwnie jest tak stać w łazience i słyszeć z głębi domu odgłosy innego człowieka. Bywają tu dziewczyny, ale one to coś zupełnie innego. Mieszkała z nimi. Są jakby innymi wersjami jej samej. A to, to jest jakby nie było obcy człowiek. I do tego facet.  
- Piżamka w kratę?
- A co? A czego się spodziewałeś?
- Właściwie nie wiem. Jestem właśnie po wirtualnej wizycie w pokoju 227, więc czegoś w temacie, może gorsetu?
- Zapomnij.  
- Wiesz, nie umniejszam twoim zdolnościom, wierzę w twój talent, ale wzięłaś faceta z zaskoczenia i jeszcze ta tajemnicza atmosfera. To jest ledwie liźnięty temat. Ten polityk, tego wszystkiego się spodziewa. Moim zdaniem, musisz się zagłębić w temacie. I powinnaś ćwiczyć.
- Wiem. Mam nadzieję, że chociaż będzie przystojny. Na szczęście to BDSM. Ostatecznie mogę mu założyć jutowy worek na twarz i wyobrażać sobie, że bzykam się z Dikaprio. Tylko czy po tym wszystkim domyję zęby. Rany, wiesz co jest najgorsze?
- Miałbym kilka pomysłów?
- Z racji tego, czym się zajmuję, znam wszystkich posłów obecnej kadencji. Nie widzę wśród nich kandydata, do tej zabawy.  
- Wiesz, to że polityk to nie znaczy, że poseł.
- No tak, masz rację tylko, że wydaje mi się, mam nieodparte wrażenie, że coś takiego słyszałam.  
- Jak przykułaś go do ściany?
- Co?
- Pokój 227. Kajdanki zawieszone na ścianie?
- Mam ci zdradzić moje metody operacyjne?
- Zastanawiam się czy potrafisz posługiwać się wiertarką?
- Potrafię posługiwać się mózgiem, wtedy wiertarka nie jest potrzebna.
- To trochę wyje, ściągnęłabyś na siebie uwagę obsługi.
- Nie robiłam, żadnych dziur. Skorzystałam z już istniejącej. W użytkowanym pomieszczeniu zawsze przecież są jakieś dziury w ścianie. Ja potrzebowałam sporej. Wykorzystałam tę, która była wywiercona pod lustro. Z wielką ciężką metalową ramą. Musiałam tylko wydłubać stary kołek, wbić mój zestaw z haczykiem i gotowe.  
- No to się room serwis zdziwił.  
- Leje na to nie wybieram się tam więcej. Jedz.  
- Masz serwetki?
- Serwetki? Nie no, to jeszcze nie ten etap. Przyniosę chusteczki higieniczne. Serwetki. Lexus.  
- Trzeba to zredagować, w tej formie, to się do druku nie nadaje.
- Wiem. – I podaje mu chusteczki. – Zdaję sobie sprawę. I zrzucam to na ciebie. Ja ci będę zapewniać materiały do redagowania.  
- Martwi mnie to. Niby robi się takie rzeczy. Włazi między różne szumowiny, kumpluje z podejrzanymi typami, pcha się za materiałem nawet na wojnę, jednak odnoszę wrażenie, że to jest dużo bardziej niebezpieczne.  
- Przez to, że nadal mamy tyle niewiadomych. A niewiedza jest wybitnie przerażająca. Ale nie będziemy się nakręcać. Jest ciemno, późno, budzą się demony. To my chodźmy spać. Możesz dostać ręcznik i pościel. Szczoteczki dla ciebie nie mam – to nie hotel. Majtek ci nie pożyczę. Ale czekaj, chyba mam T-shirt w twoim rozmiarze.
- Nie będę spał w koszulkach po twoich chłopakach.
- Myślisz, że trzymałabym takie trofea? To nie po chłopaku, to jest materiał reklamowy. Dostałam go do karmy dla kota.
- To oddaj kotu.  
- O, ooo mam. Zobacz jaka kicia. Sama raz w nim spałam. Jest wyprany. Pachnący.  
- Daj tę koszulkę.  
- No to zmykaj pod prysznic, a ja ci tu przygotuję kanapę.  
Pościel dla gościa miała, nie dlatego, że była taka przewidująca, tylko dlatego że Gośka to przewidziała. To znaczy nie wizytę Michała, tylko swoją i Edyty i była pewna, że kiedyś musi się któraś skończyć na kanapie.  
- Jestem. I mam kota.
- No. Wiem, na pierwszy rzut oka widać. Ta kanapa, nie potraktuje delikatnie twojego kręgosłupa.  
- Będzie dobrze. W porządku.  
- Wyprostuje cię rano masaż w Lexusie.  
- Wnikliwy z ciebie obserwator.  
- Muszę dostrzegać okazję tam gdzie inni widzą gruzy i wypaloną ziemię. Dlatego mnie jeszcze trzymasz. Dobranoc.  
- Dobranoc.
Poszła jeszcze do łazienki wyszorować zęby i do wysiusiać się po winie. Po powrocie pogasiła światła i pokój ogarnęła ciemność. Nie taka zupełna, bo za oknem świeciły się osiedlowe latarnie. Wskoczyła do łóżka i omotała się szczelnie kołderką.  
- Zuza…
- W porządku, jest w porządku i będzie też w porządku – zobaczysz. A teraz śpij.  
Budziła się powoli. Tak wolno, że chyba nawet przebiła swojego kota, który w odkładaniu budzenia na później, jest mistrzem świata. Chyba coś słyszała, ale czy to była rzeczywistość, czy jeszcze mara senna nie miała pojęcia i ochoty by to wyjaśniać, skoro stan letargu był taki mięciutki, ciepły i bezpieczny. Dopiero głos Michała, zmusił ją do reakcji.  
- Chyba ktoś puka.
