Słodka zemsta muchy

Słodka zemsta muchyWyszliśmy w morze swoim „Transatlantykiem” przed wschodem słońca, tuż po czwartej nad ranem. W czasie postoju zaopatrzyliśmy się w ropę, lód, wodę, leki, opatrunki, a przede wszystkim morfinę i żywność. Wymieniliśmy też silnik windy trałowej.
Na polecenie kapitanatu zabraliśmy na pokład młodą kobietę w różowej woalce z dębową trumną i chłopaka w czarnej pilotce z plecakiem. Wbiegł po trapie z przewieszoną przez ramię zamarzniętą i pokrytą lodem kończyną dolną. Była w granitowej nogawce, na stopie błyszczał wypolerowany czarny but, a z drugiej strony od korpusu zamknięta była strunowym suwakiem, takim jak zamyka się kawę w torebce, żeby nie wywietrzał aromat.

— A to kurwa co? — zaklął bosman.
— Ci z kapitanatu mówili, że tylko noga została po jakimś nieboszczyku — odezwał się praktykant. — I żadnych pytań, żebyśmy nie zadawali. Tutaj są kwity — podał bosmanowi.

Mężczyzna zerknął w papiery i odszedł na mostek. Kapitan nawet nie drgnął, kiedy pokazywał mu kartki.
Kończyna i trumna zostały umieszczone pod pokładem w chłodni. Kobieta w kajucie obok maszynowni, a chłopiec dokooptowany został do praktykanta.
Kompletna ciemność panowała dokoła, a ocean był czarnosiwy i połyskiwał martwym rtęciowym metalem. Gigantyczny żyrandol chmur wisiał nad nim i kołysał szarość zbliżającego się dnia. Wiatr tylko cicho namawiał do samobójstwa. Robią to marynarze, kiedy ból życia zabija radość istnienia. Wychodzą w tę pustkę przez burtę i bezdźwięcznie zatapiają się w szarości.

Siedemnaście lat wcześniej.
Zostałam poproszona przez katechetę o pozostanie po lekcji religii. Miałam czternaście lat i szerokie plany na przyszłość. Do tamtej chwili był dla mnie jak kapłan i wierzyłam, że nic mi nie zrobi. Pomyliłam się. Próbował nakłonić do dobrowolnego zdjęcia sukienki i bielizny, protestowałam, uderzył mnie. Upadłam. Kiedy odzyskałam świadomość, byłam naga i lepka od potu. Kapłan z nadchodzącą erekcją zbliżał się do mnie. Powtarzał słowa ewangelii o miłości i grzechu nieczystych kobiet. Twierdził, że jest pośrednikiem pomiędzy czymś ostatecznym a mną, grzesznicą. W tamtej chwili udzielał mi rozgrzeszenia i dawał komunię w postaci swojego ciała.
Nie pamiętam, co było dalej, bo po raz drugi straciłam przytomność. Obudziłam się w domu. Nikt tak do końca nie uwierzył w moją opowieść. Matka tylko powtarzała, że to kłamstwa. Katecheta niedługo po tym wyjechał. Urodziłam syna daleko od domu. Jednak dziecka nie zobaczyłam. Odnalazłam dopiero po latach.
Tamten okres zamazywałam w pamięci, aż do pewnego momentu.

Pięć miesięcy temu.
Spacerując po nabrzeżu portowym, zobaczyłam go na „Transatlantyku”. Dowiedziałam się, że pełnił posługę kapelana na tym statku. Zaświtała w mojej głowie myśl. Jednak istniał jeden problem, statek nie był pasażerskim. Pociągnęłam za wszystkie sznurki i wygrałam. Płynęłam po Nowy-Porządek-Świata. Myśli moje krążyły tylko wokół jedynego pragnienia.

Usłyszałam pukanie do drzwi.
— Kto tam? — zapytałam.
— Kapelan — odpowiedział. — Jeśli pani ma takie pragnienie, mogę odprawić mszę za duszę zmarłego.
— Dobrze — odpowiedziałam.
— O dziewiętnastej może być?
— Bardzo dobra pora. Przyjdę — uśmiechnęłam się i wysłałam wiadomość dla syna.

Kaplica była mała, a obok kajuta, z której wyszedł mój oprawca. Kapitan po mszy złożył mi kondolencje i wręczył klucze do chłodni. Wszyscy się rozeszli. Zapanowała cisza. Patrzyłam na jego Boga i czułam jego wzrok. Pewnie stoi za drzwiami kajuty i szykuje swoje prącie do ataku – myślałam.
Wstałam i skierowałam kroki w wiadomym kierunku. Otworzyłam drzwi i weszłam. Klucze schowałam do kieszeni. Usiadłam przy trumnie. Po chwili usłyszałam zgrzyt drzwi i poczułam jego oddech. Ten sam co wtedy. Odwróciłam głowę.

— Nie bój się — mówił. — Nie przyjęłaś komunii na mszy. Przyjmiesz teraz. Grzesznico!

Jednak nie zdążył, uderzony przez chłopca zamarzniętą nogą, upadł na posadzkę.
Ułożyliśmy go w trumnie. Oprócz koloratki na szyi i różowej prezerwatywy na członku był nagi. Tłuste i obwisłe cielsko budziło wstręt, a zarazem śmiech. Wyglądał jak klaun. Kiedy odzyska przytomność, będzie najpierw śmiech, a potem już tylko ból i wesoła śmierć. Chłopiec otworzył suwak i wypuścił larwy muchy śrubowej*. Po czym zamknął wieko. Trumnę przenieśliśmy do kotłowni, bo larwy są ciepłolubne. Wyszliśmy na górny pokład i przeszliśmy po drabince do łodzi, która czekała na nas.
Byliśmy prawie milę od „Transatlantyka”, kiedy rozległ się potworny śmiech, po nim krzyk i cisza.

— Amen — wyszeptałam z rozkoszą.




Przypisy za Wikipedią:
* Mucha śrubowa (Cochliomyia hominivorax) - groźny pasożyt zwierząt i ludzi. Larwy, które osiągają długość jednego centymetra. Żerują i rozwijają się w mięśniach żywiciela. Robaki potrafią spowodować uszkodzenia tkanki, a nawet śmierć. Mucha śrubowa przypomina muchę domową, jest jednak od niej trzy razy większa. Występuje na obszarze subtropikalnych krajów Ameryki Północnej i Południowej.

775 czyt.
100%243
kaszmir

opublikowała opowiadanie w kategorii inne, użyła 896 słów i 5308 znaków, zaktualizowała 22 cze o 6:36.

3 komentarze

 
  • Margerita

    Margerita · 6 sierpnia

    łapka w górę i mi się podobało

  • AlexAthame

    AlexAthame · 22 czerwca

    Przeczytalem.Nie wiem co napisać.  Nigdy mi nikt nie zrobił ani moim najblizszym krzywdy i nie wiem jakbym zareagował gdyby tak się stało.

  • AnonimS

    AnonimS · 21 czerwca

    Ludziom się nie chce komentować.  A Ty ciekawe teksty piszesz. Pomysł z trumną i muchą dość makabryczny ale ciekawy . Pozdrawiam