Puka? O tej porze? Jak to Jehowe, to ich przeklnę do siódmego pokolenia. Chciałam jeszcze poleżeć. – Marudzi w duchu, ale zwleka się i idzie do drzwi, do których ktoś się coraz głośniej dobija. – To nie Jehowe, zna to subtelne walenie. Za drzwiami stoi Gośka i Edyta. – O kurwa! – A ona uświadamia sobie, że na kanapie śpi facet. – O w mordę, jak mogłam o nich zapomnieć.- I co teraz? – Drzwi znowu zostały potraktowane pięścią, a ona aż podskoczyła. – No przecież jestem dorosła, odpowiedzialna i wolna, nie muszę ukrywać go w szafie. Chociaż… nie. Kazać mu się ubrać? – Nie, niech leży, niech go zobaczą na kanapie. Otwiera drzwi i przyjmuje gości, bo nie ma innego wyjścia, te goście nie przyjmują odmowy.  
- Cześć słonko. Coś ty taka jeszcze nie ogarnięta? Zuza już dziesiąta? – Małgosia jak zwykle wie, o której należy być ogarniętym.
- Która?  
- No, miałyśmy przyjechać wcześniej, ale nie odbierałaś wczoraj wieczorem telefonu, to pomyślałyśmy, że pewnie piszesz te swoje tajemnicze historie, i pewnie ci się zejdzie do połowy nocy, to damy ci pospać i przyjedziemy później.
- Tak pomyślałyście?  
- No. Zakupów też pewnie nie zrobiłaś? Jak zwykle prawda? Wiesz co, kupimy ci może taką lodówkę, co ma dostęp do internetu…
- Na cholerę w lodówce internet?
- Bo ją z tym internetem konfigurujesz, wybierasz sklep i sama ci organizuje dostawy. Sprawdza czego brakuje, wysyła listę do sklepu, a sklep kuriera do twojego domu.  
- Gosiu, masz taką lodówkę?
- Tak.  
- To ją oddaj.
- Czemu?
- Bo tęsknisz za zakupami. Kiedyś robiłaś mi zaopatrzenie raz w miesiącu, teraz organizujesz dostawy dwa razy w tygodniu. – Stoją w kuchni, we dwie i rozpakowują zakupy zrobione metodą tradycyjną.  
- Gosiu, pozwól tu na chwilę. – Głos Edyty przerywa ich paplaninę, a dodatkowo brzmi podejrzanie wesoło. Zuza domyśla się oczywiście, że Edyta znalazła Michała. Gośka natychmiast porzuca dotychczasowe zajęcie, bo i ona wyłapała tajemniczą nutkę pobrzmiewającą w tym krótkim zdaniu. Staje w drzwiach, obok Edyty i przyglądają się kanapie. Na kanapie leży kołdra i oczy Michała.
- Facet. – Błyskotliwie zauważa Gosia.
- Aha. Fajny.  
- Skąd wiesz? Widać tylko oczy.  
- Nie no, blondyn, szczupły, wysoki. – Edyta się na nich zna.
Michał postanawia zachować się wreszcie jak mężczyzna, wyłazi z pod kołderki i staje przed nimi na baczność.
- Dzień dobry, jestem Michał.
- On ma kota. – Spostrzegawczość Gosi jest we wzwodzie.  
- No. – Natomiast inteligencja Edyty w wiadomym miejscu.  
- Napije się pan kawy, panie Michale?  
- Jest pan głodny? – I prawie przygryzła wargę.
- Edyta!
- No co.  
- To jest być może chłopak twojej przyjaciółki.
- To nie jest mój chłopak. – Wtrąca się Zuza.
- Nie jestem niczyim chłopakiem. – W tej samej chwili dodaje Michał i nastaje cisza.  
- Uważaj z takimi wyznaniami, bo nim opuścisz moje mieszkanie to możesz już być szczęśliwym, bądź nie, posiadaczem dziewczyny.
- Ponieważ to nie ja jestem kandydatką do tego tytułu, zajmę się kawą i śniadaniem.  
- Gośka, ty podstępna ruda lisico, niezła strategia, przez żołądek do serca. Pomogę ci. – Mają niezły ubaw. Kosztem Michała oczywiście, ale Zuza uznaje, że on to zniesie, ma twardą psychikę. Poza tym, sam się prosił.  
- Mężczyzna u ciebie.
- Nie u mnie, tylko na kanapie.  
- To dobrze wiesz, bo ja już podejrzewałam, że jesteś w trakcie procesu zmiany płci. Dziwaczne zachowania, utrata wagi, eliminacja piersi…
- Nie wyeliminowałam ich specjalnie! To efekt uboczny, boleję nad ich utratą.  
- No to przecież mówię, że dobrze. Kto to jest?
- Przecież się przedstawił. Michał, mój przełożony, z redakcji.  
- Przełożony? Wielokrotnie?  
- Bez podtekstów. Nic z tych rzeczy nie miało miejsca. Spałam z Mietkiem. Nadal okupuje moje łóżko, myślisz, że gdybym uprawiała w nocy gimnastykę, Mietek by się temu spokojnie przyglądał w nogach łóżka?  
- Mógł przyjść nad ranem, Michała mogłaś wyrzucić na kanapę jak usłyszałaś pukanie. Chociaż to trochę bez sensu.  
- Bardzo bez sensu. Mniej gadania by było, gdyby leżał w moim łóżku.  
- No to czemu tam nie leżał?
- Bo to mój szef.?
- Czyli, że nic do niego nie masz?  
- Nie.
- Ani on do ciebie?
- Ani on do mnie.
- Jest wolny i sam na sam z Edytą. To jest, ten Michał, w tarapatach obecnie.
- Niech sobie radzi. To duży chłopiec. Mogłaby z nich być świetna para. On nie ma czasu dla kobiet, a ona go nie potrzebuje. Korzysta tylko ze sprzętu, to na tę chwilę zespolenia, to by się gdzieś dorwali.
- Zuzia, pójdę sobie. Zostawię was. – W drzwiach kuchni staje ubrany tak jak wczoraj Michał, a za jego plecami jak cień skrada się Edyta.
- Niech pan zostanie. Kawka się już parzy, zaraz zorganizujemy obiecane śniadanie. – Gośka dalej próbuje przez żołądek.  
- Dziękuję. Innym razem. – Konsternacja dziewczyn, jest niemal namacalna.
- Czekaj odprowadzę cię.  
Wsuwa na stopy swoje letnie klapki. To taki proces. Niemal każde tak dokonują żywota. Służąc jej przez jesień i zimę do wyrzucania śmieci. Wiosną ze śmieciami wyrzuca stare klapki i kupuje nowe. Więc tak, letnie klapki, do tego puchowa kurtka i mogłaby wychodzić, ale czeka jeszcze, bo on nie jest taki sprytny i nie chodzi w klapkach w listopadzie. Po krótkiej chwili wychodzą na klatkę. Opuszczają ją w milczeniu. Dopiero na dworze, pod drzwiami samochodu Michał pyta:
- A one wiedzą?
- Nie.
- To dobrze?
- Nie wiem. To znaczy wiedzą, że robię w pracy coś dziwnego.  
- Zastanawiam się po prostu, czy są bezpieczne.  
- Przecież nikt ich nie zwerbuje na siłę.
- Wiesz, że nie o to mi chodzi.
- Wiem. No dobrze pomyślę.
- Dzwoń do mnie codziennie.
- Nie ma mowy.
- Dlaczego?
- Nie będę karmić twojej paranoi. A jeszcze zapomnę, telefon się rozładuje i będę miała na głowie brygadę antyterrorystyczną, zmobilizowaną przez ciebie.  
- To ja będę dzwonił, a ty po prostu odbieraj.  
- Ok. Jedź już, bo marznę.  
- No to pa.
- Cześć.  
Wróciła do mieszkania, do kuchni, na przesłuchanie. – No teraz się zacznie. – Myśli sobie i wchodzi w paszczę lwa. Dwóch lwich samic.  
- Zuzia? – piszczy Gośka.
- Innym razem? – dodaje Edka.
- No przecież ta „Zuzia” to mnie niemal rozczuliła. Ooo, kłamczuszyło się „nic nas nie łączy”, akurat.  
- Gosiu, to nie miłość, to troska.  
- Troska to też miłość. A jeszcze jak fajnie zrobiona. Te biodra, ramiona, te oczy.
- Ciekawa kolejność.  
- „Innym razem” mam rozumieć, że były już jakieś razy? I że jeszcze będą? – Edytę bardziej interesuje strona techniczna.
- Byłam wczoraj w biurze. Z kolejną porcją materiału. Michał mnie odwiózł. Napiliśmy się wina i został na kanapie. Tyle. Naprawdę tylko tyle.  
- Dziwne to wszystko. Twoje zachowanie, niewykorzystany Michał. – W Gośki głosie też jest troska.  
- Dajmy temu spokój. Możemy? Lepiej mi powiedz co to jest za nowe ustrojstwo w mojej kuchni?
- To jest czajniczek do herbaty.
- A po co mi do niego znicze?
- Podgrzewacze głąbie. Żeby zapewniały optymalną temperaturę. W czajniczku zaparzasz herbatę i odstawiasz na podstawkę. Zapalony podgrzewacz wstawiasz pod spód i cieszysz się ciepłym naparem do ostatniej kropli.    
Połowa rzeczy w jej mieszkaniu była przywieziona przez Gośkę. Sama w życiu nie wpadłaby na to, że jest jej potrzebna wirówka do sałaty, albo gilotyna do jabłek. Ma na stanie jakieś dziwaczne łyżki, pogrzebacze, dziurawe miski, których nie potrafi używać i jeszcze wiele innych rzeczy, które przyniosła Gosia i nawet nie była łaskawa pokazać, jak to działa. Szczerze powiedziawszy do tej pory nie bardzo była świadoma stanu posiadania. Dopiero jak zaczęła przyrządzać posiłki, otwierać szafki i szuflady odkryła, że są w nich rzeczy. Rzeczy, które pierwszy raz na oczy widzi, których na pewno nie kupiłaby po pijaku, a to jedyna opcja, żeby tego nie pamiętała. Jedynym sensownym wyjaśnieniem jest Małgorzata. Ale nie będzie teraz drążyć tematu. Chce żeby sobie jak najszybciej poszły. A potem będzie piekła. I musi pomyśleć. Zjada, bez szemrania, jakąś otrębową paćkę oczyszczającą, przygotowaną przez Gosię na śniadanie. Potem uczy się obsługiwać czajnik i słucha jak powinna dbać o czystość piekarnika. Edyta się nie odzywa, tylko obserwuje, do pewnego momentu. Jej obserwacje chyba przyniosły wnioski, bo w końcu przerywa Gosi opowieść, o otrębach pokonujących mozolnie jelito grube i przynoszących błogie oczyszczenie. W samą porę. Zuza nie chciała znać zakończenia tej historii.  
- Zbieraj się Gocha.  
- Już?
- Już. Przypomniało mi się, jestem umówiona na paznokcie. Odwiozę cię.  
- Przecież masz idealne, świeżutko wypiłowane szpony. Aaaa, rozumiem.  
- No to chodź. Suzi jeśli będziemy potrzebne to zadzwoń.  
- Ok. Dzięki.  
No to poszły. Jak chciałaś. To do dzieła. Myśl. – Pastwi się nad nią i sarkazm i ironia. Ale od czego zacząć? Może od tego ciasta. Tak, ubierze się i pójdzie do galerii. Skończył jej się szampon i krem na twarz, a Małgorzata nie przywiozła. Kupi jeszcze mąkę, kakao, jajka, masło i powidła. I zagniecie kruche ciasto. Ale przede wszystkim wyjdzie na chwilę na zewnątrz i złapie oddech. Michał wyraził na głos obawy, które ona starała się zamiatać pod dywan, z własnego sumienia. Teraz ktoś jej zwinął dywan i poszedł go trzepać. Obawy natomiast leżą jak na dłoni i już nie sposób udawać, że nie istnieją. – Idź do tego sklepu kobieto. To, że się przewietrzysz na pewno nie zaszkodzi.- Podpowiada instynkt, a ona ma zamiar go posłuchać. Ubiera się w to wszystko, w co trzeba ubrać się w listopadzie i wychodzi.  
Zakupy się udały. Skorzystała z promocji na krem. Kupiła wszystko co nadaje się do wlania do wanny. I nawet humor jej się trochę poprawił. I oto kolejna zagwozdka. Dlaczego wydawanie pieniędzy jest przyjemne. Przecież zdobywamy je w takim trudzie. Poświęcamy temu czas, okazję do zabawy, kontakty towarzyskie, a nierzadko także rodzinę i zdrowie. A potem idziemy do sklepu i zostawiamy tam, te nasze dni zaorane i jeszcze nas to cieszy. Czemu? Pogrążona w tych nieistotnych rozmyślaniach, nie zauważa idącego za nią dwumetrowego jegomościa, któremu wszyscy klienci galerii schodzą z drogi. A że ona idzie przed nim, to siłą rzeczy omijają i ją. W końcu coś do niej dociera. Czemu ci ludzie zachowują się jak śnieg.? Kiedy się w niego wjedzie pługiem do odgarniania. – Może masz pług. - Podpowiada instynkt. – Rozejrzyj się. – Ale to już zbyteczne. Na pewno ma pług i już wie gdzie go ma i gdzie ją spycha, a raczej do kogo.  
- Panno Weber.
- Panie Arturze, śledzi mnie pan?
- Wolałbym określenie – pilnuję. Jak inwestycji.  
- Raczej jak psa. Mogę wybrać kolor obroży? Doczekam się smyczy? – Smyczy się nie doczekała, natomiast w czasie krótszym, niż mrugnięcie oka, otrzymała siarczysty policzek od swojego rozmówcy. I co ciekawe, nikt w galerii tego nie zauważył. Dłoń Pana Artura sprawiła, że połowa twarzy pali żywym ogniem, oczy robią się wilgotne, a ona bardzo nie chce aby wypłynęły z nich łzy i przetoczyły się widowiskowo po policzku. Kiedy jej głowa wraca do pozycji wyjściowej, pod przymkniętymi powiekami, stara się swój wzrok przyodziać w godność. A jednocześnie ukryć całą resztę uczuć, które w tej chwili do niego żywi. Cieszy się cholernie, że w obu rękach ma siatki, gdyby nie to, to rąk by przy sobie nie utrzymała. A przecież nie może uderzyć swojego PANA!  
- Ubawiona, pani redaktor? Myśli pani panno Weber, że to zabawa? Że kilka nocy na ulicy, przygotowało panią na wszystko? Że wystarczy wziąć porządną kąpiel, jak po tych pani „Obywatelach Bezdomnych” i po sprawie? Ta historia będzie miała więcej wątków. Zaskakujące zwroty akcji. Ale przede wszystkim będzie taka - życiowa, o życiu. O pani życiu. Od pani zależy los głównej bohaterki. Dobrze by było, żeby pani to zrozumiała – szybko. Szkoda mojego czasu. Mamy umowę. Uprzedzam, że aneksów nie uznaję. Nieposłuszeństwa także. A teraz czekam na jakąś błyskotliwą ripostę.  
A ona starała się tylko ustać na nogach. Szczerze powiedziawszy przydałyby się jakieś blokady w kolanach, bo czuła, że nad nimi nie panuje. Jak w tej sytuacji się odezwać? Mniejsza już, o tę zupełnie pustą, pustkę w głowę, ale jej głos, czy on w ogóle zabrzmi? Zapiszczy? Zachrypi?  Całe jej wnętrze, to które określa się mianem duszy, nastroju, charakteru, samopoczucia, czy ego, to wszystko co jest napakowane emocjami, było w tej chwili plątaniną furii i strachu. – Pozbieraj się i spróbuj zagrać tę nonszalancję, którą go do tej pory częstowałaś. – Błagał instynkt, a sarkazm i ironia nie mieli nic do powiedzenia.
- Będzie ciężko. Nie spodziewałam się. Sadziłam, że śmieszą PANA moje żarty. Mam przecież takie inteligentne poczucie humoru. Przy okazji, zapewniam, że nie jest PAN pierwszym, który miał ochotę to zrobić, ale pierwszym, który to zrobił.  
- Trenuje pani?
- Co takiego?
- Rolę swoją. Tak wiem o wczorajszej wizycie, która przeciągnęła się do dzisiejszego poranka. Przy okazji nalegam, aby pani nie eksploatowała swojego ciała nadmiernie.  
- Nadmiernie? Raz na dwa miesiące to chyba nie jest „nadmiernie”. Poza tym ćwiczyć muszę jak PAN sam zauważył. Nie mam doświadczenia. – Grzeczniej, kurwa grzeczniej! – Opieprza ją instynkt i mało nie dostaje zawału.  
- Za to ma pani intuicję i charakter. Nawet teraz próbuje pani dominować. Co utwierdza mnie w przekonaniu, że mój wybór był słuszny. Jeśli pani chce, mogę zapewnić kogoś do ćwiczeń.  
- Nie, dziękuję. Mam własnych kandydatów.  
- Doprawdy? Ten pan Michał, to chyba niewiele więcej zniesie.  
- Mimo to dziękuję. Wolałabym sama zapewniać sobie materiał szkoleniowy.  
- Jak pani chce, ale proszę się przyłożyć. Ma pani miesiąc. Oczekuję klasy, kreatywności, inwencji, pewności siebie. Proszę zgłębić temat i uruchomić wyobraźnię. To wymagający klient.
- Nie powie mi PAN, kto to?  
- Jeszcze nie.
- Gdybym to wiedziała, miałabym większe szanse sprostać oczekiwaniom.  
- Wiem. Dowie się pani odpowiednio wcześniej. A tymczasem, proszę spróbować wejść w rolę. Na zakupy się wybrać. Kajdanki i szpicruta, to jak zestaw do piaskownicy. Pomóc z zakupami?
- Dziękuję poradzę sobie.  
- Tego oczekuję. W takim razie do zobaczenia.  
- Do widzenia.  
Po tym uprzejmym pożegnaniu, nie oglądając się już na nic, wychodzi z holu wyjściem bezpieczeństwa prosto na deszcz. Bardzo dobrze. Niech moknie, niech leje na nią ten deszcz i niech ugasi, albo chociaż przygasi płonącą żądzę zemsty. To on tak może? Pewnie, że może, a kto mu zabroni. Ale w biały dzień w centrum handlowym... i nikt, ale to zupełnie nikt nie zareagował? Może lepiej, że nie zareagował, bo jeszcze byś musiała powiedzieć, że wszystko jest w porządku. Goła głowa, rozpięta kurtka, twarz na której z pewnością odbita jest jego ręką... Wraca do domu i próbuje nie robić tego biegiem. Przekłada siatki do lewej ręki, a prawą gmera w kieszeni kurtki. Wyjmuje telefon i ogląda się za siebie. Chce się upewnić czy przypadkiem za nią nie idą. Dwa metry Leona trudno nie zauważyć i trudno ukryć, więc skoro ich nie widzi, to chyba za nią nie idą. Mija kolekturę Totolotka. A może by tak zagrać. Ostatnio ma takie szczęście. Zagrać, wygrać i wyjechać. Do Argentyny kurwa. Naciska w telefonie zieloną słuchawkę i podnosi go do oczu, żeby zlokalizować na liście Michała. Znajduje go i naciska zieloną słuchawkę raz jeszcze.
- Michał? On wie, że jestem z gazety, wie o „bezdomnych”, o tobie. Wie, że u mnie spałeś, myśli że cię ćwiczyłam, nocka na kanapie zrobiła swoje, wyglądałeś jak nieszczęście… Udawałam, że wcale mnie to nie zaskoczyło… Nie wiem… Nie, nie przyjeżdżaj, po co… Nic się przecież nie stało, pogadaliśmy chwilę. Po prostu chciałam, żebyś wiedział, że spełniło się twoje życzenie – wiedzą o tobie, znają cię przynajmniej z imienia. To tyle… Na pewno. Cześć… Nie przyjeżdżaj.  
I dalej wraca do domu. Ale przynajmniej już nie musi myśleć. Klamka zapadła. Instynkt całą drogę pastwi się nad nią bez litości. - Musisz je ostrzec. Miej na tyle przyzwoitości. Powiedz im z czym mają do czynienia. Bo mają. Nawet jeśli nie podoba ci się ta rzeczywistość, to właśnie tak wygląda. Dostałaś od niej w twarz. Musisz powiedzieć w jakie bagno wdepnęłaś. Ostrzec je żeby nie podchodziły za blisko, bo jeszcze je wciągnie. - Wchodzi do mieszkania, rzuca siaty na podłogę, zamyka za sobą drzwi i dwa razy szarpie za klamkę, żeby sprawdzić, czy na pewno się nie otworzą. Jeśli ktoś będzie szarpał za klamkę. Znowu wyjmuje z kieszeni telefon. Ciągle ma starą Nokię. Taką w rozmiarze czekoladowego batonika. I to nie Kinder Bueno, raczej Bajeczny. Zaczyna pisać SMS-a wybierając pojedynczo każdą literę na klawiaturze. Kiedyś pomagał jej pisać ten system, co to sam układa wyrazy. Ale po przedawkowaniu wina, wyłączyła go jakoś i nie potrafi ponownie zmusić do współpracy. Nikogo o pomoc nie poprosi, bo nikt nie wie, jak to jej urządzenie działa. No to takiego dłuższego SMS-a pisze pół godziny. Ale robi to tylko w ostateczności. Jak już musi. Przeważnie dzwoni. Teraz są takie atrakcyjne pakiety. Tyle, że akurat teraz nie chce dzwonić. Nie w tym stanie. Jeszcze zaczną coś podejrzewać, Gośka podniesie alarm, i zjawią się zdenerwowane, i za szybko. A to przepis na katastrofę. Musi uniknąć paniki. Upiecze placek. – No, to je na pewno uspokoi. – wtrąca się sarkazm. SMS – po długiej nierównej walce z klawiaturą wysyła wiadomość o treści: Muszę z wami pogadać koniecznie dzisiaj. Może być u mnie o 18:00. – Specjalnie nie ma w tym zdaniu znaków zapytania. Potem przycisk wyślij. No jak do kogo - do obu. Po okiełznaniu wygenerowanej przez ludzkość techniki, siada na szafce z butami i pozwala sobie na zwolnienie blokady. I jest jak w Totolotku, tyle że tam kulki, a u niej trzymane pod powiekami łzy. Wypadają wszystkie naraz z kanalików łzowych i zalewają jej oczy, zaczyna mrugać, aby się ich pozbyć, aby przetoczyć je na policzki. Są takie ciężkie, jakby były ołowiane, przyklejają się do rzęs i nie chcą spadać na skórę. Strąca je wierzchem dłoni i pozwala sobie przy tym na szloch. Kiedy dociera on do jej uszu, jest przerażona. Matko, to ona! Wyje, dusi się, nie wiadomo jak to nazwać. Podnosi tyłek z szafki i pędzi do kibla. Musi zwymiotować. Śniadaniowa papka oczyszczająca, postanowiła darować sobie długą mozolną drogę przez jelita. – Niech to jasna cholera! Tak się urządzić! – Klnie głośno. I wcale nie ma na myśli rzygania. Siedzi na zimnych kafelkach w łazience i powoli odzyskuje nad sobą kontrolę. Proces ten przerywa pikający w przedpokoju telefon. Chwila ciszy i pika po raz drugi. – No to mamy komplet odpowiedzi. To już warto wstać. – Edyta napisała, że będzie. Gosia natomiast, że ma randkę. Chciał, nie chciał trzeba pisać kolejnego smsa. Normalnie to by zadzwoniła i przywołała ją do porządku. Ale tym razem nie jest normalnie. Poza tym wymiotowała i  jeszcze nie zdążyła umyć zębów. Więc pisze: Odwołaj randkę to jest ważniejsze. – Znowu siedzi na szafce z butami, z telefonem w ręku. Po chwili dostaje odpowiedź: Są szanse na sex? - I odpowiada: Słuchaj, orgazmu ci nie gwarantuję, ale może poczujesz się wykorzystana. Edyta będzie. – Mija kilkanaście sekund i dostaje powiadomienie: Będę. To już jest jakiś konkret. One będą o osiemnastej, a ona nie będzie się migać. Rozgląda się po przedpokoju i zaczyna zbierać rozrzucone po podłodze zakupy. Ciasto. A właśnie, że zrobi to cholerne ciasto. Bo jest w tej chwili jedynym normalnym zajęciem w jej pokręconym chwilowo życiu. Miejmy nadzieję, że tylko chwilowo. – Nawet jak ta przygoda nie skończy się dla ciebie śmiercią, ani kalectwem, to na pewno za jakiś czas znowu wymyślisz coś, co prostuje włosy łonowe.- Kwituje ironia i trudno jej się z nią nie zgodzić.  
Stoi w kuchni, gapi się w okno przy zgaszonym świetle. Dochodzi 18:00. Tyle, że robi to bardzo powoli. Lustruje parking przed blokiem. Czarnej limuzyny nigdzie nie widzi, ale to przecież nie znaczy, że nie ma ich gdzieś w pobliżu, że nie czają się ukryci w którymś cieniu. Mało to cieni o tej porze roku i dnia. Szukała limuzyny, ale dostrzegła Toyotę. Przyjechały. Wysiadły z samochodu i przeszły w stronę klatki. Domofon zapiszczał, oznajmiając że ktoś użył jej kodu i na schodach rozległy się odgłosy kroków. Podeszły do drzwi, ale nie zdążyły zapukać. Zuza otworzyła je dokładnie w momencie kiedy, Gosia uniosła rękę z zamiarem pukania.  
- Znowu coś piekłaś. To się robi niebezpieczne. – Zauważa Gośka. Wszystkie trzy znajdują się nadal w przedpokoju. Dziewczyny zdejmują okrycia wierzchnie, a Zuza rygluje drzwi czterema metalowymi bolcami i szarpie dwa razy aby mieć pewność, że się nie otworzą, kiedy ktoś będzie za nie szarpał.  
- Istotnie. – Zuza nie ma zamiaru dłużej fałszować rzeczywistości.  
- Jak to jest poważne? Wiem, że bardzo. Skąd wiem? Z twojego zachowania wyczytałam. Zwołałaś zebranie w trybie pilnym. Ja tak robię, Edyta tak robi - czasem, ale ty się przecież zachłysnęłaś samodzielnością. Napisałaś SMS-a. Nigdy wcześniej nie dostałam od ciebie SMS-a. Edyta pisze SMS-y, ja czasem piszę SMS-y. I jeszcze to zafajdane ciasto. Co tym razem? Czekoladowe Brownie?  
- Gosiu nie krzycz na razie. Jeszcze będziesz miała okazję. I kilka lepszych powodów. Jeszcze się dzisiaj nakrzyczysz.  
- No teraz, to mnie zatkało.
- Ale jakoś tak nieskutecznie. Idźcie do pokoju, a ja przyniosę wino. – Jak na razie reagują prawidłowo. Psychiatra nie pozostawia złudzeń, że ma poważny problem, a adwokat się nie odsłania, tylko czeka na zeznania. No właśnie, zeznania. Może wino pomoże.  
- Już jestem. – Zuza pochyla się nad stolikiem i nalewa wina do kieliszków. Po same brzegi.
- Wymowne. – Komentuje Gośka i dodaje – Czekamy.
- Zrobiłam coś.  
- O matko! Zabiłaś kogoś, tak?!  
- No jasne, a ciasto upiekła na stypę. Gośka zamknij się wreszcie i daj jej powiedzieć! – Edyta traci cierpliwość.  
- A co tu gadać? Nie widzisz co się dzieje. To jakaś poważna sprawa i pewnie ja mam poświadczyć jej niepoczytalność, a ty poinstruować ją co ma robić.
- Zrobiłabyś to? To znaczy, poza całym absurdem tego twojego pomysłu, czy udokumentowałabyś moją niepoczytalność?
- Tak. Bo ja wierzę, że ty naprawdę bywasz niepoczytalna.  
- I chyba nawet mam dziś dla ciebie dowody.  
- Teraz, to ci się udało przywołać moją gęsią skórkę. Co tym razem? – Głos Edyty jest chłodny, rzeczowy, prawniczy.  
- Pamiętacie Justynę z mojej redakcji?
- Jasne. Ta zamordowana dziewczyna, znaleziona w Warszawie w fontannie.
- Dokładnie. To ja właśnie znajduję się chyba w miejscu w którym ona straciła życie.  
Cisza, ale nie z tych, co je ktoś makiem zasiał. Cisza w tym sensie, że nie padają żadne słowa. Padło jednak na wino i nastąpiło pośpieszne opróżnianie kieliszków. Konsternacja. Wymiana spojrzeń i cisza wymowna. Trwa to jakiś czas. Dłuższą chwilę.
- Gosiu dolać ci? – Milczenie, choć było wymowne, przerywa Edyta.
- Nie. Nie mam zamiaru się upijać w tych okolicznościach.  
- Jakich?
- Edi, nie przesłuchuj mnie.  
- Przepraszam, to nie miało tak zabrzmieć. Chciałam tylko ustalić o jakich okolicznościach mówimy.  
- To dowcipne miało być, zabawne, może rozładowujące atmosferę?  
- Nie!  
- To skąd pomysł, że wiem coś o tych okolicznościach! Skąd niby. Przypominam ci, że obie tu siedziałyśmy, przy takim samym winie, kiedy wyjaśniała, że praca, że proces tworzenia, że dowiemy się pierwsze.  
- A dowiemy się?
- No kuźwa. Jesteś najlepszym dowodem, że natury nie oszukasz. Spłodzili cię sędzia z mecenasem i wychowali jak rasową papugę, ale wyłącz to na chwilę. Jak ze mną gadasz.  
- Chyba nie potrafię. Gosiu, ja cię proszę zrób jakąś analizę sytuacji, czy coś.  
- Mogę? Bo poprzednio nie mogłam. To teraz nie wiem.  
- Możesz. – Edyta z Gośką prowadzą wymowne konsultacje. Zuza jest świadoma, że to złośliwość w czystej formie i że musi ją po prostu przeczekać. Dziewczyny chcą ją ukarać.  
- Nasza znajoma przekazuje jasną informację – jestem w niebezpieczeństwie. Moje życie jest zagrożone. Konstrukcja zdania, użycie wyrazu „chyba”, świadczą o niepewności i zagubieniu. Myślę, że nie do końca zdaje sobie sprawę ze skali zagrożenia. Jest ono jednak wystarczająco realne, żeby spanikować. Dlatego tu jesteśmy. Ściągnęła nas tu pod wpływem emocji. Nie panowała nad nimi, dlatego napisała SMS-y. Nie chciała rozmawiać. Płakała, albo bała się, że w trakcie rozmowy się rozpłacze.
- To musiało być tu, w Grodzisku. Między naszym wyjściem, a wysłaniem SMS-a. Czyli w przeciągu dwóch godzin wydarzyło się coś, przez co zaczęła panikować. Ktoś jej groził. Dowiedział się gdzie mieszka, może śledził? Jak nam idzie? – to pytanie skierowane jest do Zuzy.
- Nieźle. A nawet całkiem dobrze. Po śmierci Justyny, Michał zajął się porządkowaniem jej spraw i biurka. Trafił na dziwne notatki w jej dokumentach. Nie było tego wiele. Za to były niepokojąco świeże. Ewidentnie ostatnia rzecz, która ją zajmowała. Michał wiedział tylko tyle, że poznała na przyjęciu jakiegoś gościa, niebezpiecznego. Chciała go rozpracować. Zlustrować jego otoczenie. Dowiedzieć się co może. Michał się zgodził. Niestety nie nadzorował tego jakoś gorliwie i tak naprawdę nic więcej nie wiedział. Zdawał sobie jednak sprawę, iż istnieje wielkie prawdopodobieństwo, że ma to związek z jej śmiercią. I przyszedł z tym do mnie.  
- Bydlak.  
- Gosiu, jesteśmy dorośli. Nikt nikomu pistoletu przy skroni nie trzyma, a raczej nie trzymał. Wtedy. Wtedy jeszcze nie.  
- Skoro był świadomy, że te materiały mogą być nośnikiem śmierci, to czemu sam się tym nie zajął, co? Czemu nie narażał własnej dupy?
- Bo nikt tej jego męskiej dupy nie chciał nigdzie. Bo potrzebna była niestety dupa kobiety, żeby się ponownie wokół tej sprawy zakręcić. Gośka ma rację wpadłam w panikę. Jednak nie dlatego, że boję się o swoją skórę, a dlatego, że paraliżuje mnie strach o was. Wdepnęłam w coś co może być niebezpieczne dla mojego otoczenia. A wy jesteście moim najbliższym otoczeniem. I obawiam się, że mogłam ściągnąć na was uwagę pewnego nieprzyjemnego człowieka.  
- Do rzeczy. – Edyta zaczęła przesłuchanie. – Konkretnie. Jakiego człowieka?
- Przedstawia się: Artur Niemczyc, ale nie wydaje mi się, żeby było to jego prawdziwe nazwisko.  
- Jak go poznałaś?  
- Na przyjęciu, na które oddelegowano mnie z gazety.
- Co cię z nim łączy?
- Dżentelmeńska umowa.  
- Konkretniej. Czego dotyczy?
- Mam świadczyć w jego imieniu pewne usługi. Subtelnie rzecz ujmując jest moim menagerem.
- Przestań owijać ten nawóz w bibułkę. Proszę rzeczowo i przejrzyście. Zaczęłaś, wylałaś wiadro z zawartością szamba, to posprzątaj. Tylko prawda nas może uspokoić. Cała prawda.  
- On chce żebym wcieliła się w rolę Dominy dla pewnego polityka, a ja się zgodziłam.
- No. Mówiłam, że ja zaświadczenie o niepoczytalności mogę wydać. Już tylko na podstawie tego co usłyszałam. – Gośka ma minę psychiatry, który właśnie zdiagnozował pacjenta.  
- Zaraz, zaraz. Po kolei. – Edyta kontynuuje przesłuchanie. – Po co? Po co się zgodziłaś?  
- Żeby dowiedzieć się w czym się babra. Co jest powodem, żeby zabić.  
- Myślisz, że to on stoi za śmiercią twojej redakcyjnej koleżanki?
- Tak myślę. Był ostatnim człowiekiem z którym się kontaktowała. Zaskakująco dużo wie o naszej gazecie. O mnie, o Michale, musiał już wcześniej robić jakiś rekonesans.  
- I mimo tego, że jesteście z tego samego gniazda, zrekrutował cię do współpracy? Nie uważasz, że to podejrzane.  
- Może trochę. A może wcale nie. Może to środowisko jest mu dobrze znane i w jego mniemaniu - pewne. Może ja i Justyna nie jesteśmy jedyne?  
- Możesz to skończyć? – Gosia przerywa ich rozważania.  
- Nie mogę. Mam kluczyk.  
- Jaki kluczyk. – Psychiatra jest niezdrowo zainteresowana.
Zuza wstaje z podłogi i bez zastanawiania odsłania biodro.  
Cisza. Tę ciszę ktoś makiem zasiał i czeka aż wzejdzie, wykiełkuje. Coś, cokolwiek. Po długim, intensywnym wpatrywaniu się dziewczyn w wypalone znamię, Zuza podciąga gacie i siada z powrotem na podłodze obok swojego pustego kieliszka. Nie wytrzymuje jak to przeważnie bywa, Gośka:
- Wpadnij jutro do gabinetu. Wystawię ci wszystkie potrzebne skierowania i zaczniemy leczenie. Edyta masz może coś do powiedzenia?
- Ta umowa? Co to? Podpisałaś coś? NDA? Jakieś oświadczenia składałaś?
- Nie to nie tak. Nie ma żadnych dokumentów. Umowa jest jak już wspomniałam dżentelmeńska, a jej treść znajduje się na moim biodrze. Mają z niej wynikać obopólne korzyści.  
- Czyli, że ty na tym coś skorzystasz?! – Gośka jest w szoku. – Jak?
- Najprościej rzecz ujmując, możesz zażądać pieniędzy, jakiejś konkretnej posady, otwarcia drzwi do kariery, nie wiem – mieszkania w stolicy, lista jest długa.
- Czego zażądałaś? – Edyta jest wyraźnie zaintrygowana. Aż się poprawiła w fotelu i przysunęła znacznie do stolika. Widać, że obie czekają na tę informację w napięciu.
- Oprawionej złotem, bursztynowej broszki królowej Jadwigi znajdującej się obecnie na Wawelu.  
- O jacież pierdole. – Gosia przechodzi dzisiaj samą siebie w byciu w szoku.  
- Sprytnie. – Kwituje Edyta.  
- Czemu? – Gośka jeszcze nie myśli.
- Bo w ten sposób dowie się jak głęboko sięgają wpływy Pana Artura.
- Taki miałam plan. Teraz już nie jestem taka przekonana.  
- Czemu? – Tym razem Edyta nie rozumie.
- Bo nawet jak on mi tę broszkę da, to jak ja sprawdzę jej autentyczność. Co, pojadę do Krakowa i zapytam na Wawelu, czy im przypadkiem coś nie zginęło. Żadna ekspertyza też nie wchodzi w grę.  
- Jak ją dostaniesz – zadzwoń. Załatwię jedno widzenie i będziemy miały jasność.  
- Halo! Zaraz, zaraz… Czy ja dobrze słyszę? Edka ty jej chcesz pozwolić to kontynuować?
- Ma klucz na biodrze. Albo otworzy te drzwi i zajrzy przez szparę, albo zginie. Tu nie ma półśrodków.  
- Nakręcasz jej paranoję. To jest nie do pomyślenia. Ty, kobieta z zasadami, adwokat, prawnik – prawem się zajmujesz, chcesz w tym półświatku lawirować?!
- Jasne. A co kurwa. Tylko rozwody i rozwody. I podziały majątku. Mnie się też coś od losu należy. I proszę, los daje mi taką oto sprawę. Biorę. Mam zaplecze, kontakty i dużo możliwości.  
- Może ty masz rację? Może to nie przypadek, że tu jesteśmy? Może po to ją znamy? Będzie wam potrzebne dużo skierowań i zaświadczeń. Mogę też uruchomić ojca, żeby się czegoś o nim dowiedział.  
- Was chyba pogrzało! Ja was tu ściągnęłam, żeby was ostrzec. Macie się trzymać ode mnie z daleka przez jakiś czas, a nie składać niedorzeczne propozycje współpracy. Gośka jak Gośka, ale ty? – kiwa na Edytę.
- Co Gośka jak Gośka, że co niby ja?
- Czekaj, chcę powiedzieć, że wiecie jak to działa. Zaraz po wybraniu ofiary, szuka się jej słabych punktów.  
- Że niby my jesteśmy słabymi punktami? – Gośka jest dla odmiany oburzona.  
- Mogą potraktować was jako narzędzie do kontrolowania mnie.  
- Wątpię.
- Ja też wątpię. Czy byliby aż tak głupi? Nie sądzę. – Gosia jest pewna tego co mówi.
- Deklarację współpracy, składam deklarację współpracy. – Edyta się zdecydowała i już nic jej od tej decyzji nie odwiedzie.
- I ja i ja.  
- Nie.  
- Co nie? A ile ty zdziałasz w pojedynkę, co nawojujesz? Bez nas to ty nawet nie będziesz wiedziała czy ci zapłacił. – Gośka podsumowuje sytuacje, a Zuza musi przyznać w duchu, że trafnie niestety.  
- Wiecie ilu ludziom możemy nadepnąć na odcisk? Wpływowym ludziom, którzy mają dużo do stracenia. I nie wahają się bronić swojej pozycji.  
- Też mi nowiny. – Gośka się wyraźnie rozkręciła.
- Dobra wystarczy tych strachów. – Edyta jak zwykle bierze sprawy w swoje ręce. - Nie taki Pan Artur straszny jak się go rozłoży na kawałki. Suzi przynieś jeszcze wina. Dziś na noc zostajemy my. Już się wysypałaś, to nie musisz się przejmować trzymaniem języka za zębami.  
- Jak zwykle masz rację. – Zuza wstała i poszła po wino. A jej krok był tak ciężki, jak chyba nigdy wcześniej. Stąpała po podłodze i miała wrażenie że robi w niej dziury. Powinna je chronić, a wplątała je w swoje gówniane sprawy. Ma do siebie całą masę pretensji. Ale tam gdzieś między nimi, na samym dnie, kiełkuje też ulga. Nie wyszły, nie poszły zadbać o swoje bezpieczeństwo. Zostały z nią i zakasały rękawy. Chociaż wie, że to przysporzy jej zmartwień, że gdyby była z tym sam na sam musiałaby tylko walczyć, a tak będzie jeszcze znosić presję odpowiedzialności.  

963 czyt.
100%44
AnnaKowalska

opublikowała opowiadanie w kategorii inne, użyła 25940 słów i 145656 znaków, zaktualizowała 7 mar o 8:17. Tagi: #sex #morderstwo #afera #akcja

4 komentarze

 
  • Margerita

    Margerita · 13 maja

    łapka w górę ale ona brutalna czy trochę nie za surowa dla niego

  • gremlin

    gremlin · 19 marca · 202660619

    Sorry to nie dla mnie.

  • AlexAthame

    AlexAthame · 7 marca

    Mogłaś podzielić na kilka części. Nie wem czy bardziej lubisz (pisac) bić czy żeby bili.Co do początku. ..Jest parę spraw które kobieta lubi.Ale nie napisze w komentarzu.Czy to koniec?Świetne. Pomysl i wykonanie.

  • BlackCrowe

    BlackCrowe · 7 marca · 193485468

    Aż się chce czytać! Gratuluję. Jest lepiej niż dobrze! Pozdrawiam